Thriller / Sensacja / Kryminał
Kobiety, które nienawidzą
26,99 zł
38,99
KUP TERAZ

Kobiety, które nienawidzą

brak opinii
Liczba stron: 304
ISBN: 9788327650887
Premiera: 2020-06-17

Od dawna nie odnotowano nowych ofiar Kuby Szpikulca. Jego sprawę, ku rozczarowaniu komisarza Bednarskiego, przejmuje Archiwum X. Kiedy jednak na terenie Górnego Śląska i Małopolski dochodzi do nowych zbrodni, a trop wiedzie do seryjnego mordercy zwanego Bobem Zabójcą, Bednarski i jego ekipa znowu mają ręce pełne roboty. Tym bardziej, że z niezrozumiałych powodów ofiarami padają osoby powiązane z policją.

Kazimierz Kyrcz Jr.

Oficer krakowskiej policji, autor zbiorów opowiadań Femme fatale i Okruchy mroku oraz powieści Podwójna pętla, Dziewczyny, które miał na myśli i Chłopcy, których kochano za mocno. Jego opowiadania były też publikowane w antologiach, ponadto współtworzył cztery powieści. Tłumaczony na angielski, rosyjski, czeski oraz słowacki.

 

Zdjęcie: Tomasz Steindel

Rozdział 1

Miłość nie umiera. Tylko ludzie umierają.
Hap i Leonard

Jak długo można kupować wino? ‒ pomyślała Karolina, spoglądając z wysokości siódmego piętra na spowitą mgłą stację benzynową. Tam właśnie wybrał się Konrad, gdy skończyła się im butelka tokaju.
Zniecierpliwiona, wybrała numer narzeczonego. Komórka milczała. Dziwne. Czyżby ją wyciszył?
Odczekała jeszcze chwilę i ruszyła do łazienki, żeby wziąć prysznic. Nie czuła się brudna, ale uznała, że warto się odświeżyć. Zresztą do powrotu narzeczonego i tak nie miała nic lepszego do roboty.
Wykładzina tłumiła odgłosy kroków, co wcale nie działało na nią kojąco. Ściągając szlafrok, ze zdziwieniem odkryła, że ma gęsią skórkę.
– Strachajło z ciebie – powiedziała na głos. – Nie nadajesz się na bohaterkę.
Wbrew wypowiedzianym słowom, ten monolog dodał jej pewności siebie.
Ustawiła temperaturę wody i pozwoliła, by mocny strumień spłukał z niej stresy minionego tygodnia. Po kąpieli wytarła się do sucha przyjemnie ogrzanym na kaloryferze ręcznikiem. Po namyśle zamiast szlafroka włożyła czarne koronkowe body. Owszem, teoretycznie mogła sobie darować takie manewry, bo przecież i tak podobała się Konradowi, czemu niejednokrotnie dawał wyraz. Jeśli jednak czegoś w życiu się nauczyła, to na pewno tego, że należy dbać o swego mężczyznę. Zwłaszcza gdy ten potrafi się odwdzięczyć.
Ponownie zadzwoniła do ukochanego. Znów nie odebrał. Coraz bardziej zaniepokojona, podeszła do okna, wpatrując się w światła zapadającego w sen miasta. Stacja benzynowa, biurowce i dziesiątki pozbawionych wyrazu budynków, których kontury zamazywała mleczna poświata, tkwiły w tych samych miejscach co przed kwadransem, przez ten czas nie zyskawszy ani odrobiny uroku. Zgadza się – Sosnowiec nie kojarzy się z romantyzmem. Nawet trudnym. Kiedy więc kilka dni wcześniej Konrad oznajmił, że właśnie tam spędzą weekend, parsknęła śmiechem. Niezrażony wyjaśnił, że już zamówił apartament, a na dokładkę kupił bilety do pobliskiego teatru.
Pobliskiego to mało powiedziane, bo dotarcie do niego zajęło im dosłownie pięć minut. Ale nawet gdyby trwało pięć godzin ‒ i tak było warto. Zarówno wystrój świątyni Melpomeny, z ozdabiającą ściany holu kolekcją czarno-białych posterów, migawek z różnych przedstawień, jak i pełne pasji popisy aktorek, podziałały odświeżająco na otumanione codziennością zmysły.
Jeszcze jako nastolatka Karolina marzyła, by zostać gwiazdą filmową. Wcielać się w nieszczęśliwie zakochane heroiny albo sufrażystki. Albo w jakiekolwiek inne bohaterki, byle wielbione przez filmomaniaków.
Nic z tego. W tydzień po dwudziestych urodzinach Karoliny na jej palcu pojawiła się obrączka, na co przemożny wpływ miało nie większe od ziarna fasoli maleństwo, które nosiła w łonie. Fasolek rozwijał się, rósł jak na drożdżach, aż przybrał rozmiary predestynujące go do pojawienia się na świecie. Chłopca, stosownie do jego domniemanej świętości, nazwano Franciszek.
W książkach macierzyństwo wydaje się fascynujące. W normalnych warunkach jest ciężką harówką. Tak ciężką, że gdy kobieta wraca do pracy na etat, najczęściej czuje ulgę. Karolina nie była złą matką. Kiedy jednak wymagający ciągłej uwagi synek poszedł do przedszkola, uznała, że pora najwyższa wyrwać się z czterech ścian należącego do teściów mieszkania. Znalazła posadę. Została przedstawicielem handlowym, z czym łączyło się korzystanie ze służbowej toyoty i nowego iPhone ’a.
Wtedy zaczął się cyrk na kółkach. Ślubny nie potrafił pogodzić się z tym, że Karolina rozbija się lepszym autem niż to, którym sam jeździł. Jednak prawdziwym ciosem dla mężowskich kompleksów okazała się świadomość, że z nich dwojga to ona zarabia więcej.
Kłótnie ciągnęły się miesiącami. Wyzwiska, groźby, awantury z byle powodu. Po tym, jak rozwścieczony pan i władca potraktował Karolinę pięścią, spakowała najpotrzebniejsze rzeczy i wyniosła się z Franiem do hotelu robotniczego. Nie podobało jej się to przesiąknięte dymem papierosowym lokum, ale kompletnie nie wiedziała, gdzie się podziać.
Mąż przepraszał, jasne, że przepraszał. Słał esemesy, w których zapewniał, że ją kocha. Tłumaczył, że go poniosło. Że ręka sama mu poleciała. Cóż, kiedyś trąbiono o akcji „Niewidzialna ręka”. Karolinie trafiła się ta latająca.
Jej posiadacz błagał o jeszcze jedną szansę. O to, by wróciła z synkiem do domu, tam gdzie ich miejsce. Zgodziła się. Przywitał ją z bukietem kwiatów i skruchą wypisaną na twarzy.
Skruchy nie wystarczyło na długo.
Cztery miesiące później Karolina znów posłużyła za worek treningowy.
Tym razem była zbyt wściekła i zdeterminowana, żeby natychmiast wybaczyć. Tydzień w hostelu nadwyrężył jej budżet, ale opłacało się. Przynajmniej na początku. Mąż spokorniał. Zdawało się, że rzeczywiście zmądrzał.
Do jesieni. Brzydkiej, szarej i depresyjnej pory roku, która zdołowała go do tego stopnia, że podbił jej nie jedno, a dwoje oczu. No i poturbował, omal nie łamiąc żeber.
Karolina, wciąż obolała i posiniaczona, uciekła do Domu Samotnej Matki. Nie takiej przystani pragnęła dla siebie i synka, niemniej powtarzała sobie, że ośrodek to wyłącznie przystanek na drodze do lepszego życia.
Nazajutrz, nie wiedzieć skąd, choć pewnie za sprawą którejś z pracownic ośrodka, w progu zajmowanego przez nią pokoju pojawił się policjant w cywilu. Pokazał odznakę dyskretnie, prawie jakby się jej wstydził, i przedstawił się. Wtedy zapamiętała tylko, że ma na imię Konrad i że jest aspirantem. Później w wyszukiwarce sprawdziła, że to oznacza trochę mniej od oficera i trochę więcej od podoficera. Stopień nie świadczy jednak o wartości człowieka, a Konrad – uprzejmy i przystojny czterdziestolatek – szybko zjednał sobie jej życzliwość.
Mimo wszystko początkowo wzbraniała się przed opowiadaniem o tym, jak potraktował ją ślubny. Z jednej strony wstydziła się, że wyszła za kogoś takiego, z drugiej natomiast tkwiła w niej irracjonalna obawa, że może to ona czymś zawiniła. Że sprowokowała mężowski gniew.
Policjant, najwyraźniej rozumiejąc jej obawy, argumentował, że twierdzenie o tym, że wina zawsze leży po obu stronach, jest bzdurą. Że są faceci, którzy zasługują na celibat.
Rozśmieszyło ją takie postawienie sprawy, gdy zaś usłyszała jeszcze, że uwalniając się od znęcacza, przysłuży się także swojemu synkowi, skapitulowała.
Samo przesłuchanie nie należało do szczególnie przyjemnych doświadczeń, bo mówiąc o przeszłości, w pewnym sensie musiała do niej wrócić. Kiedy więc aspirant poprosił o określenie powodów pogorszenia jej relacji z mężem, przełknęła ślinę.
– A pan jest żonaty? – spytała zadziornie.
– Owszem – przyznał, z ciężkim westchnieniem spoglądając na swoją dłoń, na której tkwiła zmatowiała obrączka. – Jesteśmy małżeństwem od pięciu lat.
– Macie dzieci?
– Nie. – Spuścił oczy, by przyjrzeć się swoim czystym paznokciom. – Żona uważa, że zdążymy.
– Uderzył ją pan kiedyś?
– Co? Ja? Nigdy.
Zdziwienie policjanta wyglądało tak autentycznie, że ani przez moment nie wątpiła w jego szczerość. Choć oczywiście mogła się mylić. Wszak czytała artykuł o przemocy w rodzinach policyjnych. Poza tym przemoc bywa różna, niekiedy ta psychiczna dorównuje fizycznej.
W pewnym sensie miała rację. Tyle że akurat w tym przypadku to Konrad był ofiarą. Jego żona, naczelniczka w komendzie wojewódzkiej, pomiatała nim i niemal otwarcie zdradzała z jednym z komendantów powiatowych.
Konrad nie kochał jej od dawna, ona prawdopodobnie nie kochała go nigdy.
Ale o tym Karolina dowiedziała się nieco później. Miała ku temu niejedną okazję, bo Konrad nie tylko dopilnował, by Latającej Ręce przykleiły się zarzuty o znęcanie, ale i coraz częściej odwiedzał samotną matkę, żeby – jak to żartobliwie powtarzał – nieść dobrą nowinę.
To, że Konrad i jego ślubna nie mieli dzieci, wiele ułatwiało. Zwłaszcza że patrząc na to, jak policjant nosi jej synka na barana, z godną pozazdroszczenia cierpliwością ucząc go, która strona jest prawa, a która lewa, łapała się na myśli, że Franio właśnie takiego ojca potrzebuje.

***

Mało kto wie, że Sosnowiec swoją nazwę zawdzięcza zwykłej sośnie. W okresie zaborów te okolice porastały lasy sosnowe, lecz za sprawą dogodnego położenia, czyli styku trzech mocarstw, zdecydowano, że właśnie tu powinno powstać miasto graniczne.
Pierwszą reakcją Karoliny, gdy dowiedziała się, że czeka ich nocleg w tym samym wieżowcu, co Centrum Handlowe Europa, była niechęć. Skojarzenie z krakowskim osiedlem, które miało tyle wspólnego z Europą, co gwizdek z parowozem, nie nastrajało optymistycznie. Jej obawy okazały się jednak przedwczesne. Najpierw właściciel apartamentu uprzejmie i rzeczowo wytłumaczył, gdzie najlepiej zaparkować i od której strony wejść do budynku. Później dodał, żeby w razie jakichkolwiek problemów dzwonili o każdej porze dnia i nocy.
Nawet o tym nie pomyśleli, zwłaszcza że apartament prezentował się o niebo lepiej niż na zdjęciach w internecie.
O ile przedpokój z butikową szafką na buty i wieszakiem nie porażał przestrzenią, to już znajdujący się za nim salon z aneksem kuchennym oferował jej tyle, że pomieściłby kilka tańczących par. Właśnie do tańca zachęcał znajdujący się w pokoju retro adapter z kolekcją winyli, na widok których Karolinie szybciej zabiło serce.
Ustawiona na stoliku zabytkowa maszyna do pisania ucieszyła z kolei Konrada. Przypomniała mu bowiem czasy, gdy jako młody policjant pisywał na podobnej maszynie wszczęcia dochodzeń, protokoły przesłuchania świadków, notatki urzędowe i – niestety znacznie częściej, niżby sobie życzył – postanowienia o umorzeniu postępowań.
Na nawiniętej na rolkę kartce ktoś napisał raptem dwie linijki kończącego się trzykropkiem tekstu. Konrad nachylił się, by go przeczytać.

Wieżowiec widział już wiele, o ile nie wszystko. A przynajmniej tak mu się wydawało, dopóki nie ujrzał tych dwojga…

– Ciekawe – stwierdził. – Brzmi jak początek powieści grozy.
– Może coś do tego dopiszemy – zaśmiała się Karolina, wracając do oględzin otoczenia.
Aneks kuchenny, urządzony wzdłuż krótszej ściany, składał się z kuchenki elektrycznej, zmywarki, dwukomorowego zlewu i nowoczesnej lodówki stojącej w kącie. Na jej półkach, poza tradycyjnym poczęstunkiem, znajdowała się butelka powitalnego wina.
Konrad od razu zabrał się do szukania otwieracza i kieliszków, Karolina poszła sprawdzić, jak wygląda łazienka i sypialnia. Ani jedno, ani drugie jej nie zawiodło. Duża kabina prysznicowa, duże i wygodne łóżko.
Do tego ta niespotykana w miastach cisza. Miła odmiana po ciągłej paplaninie synka – kochanego, choć mocno absorbującego skrzata.
Czego chcieć więcej?
Kawioru i ptasiego mleczka na deser. Oczywiście pod warunkiem, że się je lubi.
– Przytulnie tu – zauważyła. – Tak po domowemu.
– Pewnie dlatego, że w tym apartamencie obowiązuje zakaz organizowania wieczorów kawalerskich czy panieńskich.
– A randek?
– Randek nie, pod warunkiem, że zostaną skonsumowane – parsknął.
– Tobie jedno w głowie.
– Czemu jedno? Dwa albo najlepiej trzy...
Sztuka, na którą się wybrali, nosiła tytuł Dead Girls Wanted i wedle zamysłu twórców traktowała o przeciwstawieniu hołubionych przez popkulturę martwych kobiet tym prawdziwym, które stały się ofiarami cudzych oczekiwań. Momentami zabawna, częściej przerażająca, na pewno dawała do myślenia. Jej podstawowym przesłaniem, przynajmniej w odczuciu Karoliny, była konstatacja, że w czasach, gdy tragedie są mierzone liczbą odsłon i kliknięć, naszym obowiązkiem pozostaje nie tyle walka ze złem, co walka o siebie. Jedna z bohaterek przedstawienia przytomnie zauważyła, że lepiej zostać żywą katastrofą niż martwą legendą.
Wypadało się z tym zgodzić.
Gdy wrócili do apartamentu, wciąż dźwięczały im w uszach oklaski zachwyconej publiczności, która zgotowała artystkom owację na stojąco.
– Wolę muzykę od oklasków – westchnęła, podchodząc do stojaka z płytami, spośród których wybrała koncertówkę Louisa Armstronga. Jego zachrypnięty głos sprawił, że nawet wino miało bogatszy smak.
Niestety, w butelce tym szybciej pokazało się dno. Konrad skwitował to żartobliwą uwagą na temat swego braku wyobraźni.
– Kupię coś na stacji – obiecał, wychodząc. – Zaraz wracam.
Z zamyślenia wyrwało ją wrażenie czyjejś obecności.
Odwróciła się, sądząc, że zobaczy Konrada. Zamiast niego ujrzała ubranego na czarno faceta w masce przeciwpyłowej i goglach zakrywających oczy. Gdyby nie całkiem normalna skórzana kurtka, którą miał na sobie, można by uznać, że to jakiś kosmita.
Skórzany bez słowa złapał ją za ramię, ściskając je z siłą Terminatora.
W takich przypadkach kopniak w krocze zwykle jest najskuteczniejszym posunięciem.
Nie tym razem.
Nie tyle spudłowała, co po prostu nie mogła trafić.
– Rób, co mówię, a nic ci się nie stanie! – wysyczał napastnik, po czym błyskawicznym ruchem przyłożył Karolinie nóż do szyi. Nie opierała się, gdy ciągnął ją do sypialni.
Uderzenie w głowę sprawiło, że na chwilę straciła przytomność.
Gdy się ocknęła, leżała na brzuchu, zaś przeguby jej dłoni ściskały przełożone przez ramę łóżka kajdanki. Usta miała zaklejone srebrną taśmą montażową.
Chce mnie zgwałcić, pomyślała z mieszaniną przerażenia i ulgi. Nie zabić, bo już bym nie żyła.
Bandyta potwierdził przypuszczenia Karoliny, zdzierając z niej body i zmuszając, by uklękła i wypięła pupę. Przez łzy i cieknące z nosa smarki niewiele widziała. Tym mocniej poczuła wdzierający się w nią twardy przedmiot. To musiało być dildo, bo żaden członek nie byłby tak twardy i zimny.
Może to i dobrze, pocieszała się, rozrywana kolejnymi pchnięciami. Przynajmniej niczym mnie nie zarazi.

Rozdział 2

To wielki krok, ale jeszcze do niego nie dojrzałem.
Most nad Sundem

Bednarski przesunął stertę papierów ku krawędzi biurka i spojrzał na nie surowo. Nie odniosło to pożądanego skutku. Nadal pozostawały jedynie stertą zadrukowanej makulatury. Westchnął, sięgając po kartkę leżącą na wierzchu celulozowej wieży Babel. Przebiegł po niej wzrokiem. Pismo dotyczyło wyznaczenia jednego z funkcjonariuszy do wzięcia udziału w warsztatach antydyskryminacyjnych zorganizowanych przez Fundację „Na Ratunek”.
Ratunku!
Czy ktoś spodziewał się, że Szpikulec, oczywiście jeśli kiedykolwiek trafi do pudła, będzie narażony na dyskryminację?
Cholera, i tak brakowało im rąk do pracy!
Kogo by tu wysłać? Najlepiej kogoś, kogo stratę najmniej odczują. Akurat ten wybór nie nastręczał problemów. Sięgnął po telefon i zdzwonił do Krzyśka Wierzbickiego alias Kogucika. Rzeczony odebrał po drugim sygnale. Stary patent. Żeby przypadkiem nikt nie pomyślał, że zamiast pracą zajmuje się układaniem swojej epickiej fryzury.
– Pakuj się. Masz szkolenie w Białej Podlaskiej.
– Jezu! Znowu ja?
– Co z tobą, jesteś chory?
– Nie, jeszcze nie – wykrakał sobie Krzysiek. – Nie możesz wysłać kogoś innego? Ciągle jestem w rozjazdach. Narzeczona na mnie krzyczy...
– To wymień ją na cichszy model. Niemowę czy coś z importu – doradził życzliwie komisarz. – Niestety, mamy za mało radiowozów, więc pojedziesz pożyczonym.
– Żaden problem.


A jednak to był problem. Wycyganione z wydziału transportu wiekowe audi najwyraźniej zapomniało o funkcji zwanej przyśpieszeniem. Poza tym wycieraczki przesuwając się po szybie, piszczały tak przeraźliwie, że sierżant z trudem zwalczył pokusę, by upleść z nich gustowne binokle i zmusić lewusa, który miał auto na stanie, do noszenia ich tak długo, aż doczyta swój zakres obowiązków.
Mimo wszystko podróż w tamtą stronę upłynęła Wierzbickiemu znośnie, choć przejeżdżając przez Stare Baby mimowolnie przyśpieszył.
Dotarł na miejsce kwadrans po siedemnastej. Ośrodek wynajęto za unijne pieniądze, a co za tym idzie – prezentował się o niebo lepiej od tych, do których Kogucik przyzwyczaił się na szkoleniach resortowych. W dwuosobowym pokoju, w którym go zakwaterowano, nie zastał nikogo. Jego współlokator, niejaki Zenon Kryszak, zapewne zdążył zacumować w knajpie.
Krzysiek nigdy wcześniej nie bawił w Białej Podlaskiej, podejrzewał też, że nigdy więcej tu nie zawita. Uznał zatem, że warto skorzystać z okazji i obejrzeć miasto. Zwłaszcza że jego dobry kumpel z podoficerki pochodził właśnie stąd i z takim zaangażowaniem zachwalał okolicę, jakby co najmniej połowa zysków z lokalnej turystyki wpływała mu na ROR.
Kumpel nie przesadzał. Pomimo że sierżant nie zaliczał się do osobników szczególnie podatnych na uroki architektury, miasto zachwyciło go surowym pięknem, przestrzenią i swego rodzaju odrębnością; zawieszeniem pomiędzy tym, co minęło, i tym, co dopiero nadejdzie. Tu nowoczesne potworki z betonu i szkła nie obrastały zabytków, nie tłamsiły ich zgodnie z krakowską normą... No i te pustki na ulicach. Tubylców i ich samochody widywało się tak rzadko, że Krzysiek momentami zastanawiał się, czy nie trafił do jakiejś równoległej rzeczywistości.
Dla tutejszych kilka minut w korku stanowi pewnie tragedię, o której opowiada się znajomym. A zbiorowe naruszenie porządku oznacza dwóch podpitych żulików.
Inna sprawa, że nie zauważył ani jednego monopolowego. Za to co krok potykał się o billboardy z napisami po rosyjsku i pozamykane na głucho budy z kebabami.
W pewnym momencie trafił do centrum handlowego Rywal. Aż się wzdrygnął na widok tego neonu. Zawsze sądził, że nazwy świątyń konsumpcjonizmu powinny się mile kojarzyć, żeby zakupy postrzegano jako przyjemne zajęcie. Najwyraźniej tkwił w błędzie.
Nawet ślepiec by zauważył, że sporą część Białej zajmują łąki i tereny leżące nad rzeką. Wiało tak, jakby Pan Bóg próbował zdmuchnąć wszystkie świeczki na urodzinowym torcie.
Wiało, wiało, aż zawiało.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ