Thriller / Sensacja / Kryminał
Cold Storage. Przechowalnia śmierci
29,99 zł
38,99
KUP TERAZ

Cold Storage. Przechowalnia śmierci

David Koepp
brak opinii
Liczba stron: 320
ISBN: 9788327644749
Premiera: 2019-09-25

Dla miłośników Michaela Crichtona.  Genialny debiut scenarzysty Jurassic Park, Mision: Impossible i Spider-Mana: przerażająca, karkołomna misja trojga nieznajomych – aby uratować świat, muszą powstrzymać wysoce zakaźny, śmiercionośny organizm.  Agent Pentagonu do spraw bezpieczeństwa narodowego i bioterroryzmu, Roberto Diaz, zostaje wysłany w celu zbadania podejrzenia biochemicznego ataku. Odkrywa coś znacznie gorszego niż znana do tej pory człowiekowi broń biochemiczna: organizm o wyjątkowej zdolności do mutacji, którego siła rażenia może doprowadzić do całkowitego zniszczenia życia na Ziemi. Aby nie dopuścić do globalnej katastrofy, Diaz ukrywa próbki niebezpiecznego organizmu w podziemnej chłodni, zbudowanej pod mało używanym magazynem wojskowym. Po dziesięcioleciach tkwienia w zapomnianej piwnicy obcemu organizmowi udaje się wydostać na zewnątrz. Wygłodniały atakuje w śmiertelnym szale.  W pierwszej kolejności zagrożeni są niczego nieświadomi strażnicy dawnego obiektu wojskowego: Naomi Williams – samotna matka i Travis Meacham – były skazaniec. Jedyną osobą, która wie, jak powstrzymać zarazę, jest emerytowany już agent Diaz. Wszyscy troje stają przed ryzykownym wyzwaniem. Ich jedyną bronią są łut szczęścia, odwaga oraz… czarne poczucie humoru.  Czy to wystarczy, aby ocalić ludzkość?

 

GRUDZIEŃ 1987

Rozdział pierwszy

Roberto Diaz i Trini Romano dostali pozwolenie na powrót do kraju dopiero wtedy, gdy spalili swoje ubrania, ogolili głowy i wyszorowali się niemal do krwi, chociaż wciąż nie czuli się całkiem czyści. Wiedzieli jednak, że zrobili wszystko, co mogli, a o reszcie zadecyduje los.
Jechali właśnie rządowym sedanem, tłukąc się międzystanową siedemdziesiątką trójką do oddalonego o kilka kilometrów obiektu na terenie dawnej kopalni w Atchison. Trzymali się tuż za ciężarówką z otwartym nadwoziem – na tyle blisko, żeby nie rozdzielił ich żaden cywilny samochód.
Trini siedziała na miejscu pasażera z nogami opartymi o deskę rozdzielczą, co zawsze irytowało Roberta, który prowadził.
– Zostawisz ślady – upomniał ją po raz setny.
– To tylko pył – odparła Trini, również po raz setny. – Już wycieram, popatrz. – Próbowała zetrzeć ślady ręką, ale z mizernym skutkiem.
– Nie, Trini, nie wycierasz, tylko rozsmarowujesz cały ten brud i potem ja będę musiał to czyścić. Albo zapomnę i ktoś inny będzie musiał to zrobić. A nie lubię dokładać nikomu roboty.
Trini zmierzyła go podejrzliwym spojrzeniem przymrużonych oczu. Dzięki tym oczom i temu, co były w stanie dostrzec, w wieku zaledwie czterdziestu lat została podpułkownikiem, ale jej niepohamowana potrzeba komentowania tego, co dostrzegała, nie pozwalała wspiąć się wyżej. Trini nie miała żadnych hamulców i wcale jej to nie przeszkadzało.
Wpatrując się w niego w pełnym zadumy milczeniu, zaciągnęła się głęboko newportem, którego trzymała między palcami, i kątem ust wypuściła chmurę dymu.
– Drobiazg, Roberto – rzuciła.
Spojrzał na nią zdziwiony.
– Co?
– Wiem, że chcesz mnie przeprosić. Za tamto. To dlatego jesteś dla mnie taki wredny. Jeździsz po mnie, bo nie potrafisz przyznać, że ci przykro. Oszczędzę ci trudu. Przyjmuję twoje przeprosiny.
Trini miała rację, bo Trini zawsze miała rację. Roberto przez długą chwilę się nie odzywał, tylko patrzył przed siebie na drogę.
Wreszcie, odzyskawszy rezon, wycedził:
– Dziękuję.
Trini wzruszyła ramionami.
– Widzisz? I po bólu.
– Źle się zachowałem.
– No trochę. Ale niezupełnie. Teraz to już bez znaczenia.
Gadali ciągle o tym, co zaszło w ciągu czterech ostatnich dni, od chwili, gdy to wszystko się zaczęło, aż w końcu nie było już o czym rozmawiać, bo przeanalizowali każdy moment z każdej możliwej perspektywy. Każdy z wyjątkiem tego jednego. Ten przemilczeli, lecz teraz temat powrócił, a Roberto nie chciał tego tak zostawiać.
– Nie chodzi mi o nią, tylko o to, jak cię potraktowałem.
– Wiem. – Położyła mu rękę na ramieniu. – Wyluzuj.
Roberto pokiwał głową i wbił wzrok przed siebie. Nie było mu łatwo wyluzować. Miał trzydzieści parę lat, ale prywatnie i zawodowo osiągnął znacznie więcej niż inni w tym wieku, i to dlatego, że nigdy nie wrzucał na luz, po prostu załatwiał robotę. Odhaczał kolejne punkty. Najlepszy kadet w akademii? Odhaczone. Major Sił Powietrznych Stanów Zjednoczonych w wieku trzydziestu lat? Odhaczone. Świetna kondycja fizyczna i psychiczna bez śladu oczywistych wad i słabości? Odhaczone. Idealna żona? Odhaczone. Wymarzony syn? Odhaczone. Nie miałby teraz tego wszystkiego, gdyby tylko siedział spokojnie i czekał.
Co dalej? Co dalej? Co dalej? – zadawał sobie to pytanie w kółko. Myślał tylko o przyszłości, planował ją, miał na jej punkcie hopla. Żył szybko, trzymał się planu i zawsze grał czysto.
No, prawie zawsze.
Przez chwilę oboje po prostu gapili się na jadącą z przodu ciężarówkę. Ponad barierką widzieli zarys skrzyni, z którą przelecieli pół świata, przykrytej teraz brezentową plandeką. Ciężarówka podskoczyła na wyboju, a oni mimowolnie wstrzymali oddech, bo skrzynia przesunęła się w stronę krawędzi, o jakieś pół metra. Ale nie spadła. Jeszcze tylko kilka kilometrów i będzie po wszystkim. Skrzynia spocznie bezpiecznie sto metrów pod ziemią. Na wieki.
Na terenie Atchison Caves mieściła się kiedyś kopalnia wapienia. W tysiąc osiemset osiemdziesiątym szóstym roku otwarto tu ogromne kamieniołomy z wyrobiskami, które ciągnęły się na głębokości prawie pięćdziesięciu metrów pod klifami rzeki Missouri. Produkowały one kruszywo na narzuty kamienne dla pobliskiej kolei i z czasem sięgały coraz głębiej pod ziemię – tak głęboko, jak tylko Bóg i prawa fizyki pozwalały, dopóki wytężenie filarów calizny podtrzymujących stropy nie przekroczyło wszelkich norm bezpieczeństwa. Podczas drugiej wojny światowej Wojenna Administracja ds. Żywności wykorzystała opuszczoną kopalnię – trzydziestodwuhektarową podziemną przestrzeń o naturalnie kontrolowanym klimacie – do przechowywania szybko psujących się produktów. Obiekt, początkowo dzierżawiony za kwotę dwudziestu tysięcy dolarów rocznie, ostatecznie został sprzedany rządowi USA. Ten wydał dodatkowe dwa miliony, żeby stworzyć tam pilnie strzeżony skład na wypadek sytuacji kryzysowych, wymagających zapewnienia ciągłości funkcjonowania państwa, służący jako przechowalnia fabrycznie nowych specjalistycznych narzędzi i maszyn, gotowych do wysłania w każdej chwili i w każde miejsce. Tylko, na Boga, niech wcześniej wybuchnie jakaś wojna jądrowa, żeby to wszystko się opłaciło.
I dziś wreszcie miało się opłacić.
Ten telefon wydał się dziwny już od pierwszego dzwonka. Trini i Roberto pracowali w zasadzie dla agencji DNA , która później została wchłonięta przez DTRA , ale do tego połączenia doszło dopiero w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym siódmym w ramach oficjalnej reorganizacji Departamentu Obrony. Dziesięć lat wcześniej było to jeszcze DNA, a oni mieli jasne i proste wytyczne: nie dopuścić do tego, by inni mieli to, co my. Jeśli gdzieś wywęszą aktywny program jądrowy, mają go wytropić i zniszczyć. Jeśli dostaną cynk o jakiejś koszmarnej broni biologicznej, mają się jej pozbyć na dobre. Bez względu na koszty, bez niepotrzebnych pytań. Dla lepszej kooperacji preferowano zespoły dwuosobowe, ale w razie potrzeby zawsze można było liczyć na posiłki. Trini i Roberto rzadko kiedy potrzebowali wsparcia. W ciągu siedmiu lat odbyli szesnaście misji w różnych punktach zapalnych i mieli na koncie szesnaście trupów. Nie chodziło o prawdziwe trupy; tak w żargonie agentów określano program rozwoju broni, który został zneutralizowany. Owszem, po drodze zdarzały się ofiary, lecz nikt nie zadawał pytań.
Szesnaście misji i żadna nie była tak niebezpieczna jak ta.

Samolot amerykańskich sił powietrznych już czekał w bazie i rozgrzewał silniki, kiedy wskoczyli po schodkach na górę i weszli na pokład. W środku zastali tylko jedną pasażerkę. Trini zajęła miejsce naprzeciwko niej, a Roberto usiadł w rzędzie obok, twarzą do młodej kobiety o bystrym wzroku, ubranej w znoszony strój w stylu safari.
Trini podała jej rękę:
– Podpułkownik Trini Romano.
– Doktor Hero Martins.
Trini skinęła głową, włożyła do ust gumę antynikotynową Nicorette i bezpardonowo zmierzyła Hero wzrokiem. a Potem, milcząc, spojrzała jej w oczy. To było krępujące.
Roberto po prostu kiwnął dwoma palcami, jakby salutował; nie przepadał za tą całą grą w „przejrzałem cię”.
– Major Roberto Diaz.
– Miło pana poznać, majorze – odparła Hero.
– W czym się pani specjalizuje? – spytał Roberto.
– Jestem mikrobiolożką na uniwersytecie w Chicago. Zajmuję się nadzorem epidemiologicznym.
Trini nadal się jej przyglądała.
– To pani prawdziwe imię? Hero?
Hero westchnęła. Przez trzydzieści cztery lata naprawdę często ją o to pytano.
– Tak, to moje prawdziwe imię.
– Hero, jak bohater? Taki Superman? Czy raczej jak Hero z greckiej mitologii? – chciał wiedzieć Roberto.
Odwróciła się, wbijając w niego wzrok. Akurat o to pytano ją rzadko.
– To drugie. Moja mama wykładała literaturę antyczną. Zna pan tę historię?
Roberto podniósł wzrok, mrużąc lewe oko i patrząc gdzieś w prawą stronę, tak jak zwykle, gdy usiłował wydobyć jakiś mglisty fakt z czeluści umysłu. Wreszcie dokopał się do tej cennej informacji i wygrzebał ją z bagna.
– Hero mieszkała w wieży nad rzeką?
Kobieta przytaknęła.
– Nad cieśniną Hellespont.
– I miała kochanka.
– Leandra. Każdej nocy przypływał do niej wpław z drugiego brzegu, a Hero zapalała w wieży lampę, żeby wskazać mu drogę.
– Ale zginął, prawda?
Trini odwróciła się i z wyraźnym niezadowoleniem spojrzała na Roberta. Roberto był irytująco przystojny. Jako syn Meksykanina i kalifornijskiej blond piękności miał nienaganną fizjonomię i bujną czuprynę, którą z pewnością będzie mógł się szczycić do końca życia. Miał również mądrą i zabawną żonę Annie, którą Trini nawet tolerowała, a to o czymś świadczyło. Mimo to ledwo znalazł się na pokładzie, a już próbował uwieść tę kobietę. Trini nigdy nie uważała go za drania i miała nadzieję, że jej partner się nim nie okaże. Świdrowała go wzrokiem, wyładowując frustrację na gumie do żucia.
Ale Hero zdawała się tym nie przejmować. Mówiła do Roberta, kompletnie ignorując Trini.
– Afrodyta była zazdrosna o ich miłość. Którejś nocy zdmuchnęła lampę, a Leander stracił orientację i utonął. Kiedy Hero zobaczyła zwłoki swojego kochanka, rzuciła się z wieży.
– I jaki z tego płynie morał? – spytał po namyśle Roberto. – Znajdź sobie kogoś, kto mieszka po tej samej stronie rzeki?
Hero wykrzywiła się w uśmiechu i wzruszyła ramionami.
– Prędzej: nie wkurzaj bogów.
Znudzona tymi przekomarzankami Trini obejrzała się na pilotów i zakręciła palcem w powietrzu. W jednej chwili rozległ się ryk silników, samolot szarpnął i zaczął się toczyć po pasie. Żarciki się skończyły.
Hero rozejrzała się dookoła, zaniepokojona.
– Chwila, startujemy? A gdzie reszta waszego zespołu?
– Więcej już nas nie będzie – odparła Trini.
– Ale… jesteście pewni? Nie wiem, czy sami sobie z tym poradzimy.
Roberto wyraził to samo przekonanie co Trini, ale darował sobie ironię.
– Może zdradzi nam pani, o co chodzi – zasugerował. – A my powiemy, czy damy sobie radę.
– Nic wam nie powiedzieli? – spytała.
– Tylko tyle, że lecimy do Australii, a pani już będzie wiedziała, co dalej – wyjaśniła Trini.
Hero wyjrzała przez okno, patrząc, jak maszyna odrywa się od ziemi. Klamka zapadła. Nie było odwrotu.
– Nigdy nie zrozumiem armii. – Pokręciła głową z niedowierzaniem.
– Ja też – odpowiedział Roberto. – Oboje służymy w siłach powietrznych. Oddelegowano nas do Agencji Obrony Przeciwatomowej.
– Tu nie chodzi o zagrożenie atomowe.
Trini zmarszczyła brwi.
– Skoro wezwali mikrobiolożkę, to pewnie podejrzewają jakąś broń biologiczną?
– Nie.
– No więc co?
Hero namyślała się przez chwilę.
– Dobre pytanie. – Otworzyła leżące na stole akta i zaczęła opowiadać.
Po sześciu godzinach skończyła.

To, co Roberto wiedział na temat Australii Zachodniej, zmieściłoby się w cienkiej książeczce. A raczej w ulotce: jedna strona zadrukowana dużą czcionką. Hero wyjaśniła, że lecą do odległej wioski zwanej Kiwirrkurrą, położonej pośrodku Pustyni Gibsona, jakieś tysiąc dwieście kilometrów na wschód od Port Hedland. Została ona założona dziesięć lat wcześniej jako osada plemienia Pintupi w ramach nieustających starań rządu australijskiego zachęcającego grupy Aborygenów do powrotu na ziemie należące do ich przodków. Przez dziesięciolecia ciemiężeni rdzenni mieszkańcy Australii byli z nich wielokrotnie wysiedlani – ostatnio w latach sześćdziesiątych w wyniku prowadzonych tam testów pocisków balistycznych Blue Streak. „Nie za bardzo możecie żyć na terenach, które zamierzamy wysadzić w powietrze. To niezdrowe”.
Jednak w połowie lat siedemdziesiątych testy się zakończyły, wzrosła wrażliwość polityczna i ostatni z plemienia Pintupi zostali sprowadzeni ciężarówkami do Kiwirrkurry, czyli nawet nie na kompletny wygwizdów, a kilkaset kilometrów za wygwizdowem. Ale oto tu żyli – cała grupa licząca dwudziestu siedmiu Pintupi – tak spokojni i szczęśliwi, na ile to możliwe na spowitej duszącym pyłem pustyni, bez prądu i telefonu, z dala od cywilizacji. Chociaż to im akurat pasowało – szczególnie starszyźnie, która cieszyła się z powrotu na ziemie przodków.
A potem na głowy spadło im niebo.
Niecałe, wyjaśniła Hero. Tylko fragment.
– A konkretnie? – spytał Roberto. Przez całą opowieść utrzymywał z nią kontakt wzrokowy i niech się wam nie wydaje, że Trini tego nie zauważyła. Gapiła się na niego, jakby chciała go zmusić telepatycznie, żeby już przestał.
– Skylab.
Trini nagle odwróciła głowę i spojrzała na Hero.
– To było w siedemdziesiątym dziewiątym?
– Tak.
– Myślałam, że szczątki spadły do Oceanu Indyjskiego.
Hero potwierdziła ruchem głowy.
– Większość owszem. Część spadła na ziemię nieopodal miasteczka Esperance, również w zachodniej Australii.
– W pobliżu Kiwirrkurry? – spytał Roberto.
– Nic nie leży w pobliżu Kiwirrkurry. Esperance jest oddalone o dwa tysiące kilometrów i liczy dziesięć tysięcy mieszkańców. W porównaniu z Kiwirrkurrą to wielka metropolia.
– Co stało się z tymi szczątkami, które wylądowały w Esperance?
Hero zajrzała do akt. Elementy, które tam spadły zostały dość sprawnie pozbierane przez tamtejszą ludność, a potem umieszczone w miejscowym muzeum – dawnej dyskotece, którą szybko zaadaptowano na Muzeum Miasta Esperance i Obserwatorium Skylab. Wstęp kosztował cztery dolary, za które można było zobaczyć największy zbiornik tlenowy satelity, zamrażarkę do przechowywania żywności i innych rzeczy, kule z azotem wykorzystywane w silniczkach korekcyjnych ACT i fragment włazu, przez który przeciskali się astronauci, odbywając kosmiczne spacery. Na pokaz wystawiono także kilka innych niezidentyfikowanych części, w tym blaszkę z idealnie zachowanym napisem SKYLAB, namalowanym pośrodku jasnoczerwoną farbą, który wyglądał dość podejrzanie.
– NASA przez lata zakładała, że to wszystko, co można było odzyskać, a reszta, o ile nie spłonęła przy wejściu w atmosferę, spoczywa na dnie oceanu – ciągnęła dalej Hero. – Uważano, że jeśli coś przeoczono, to do tej pory dawno by się znalazło, albo po prostu zalega w jakimś odludnym i zapomnianym przez Boga miejscu.
– Takim jak Kiwirrkurra – podsunął Roberto.
Skinęła głową i przewróciła kolejną kartkę.
– Trzy dni temu skontaktował się ze mną oddział badań astrobiologicznych NASA. Za pośrednictwem sześciu różnych agencji rządowych dotarła do nich informacja, że dzwonił ktoś z zachodniej Australii, bo „coś wydostało się ze zbiornika”.
– Z jakiego zbiornika?
– Dodatkowego, z tlenem. Tego, który spadł na Kiwirrkurrę.
Trini pochyliła się w jej stronę.
– Kto dzwonił?
Hero zerknęła do notatek.
– Przedstawił się jako Enos Namatjira. Twierdził, że jest z Kiwirrkurry i że jego wujek przed pięcioma czy sześcioma laty znalazł w dole jakiś zbiornik. Słyszał o jakimś statku kosmicznym, który się rozbił, więc przytaszczył zbiornik do domu i zachował go na pamiątkę. Tylko że coś się z nim stało, a stan mężczyzny zaczął się pogarszać. I to szybko.
Roberto zmarszczył brwi, próbując poskładać to do kupy.
– Skąd wiedział, gdzie dzwonić?
– Nie wiedział. Zaczął od Białego Domu.
– I przełączono go do NASA? – spytała z niedowierzaniem Trini. Z czymś takim jeszcze się nie spotkała.
– Próbował siedemnaście razy i za każdym razem jeździł pięćdziesiąt kilometrów do najbliższego telefonu, ale tak, w końcu dodzwonił się do NASA.
– Musiał być bardzo zdeterminowany – stwierdził Roberto.
– Owszem, bo w tym czasie ludzie zaczęli umierać. Wreszcie, niecałe dwa dni temu, skontaktowano go ze mną. Czasami pracuję dla NASA. Przeprowadzam inspekcję promów kosmicznych pod kątem obecności obcych form życia, których zresztą nigdy nie znajduję.
– Ale tym razem myśli pani, że coś przybyło z kosmosu? – spytała Trini.
– Niezupełnie. I tu zaczyna robić się ciekawie.
Roberto pochylił się do przodu.
– Według mnie już jest całkiem ciekawie.
Hero uśmiechnęła się do niego, a Trini starała się nie przewracać oczami.
– Zbiornik był szczelnie zamknięty – kontynuowała Hero. – Wątpię, żeby wrócił z czymś, z czym nie opuścił Ziemi. Przejrzałam wszystkie dokumenty dotyczące Skylaba i wygląda na to, że ten konkretny pojemnik, który wysłano podczas ostatniej misji zaopatrzeniowej, nie był przeznaczony do podtrzymania cyrkulacji tlenu wewnątrz stacji, tylko miał zostać przyłączony do jednego z zewnętrznych ramion. W środku znajdował się żywy organizm, bliski kuzyn Ophiocordyceps unilateralis. To taki fajny mały pasożytniczy grzyb, który przeskakuje z jednego gatunku na drugi, adaptując się do nowego gospodarza. Jest w stanie przetrwać w ekstremalnych warunkach, trochę jak zarodniki Clostridium difficile. Słyszeliście o nich?
Patrzyli na nią pustym wzrokiem. W ich fachu wiedza na temat Clostridium difficile nie była wymagana.
– Cóż, są szkodliwe i wyjątkowo odporne. Potrafią przeżyć wewnątrz wulkanu, na dnie morza, a nawet w kosmosie.
Nie odzywali się. Wierzyli jej na słowo.
– Tak czy siak – kontynuowała – próbka została umieszczona w zbiorniku w ramach projektu badawczego. Grzyb cechowała swoista specyfika wzrostu i chciano sprawdzić, jak wpłyną na niego warunki panujące w przestrzeni kosmicznej. Pamiętajcie, że to były lata siedemdziesiąte, stacje orbitalne miały być kolejnym wielkim przełomem w podboju kosmosu, więc musieli opracować skuteczne leki przeciwgrzybicze dla milionów ludzi, którzy mieli na nich zamieszkać. Ale nie było im to dane.
– Bo Skylab się rozbił.
– Tak. No więc zbiornik, który przez pięć czy sześć lat tkwił przed domem wujka Enosa Namatjiry, w końcu zaczął rdzewieć. Mężczyzna chciał go trochę odświeżyć, żeby wyglądał jak nowy i ładnie błyszczał. Kto wie, może ludzie chętnie by zapłacili, żeby go obejrzeć. Usiłował usunąć rdzę, ale okazała się wyjątkowo oporna. Według Enosa wujek wypróbował wielu różnych środków czyszczących, aż wreszcie sięgnął po stary, sprawdzony, domowy sposób: przeciął ziemniaka na pół, polał go płynem do mycia naczyń i potarł nim powierzchnię zbiornika.
– Podziałało?
– Owszem. Rdza zeszła bez trudu, a pojemnik odzyskał dawny blask. Jednak po kilku dniach wujek zachorował. Zaczął się dziwnie zachowywać, można rzec, że irracjonalnie. Wspiął się na dach swojego domu i nie chciał zejść, a potem zaczął nienaturalnie puchnąć.
– Do diabła, co się stało? – spytała Trini.
– Wszystko, co teraz powiem, to tylko i wyłącznie hipoteza.
Zrobiła wymowną pauzę. Czekali, aż zacznie mówić. Świadomie czy nie, doktor Martins potrafiła porwać słuchaczy. Roberto i Trini patrzyli na nią jak urzeczeni.
– Podejrzewam, że chemiczna mieszanka użyta przez wujka przeniknęła przez mikroszczeliny w powłoce zbiornika i tak mieszczący się w środku cordyceps został ponownie nawodniony.
– Dzięki ziemniakowi? – zdziwił się Roberto. Nie wydawał mu się zbyt soczysty.
Przytaknęła.
– Przeciętny ziemniak składa się w siedemdziesięciu ośmiu procentach z wody. Ale nie chodziło tylko o nawodnienie; grzyb otrzymał także pożywkę w postaci pektyny, celulozy, białka i tłuszczów. I odpowiednie środowisko do rozwoju. O tej porze roku na pustyni w zachodniej Australii jest zwykle grubo powyżej trzydziestu ośmiu stopni Celsjusza. Wewnątrz zbiornika było pewnie z pięćdziesiąt pięć. Taka temperatura dla nas jest zabójcza, ale wymarzona dla grzyba.
Trini chciała już przejść do sedna.
– I twierdzi pani, że to coś ożyło?
– Niezupełnie. To znów tylko spekulacje, ale możliwe, że zawarte w ziemniaku polisacharydy połączyły się z palmitynianem sodu wchodzącym w skład płynu do mycia naczyń, stwarzając idealne warunki do rozwoju. Osobno to duże, nieciekawe, bierne cząsteczki, ale jeśli je ze sobą połączyć, to rezultat może być naprawdę zaskakujący. Nie ma co winić wujka; znaczy się, w końcu o to mu chodziło, starał się doprowadzić do reakcji chemicznej.
Wyraźnie się rozkręcała – w oczach miała ten błysk świadczący o intelektualnym wyzwaniu. Roberto po prostu nie mógł oderwać od niej wzroku.
– I co? Udało się? – spytał.
– Kurwa, jeszcze jak!
Boże, do tego przeklina, pomyślał i się uśmiechnął.
– Ale czynnikiem inicjującym raczej nie były polisacharydy ani palmitynian sodu.
Pochyliła się do przodu, jakby chciała opowiedzieć puentę żartu, która wszystkich rzuci na kolana.
– Była nim rdza. Fe2O3 ∙ nH2O.
Trini wypluła zżutą gumę w chusteczkę i włożyła do ust świeżą.
– Pani doktor, czy mogłaby pani jakoś to skondensować?
Hero odwróciła się do niej, ponownie pełna powagi.
– Jasne. Wysłaliśmy w kosmos hiperagresywnego ekstremofila, odpornego na wysokie temperatury i zdolnego przetrwać w próżni, lecz wrażliwego na zimno. Tam przeszedł w stan uśpienia, pozostając zarazem niezwykle receptywnym. I pewnie wtedy coś się do niego przypałętało. Być może został wystawiony na promieniowanie słoneczne. Możliwe też, że jakiś zarodnik przeniknął przez mikroszczeliny w zbiorniku podczas wchodzenia w atmosferę. Tak czy siak, kiedy grzyb wrócił na Ziemię, był już wybudzony. Znalazł się w gorącym, bezpiecznym, bogatym w białko i sprzyjającym wzrostowi środowisku. I coś spowodowało zmiany w jego strukturze genetycznej.
– Jakie zmiany? – chciał wiedzieć Roberto.
Przeskoczyła wzrokiem między nim a Trini, jak nauczyciel spoglądający na swoich lekko opornych uczniów, którzy nie dostrzegają tego, co oczywiste.
– Chyba stworzyliśmy nowy gatunek – wyjaśniła wprost. Jako że sama na to wpadła, uznała, że ma prawo nadać mu nazwę, dlatego po chwili ciszy dodała: – Cordyceps novus.
Trini spojrzała na nią i spytała:
– Co powiedziała pani Enosowi?
– Że muszę coś sprawdzić i poprosiłam, żeby zadzwonił do mnie za sześć godzin. Już się nie odezwał.
– I co wtedy pani zrobiła?
– Zadzwoniłam do Departamentu Obrony.
– A oni co na to? – dociekał Roberto.
Wykonała gest ręką.
– Przysłali was.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ