Thriller / Sensacja / Kryminał
Czerwony alarm
29,99 zł
38,99
KUP TERAZ

Czerwony alarm

, Marshall Karp
brak opinii
Liczba stron: 336
ISBN: 9788327637246
Premiera: 2018-09-19
Tłumaczenie: Dorota Stadnik
Opracowanie graficzne okładki: Emotion Media

RED to wyjątkowy oddział policji stworzony przez burmistrza Nowego Jorku.

Wybrani detektywi prowadzą śledztwa, w które są zamieszani ludzie z pierwszych stron gazet – politycy, aktorzy, biznesmeni i gwiazdy sportu. Elita chroni elitę.

Miastem, które podobno nigdy nie zasypia, wstrząsają kolejne okrutne zbrodnie.

Del Fairfax zginął w wybuchu podczas przyjęcia charytatywnego. Arnold Zimmer, jego wspólnik, został zamordowany w kampusie Reckefeller University. W obu przypadkach ładunki wybuchowe umieszczono z dużą precyzją, tak by nie było innych ofiar. Fairfax i Zimmer uchodzili za obywateli bez skazy, nie mieli wrogów, a ich fundacja cieszyła się dobrą sławą.

Kolejnego wspólnika, Nathana Hirscha, znaleziono przykutego do bomby na Foley Square. To może być przełom w śledztwie, o ile Hirsch zacznie zeznawać i zdąży wyjawić całą prawdę o fundacji, zanim zabójca uzna, że i ten „wzorowy obywatel” zasłużył na śmierć.

James Patterson

James Patterson należy do ścisłej czołówki najpopularniejszych amerykańskich autorów. Mistrz suspensu, tworzy nie tylko kryminały, ale także powieści obyczajowe i non-fiction. W ciągu 33 lat napisał 71 powieści, z czego 19 znalazło się na szczycie listy bestsellerów New York Timesa. Jeden z najbardziej poczytnych pisarzy naszych czasów.

Kylie i ja nigdy wcześniej nie pełniliśmy służby jako ochrona osobista pani burmistrz Sykes, ale kiedy zgodziła się wystąpić podczas balu charytatywnego Fundacji Silver Bullet, zamówiła nas na ten wieczór.

Dowiedzieliśmy się o tym od naszej szefowej.

– Pani burmistrz chce osobiście zebrać trochę środków – oznajmiła kapitan Cates. – Za trzy i pół roku będzie się starać o reelekcję. Spędzi wieczór w towarzystwie, zacieśniając stosunki z jej największymi donatorami. Chce pokazać, że nie jest tylko obrończynią biedaków, ale że bardzo dba o krezusów. A czy jest lepszy sposób na zademonstrowanie swojej troski o ich dobro, niż zaangażowanie dwojga najbardziej znanych gliniarzy z NYPD Red?

– Dzięki, ale nie – odparła Kylie. – Czy ona nie wie, że już spędzamy sześćdziesiąt godzin w tygodniu, zapewniając superochronę nadmiernie uprzywilejowanym wybrańcom losu? A teraz jeszcze zaprasza nas na jakiś snobistyczny…

– Czy ja użyłam słowa „zaprasza”? – przerwała jej szefowa. – Kiedy ostatni raz czytałam regulamin naszego wydziału, nie znalazłam tam ani jednego zdania na temat „zaproszeń” w hierarchii służbowej. Pani burmistrz zażyczyła sobie, żebym przydzieliła jej do ochrony detektywów Kylie MacDonald i Zacha Jordana. Czujcie się przydzieleni. I nie musicie mi dziękować.

Myślałem, że to będzie najnudniejszy wieczór tego tygodnia. I miałem rację. Do chwili, w której podium wyleciało w powietrze.

To była jedna z tych nagłych i widowiskowych eksplozji. Oślepiający błysk, ogłuszający huk, gęsty dym, smród substancji chemicznej, latające kawałki drewna, szkła, metalu i Dela Fairfaksa.

Bomba wybuchła, gdy burmistrz Sykes zeszła ze sceny i wróciła na miejsce. Mieliśmy ją z Kylie na wyciągnięcie ręki i natychmiast ściągnęliśmy z krzesła, a potem, osłaniając własnymi ciałami, przez chaos torowaliśmy drogę do uprzednio ustalonego wyjścia.

Co najmniej pięćdziesiąt innych zdesperowanych osób wpadło na ten sam pomysł.

Wrzasnąłem do krótkofalówki, przekrzykując hałas:

– Explorer, tu Red One. Vanguard jest bezpieczny. Egress Alfa zablokowane. Kierujemy się w stronę Bravo.

Zrobiliśmy w tył zwrot i pchnęliśmy panią burmistrz w kierunku kuchni. Mieliśmy wolną drogę. Ogromne stalowe centrum operacyjno-kulinarne hotelowego bankietu dla milionerów było niemal puste. Prócz kilku maruderów personel zdołał uciec tylnymi drzwiami przeciwpożarowymi i zejść po schodach do szatni dla pracowników.

Tam wielu z nich uznało, że są już bezpieczni. Co najmniej dwudziestka stała w korytarzu, a niemal każdy z telefonem przy uchu.

– NYPD. Z drogi! Z drogi, do jasnej cholery! – krzyczała Kylie, gdy łokciami torowaliśmy sobie drogę między nimi.

Hotelowy ochroniarz na nasz widok otworzył metalowe drzwi prowadzące na zewnątrz. Poczuwszy chłód powietrza i dźwięki swojego miasta, pani burmistrz przystanęła.

– Jestem na to za stara. Pozwólcie mi złapać oddech – powiedziała.

– Przykro mi, pani burmistrz, ale nie tutaj – odparła stanowczo Kylie. – Jeszcze tylko trzydzieści metrów. Niech pani idzie. Albo zaniesiemy panią z Zachem do auta.

Burmistrz Sykes rzuciła jej nieokreślone spojrzenie, które mogło oznaczać wszystko, od pogardy do wdzięczności.

– Nikt… – wydyszała – nie nosi… Muriel Sykes. Prowadźcie.

Gęsiego weszliśmy w wąską uliczkę i minęliśmy rząd kontenerów na śmieci, a ja wezwałem przez krótkofalówkę ekipę pani burmistrz.

Uliczka wychodziła na Sześćdziesiątą Pierwszą Ulicę między Madison a Piątą Aleją. Kiedy tam dotarliśmy, na chodnik wjechał czarny SUV pani burmistrz. Jej kierowca Charlie wyskoczył z wozu i otworzył szeroko tylne drzwi. Zaoferowałem pani burmistrz pomoc przy wsiadaniu, ale powstrzymała mnie gestem.

– Dalej nie jadę – oznajmiła.

– Proszę pani, nie powinna pani tu być – powiedziała Kylie.

– Jakiś szaleniec właśnie zdetonował bombę w moim mieście, pani detektyw. To moja odpowiedzialność.

– Tak, pani burmistrz, ale szaleńcy mają barbarzyński zwyczaj detonowania kolejnych bomb nakierowanych na ludzi, którzy właśnie uciekli po pierwszym wybuchu – wyjaśniła Kylie. – A my jesteśmy odpowiedzialni za dotarcie z panią w bezpieczne miejsce.

– Pani burmistrz – Charlie włączył się do rozmowy – pani ludzie już organizują sztab dowodzenia w Park Avenue Armory. Dowiozę tam panią w dwie minuty.

Kryzys został zażegnany. Burmistrz Sykes wsiadła do auta, zamknęła drzwi i opuściła okno.

– Dziękuję państwu – powiedziała.

I tyle. Dwa słowa, po których okno samochodu znowu powędrowało w górę.

W ciągu paru sekund ogromny kuloodporny ford explorer ruszył na pełnym gazie z wyciem syren i sygnałami świetlnymi, wioząc Muriel Sykes na najdłuższą noc jej raczkującej administracji.

– Nienawidzę tych nudnych zadań ochroniarskich – stwierdziła Kylie. – Wracajmy do prawdziwej policyjnej roboty.

Puściliśmy się pędem ciasną uliczką z powrotem do hotelu, a tam schodami na górę do wypełnionej dymem sali balowej.

 

***

 

Dołączyliśmy do tych, którzy ruszyli na pomoc rannym. Początkowo byli to tylko policjanci i strażacy, ale kiedy bomba wybucha w miejscu publicznym, wywołuje w ludziach odruch Pawłowa. Wszystkie organy ochrony porządku publicznego zaczęły się ślinić.

W programach informacyjnych o dziesiątej hotel Pierre był już najbardziej znanym w Stanach miejscem przestępstwa. I wszyscy – federalni, policja stanowa, policja nowojorska, strażacy, a nawet wydział narkotyków – chcieli mieć swój udział w akcji.

Na szczęście pył bitwy o wpływy opadł szybciej, niż szara gryząca chmura w Sali Kotylionowej. Kylie i ja dostaliśmy za partnera Howarda Malleya, speca od materiałów wybuchowych z FBI, na którego już kiedyś wpadliśmy.

Malley jest wszystkowidzącym, nieustępliwym i szczerym do bólu śledczym, który potrafi wkurzyć się jak kobra, gdy ktoś się z nim nie zgadza. Krótko mówiąc, w tym względzie przypominał Kylie. Może dlatego go lubiłem.

Włożyliśmy odpowiedni strój – jednorazowe kombinezony, buty, maski na twarz – i weszliśmy do strefy zero. Tył sali był prawie nietknięty. Kompozycje kwiatowe i kieliszki do wina nadal stały na niektórych stołach i czekały na uprzątnięcie.

Podeszliśmy do miejsca, w którym niecałą godzinę temu stali Del Fairfax, Princeton Wells i burmistrz Sykes, schlebiając bogatym dobroczyńcom. W tej części sali wypadły wszystkie okna, odłamki podziurawiły drewno na ścianach, a podłogę pokryły pozostałości po wybuchu, czyli strzępy kotar, lśniące kawałki kryształowego żyrandola, poprzewracane krzesła, sztućce, buty, torebki... Innymi słowy, tysiące puzzli, które składały się na obrazek idealnego wieczoru, a teraz leżały w nieładzie pokryte grubą warstwą kurzu i zbryzgane krwią.

Pośród tego pobojowiska znajdował się człowiek, który miał odnaleźć sens w tym pozornie bezsensownym akcie. Klęczał w jednym końcu dwunastometrowego osmalonego pasa, który jeszcze niedawno był sceną. Malley, łysy agent FBI z siwą brodą, trzymał w prawej ręce pęsetę i wpatrywał się w nią uważnie przez szkło powiększające. Na odgłos naszych kroków podniósł wzrok.

– No proszę, detektywi Jordan i MacDonald. Jak się mają sprawy w oddziale chroniącym tłuste koty?

– Nigdy nie było lepiej – odparła Kylie z kamienną twarzą. – Znalazłeś tu coś?

– Może. – Malley wstał. – Jeśli uznać ten bałagan za stóg siana zajmujący trzysta siedemdziesiąt metrów kwadratowych, to być może znalazłem w nim igłę. Spójrzcie.

Kylie i ja po kolei przyjrzeliśmy się znalezisku zwisającemu z pęsety Malleya. To był kawałek przewodu. Właściwie trzy kawałki – jeden czerwony, jeden biały, jeden niebieski – splecione razem jak warkocz. Cieniutki jak makaron typu nitka i nie dłuższy niż pięć centymetrów.

– To coś znaczy? – zapytałem.

– Powtórzę: być może. Tych, którzy robią bomby, uważamy za masowych morderców. Oni sami lubią myśleć o sobie jak o artystach. I jak wszyscy artyści, czują potrzebę podpisania swojego dzieła. Takie połączenie czerwonego, białego i niebieskiego widzę pierwszy raz, dlatego przyszło mi do głowy, że to może być podpis twórcy tej bomby.

– Czerwony, biały, niebieski – powiedziała Kylie. – Co to oznacza? Śmierć Ameryce?

– Bomba mówi o śmierci. Kabel mówi o gościu, który ją zbudował.

– Czerwony, biały, niebieski – powtórzyła Kylie. – Sądzisz, że to Amerykanin?

– Może być też Litwinem daltonistą. Dobrze byłoby wiedzieć, co symbolizują te kolory, ale bardziej by nam pomogło, gdyby to był faktycznie jego podpis i gdybyśmy mieli go w naszej bazie danych. Zabiorę to do biura i sprawdzę, dokąd nas zaprowadzi ten trop.

– Jakie masz przypuszczenia? – zapytałem.

Malley schował kawałek przewodu do plastikowej torebki, podpisał ją i włożył do pojemnika na dowody.

– To nie był atak terrorysty – odparł.

– Jesteś pewien?

– Nie. Jestem kiepsko opłacanym pracownikiem administracji rządowej, nie Harrym Potterem. Ale zapytałeś o moje przypuszczenia, więc odwołuję się do swojej wiedzy naukowej po dwudziestu minutach myszkowania. Sąd nie uzna tego za dowód, ale w tej chwili uważam, że jedna ofiara śmiertelna i dwudziestu dwóch rannych nie jest dziełem wyszkolonego w Syrii gotowego na wszystko dżihadysty.

– To nie terrorysta? – zapytała Kylie. – Howardzie, ten człowiek swoją bombą skrzywdził dwadzieścioro troje ludzi.

– Pani detektyw mnie nie słuchała – odparł z przekąsem Malley. – Nie powiedziałem, że facet jest amatorem. To najwyższej klasy specjalista. Ale użył ładunku kumulacyjnego do zabicia jednej osoby. Reszta to przypadkowe ofiary. Niektórzy zostali ranni z powodu odrzutu, ale większość odniosła obrażenia w wyniku paniki. Nie zadaję się z milionerami jak wy, ale według mnie w tym tłumie każdy troszczył się wyłącznie się siebie. Byłoby o wiele mniej złamanych kości, gdyby ludzie nie spanikowali. Temu gościowi chodziło o Fairfaksa. To nie był akt terroryzmu. To sprawa osobista.

– Gdyby rzeczywiście chodziło o coś osobistego, nie łatwiej byłoby zamordować go w łóżku? – zapytała Kylie powątpiewająco.

Malley wzruszył ramionami.

– Przypuszczam, że wolał zrobić z tego sprawę publiczną. Nie mam pojęcia, co chciał przez to powiedzieć. – Puścił do nas oko. – Ale to już nie mój problem.

 

***

 

Malley miał rację. Terroryzm to sprawa agentów bezpieczeństwa narodowego, ale zabójstwo – zwłaszcza gdy ofiarą padł ktoś taki jak Del Fairfax – należało do nas.

Chociaż byliśmy świadkami ostatnich chwil jego życia, nic o nim nie wiedzieliśmy. Musieliśmy porozmawiać z kimś, kto go znał. Dotarliśmy do Princetona Wellsa. Z Sali Kotylionowej przemieścił się na trzydzieste dziewiąte piętro hotelu.

– Służę pomocą – powiedział, otworzywszy drzwi do apartamentu z widokiem na Central Park.

Zmienił już formalny strój na parę pogniecionych bojówek khaki i spłowiały szary T-shirt. Był boso.

Pani burmistrz zdążyła przedstawić nas Wellsowi wcześniej. Dał nam swoje wizytówki i zażartował, że ma nadzieję nigdy więcej nas nie spotkać. Kilka godzin później szliśmy za nim do jego salonu.

– Weźcie sobie krzesła – powiedział i skierował się do świetnie zaopatrzonego barku. – Coś do picia? – zapytał.

Odmówiliśmy. Wells wrzucił do szklanki kilka kostek lodu i dolał dziesięć centymetrów francuskiej wódki. Potem odkorkował butelkę wina i wlał do kryształowego kielicha podobną ilość płynu. Pociągnął łyk wódki. Wino postawił na stoliku kawowym przed nami.

– Co już wiadomo? – zapytał.

– Proszę przyjąć nasze kondolencje z powodu straty przyjaciela – powiedziałem – ale fakt, że jest jedyną śmiertelną ofiarą, nasuwa przypuszczenie, że mógł być głównym celem tego ataku.

– To nonsens. Kto chciałby zabić Dela?

– Właśnie o to detektyw MacDonald i ja chcielibyśmy pana zapytać. Jak dobrze go pan znał?

– Przyjaźniliśmy się od czasów liceum. Na studiach mieszkaliśmy w jednym pokoju. Dwadzieścia lat temu założyliśmy Silver Bullet z Arniem Zimmerem i Nathanem Hirschem. Del i ja byliśmy jak bracia.

– Miał wrogów? Czy ktoś mógł pragnąć jego śmierci?

– To kompletnie niedorzeczne – odparł Wells i wychylił zwartość szklanki. – Muszę się jeszcze napić – oznajmił i powędrował z powrotem do barku.

Alkohol był ostatnią rzeczą, jakiej w tej chwili potrzebował Princeton Wells. Powiedziałbym mu to, gdyby był zwykłym obywatelem, a ja zwykłym gliną. Ale on był miliarderem, a ja detektywem pierwszej klasy wyszkolonym do kontaktu z przedstawicielami klasy uprzywilejowanej, nieważne, trzeźwymi czy zalanymi w trupa. Patrzyłem, jak nalewa kolejną porcję wódki, tym razem nie dodając lodu.

– Piękne miejsce – zauważyła Kylie, odwracając na chwilę uwagę od przykrego tematu rozmowy.

– Dzięki – uśmiechnął się Wells. – Mam je od trzech lat. Widok jest oszałamiający, a już zwłaszcza kiedy pada śnieg. Wystarczy wziąć pilota do ręki, otworzyć butelkę wina…

– Czy ktoś tu mówi o winie?

Do pokoju weszła Kenda Whithouse w turbanie z ręcznika na głowie i męskiej koszuli zamiast szlafroka.

– Już nalałem – oznajmił Wells, wskazując napełniony kieliszek.

Kenda Whithouse usiadła na sofie, chowając nogi pod siebie, i napiła się wina.

– Kendo – zaczął Wells – to detektywi z NYPD.

– Miło was poznać – powiedziała. – Złapaliście ich?

– Pracujemy nad tym – odparłem.

– To było straszne. Jak w filmie katastroficznym, tyle że działo się naprawdę. Mam szczęście, że nie zginęłam, ale spadło na mnie to całe fruwające gówno. Wyglądałam jak jedna z tych bezdomnych, dla których Princeton buduje lokale. Trzy razy myłam włosy, żeby pozbyć się smrodu.

Wells usiadł przy niej, wychylił kolejną szklaneczkę i przyjął taką pozycję, jakby szykował się do pojedynku z nami.

– Chcecie znać moje zdanie, państwo detektywi? Według mnie bomba była przeznaczona dla pani burmistrz. Zeszła z podium kilka sekund przed wybuchem. Tylko takie wyjaśnienie ma sens. Zawsze znajdzie się ktoś, kto ma pretensje do polityków. Ale Del Fairfax? Wszyscy go kochali. Kochali całą naszą czwórkę. Zbieramy setki milionów dolarów. Zapewniamy tym ludziom jedzenie, dach nad głową, edukację, ale co ważniejsze, dajemy im cel, nadzieję… – Urwał, spojrzał na szklaneczkę w ręku i odstawił ją na stolik. – Przepraszam. Parę drinków i już wyjeżdżam z gadką o humanitaryzmie. Chodzi mi o to, że nikt nie zabija kury znoszącej złote jajka. Fundacja Silver Bullet nie ma wrogów.

– A życie osobiste Fairfaksa? – zapytała Kylie.

– Del był graczem. Nigdy się nie ożenił. Bo niby po co? Był bogaty, przystojny, laski go uwielbiały.

– Czy któraś z tych lasek miała męża? – zapytała Kylie.

– Boże uchowaj. Del nigdy nie sprzątnąłby żony innemu facetowi. Był kobieciarzem, ale nie lubił tragedii.

Zadzwoniła moja komórka. Zobaczyłem numer szefowej. Wyszedłem na korytarz, żeby odebrać.

– Co wiadomo? – zapytała bez ceregieli.

– Fachowiec od materiałów wybuchowych twierdzi, że to nie był atak terrorystyczny. Ofiarą miał być Del Fairfax. Ale Princeton Wells przedstawia Fairfaksa w takich słowach, jakby mówił o świętym. Wszyscy go kochali, więc bomba musiała być wymierzona w panią burmistrz.

– Wątpię – odparła Cates. – Sykes została dopisana do programu w ostatniej chwili, a ten atak był zaplanowany i dobrze przygotowany, na co trzeba czasu. Ale uczulę ochronę pani burmistrz. Co jeszcze?

– Nic, szefowo. W sali było czterysta osób, z panią włącznie, a nie możemy znaleźć ani jednego świadka, który cokolwiek widział.

– Jak szybko zdołacie z MacDonald urwać się stamtąd?

– W ciągu dwudziestu sekund. Tutaj już niczego się nie dowiemy.

– Więc zabierajcie się i jedźcie na Roosevelt Island. Chuck Dryden ma ciało, któremu macie się przyjrzeć.

– Kolejne zabójstwo? Akurat dla Red?

– Co ci mogę powiedzieć, Jordan? To pechowy wieczór dla sławnych i bogatych.

 

***

– Nigdy nie lekceważ szaleństw ludzi z pieniędzmi – stwierdziła sentencjonalnie Kylie.

– To sentencja z ciasteczka z wróżbą czy początek serii fascynujących spostrzeżeń? – zapytałem.

Byliśmy w drodze na Roosevelt Island.

– Mówię o Princetonie Wellsie – stwierdziła. – Po kiego licha kupił trzypokojowy apartament w hotelu Pierre, skoro ma sześciopiętrową miejską rezydencję w Central Park West o półtora kilometra dalej? To nonsens.

– A po kiego licha Bruce Wayne wkłada pelerynę i maskę i walczy z przestępczością w Gotham City, skoro mógłby usiąść wygodnie w fotelu i wydawać dyspozycje kamerdynerowi Alfredowi w okazałej rezydencji rodziny Wayne’ów? Kylie, bogacze mają własne spektrum szaleństwa.

– Po roku pracy dla Red powinnam to już wiedzieć, ale kiedy zadzwoniliśmy do Wellsa, a on powiedział, że jest na trzydziestym dziewiątym piętrze hotelu, automatycznie założyłam, że wynajął pokój na noc.

– Tacy goście jak Wells nie wynajmują pokoi na noc – powiedziałem.

– Tylko kobiety. – Kylie uśmiechnęła się szeroko. – Musiała trzy razy myć włosy. Biedactwo.

– Domyślam się, że nie podzielasz jego gustu.

– Wręcz przeciwnie. Jest idealna dla faceta, który chce poświęcić energię na pomoc potrzebującym.

Błysk w jej oku zdradzał, że Kylie dopiero się rozgrzewa i zamierza gruntownie obśmiać Kendę Whithouse niczym kabareciarz w telewizyjnym show pastwiący się nad rodziną Kardashianów, ale nie zdążyła, bo rozdzwoniła się jej komórka.

Spojrzała na identyfikator dzwoniącego, uśmiechnęła się i odebrała.

– Cześć, skarbie. Nie sądziłam, że zadzwonisz.

„Skarbie”? Mój policyjny instynkt podpowiedział mi, że to rozmowa osobista. Zerknąłem na zegarek, potem na minę Kylie. Dwudziesta trzecia czterdzieści siedem. Mina bardzo uszczęśliwiona. Telefon bardzo osobisty.

Nie słyszałem głosu rozmówcy Kylie, ale mówił dobrą minutę. W końcu Kylie stwierdziła:

– Coś się zyskuje, coś traci.

Nastąpiła pauza, po której Kylie powiedziała:

– Chciałabym, ale dostaliśmy z partnerem wezwanie do drugiego zabójstwa tego wieczoru. – Zaśmiała się, po czym dodała: – Nie obwiniaj mnie. To ty wpadłeś na pomysł, że randkowanie z policjantką może być zabawne. Pogadamy jutro. – Rozłączyła się, po czym zwróciła się do mnie: – Cholera, Zach, ci truposze milionerzy rujnują mi życie towarzyskie. Właśnie musiałam odrzucić zaproszenie na drinka w Ganzie… no, w Gansevoort PM.

Podpuszczała mnie, żebym zapytał, komu odmówiła.

Czekaj sobie. Nie zapytam.

– Byłam tam w zeszłym tygodniu – ciągnęła. – Muzyka jest beznadziejna, ale ceny za butelkę alkoholu w Sali Platynowej są kosmiczne.

Nie złapałem tej przynęty. Wpatrywałem się intensywnie w drogę i milczałem.

– Byłeś kiedyś w Ganzie? – zapytała.

– Jeszcze nie, ale jeśli znajdzie się tam jakiś trup, pojadę natychmiast.

Ta uwaga zamknęła Kylie usta.

Zazwyczaj policjanci chętnie dzielą się szczegółami swojego życia osobistego z partnerami, ale moja relacja z Kylie odbiegała od normalności. Poznaliśmy się dwanaście lat temu w akademii. Właśnie rzuciła swojego uzależnionego od prochów chłopaka. Okazałem się tym, którego potrzebowała, by wypełnić nagłą pustkę.

Przez dwadzieścia osiem dni nie mogliśmy oderwać od siebie rąk. W tym czasie zakochałem się w niej na zabój. Ale dwudziestego dziewiątego dnia jej były chłopak, Spence Harrington, wrócił z ośrodka odwykowego i ubłagał ją, żeby dała mu drugą szansę. Rok później byli już małżeństwem.

Przez dziesięć następnych lat stanowili idealną parę. Kylie była inteligentną i piękną panią detektyw odznaczoną medalem za odwagę, a Spence został jednym z najbardziej znanych producentów i scenarzystów telewizyjnych.

Aż pewnego dnia znowu zaczął brać i stracił nad tym kontrolę.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ