Powieść obyczajowa
Jak w raju
24,99 zł
29,99
KUP TERAZ

Jak w raju

Elizabeth Power, Robyn Donald, Anne McAllister
brak opinii
Liczba stron: 448
ISBN: 9788327639684
Premiera: 2018-07-04
Tłumaczenie: Iwa Pilawska, Natalia Wiśniewska, Janusz Maćczak
Opracowanie graficzne okładki: Emotion Media

Elizabeth Power, Raj na Seszelach

Riva i Damiano przeżyli burzliwy romans zakończony równie burzliwym rozstaniem. Damiano zarzucił Rivie kłamstwo, chociaż sam też często mijał się z prawdą. Po pięciu latach spotykają się ponownie. Damiano proponuje Rivie atrakcyjną pracę na Seszelach. To dla niej szansa na zawodowy sukces, ale też igranie z własnymi uczuciami, bo dawny kochanek nadal nie jest jej obojętny.

Robyn Donald, Kolory Polinezji

Taryn nie domyśla się, że biznesmen Cade Peredur oferuje jej pracę sekretarki, bo ma w tym ukryty cel. Chce ją bliżej poznać i dowiedzieć się, czy jest winna tragicznej śmierci jego przybranego brata.

Cade zabiera Taryn w podróż służbową na polinezyjską wyspę, by tam zrealizować swój plan. Nie wszystko jednak idzie po jego myśli.

Anne Mather, Spotkanie na Karaibach

Rachel jedzie na Karaiby, by odnaleźć matkę, która podobno ma tam romans z młodym mężczyzną – Mathew Brodym. Nie odnajduje jej, ale poznaje Mathew – przystojnego Antylczyka, właściciela hotelu, w którym zamieszkała. Liczy na to, że on naprowadzi ją na ślad matki. Nie zdradza, kim jest i zaczyna się z nim umawiać…

Elizabeth Power

Raj na Seszelach

 

Ponownie odezwał się w niej cichy wewnętrzny głosik. Przypomniał jej, dlaczego nie zaufała już więcej żadnemu mężczyźnie: Damiano uwiódł ją, zanim zdążyła zdać sobie sprawę, że ją wykorzystuje.

         Wyrwała się z jego objęć i przez zaciśnięte zęby wycedziła:

         – Ty zarozumiały bufonie!

         Choć odsunął się od niej, wciąż trzymał dłonie na jej ramionach.

         – Możesz zaprzeczać, ile wlezie – oznajmił – ale oboje wiemy, że twoje ciało nie zgadza się z twoją chytrą główką. Udało mi się zdemaskować ciebie i twoją matkę, ale to chyba nie jest jedyna przyczyna niechęci do mnie, prawda? Nie lubisz mnie, F2caraF1, bo zmieniłem cię w kłębek zmysłów, który błagał mnie, bym go wziął w ramiona. A to kłóciło się z planem, by rzucić mnie na kolana i urabiać jak miękką glinę w twych zachłannych dłoniach.

         Odepchnął ją od siebie. „Mamma mia”.Wystarczył jeden pocałunek, by przekonać się, jak bardzo wciąż jej pragnie.

         – Wierz w to, jeśli chcesz – odparła Riva. Wzięła głęboki oddech, starając się opanować. – Jeśli skończyłeś już mnie poniżać, może zechciałbyś zobaczyć wstępne projekty, które mam na komputerze? – zapytała, prostując się.

         Zdjął marynarkę i rzucił na krzesło. Riva odwróciła wzrok od jego mocnego, opalonego torsu, wyraźnie zarysowanego pod delikatnym materiałem koszuli, gdy pochylał się nad laptopem.

         – Olivia miała rację – oznajmił po kilku chwilach. – Jesteś bardzo dobra.

         Gdyby usłyszała tę pochwałę kilka lat wcześniej, nie posiadałaby się z radości. Teraz czuła jednak tylko ulgę i dziwny, niewytłumaczalny żal.

         – Czasem myślę, że lepiej znam się na kształtach i kolorach niż na ludziach – stwierdziła i zerknęła ukradkiem na zegarek, sądząc, że Damiano tego nie widzi.

         – Spieszysz się gdzieś? – zapytał, nie odrywając wzroku od ekranu. Temu mądrali nic nie umknie, pomyślała Riva.

         – Jestem umówiona.

         – Umówiona? Na gorącą randkę?

         Nie zamierzała przyznać się do tego, że nie chodzi na randki, ani że tamtego lata we Włoszech sparzyła się tak dotkliwie, że już nigdy nie pozwoliła sobie zbliżyć się do żadnego mężczyzny. Skoro Damiano chciał myśleć, że w jej życiu jest ktoś inny, niech myśli! Być może to ją przed nim uchroni. I przed nią samą!

         – Damiano…

         Myśl, że będzie musiała bronić się również przed samą sobą, przeraziła ją. Czyżby chciała, by ją pocałował? Na pewno nie! W przeciwnym razie oznaczałoby to, że dopuściła się zdrady. Jak mogła zapomnieć o cierpieniu mamy, do którego on doprowadził? O jej bólu, alkoholizmie, depresji?

         Damiano nic nie odpowiedział. Wciąż oglądał szkice, które wykonała na kartkach, bez wątpienia uzupełniając je w myślach o własne pomysły.

         – Damiano… – Jej głos zabrzmiał teraz o wiele bardziej rozpaczliwie. Bezwzględnie musiała wyjść o czasie.

         – Kim jest ten wyjątkowy człowiek, przez którego tak błagasz?

         Na jego usta wrócił drwiący uśmiech, a przenikliwe oczy były pełne ciekawości.

         –Nie błagam! Po prostu muszę wyjść.

         Oparł się o stół i skrzyżował ramiona, skupiając na niej całą uwagę.

         – To nie może być zwykłe spotkanie. Na pewno jakaś szczególna randka. Ale nie martw się. Jeśli jest coś wart, to poczeka.

         Riva pokręciła głową, starając się nie pokazać po sobie, jak bardzo jest zaniepokojona.

         – Obiecałam. Muszę dotrzymać słowa.

         Wziął do ręki jej telefon komórkowy, który leżał na stole.

         – W takim razie zadzwoń do niego – polecił, podając aparat Rivie. Chwyciła go gwałtownie.

         – Nie – burknęła, niezadowolona, że Damiano się z nią drażni. – Muszę po prostu być o czasie!

         – Jakie poświęcenie! To musi być ktoś naprawdę wyjątkowy.

         – Jest! – warknęła, choć natychmiast tego pożałowała.

         – A czy on wie, że wystarczy, by dotknął cię inny mężczyzna, a zapomnisz o jego wyjątkowości? – drwił, a wspomnienie tego, co stało się przed chwilą, rozpaliło jej policzki ognistym rumieńcem.

         – Jeśli masz na myśli twój atak na mnie, byłam zupełnie zaskoczona. To wszystko.

         – Doprawdy? W takim razie chciałbym zobaczyć, jak zareagowałabyś, gdybym… przygotował cię, „carissima”.

         Przypomniała sobie, jak fachowo „przygotował” ją ostatnim razem. Podniecenie uczyniło ją niezdolną do odpowiedzi. Była cała spięta, gdy odezwał się ponownie głosem, w którym nie brzmiało już nic prócz profesjonalizmu.

         – Mam się spodziewać, że będziesz uciekać z każdego naszego spotkania? I to informując mnie w ostatniej chwili?

         – Oczywiście, że nie. Zresztą nie wydawałoby ci się to ostatnią chwilą, gdybyś zjawił się tu wcześniej i pozwolił mi uprzedzić cię, że muszę dziś wyjść punktualnie.

         – W porządku – zgodził się wreszcie. – Ale na przyszłość pamiętaj, że na czas tego zlecenia to mnie w pierwszej kolejności należy się twoja lojalność.

         Akurat! – pomyślała, zamykając laptop. Chwyciła torbę i papiery i czmychnęła.

        

***

 

         Zegar na tablicy rozdzielczej wskazywał dziesięć po piątej, gdy wyjechała z dziedzińca na zacienioną drzewami uliczkę prowadzącą do dwupasmowej jezdni.

         – Jak to się mogło stać? – zapytała na głos. Jak to możliwe, że pracuje dla niewidzianego od pięciu lat Damiana D’Amico? Ba, nie tylko pracuje – jest na każde jego zawołanie!

         Wyjechała na ruchliwą ulicę i choć z całych sił starała się skupić na jeździe, wspomnienia pochłonęły ją jak wysokie fale.

         Riva urodziła się, gdy jej mama miała zaledwie osiemnaście lat. Ojciec, którego pamiętała jak przez mgłę, raz po raz pojawiał się w ich życiu i znikał z niego. Zanim podrosła, trafił do więzienia, a jego śmierć wkrótce po wyjściu zza krat sprawiła, że Riva i jej mama nieuchronnie popadły w ubóstwo.

         Młoda, uzdolniona i piękna Chelsea miała wielu adoratorów, którzy chętnie zadbaliby o nią i jej córkę. Ale uparta, niezależna kobieta była zdecydowana poradzić sobie sama.

         Chelsea, nieufna i rozgoryczona przykrym doświadczeniem z ojcem Rivy, zawsze przestrzegała córkę przed uleganiem cielesnym żądzom. Nic więc dziwnego, pomyślała, że Damiano tak łatwo zdołał wykorzystać jej brak doświadczenia do własnych celów. Nigdy nie zapomniała wrażenia, jakie wywarł na niej, gdy po raz pierwszy ujrzała go w willi Marcella. Intrygujących rysów jego śniadej twarzy, olśniewającego uśmiechu, zapierającej dech zmysłowości. Ani ognia w jego oczach, który rozpalił wszystkie części jej niewinnego ciała. W tych oczach czaiła się jednak także podejrzliwość, której Riva nie rozpoznała. Swój prawdziwy zamiar ukrył pod maską czaru, który mylnie zinterpretowała jako odwzajemnione przyciąganie. Bowiem pod pretekstem uczczenia zaręczyn wuja przyjechał tu, by prześwietlić jego narzeczoną i jej córkę.

         W głowie Rivy mignął obraz łagodnego mężczyzny o srebrnych włosach, który zdobył serce Chelsea i po raz pierwszy, odkąd sięgała pamięcią, uczynił jej mamę całkowicie szczęśliwą. Był od niej niemal dwukrotnie starszy, ale Rivie to nie przeszkadzało. Mama była w nim zakochana po uszy, on w niej, a Riva cieszyła się ich szczęściem, ani przez chwilę nie myśląc o tym, jaki Marcello jest bogaty. Była po prostu zadowolona, że samotność i depresja Chelsea wreszcie odejdą w zapomnienie.

         Po uroczystym obiedzie, na lekkim rauszu po wypiciu szampana, udały się na przechadzkę po imponujących ogrodach Marcella. Był to jeden z ostatnich parnych, błogich dni, zanim rozpętała się burza.

         – Widziałam, jak na ciebie patrzy – powiedziała Chelsea, gdy ich rozmowa nieuchronnie zeszła na temat Damiana. – Widziałam i mogę powiedzieć tylko, że niezłe z niego ziółko. Nie, nie takie jak twój ojciec. Chodzi mi raczej o typ, którego pragnie wiele kobiet, ale wszystkie później gorzko tego żałują, zwłaszcza gdy porzuca je dla kolejnego łatwego podboju. Jestem pewna, że niejedna się o tym przekonała na własnej skórze.

         Rivia miała wrażenie, że słowa matki wyczarowały go spod ziemi. Damiano pojawił się przed nimi na rozpalonej ścieżce.

         – Dzień dobry, Damiano!

         – Marcello pani szuka – oznajmił, ignorując serdeczny ton Chelsea. – Chyba czuje się opuszczony.

         Dźwięk imienia narzeczonego wystarczył, by oczy Chelsea rozbłysły. Chcąc jak najprędzej znaleźć się przy nim, obróciła się odrobinę za szybko i potknęła na nierównej ścieżce. Riva wyciągnęła ramię, by ją podtrzymać.

         Chelsea zachichotała, wyraźnie zawstydzona swoją niezdarnością w obecności tego eleganckiego mężczyzny.

         – Chodź, Riva – powiedziała, chcąc oddalić się od niego. – Wracamy.

         – Ty nie, „signorina”.

         To polecenie zaskoczyło Rivę, sprawiło, że przeszył ją dreszcz. Jeszcze bardziej zaskakująca była ciepła, śniada dłoń, która gwałtownie chwyciła ją za rękę. Miała wrażenie, że znalazła się w pułapce. Gdyby tylko posłuchała wtedy instynktu i uciekła od niebezpieczeństwa, przed którym ostrzegała ją Chelsea!

 

 

Robyn Donald

Kolory Polinezji

 

   Cade spojrzał na złowieszczy dym.

   – Pojadę tam i sprawdzę, czy mogę jakoś pomóc.

   – Lepiej nie ryzykować. Ale jeśli zamierza pan zignorować ostrzeżenia, proszę przynajmniej wziąć wiadro.

   Wykrzywiając usta w grymasie, Cade zakończył połączenie. Nie miał czasu do stracenia. Pospiesznie założył koszulę z długim rękawem i spodnie. Nie zawracał sobie głowy wiadrem. Nawet gdyby jakieś znalazł, nie zyskałby nic prócz złudnego poczucia panowania nad sytuacją.

   Pobiegł do jeepa i ruszył z piskiem opon. Jechał tak szybko, jak tylko mógł, nie zważając na ograniczenia prędkości. Zaciskając smukłe palce na kierownicy, wprawnie manewrował wzdłuż wąskiej, krętej drogi prowadzącej do sąsiedniej zatoki przez gęsty busz.

   Gdy w końcu jego oczom ukazało się porośnięte trawą wybrzeże, oślepiło go słońce. Zamrugał kilka razy, po czym rozejrzał się dookoła. Nie zauważył żadnych namiotów ani śladów biwakowania − nic prócz starego auta zaparkowanego w cieniu ogromnych drzew.

   Nieopodal młoda kobieta w skąpym bikini stała zbyt blisko płonącej trawy. Na ten widok Cade rzucił się nieznajomej na ratunek.

   Dopiero, gdy znalazł się kilkanaście metrów od niej, zauważył, że dziewczyna trzyma w rękach szlauch wycelowany w płomienie. Pomimo zagrożenia musiał przyznać, że prezentowała się niezwykle seksownie – wysoka, z długimi nogami i jędrnym ciałem, na którym połyskiwały kropelki potu.

   Nagle iskry wystrzeliły w górę, więc dziewczyna odskoczyła, a burza włosów w kolorze miedzi zasłoniła jej twarz. Cade pomyślał, że musiała stracić rozum, skoro w pojedynkę próbowała walczyć z żywiołem.

   Nie było jednak czasu na analizowanie sytuacji, musiał działać. Ruszył więc w jej stronę. Odwróciła się, posyłając mu pełne wdzięczności spojrzenie, i natychmiast wcisnęła mu szlauch w ręce.

   – Celuj prosto w płomienie, a ja zmoczę ręcznik i spróbuję powstrzymać ogień z drugiej strony.

   – Radzę najpierw się ubrać – odparł Cade, kierując strumień wody na płonącą trawę.

   Spojrzała na niego zdumiona, po czym skinęła głową.

   – Święta racja.

   Pobiegła do swojego samochodu i wyjęła szorty, koszulkę oraz parę znoszonych sandałów. Gdy się ubrała, popędziła w stronę morza, żeby zmoczyć ręcznik.

   Cade obserwował ją z uwagą, dopóki płomień nie znalazł się niebezpiecznie blisko jego stóp. Wtedy skoncentrował się na walce z żywiołem, chociaż uważał, że jest skazana na porażkę. Z jednym szlauchem i wilgotnym ręcznikiem mogli zapomnieć o ujarzmieniu ognia.

   Mimo to kobieta sprawiała wrażenie zdeterminowanej, a Cade podziwiał odważnych ludzi, nawet jeśli odwaga szła u nich w parze z brakiem rozsądku.

   – Wezmę szlauch, a ty chwytaj ręcznik. Jesteś ode mnie silniejszy, więc zdziałasz więcej – poinstruowała go, stając tuż obok. – Tylko uważaj.

   Kolejne minuty upływały w gorączkowej atmosferze. Oboje robili, co mogli, chociaż linia ognia nieuchronnie przesuwała się w głąb lądu, centymetr po centymetrze.

   – Cofnij się! – wrzasnął Cade, gdy płomienie omal nie osmoliły jej łydek.

   – Dzięki – odparła ochrypłym głosem, po czym niezrażona skierowała strumień wody w kierunku zagrożenia.

   I chociaż Cade kolejny raz poczuł podziw dla jej odwagi, nie potrafił zapomnieć o naukach swojej przyrodniej matki, która wpoiła mu, że mężczyzna musi bronić kobietę. Nerwowo zerknął na drogę. Wiedział, że jeśli wkrótce pomoc nie nadejdzie, będzie zmuszony zabrać ją jak najdalej stąd. Zdawał sobie sprawę także z tego, że nie obędzie się bez użycia siły, ponieważ nieznajoma wyraźnie dawała do zrozumienia, że nie zamierza się poddać.

   Gdyby ogień zajął sitowie, a oni nie zdołaliby do tego czasu uciec, mogliby zginąć. Nawet niebieskie wody oceanu nie uchroniłyby ich przed gryzącym dymem. Zapewne oboje by się udusili.

   W takiej sytuacji nie tylko ich życie byłoby zagrożone. Żywioł dosięgnąłby z pewnością także chaty Cade’a oraz zabudowań gospodarczych i farm ciągnących się dalej wzdłuż wybrzeża. Dlatego Cade miał nadzieję, że znajomy zarządca uprzedził okolicznych mieszkańców o niebezpieczeństwie.

   Nagle z oddali dobiegł ryk silnika, który natychmiast rozniecił ledwie tlącą się nadzieję.

   ­− Dzięki ­­­Bogu – powiedział z ulgą.

   Taryn omal nie podskoczyła z zachwytu, gdy strażacy zaczęli wyskakiwać z wozów.

   ­− Zejdźcie z drogi! – wrzasnął na nich dowódca brygady. – Zaczekajcie na plaży!

   Dziewczyna pobiegła do samochodu po butelkę wody, po czym ruszyła prosto na piaszczysty brzeg. Nie zadając sobie trudu, żeby zdjąć buty, weszła do wody po kolana i zaczęła pić łapczywie. Potem ściągnęła koszulkę, zmoczyła ją i otarła twarz. Wypiła jeszcze trochę wody i odetchnęła z ulgą.

   Nieznajomy, który pomagał jej walczyć z żywiołem, stanął tuż obok.

   − Nic ci nie jest? – zapytał z naciskiem.

   Był tak wysoki, że musiała zadrzeć głowę, żeby spojrzeć mu w oczy.

   − Nie. – Przyjrzała mu się uważnie, zanim dodała: − Dziękuję za pomoc.

   Od razu rozpoznała angielski akcent, który skojarzył jej się z Peterem. Oczywiście Peter nigdy nie pozwalał sobie na tak wyniosły ton wobec niej. Łagodny z natury z pewnością nie wyszedłby zwycięsko z konfrontacji z tak aroganckim mężczyzną jak ten nieznajomy.

   Mężczyzna patrzył na nią tak, jakby spodziewał się, że lada moment zemdleje. I chociaż Taryn nie spotkała go nigdy wcześniej, nie dawało jej spokoju wrażenie, że wygląda dziwnie znajomo. Był niezwykle przystojny, miał niebieskie oczy i wydatne kości policzkowe. Gdy spojrzała mu w oczy, przeszył ją dreszcz, więc pospiesznie odwróciła wzrok.

   − Napijesz się? – zapytała, uśmiechając się przyjaźnie.

   − Dziękuję, ale już piłem. Mam własną wodę.

   Taryn odniosła wrażenie, że wyczuła nutę krytyki.

   − Jeszcze raz dziękuję za pomoc. Sama nie dałabym rady powstrzymać ognia.

   − Nie przyszło ci do głowy, że rozpalenie ogniska w porze suszy może doprowadzić do nieszczęścia?

   Chociaż padła ofiarą niesprawiedliwego oskarżenia, zdołała zapanować nad emocjami.

   − To nie ja rozpaliłam ognisko – odparła spokojnie. – Przyjechałam tutaj popływać. Kiedy byłam w wodzie, widziałam jakiś ludzi. Chcieli ugotować świeżo złapane skorupiaki. Niestety, nie przypilnowali paleniska. Zostawili trochę żaru i to wystarczyło. Zamierzałam polać to miejsce wodą ze szlaucha, ale za późno dotarłam na miejsce.

   − Rozumiem.

   Mina mężczyzny nie wyrażała żadnych uczuć, dlatego Taryn nie miała pojęcia, czy jej uwierzył.

   − Od razu zadzwoniłam po straż pożarną.

   − To dlatego tak szybko przyjechali.

   Mrużąc oczy, spojrzała na słup dymu.

   − Wygląda na to, że za chwilę będzie po wszystkim.

   Świdrujące spojrzenie nieznajomego sprawiło, że poczuła się tak, jakby była naga. Rzeczywiście skąpe bikini i szorty nie pozostawiały miejsca wyobraźni. Powodowana dziwnym prymitywnym instynktem, zadrżała.

   − Jesteś stąd? – zapytał niespodziewanie.

   − Niezupełnie. – Mieszkała w małej miejscowości położonej pół kilometra od miasteczka Aramuhu, w którym dorastała.

   − Zatem przyjechałaś na wakacje?

   Gdy gryzący dym dostał się do jej gardła, zakaszlała głośno.

   − Nie.

   − A czym się zajmujesz? – zapytał spokojnie, obserwując działania strażaków.

   − Jestem bibliotekarką – wyjaśniła zgodnie z prawdą.

   Mężczyzna uniósł ciemne brwi, wyraźnie zdumiony.

   − Czy to rozsądne pływać w pojedynkę? – zapytał, zmieniając temat.

   Taryn wytrzymała spojrzenie chłodnych, błękitnych oczu.

   − To bezpieczna zatoka. Nigdy nie ryzykuję.

   Nie mogła zrozumieć, dlaczego czuła, że ją ocenia. Przecież w ogóle się nie znali. Nie miał podstaw, żeby wyciągać wnioski na jej temat.

   − Walka z żywiołem niewątpliwie była ryzykowna. Gdyby wiatr zmienił kierunek, musiałabyś uciekać ile sił w nogach. I z pewnością straciłabyś samochód.

   Oczywiście rozważała taką możliwość, jednak bardziej obawiała się, że ogień zniszczy wybrzeże.

   − Potrafię biegać – odparła lodowatym głosem.

   Spojrzał na jej gołe nogi.

   − Nie wątpię – mruknął. – Ale jak szybko?

   Coś w jego postawie przywołało mgliste wspomnienie. Taryn była prawie pewna, że już wcześniej widziała tego człowieka. Ale nadal nie potrafiła skojarzyć go z konkretnym imieniem czy nazwiskiem. Był tylko jeden sposób, żeby je poznać.

   − W razie konieczności, całkiem szybko – oświadczyła wyniośle. – Chyba najwyższa pora się przedstawić. Jestem Taryn Angove.

 

Anne Mather

Spotkanie na Karaibach

 

W tym momencie ją zauważył.

         Nic dziwnego, pomyślała, skoro gapiła się na niego, jakby nigdy dotąd nie widziała na oczy mężczyzny. Uświadomiwszy to sobie, zaczerwieniła się i chociaż szybko odwróciła się z powrotem do lady recepcji, była pewna, że spostrzegł jej rumieniec.

         Rosa, wciąż wpatrzona w tego oszałamiająco przystojnego faceta, wyjęła z szuflady kartę magnetyczną do drzwi, a potem ujęła dzwonek i potrząsnęła nim energicznie.

         – Zameldowała się pani? – zapytał mężczyzna nazwany Mattem.

         Rachel przełknęła nerwowo.

         – Och, tak. – Oblizała wargi. – A pan?

         Uśmiechnął się z lekką ironią.

         – Pan Brody jest właścicielem hotelu – wyjaśniła Rosa. Gdy pojawił się młody Antylczyk, podała mu kartę i powiedziała: – Toby zaprowadzi panią do pokoju, panno Claiborne. Życzę miłego pobytu.

         – Claiborne? – powtórzył Matt Brody.

         Stanął obok niej przy ladzie recepcji. Poczuła jego czysty męski zapach i skonstatowała, że jest wyższy od niej, co nieczęsto jej się zdarzało. Lecz jeszcze bardziej niecodzienna była jej reakcja na bliskość tego mężczyzny, która wprawiła ją w zakłopotanie. Dotąd Rachel nigdy nie zaprzątała sobie głowy tym, że w wieku trzydziestu lat wciąż jeszcze jest dziewicą. Teraz jednak konsekwencje tego faktu uderzyły ją z nieoczekiwaną siłą, gdy Matt Brody skrzyżował ramiona na piersi i zmierzył ją taksującym spojrzeniem ciemnozielonych oczu.

         – Pani nazywa się Claiborne?

         Dopiero gdy powtórzył pytanie, oderwała wzrok od jego intrygującego tatuażu na przedramieniu.

         – No... tak – wyjąkała, a potem odważyła się zapytać: – Czy zetknął się pan już z tym nazwiskiem?

         Mężczyzna zdawał się wahać. Ściągnął brwi.

         – Być może – odpowiedział wreszcie. – Gdzieś je słyszałem. Jest dość rzadkie.

         – Owszem – przyznała.

         Nie był z nią szczery i zastanawiała się, co by powiedział, gdyby  wyjawiła, że jest córką Sary Claiborne.

         – W każdym razie mam nadzieję, że pokój się pani spodoba. Gdyby pani czegokolwiek potrzebowała, wystarczy wezwać telefonicznie obsługę hotelu.

         – Dziękuję – odparła Rachel.

         Nagle opadło ją znużenie długą podróżą z Londynu. Pragnęła rozpakować rzeczy, wziąć długi chłodny prysznic i ewentualnie zamówić posiłek do pokoju, jeśli byłoby to możliwe. Wyspa i hotel ją oczarowały, ale pojawienie się Matta Brody’ego skomplikowało sytuację.

         Zmusiła się do nikłego uśmiechu i podążyła po schodach za Tobym, świadoma tego, że obserwują ją co najmniej dwie pary oczu. A może wcale nie? Ostatecznie Matt Brody nie miał żadnego powodu, by się nią interesować. Zaciekawiło go tylko jej nazwisko, czemu w danych okolicznościach trudno się dziwić.

         Pokój okazał się jasny i przestronny, z wielkim kolonialnym łożem, sekretarzykiem i dwoma fotelami. Zewnętrzny balkon porośnięty winoroślami wychodził na ogród na tyłach hotelu, a w dole woda basenu lśniła w promieniach zachodzącego słońca.

         W innych okolicznościach Rachel czułaby się oczarowana. Wyspa St Antoine była istnym rajem. Lecz każdy raj zamieszkuje wąż, a fascynujący Matt Brody idealnie pasował do tej roli.

         Fascynujący? Rachel z przerażeniem przyłapała swój umysł na tym słowie. Do licha, to nie pora na uleganie fascynacji tym potencjalnie niebezpiecznym, choć niewątpliwie atrakcyjnym mężczyzną!

         Wzięła długi prysznic, a potem włożyła męskie bokserki i cienką koszulkę na ramiączkach, zadowolona, że nie zabrała grubszej bielizny. Pogoda w lutym na St Antoine bardzo się różniła od londyńskiej.

         Rachel nie czuła się szczególnie głodna, ale wiedziała, że powinna coś zjeść. Zamówiła więc telefonicznie do pokoju sałatkę i lody. Czekając wyszła na balkon. Zapadł już zmrok, lecz ogród był rzęsiście oświetlony. Łagodne powietrze przesycone mnóstwem nieznanych egzotycznych woni delikatnie pieściło jej skórę. Wsparła się na balustradzie i wdychała je głęboko. Ogarnęło ją osobliwe uczucie swobody i pierwotnej harmonii.

         I wtedy zobaczyła Matta Brody’ego, który stojąc w cieniu, wpatrywał się w jej balkon.

         Cofnęła się natychmiast. Dobry Boże, on niewątpliwie ją widział! Zastanawiała się, co tam robił. Przecież z pewnością nie mieszka we własnym hotelu.

         Dyskretnie zapukano do drzwi. Rachel w panice narzuciła na siebie bawełniany szlafroczek. Wszedł młody człowiek z obsługi hotelowej, przynosząc zamówioną kolację.

         – Życzę smacznego, panno Claiborne – powiedział, przyjmując napiwek.

         Zjadła w łóżku, po czym ułożyła się do snu, myśląc leniwie, że właściwie powinna wysuszyć wilgotne włosy.

         Kiedy się obudziła, było już widno. Wieczorem nie zaciągnęła kotar, więc przez balkonowe drzwi wlewał się blask słońca. Dochodziła dopiero siódma, ale w pokoju czuło się już upał. Rachel wstała i włączyła klimatyzację, a potem weszła do łazienki i przejrzała się w lustrze nad umywalką. Nigdy nie uważała się za piękność, ale teraz uznała, że po dobrze przespanej nocy wygląda całkiem znośnie.

         Zakończywszy poranne ablucje, pomyślała z westchnieniem, że nadal nie zdecydowała, czy powinna ponownie porozmawiać z Mattem Brodym ani w jaki sposób ma się skontaktować z matką. Ojciec nie podał jej żadnego adresu, lecz przypuszczała, że Sara Claiborne mogła zamieszkać u mężczyzny, do którego przyjechała.

         Tylko gdzie?

         Włożyła krótką plisowaną spódniczkę, żółty bezrękawnik oraz japonki zamiast szpilek, które nosiła w podróży. Wyszła z pokoju i ruszyła w kierunku schodów, starając się nie myśleć o ewentualnym spotkaniu Matthew Brody’ego. Na korytarzu wymieniła uprzejme powitanie z parą w średnim wieku. Obydwoje byli mocno opaleni, co świadczyło o tym, że przebywali tu już od co najmniej kilku dni. Mężczyzna zdradzał nawet oznaki poparzenia słonecznego.

         Na końcu korytarza spostrzegła zamknięte drzwi. Schodząc po schodach, zastanawiała się, co tam się mieści. Biuro, sala konferencyjna, a może prywatny apartament właściciela hotelu?

         Wzruszyła ramionami i uznała, że zbada to później. Zeszła do holu, gdzie życzliwie powitała ją tym razem inna recepcjonistka, i podążyła za swymi sąsiadami do jadalni z ogródkiem. Większość gości hotelowych siedziała przy stolikach na zewnątrz. Rachel także wyszła na patio.

         – Stolik dla dwojga? – spytała ją z ukłonem kelnerka.

         – Nie, tylko dla jednej osoby – odpowiedziała niemal tonem usprawiedliwienia i poczuła wielką ulgę na widok jej zaskoczonej miny.

         Posadzono ją na drugim końcu patia. Wciąż było jeszcze wcześnie – zaledwie ósma rano – ale słońce już solidnie przygrzewało. Na szczęście stoliki osłaniała markiza. Rachel nie zamierzała rozpocząć pobytu na wyspie od udaru słonecznego.

         Wypiła sok ze świeżo wyciśniętych egzotycznych owoców oraz kilka filiżanek mocnej czarnej kawy, z której słynie Jamajka. Zjadła tylko gorącą bułeczkę i kawałek ciasta z kruszonką, rezygnując z grzanek francuskich i naleśnika z syropem klonowym, pomimo ich apetycznych zapachów.

         Kusiło ją, by po śniadaniu popływać w basenie. Zwykle na wakacjach rano, gdy upał nie był jeszcze zbyt dokuczliwy, zwiedzała okolicę, a po południu pływała lub się opalała. Jednak teraz nie była na wakacjach.

         Gdy dopijała ostatnią filiżankę kawy, przy jej stoliku przystanął wysoki, śniady mężczyzna. Rozpoznała go, jeszcze zanim podniosła wzrok.

         – Dzień dobry, panno Claiborne – powiedział Matt Brody głębokim głosem, który ponownie wzbudził w niej zmysłowy dreszcz.

         – Dzień dobry – wymamrotała, speszona własną reakcją.

         Matthew Brody był ubrany w szorty wory, odsłaniające jego opalone, muskularne łydki, i w białą obcisłą koszulkę, uwypuklającą umięśniony tors.

         Rachel nie potrafiła pojąć, dlaczego ze wszystkich znanych jej mężczyzn akurat on tak silnie na nią działał. Być może pod tym względem wdała się w matkę?

         – Dobrze pani spała?

         Rachel wstała, lecz nadal musiała mocno zadzierać głowę, by napotkać jego spojrzenie. Jego zielone oczy miały łagodny wyraz, jednak dostrzegła w nich kpiący błysk. Czyżby odgadł powód jej przyjazdu na St Antoine?

         – Bardzo dobrze, dziękuję – odparła sztywno. – A pan?

         – Ja zawsze dobrze sypiam – oświadczył z uśmiechem rozbawienia. – Zastanawiałem się, czy ma pani jakieś plany na dzisiejszy ranek?

         – Plany? – powtórzyła oszołomiona, lecz po chwili zdała sobie sprawę, że on przecież nie może znać jej myśli. – Cóż, właściwie nie.

         Nie licząc zamiaru zdobycia twojego adresu i ustalenia, czy moja matka zamieszkała u ciebie, dodała w duchu.

         – To dobrze – stwierdził. – Może więc chciałaby pani trochę pozwiedzać wyspę?

         – Owszem – odrzekła z wahaniem. – Sama o tym myślałam. Czy organizuje się tu wycieczki z przewodnikiem?

         – Poniekąd – powiedział Matt z uśmiechem, który miło złagodził jego surowe męskie rysy. – Właściwie proponowałem siebie jako przewodnika. Urodziłem się w Anglii, ale z wyjątkiem pobytu w college’u spędziłem całe życie na St Antoine. Przypuszczam, że znam tu zakątki, o których nie wspominają bedekery.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ