Powieść obyczajowa
Zmysłowa samba
24,99 zł
29,99
KUP TERAZ

Zmysłowa samba

Maggie Cox, Catherine George, Jennie Lucas
brak opinii
Liczba stron: 448
ISBN: 9788327639677
Premiera: 2018-07-04
Tłumaczenie: Joanna Pawelek-Mendez, Piotr Art., Iwona Fedrau
Opracowanie graficzne okładki: Emotion Media

Maggie Cox, Samba we dwoje

Samba we dwoje

Eduardo po poważnym wypadku przyjeżdża do Anglii na rehabilitację. Przypadkowe spotkanie z Marianne, piękną dziewczyną zarabiającą uliczną grą na gitarze, sprawia, że na chwilę zapomina o własnych kłopotach. Pragnie jej pomóc w trudnym położeniu i proponuje pracę w swoim domu w Rio de Janeiro. Nie spodziewa się, że to Marianne o wiele bardziej pomoże jemu...

Catherine George, Lato w Brazylii

Lato w Brazylii

Roberto żył po to, by słyszeć tłumy skandujące jego nazwisko. Teraz słyszy tylko własne myśli, pełne żalu i goryczy. Ilekroć widzi w lustrze bliznę na twarzy, przypomina sobie wypadek, który zrujnował mu karierę.

Nikt dotąd nie zdołał nakłonić go, by opuścił swoją samotnię. Katherine Lister jest jedyną kobietą, którą tam zaprosił, by sporządziła ekspertyzę nieznanego dzieła sztuki. Spojrzenia Roberta sprawiają jednak, że to ona czuje się jak bezcenny klejnot.

Jennie Lucas, Gorące Rio

Brazylijski milioner Gabriel Santos potrzebuje pomocy swojej byłej asystentki Laury, by odkupić rodzinną firmę. Przez jeden wieczór, podczas przyjęcia dla elit w Rio de Janeiro, musiałaby udawać jego partnerkę. Laura zgadza się, dopiero gdy Eduardo podnosi stawkę za tę przysługę do miliona dolarów, chociaż wie, jak trudny będzie dla niej powrót do jego domu, w którym rok temu spędzili namiętną noc.

Maggie Cox

Samba we dwoje

 

Nic jej nie mogło powstrzymać. Nawet pogoda, która nie była wcale lepsza od tej panującej nad mroźną Syberią, pomyślał Eduardo. Przez ostatnie trzy tygodnie niemal każdego dnia pojawiał się na słynącym ze swojej ciekawej historii małym, urokliwym ryneczku miasta i za każdym razem spoglądał na młodą kobietę, która grała na gitarze pełne smutku melodie. Przypominała mu biedne, porzucone dziecko z nowel Dickensa. Czyżby nie miała rodziców albo kogokolwiek, kto mógłby się nią zaopiekować? Najwidoczniej nie…

Eduardo zdał sobie sprawę, że dzięki tej biednej dziewczynie, zarabiającej na swoje utrzymanie śpiewaniem na ulicy, po raz pierwszy pomyślał o czymś innym niż swoje własne nieszczęście. Ból towarzyszył mu od dawna, na długo przed tym, zanim zdecydował się zamienić gorącą, pachnącą słońcem i kwiatami Brazylię na pochmurną, wilgotną Anglię.

Przypatrywał się dziewczynie z prawdziwym zainteresowaniem. Obudziła się w nim ciekawość, kim jest ta „dziewczynka z zapałkami” czy też, „z gitarą”. Kto wie, czy zobaczy ją następnego dnia? Mogła przecież po tych kilku tygodniach zmienić miejsce, a wtedy nigdy się już nie pozna jej historii pisanej przez życie, a nie Andersena.

Wyciągnął banknot z portfela i rzucił do pokrowca na gitarę, zaraz jednak przykucnął i dorzucił pięćdziesięciocentową monetę, aby wiatr nie porwał papierowego banknotu.

 - Ładna piosenka – mruknął cicho, jakby się nagle zawstydził.

 - Dziękuję… ale to za dużo – zaprotestowała, odkładając instrument na bok.

Uchwycił jej spojrzenie, ale zamiast radosnego podekscytowania, zawstydzenia czy wdzięczności dostrzegł dumę i złość.

 - Za dużo? - powtórzył, unosząc brew. Czyżby się pomylił? Czy tak zareagowałaby biedna „dziewczynka z zapałkami”?

 - Owszem. Jeśli chce pan rozdawać jałmużnę, to tuż za rogiem jest kościół Świętej Marii, gdzie księża zbierają datki na bezdomnych. Ja nie jestem bezdomna i nie potrzebuję pańskiego miłosierdzia.

 - Ale w twoim futerale leży mnóstwo monet – obruszył się, wskazując ręką. – Czy nie po to tu siedzisz? Nie dlatego tu grasz i śpiewasz?

 W jego głosie brzmiała irytacja. Z miejsca pożałował swojej decyzji, podyktowanej spontanicznym odruchem serca. Dlaczego w ogóle marnuje czas, rozmawiając z tą dziwną dziewczyną. Powinien natychmiast odejść, pozostawiając ją samą z jej pokrętną filozofią i miedziakami w futerale, ale jakoś nie mógł zrobić kroku.

 - Śpiewam, bo bardzo to lubię, a nie dla pieniędzy. Nigdy nie robił pan niczego, aby po prostu podzielić się swoją miłością do czegoś? Bez żadnych ukrytych celów?

To pytanie zbiło go z tropu. Choć zawsze potrafił szybko zareagować odpowiednią ripostą, tym razem jakoś nic nie przychodziło mu do głowy. Śmieszne! Nie tracił zimnej krwi w konfrontacji z rekinami finansowymi, a pokonała go dziewczyna z gitarą.

 - Ja… - wyjąkał. – Muszę już iść.

Jego twarz, co zresztą nie było niczym niezwykłym, wyrażała chłód i obcość.

 - Nie zatrzymuję pana – odparła dziewczyna. – To pan chciał rozmawiać.

 - Wcale nie chciałem z tobą rozmawiać – zaprotestował podniesionym głosem, zupełnie jakby odpierał ciężkie oskarżenie.

 - Oczywiście, że nie. Chciał pan tylko okazać swoją wielkoduszność, by potem odejść z poczuciem, że spełnił pan dobry uczynek. Czy nie tak?

 - Jesteś niemożliwa!

Z tymi słowami odwrócił się na pięcie i odszedł. Jeszcze kiedy skręcał w jedną z mniejszych uliczek, słyszał jej czysty głos i akompaniament gitary. Co za diabeł go podkusił, aby się nad nią litować? Z pewnością nie było to skromne, dickensowskie dziewczątko, za jakie je do tej pory uważał. I dlaczego jej duma, jej ostre spojrzenie tak go rozdrażniło? Czy nie trafiła w sedno? W głowie pobrzmiewały mu jej słowa: „Czy nigdy nie robił pan niczego, aby po prostu podzielić się swoją miłością do czegoś? Bez żadnych ukrytych celów?”.

Powłóczył nogami, nawet nie omijając kałuż. Nagle zrobiło mu się wszystko jedno, dokąd idzie i po co. A wszystko przez dziewczynę, która odrzuciła jego pomoc i uraziła jego dumę…

 

Temperatura powietrza gwałtownie spadła, co sprawiło, że Marianne przestała czuć zdrętwiałe z zimna palce i z wielkim trudem wydobywała z siebie głos. Uznała, że najwyższy czas zakończyć na dzisiaj. Przez chwilę rozkoszowała się myślą o filiżance gorącej czekolady i o ogniu w kominku czekającym na nią w domu, ale po chwili przypomniała sobie, że poza ciepłem płomieni i smakiem czekolady przywita ją także pustka. Dudniące echem mauzoleum, gdzie wszystko, począwszy od pięknych ornamentów zdobiących ściany, a skończywszy na wspaniałym pokoju muzycznym, pośrodku którego dumnie prezentował się fortepian, przypominało jej ukochanego męża i przyjaciela, który odszedł od niej zbyt wcześnie.

 „Żyj pełnią życia, kiedy mnie zabraknie” – powiedział jej Donal, kiedy siedziała przy jego szpitalnym łóżku. Te słowa, wypowiedziane drżącym głosem, i jego poważny, smutny wzrok przeraziły ją, gdyż nie pozwalały mieć już żadnej nadziei. „Sprzedaj ten cholerny dom i wszystko, co się w nim znajduje. Wyjedź gdzieś, poznaj świat, podróżuj… spotykaj się z ludźmi i… żyj! Na litość boską, żyj za nas dwoje!”

Zamierzała spełnić jego wolę, ale jeszcze nie teraz. Czuła się bardzo samotna i zagubiona, zupełnie jakby w jej życiu zabrakło kompasu wskazującego bezpieczną drogę. Pozostała pustka i świadomość, że nie ma nikogo, komu by na niej zależało. Zamierzała konsekwentnie wyrwać się z tego stanu, powoli, ale z sukcesem. Bycie ulicznym artystą mogło się wydawać dziwną metodą podźwignięcia się z żałoby, ale spełniało swoją funkcję. W przeciwnym razie siedziałaby w domu przy zasłoniętych żaluzjach, rozpamiętując chwile, które nie mogły się już powtórzyć. Kontakt z ludźmi wyzwolił w niej chęć do walki. Z każdym dniem była coraz silniejsza, zupełnie jakby muzyka, przez którą wyrażała swoje uczucia, ocaliła ją przed całkowitym załamaniem.

Donal z pewnością byłby z niej dumny, że tak świetnie sobie radzi, pomimo że jego dwoje dorosłych dzieci z poprzedniego małżeństwa uznało, że skoro Marianne śpiewa na ulicy, to najlepszy dowód na to, że coś z nią jest nie w porządku. Dowód, że od początku wywierała niekorzystny wpływ na ich ojca, który w testamencie przepisał wszystko na nią, całkowicie pomijając własne potomstwo.

I nagle Mariannne, zupełnie niewiadomo dlaczego, przypomniała sobie nieznajomego, który rzucił do futerału pięćdziesięciofuntowy banknot. Nie tylko wyglądał na zamożnego światowca, obracającego się w najwyższych kręgach towarzyskich, ale również tak pachniał. Mówił nienaganną angielszczyzną z lekkim akcentem, może Południowej Ameryki?

Po powrocie do domu, kiedy trzymała już w dłoniach wymarzony kubek gorącej czekolady, grzejąc się przy kominku, raz jeszcze powróciła myślami do mężczyzny, który tak silnie zajął jej uwagę. Pierwszy raz w życiu widziała u kogoś takie niezwykłe niebieskie oczy. Barwą przypominały jej lekko zachmurzone niebo w czasie mroźnej zimy, rzęsy zaś były równie ciemne, co gęsta czekolada w jej kubku.

Mężczyzna miał orli nos, wysokie kości policzkowe i usta o ładnym, pasującym do całej twarzy kształcie, a jednak w dziwny sposób zaciśnięte, jak gdyby uśmiech mógł mu sprawić fizyczny ból.

Zdążyła z nim zamienić zaledwie kilka słów, ale miała wrażenie, że ten człowiek, pomimo swojej hojności, jest twardy i zamknięty w sobie jak twierdza, do której nie mają dostępu nawet najbliżsi.

Marianne pożałowała swojego zachowania. Niemal z pogardą odrzuciła jego pomoc. Oskarżyła go o to, że robi to wyłącznie po to, aby samemu się dobrze poczuć. Była niesprawiedliwa. Skąd on mógł wiedzieć, że po tragedii, jaką przeżyła, przyrzekła sobie, że nigdy więcej nie przyjmie od nikogo pomocy? Skąd mógł wiedzieć, co czuje kobieta, która po piekle dzieciństwa z ojcem alkoholikiem zaznaje wielkiego szczęścia w małżeństwie, które po sześciu miesiącach przerywa śmierć.

Nieznajomy jednak miał w twarzy coś, co pozwalało jej sądzić, że i on ma za sobą jakieś trudne doświadczenie i najwyraźniej nie uporał się jeszcze z dręczącymi go demonami. Marianne pragnęła go przeprosić, ale odszedł tak szybko. Pewnie i tak go już więcej nie zobaczę, pomyślała i upiła łyk czekolady. Nawet nie zauważyła, że ta już dawno wystygła…

 

 - Znowu nadwerężałeś nogę, prawda?

 - Na litość boską, nie jestem dzieckiem. – Eduardo, patrząc na cierpką minę swojego lekarza, marzył, aby te wizyty raz na zawsze się skończyły. Niestety, po dziewięciu operacjach, którym musiał się poddać ze względu na swoją roztrzaskaną nogę, potrzebował opieki lekarskiej, a Evan Powell z Londynu był światowej sławy ortopedą, najlepszym w swoim fachu specjalistą. Właśnie ktoś taki był mu niezbędny.

 - Weź sobie do serca moją radę i przestań traktować swoje ciało jak maszynę.

 - Powiedziano mi, że wkrótce będę już zupełnie sprawny. Dlaczego, do diabła, to trwa tak długo?! – zawołał z wyrzutem.

 - A spodziewałeś się, że po takim urazie, po dziewięciu ciężkich i skomplikowanych operacjach wyjdziesz z tego tak samo szybko jak z kataru? Potrzeba więcej czasu.

 - Więcej czasu – burknął gniewnie. – Nic innego nie słyszę. Zaczynam wątpić w twoje umiejętności.

Eduardo natychmiast zdał sobie sprawę, że za daleko się posunął. Był wściekły i rozżalony, ale nie powinien wyładowywać swojej frustracji na człowieku, który walczył o jego zdrowie.

 - Nie powinienem tak mówić, bardzo przepraszam – spróbował załagodzić, przeczesując ręką włosy. – Miałem po prostu ciężki dzień.

Evan Powell pokiwał głową na znak, że przyjmuje przeprosiny, a także, że rozumie humory swojego pacjenta.

- Może to, czego ci potrzeba, to towarzystwo – zasugerował, puszczając do niego porozumiewawczo oko. – Żyjesz zupełnie samotnie, a samotność nie wpływa korzystnie na żadnego mężczyznę.

Eduardo przymrużył oczy.

 - Masz na myśli kobietę?

Zaskoczyło go, że po raz pierwszy od dwóch lat nie odrzucił z miejsca tego pomysłu, ale jeszcze bardziej zszokowało go to, że w odpowiedzi na tego rodzaju sugestię w jego umyśle pojawił się obraz dziewczyny grającej na jednym z rynków Londynu. Utkwiły mu w pamięci jej piękne oczy, kształtne wargi i burza brązowych włosów. Ile mogła mieć lat? Siedemnaście? Osiemnaście? Była dla niego stanowczo za młoda.

Poza tym nawet jeśli rzeczywiście potrzebował damskiego towarzystwa, to tylko dla chwilowej rozrywki. Po tym, co się stało z Elianą, skończył z miłością raz na zawsze.

 - Zwykle to kobieta najlepiej potrafi rozproszyć smutki mężczyzny – skwitował chirurg, ale widząc poważne spojrzenie Eduarda, chrząknął, mruknął coś niewyraźnie, po czym podjął już normalnym, spokojnym głosem: – W każdym razie weź sobie do serca moją radę i uważaj na tę nogę. Dwadzieścia minut dziennie spaceru, najwyżej pół godziny, ale nie dłużej. No, to do zobaczenia.

Eduardo odprowadził Evana do drzwi i podał mu płaszcz.

 - Dziękuję. Nie każdy lekarz osobiście fatygowałby się do swojego pacjenta. Proszę nie myśleć, że tego nie doceniam.

 

***

 

Marianne w przerwie swojego codziennego ulicznego występu popijała gorącą cafe latte z papierowego kubka, pragnąc rozgrzać ciało, ale przede wszystkim dłonie, które najtrudniej znosiły zimno i przejmujący, mroźny wiatr. Wydawało się, że popołudnie przyniesie poprawę pogody, ale Marianne nie miała wątpliwości, że robi się coraz chłodniej.

Zamyślona, lekko drżąc na całym ciele, popatrzyła przed siebie i nagle dostrzegła wysokiego mężczyznę zmierzającego prosto w jej stronę. To był on! Ten sam bogacz o niebieskich oczach. Próbowała nie dać po sobie poznać, jak bardzo ucieszył ją jego widok.

 - Dzień dobry – usłyszała jego niski, nieco zachrypnięty głos. Podniosła wzrok i mogłaby przysiąc, że w niewyraźnym grymasie jego warg dostrzegła coś na kształt uśmiechu.

 - Witam – odpowiedziała nieco zawstydzona, choć zupełnie nie rozumiała dlaczego.

 - Nie śpiewasz?

 - Nie… Zrobiłam sobie przerwę, by się trochę rozgrzać.

Czy słyszał, jak bardzo drży jej głos? Czy ma świadomość, że sposób, w jaki na nią patrzy, onieśmiela ją? Jej mąż Donal nigdy tak na nią nie spoglądał. W jego oczach widziała zawsze łagodność i życzliwość.

 - Jak idzie interes?

 - W porządku. – Wzruszyła ramionami. Zerknęła na skromną kolekcję monet w futerale. – Jak już ci wczoraj mówiłam, nie robię tego dla…

 - Pieniędzy. Pamiętam. Śpiewasz, ponieważ chcesz się podzielić z innymi swoją miłością do muzyki, czy tak?

 - Tak – przyznała z wahaniem, przypominając sobie swoje obcesowe zachowanie. – Słuchaj, przepraszam, jeśli cię wczoraj uraziłam. Nie chciałam tego. Po prostu uważam, że są ludzie, którzy bardziej potrzebują pomocy. Tak naprawdę moja sytuacja nie jest taka zła, jak ci się wydaje. Pozory mylą.

 - Cóż… Chciałbym, żebyś wiedziała, że tak jak mi radziłaś, dałem pieniądze w kościele, dla bezdomnych. – Zamilkł na chwilę, po czym podjął pewnym głosem: - Nazywam się Eduardo de Souza.

Zdjął rękawiczkę i wyciągnął do niej dłoń. Marianne przez jedną krótką, króciutką chwilę zawahała się, zanim podała mu rękę. I nagle pod wpływem tego dotyku poczuła ciepło, które przyjemnie zaczęło rozgrzewać całe ciało, mocniej niż tuzin kaw.

 - Jestem Marianne… Marianne Lockwood. Nie jesteś z tych okolic, prawda?

 - Obecnie mieszkam w Wielkiej Brytanii, ale masz rację, nie jestem stąd. Pochodzę z Brazylii, z Rio de Janeiro.

 - Kraina samby, słońca i karnawału – podsumowała z uśmiechem, ale po chwili dodała speszona: – Przepraszam, pewnie już cię drażnią takie komunały.

 - Wcale nie. Jestem dumny ze swojego kraju i z tego, co ma do zaoferowania.

 - I wolisz przebywać tutaj? W wiecznie zamglonej, deszczowej Anglii zamiast w słonecznej Brazylii?

 - Nawet słońce może się sprzykrzyć, jeśli jest go za dużo – zauważył. – A poza tym jestem w połowie Brytyjczykiem, toteż klimat Anglii nie jest mi obcy. Zresztą, po zimie zawsze przychodzi wiosna, czyż nie tak?

 - Zgadza się. Uwielbiam wiosnę! A co cię tutaj dziś sprowadza? Zakupy? Spotkanie ze znajomymi?

 - Nic z tych rzeczy. Byłem na wystawie w ratuszu poświęconej miastu. Niesamowite, ile się można dowiedzieć o ludziach i ich zwyczajach tylko na podstawie zdjęć.

Zapadła krępująca cisza. Marianne szybko dopiła kawę, odstawiła kubek i sięgnęła po gitarę. Trudno jej było uwierzyć, że taki światowy, najprawdopodobniej bardzo zamożny mężczyzna jak Eduardo de Souza bez żadnych oporów przedstawił się dziewczynie takiej jak ona. Nieumalowanej, w za dużym płaszczu należącym niegdyś do Donala, spędzającej czas na ulicznych występach. Sama myśl, że mógłby się nią zainteresować, wydała jej się śmieszna. Pewnie po prostu chciał być miły, to wszystko.

 - Przepraszam, ale muszę wracać do swoich zajęć. – Marianne zdjęła rękawiczki i zaczęła cicho brzdąkać na gitarze kilka akordów, aby przyzwyczaić palce. Grupka francuskich turystów popatrzyła w jej stronę z prawdziwym zainteresowaniem.

 - Następnym razem, kiedy będę w tych stronach, może… może pozwolisz się zaprosić na obiad?

Marianne zadrżała. Już sama myśl, że miałaby siedzieć naprzeciwko niego w jakiejś eleganckiej restauracji, sprawiła, że zrobiło jej się na przemian gorąco i zimno. Niby o czym mieliby rozmawiać?

 - Nie jem, kiedy jestem w pracy.

 - Nie robisz sobie nigdy przerwy, żeby coś zjeść? – Wydawał się rozbawiony.

 - Oczywiście, ale mam czas tylko na kawę, ewentualnie na rogalika czy bułkę. Główny posiłek jem po powrocie do domu, wieczorem.

- W takim razie mógłbym cię zaprosić na kawę i ciastko, co ty na to?

Marianne pragnęła odmówić, ale nie potrafiła wymyślić żadnej rozsądnej wymówki.

 - Dobrze, ale teraz już naprawdę muszę wracać do gry.

 - W takim razie pożegnam się. – Spojrzenie jego oczu było nieprzeniknione. – Do zobaczenia następnym razem.

 

 

 

Catherine George

Lato w Brazylii

Halę przylotów lotniska w Porto wypełniał tłum. Gdy Katherine przecisnęła się przez niego z wózkiem bagażowym, zauważyła mężczyznę trzymającego tabliczkę z jej nazwiskiem.

- Jestem doktor Lister z Massey Gallery w Anglii – powiedziała, uśmiechając się uprzejmie.

Mężczyzna spojrzał z zaskoczeniem, po czym szybko chwycił wózek.

- „Bem-vindo, Doutora”. Przysłał mnie Senhor Sousa. Jestem Jorge Machado. Zapraszam do samochodu.

Katherine z ulgą ruszyła za mężczyzną. Po chwili rozparła się wygodnie na miękkiej skórzanej kanapie limuzyny, która ruszyła na północ, do serca Minho, regionu Portugalii, w którym, jak słyszała, wciąż bardzo ceni się tradycje. Kiedy zjechali na krętą drogę biegnącą wzdłuż rzeki Limy, minęli wóz ciągnięty przez woły, obok którego szły dwie ubrane na czarno kobiety. Katherine uśmiechnęła się. Oto prawdziwa Portugalia!

Pierwotnie Katherine zamierzała wynająć na lotnisku samochód i po zakończeniu misji zrobić tu sobie krótki urlop, jednak ostatecznie, za radą szefa, przystała na limuzynę. Później weźmie taksówkę do Viana do Castelo i znajdzie hotel. Na razie cieszyła się malowniczymi widokami i zastanawiała, co ją czeka na końcu podróży.

Najpierw trzeba popracować. Pan de Sousa potrzebował ekspertyzy pewnego obrazu, więc zaprosił do Portugalii jej szefa. W środowisku artystycznym James Massey cieszył się szacunkiem i opinią znakomitego poszukiwacza nieznanych prac wielkich mistrzów. Katherine była szczęśliwa, że pod jego okiem nauczyła się odróżniać autentyczne dzieła od falsyfikatów. Niestety, James zachorował na grypę tuż przed podróżą do Portugalii i musiał wysłać Katherine w zastępstwie. Rozradowana jego zaufaniem rzuciła wszystko, by zdążyć na samolot.

Andrew Hastings, z którym spotykała się od niedawna, był wielce z tego niezadowolony, głównie dlatego, że nie zgodziła się, by jej towarzyszył. Jednak Katherine była niewzruszona. Tak hojny klient zasługuje na pełną uwagę. Obraz pewnie trzeba będzie najpierw oczyścić, a to, w zależności od jego wieku i stanu, może potrwać. Andrew obraził się tak bardzo, że na lotnisku ze zdziwieniem odebrała od niego esemes z prośbą, by odezwała się po przylocie. Teraz jednak skupiła myśli na panu de Sousie. James wiedział zaskakująco mało o kliencie – tylko tyle, że dysponuje dziełem, które jego zdaniem może być cenne, i że gotów jest zapłacić wiele, by się o tym przekonać. Katherine szczerze pragnęła, aby pan de Sousa miał rację. Jeśli obraz jest niewiele wart albo, co gorsza, okaże się falsyfikatem, przykro będzie mu to zakomunikować.

- Jesteśmy na miejscu – powiedział szofer. Katherine z uwagą spojrzała na wysoki mur i bramę zwieńczoną łukiem z kamiennym krzyżem. Za bramą ukazał się tak piękny widok, że Katherine poprosiła szofera, by jechał powoli przez bezkresne, pofałdowane ogrody z górami w tle. Sam dom, który spostrzegła dopiero po chwili, był jeszcze piękniejszy. Jego dwa skrzydła o białych ścianach i czerwonym dachu odchodziły od kamiennej wieży oplecionej winoroślą. Nim limuzyna zatrzymała się na okrągłym dziedzińcu, z budynku wybiegła niska pulchna kobieta. Spojrzała na gościa z widocznym zaskoczeniem.

- Lidio, to pani doktor Lister – powiedział Jorge, pomagając Katherine wysiąść z samochodu.

- „Bem-vindo”, witamy w Quinta das Montanhas, „Doutora” – zawołała kobieta.

Katherine uśmiechnęła się, zadowolona, że słyszy angielski, nieważne, że z silnym obcym akcentem.

- Dzień dobry. Cóż za piękny dom!

Kobieta pokraśniała z dumy.

- Senhor Roberto żałuje, że nie wita osobiście, ale zaraz przyjdzie. Chodźmy do pokoju – powiedziała.

Jorge chwycił bagaże i podreptał za kobietami.

Sympatyczna i energiczna Lidia poprowadziła Katherine przez rozległy, chłodny westybul o wysokim sklepieniu, a dalej kręconymi schodami o kunsztownej balustradzie z kutego żelaza. Wskazała jej wielki pokój o oknach z zewnętrznymi balustradami. Stała w nim szafa i ogromne łoże z rzeźbionego drewna przykryte białą narzutą. Katherine najbardziej zachwycił w tym momencie widok tacy z wodą mineralną i kubełkiem lodu.

Jorge położył bagaże na komodzie przy łóżku.

- Kiedy będzie pani gotowa, proszę przyjść na „varanda”.

Lidia otworzyła drzwi do łazienki.

- Pani potrzebuje, tak?

- Owszem. "Obrigada” – podziękowała Katherine tak entuzjastycznie, że kobieta uśmiechnęła się ze współczuciem.

- Przyniosę jedzenie, tak? – zaproponowała Lidia, ale Katherine pokręciła głową.

- Nie, dziękuję, jest za gorąco. Wystarczy mi woda.

Lidia szybko napełniła szklankę.

- Zaraz wrócę – powiedziała.

Katherine wypiła duszkiem wodę i opłukała się nad umywalką. Uczesała włosy i spięła je bardzo ciasno. Ubrała się w czarne lniane spodnie i białą bluzkę, po czym niechętnie założyła okulary w czarnej oprawce, używane do pracy przy komputerze. Miała nadzieję, że wyglądem zrobi właściwe wrażenie na kliencie, który musi być w odpowiednim wieku, skoro jest właścicielem takiej posiadłości i kupuje cenne obrazy. Wysłała esemes do Jamesa, przyjaciółki Rachel, a potem do Andrew, winiąc się za to, że pamięta o nim w ostatniej kolejności. Kiedy zabrała się za rozpakowanie bagażu, usłyszała nadjeżdżający samochód. W tym samym momencie do pokoju weszła Lidia.

- Ja zrobię. Pani proszę na dół. On już jest – powiedziała.

Katherine poszła za Lidią na parter, a stamtąd na długą werandę o rzeźbionych, kamiennych filarach oplecionych roślinnością. Mężczyzna w sportowej lnianej marynarce i dżinsach stał oparty o jeden z nich, spoglądając na ogród. Był dość wysoki i smukły. Miał grzywę czarnych kręconych włosów i profil, którego pozazdrościłby mu niejeden gwiazdor filmowy. Kiedy Lidia odezwała się, odwrócił się gwałtownie z uśmiechem, który zamarł mu na twarzy, gdy zobaczył Katherine.

- „Doutora” Lister – zaanonsowała ją Lidia w nieco teatralny sposób, a kiedy wyszła, na werandzie zapanowała niezręczna cisza.

- Doktor Lister to pani? – spytał w końcu mężczyzna.

Katherine z zaskoczeniem poczuła nagłą burzę hormonów.

- Tak, Katherine Lister – uśmiechnęła się uprzejmie.

Mężczyzna ukłonił się z gracją.

- “Encantado”. Jestem Roberto de Sousa. Przepraszam, że nie mogłem powitać pani osobiście.

- Nie szkodzi. Pańscy pracownicy zgotowali mi wspaniałe przyjęcie.

Roberto w niczym nie pasował do obrazu starszego biznesmena, który stworzyła sobie w wyobraźni. Miał pewnie tylko kilka lat więcej niż ona, dwudziestoośmiolatka. I mogłaby przysiąc, że gdzieś już go widziała. Nieco zbyt długie włosy, ciemne oczy i wydatne kości policzkowe zdawały się niepokojąco znajome w odróżnieniu od wyraźnej blizny na policzku, którą przecież trudno by było zapomnieć. Postanowiła przerwać niezręczną ciszę.

- Widzę, że jest pan zakłopotany – zauważyła.

- Spodziewałem się mężczyzny – odpowiedział dość obcesowo.

Katherine zastygła.

- Z tego, co wiem, pan Massey powiadomił pana, że mnie tu wysyła.

- Owszem, ale nie poinformował mnie, że ekspert, którego wysyła, jest kobietą.

- Jestem w pełni wykwalifikowana do tego, żeby dokonać ekspertyzy, której pan wymaga – powiedziała urażona Katherine. – To prawda. Mam mniejsze doświadczenie niż pan Massey, ale proszę mi wierzyć, bardziej niż wystarczające, żeby wydać profesjonalną opinię.

Mężczyzna nie odezwał się. Najwyraźniej zauroczenie nie było obustronne.

- Oczywiście, jeśli domaga się pan eksperta płci męskiej, wyjadę stąd natychmiast. Choć z chęcią napiłabym się wcześniej herbaty.

Roberto de Sousa spojrzał na nią zaskoczony. Klasnął w ręce i jakby za sprawą czarów pojawił się Jorge.

- Gdzie jest herbata dla doktor Lister? – spytał de Sousa.

- Proszę wybaczyć, pani doktor – powiedział Jorge. – Czekałem na „Patra”.

- Trzeba było podać mojemu gościowi herbatę, nie czekając na mnie. – De Sousa groźnie zmarszczył brwi. – Proszę usiąść, pani doktor.

Jorge napełnił jedną filiżankę z delikatnej porcelany herbatą, a drugą czarną kawą. Zaproponował też Katherine ciasteczka, ale odmówiła mu z przyjaznym uśmiechem i usiadła.

Roberto de Sousa usiadł naprzeciw niej, pogrążając się znów w milczeniu. Poirytowana Katherine postanowiła, że tym razem nie przerwie ciszy. Co z tego, że jest zabójczo przystojny? Kiedy tylko wypije herbatę, poprosi, by odwieziono ją do Viana do Castelo.

- Proszę mi powiedzieć, jak dobrze zna pani Jamesa Masseya? – spytał w końcu.

- Całe życie.

- Jest pani krewnym?

- Nie, bliskim przyjacielem ojca. A skąd pan go zna?

- Słyszałem o nim wiele i poszperałem w internecie. Uznałem, że nikt lepiej nie zbada mojego obrazu. Kupiłem go za względnie niewielkie pieniądze.

- Ale uważa pan, że jest cenny?

Roberto wzruszył ramionami.

- Wartość nie ma znaczenia. Obraz nie jest na sprzedaż. Chodzi mi o stwierdzenie, kto jest autorem dzieła i kto został sportretowany. Jeśli zgodzi się pani go zbadać, będę wdzięczny… pani doktor.

W pierwszym momencie Katherine chciała odmówić, ale zwyciężyła ciekawość, a także świadomość, że reprezentuje Massey Gallery.

- Ponieważ zgodził się pan tak hojnie wynagrodzić moje usługi, nie mam innego wyboru – powiedziała.

- Dziękuję. Obejrzy pani obraz rano, w pełnym świetle, i powie mi, czego potrzebuje. Pan Massey uprzedził mnie, że przed wydaniem opinii obraz wymaga oczyszczenia. – Spojrzał na zegarek. – Pewnie jest pani zmęczona. Proszę odpocząć, a potem zapraszam na kolację.

Słysząc o posiłku, Katherine poczuła głód.

- Dziękuję, panie de Sousa – odparła i ruszyła na piętro po schodach, wyprostowana, jakby połknęła kij.

Roberto de Sousa odprowadził ją wzrokiem, po czym wrócił na werandę, pogrążony w myślach. Usiadł, bezmyślnie masując nogę, która dokuczała mu okropnie, ilekroć stał zbyt długo. Jego nieukrywane zaskoczenie faktem, że doktor Lister jest kobietą, z pewnością ją uraziło. Jeśli jednak jest dobrym ekspertem, teoretycznie nie stwarza to dla niego żadnego problemu. Teoretycznie, bo w praktyce wcale nie ma ochoty na towarzystwo kobiety teraz, kiedy jest oszpecony. Nawet takiej intelektualistki jak doktor Lister, z przyczesanymi skromnie włosami i w mało kobiecym stroju. Jedynymi osobami płci żeńskiej w Quinta były służące, a przecież dawniej ze wszystkich stron otaczały go piękne, podatne na jego wdzięki kobiety. Marszcząc brwi, dotknął palcem blizny. To między innymi przez nią pewnego dnia szczęście opuściło go na zawsze.

 

Katherine odzyskała równowagę dopiero, kiedy zaległa na łóżku z książką. Zachowanie Roberta de Sousy bardzo ją dotknęło. Zazwyczaj doskonale radziła sobie z płcią przeciwną dzięki pięknym kasztanowatym włosom i błyszczącym zielonym oczom. Zachowanie obecnego klienta świadczyło o tym, że zbyt skutecznie ukryła swoje walory. Ubodło ją to, że Roberto de Sousa najwyraźniej wolałby mężczyznę w roli eksperta. Jeśli obwieści mu, że obraz jest falsyfikatem lub dziełem mało wartościowym, pewnie nie przyjmie tego do wiadomości. Na szczęście Katherine może liczyć na poparcie Jamesa. Wyśle mu zdjęcia obrazu, żeby wydał ostateczny werdykt.

Katherine zastanawiała się wcześniej, czy zostanie poproszona o to, żeby towarzyszyć rodzinie zleceniodawcy przy kolacji, lecz jak na razie nie padło ani jedno słowo o żonie lub innych krewnych. Sam James wiedział o kliencie tak mało, że Katherine gubiła się w domysłach przez cały lot do Portugalii. Była zupełnie nieprzygotowana na własną reakcję na Roberta de Sousę, dziwną i dotąd jej nieznaną. Zaskoczyła ją także wrogość de Sousy, jego młody wiek i blizna na policzku. Wzruszyła ramionami. Udowodni, że jest lepszym ekspertem niż każdy mężczyzna. Byle tylko przeżyć tę kolację.

 

Jennie Lucas

Gorące Rio

 

– Kto jest ojcem?

         Laura Parker ułożyła półroczne niemowlę na biodrze i z zadowoleniem rozglądała się po oświetlonym lampionami starym wiejskim domu, który należał do rodziny. Pełen był przyjaciół i sąsiadów przybyłych na przyjęcie weselne jej siostry. Poprawiła czarne oprawki okularów, a potem z ciężkim sercem stawiła czoło sytuacji.

         Kto jest ojcem dziecka? 

         Ludzie przestali zadawać to pytanie, ponieważ nie otrzymywali odpowiedzi. Wydawało się, że skandal przycichł.

         – Dowiemy się kiedyś? – Osłonięta welonem twarz zdradzała rozczarowanie. Dziewiętnastoletnia panna młoda miała idealistyczne wyobrażenie o tym, co jest dobre, a co złe. – Robby powinien znać tatę.

         Z trudem panując nad emocjami, Laura pocałowała ciemne włosy synka pachnące szamponem dla dzieci i odparła cicho:

         – Już o tym rozmawiałyśmy.

         – Kim on jest? – naciskała siostra. – Wstydzisz się powiedzieć?

         – Naprawdę nie wiem. – Z niepokojem spojrzała na stojących wokół gości.

         Oczy Becky zaszły łzami.

         – Bzdura. Nie wierzę, że poszłaś do łóżka z byle kim. Sama mnie przekonywałaś, że prawdziwa miłość istnieje.

         Osoby znajdujące się najbliżej przestały udawać, że są pochłonięte rozmową , i otwarcie nadstawiły uszu. Ludzie tłoczyli się w labiryncie pokoi, spacerowali po skrzypiących podłogach, dyskutowali pod niskimi sufitami. Sąsiedzi zajęli rozkładane krzesła ustawione pod ścianą, a papierowe talerze z poczęstunkiem umieścili na kolanach. Oni pewnie też podsłuchiwali. Laura przytuliła dziecko.

         – Proszę – szepnęła.

         – Porzucił cię. To nie w porządku!

         – Becky. – Gdzieś z tyłu rozległ się głos matki. – Nie miałaś okazji poznać babci ciotecznej Gertrudy, prawda? Przyjechała aż z Anglii. Chodź się przywitać. – Wyciągnęła ręce w stronę wnuka. – Zabieram też Robby’ego.

         Laura podziękowała bezgłośnie. Ruth Parker mrugnęła porozumiewawczo i oddaliła się wraz z panną młodą i niemowlęciem. Włożyła na tę okazję najładniejszą wyjściową sukienkę, ale jej włosy posiwiały, a sylwetka przygarbiła się. W ciągu ostatnich lat stała się bardziej krucha.

         Pozostawioną wśród tłumu przyjezdnych Laurę ogarnął smutek. Sądziła, że skandal, jaki wywołała, gdy wróciła do północnego New Hampshire w ciąży i bez środków do życia, nie oferując żadnych wyjaśnień, ma już za sobą. Czy rodzina kiedykolwiek zapomni? A czy ona zdoła sobie wybaczyć?

         Trzy tygodnie po powrocie z Rio de Janeiro zorientowała się, że będzie miała dziecko. Potężnie zbudowany, nadopiekuńczy ojciec wypytywał o nazwisko mężczyzny. Obawiała się, że postawi Gabrielowi Santosowi ultimatum lub, co gorsza, spróbuje zmusić go do małżeństwa. Skłamała więc, że nie pamięta. Opisała pobyt w Brazylii jako wielki festiwal seksu, choć kochała się dotąd z jednym mężczyzną. A i z nim spędziła zaledwie jedną noc.

         Cudowną noc…

         Ciągle pamiętała silny uścisk szefa, gdy pchnął ją na biurko, zrzucając na ziemię dokumentację i komputer. Czuła ciepło drugiego ciała, dotyk ust na karku, gwałtowne pocałunki. Wspomnienie powracało w snach co wieczór.

         Nazajutrz po uwiedzeniu oznajmiła, że nie pozostaje jej nic innego, jak zrezygnować z pracy. Wzruszył ramionami.

         – Powodzenia. Mam nadzieję, że znajdziesz to, czego szukasz. – Na tyle mogła liczyć po pięciu latach oddania i skrywanego uczucia.

         Zakochała się w rozwiązłym pracodawcy głupio i beznadziejnie. Chociaż od półtora roku nie widziała jego twarzy, na próżno usiłowała wymazać ją z pamięci. Jak miała to zrobić, skoro każdego dnia synek spoglądał na nią ciemnymi oczami Gabriela.

         Przed godziną płakała w bielonym, rustykalnym kościele, nie tylko z powodu szczęścia siostry. Kiedy zimny lutowy wiatr dął w północnej dolinie, miała czasem wrażenie, że słyszy wołanie przeznaczone wyłącznie dla niej:

         – Lauro!

         Tak jak teraz. Silny obcy akcent wydawał się prawie rzeczywisty. Dźwięk rozchodził się w duszy, jakby mężczyzna znajdował się tuż obok.

         Odstawiła kieliszek z niedrogim szampanem. Najwyraźniej przemęczenie dawało o sobie znać.

         Obróciła się.

         Naprzeciwko niej, pośrodku zatłoczonego salonu stał Gabriel Santos, przystojniejszy, niż pamiętała. Górował nad innymi mężczyznami pod każdym względem. Jednak to nie wyraźnie zarysowana żuchwa czy drogi włoski garnitur sprawiały, że się wyróżniał. Nie chodziło o wzrost ani szerokie ramiona. Najważniejsze były zimne czarne oczy.

         – Gabriel? – spytała nieśmiało.

         – Witaj.

         Wbiła paznokcie w dłonie, żeby obudzić się z koszmaru.

         – Ciebie tu nie ma – stwierdziła.

         – A jednak.

         Jego obecność wśród biesiadników była nie na miejscu.

         Trzydziestoośmioletni Santos kierował międzynarodowym koncernem handlującym stalą i drewnem. Życie wypełniały mu kolejne absorbujące wyzwania. Biznes. Sporty ekstremalne. Piękne kobiety. Laura skrzywiła się. Piękne kobiety przede wszystkim.

         Co więc robił tutaj? Nie miał żadnego powodu, aby odwiedzać New Hampshire, chyba że…

         Kątem oka dostrzegła, jak mama znika w korytarzu z Robbym w ramionach.

         Próbując ukryć zdenerwowanie, oparła ręce na biodrach. Pod palcami wyczuwała fakturę ręcznie szytej sukienki druhny. Odszukanie jej w Greenhill Farm nie było trudne. Rodzina zamieszkiwała okolicę od dwustu lat. Na pewno nie chodziło o dziecko.

         A może jednak?

         – Nie cieszysz się ze spotkania?

         – Oczywiście – ważyła słowa – ale pamiętaj, że nie jestem twoją sekretarką. Jeśli chcesz, żebym wróciła do Rio i przyszyła oderwany guzik albo zrobiła kawę…

         – Złożyłem ci wizytę z zupełnie innego powodu. – Rozejrzał się po pokoju. Na ścianach wisiały różowe lampiony i serduszka z czerwonego papieru. Gzyms kominka, na którym buzował ogień, zdobiły świece.

         – Co to za okazja?

         – Ślub.

         Kiedy podszedł bliżej, pod stopami skrzypnęły deski. Ogień oświetlił jego twarz, podkreślając ostre rysy. Sny nie dorównywały rzeczywistości. Nie bez powodu kobiety uganiały się za nim po całym świecie.

         – Kto jest szczęśliwą oblubienicą? – zapytał, spoglądając z ukosa.

         – Moja młodsza siostra.

         – Becky? – Rozluźnił się. – Przecież to jeszcze podlotek.

         – Nie musisz mi tego mówić. – Laura zerknęła na sukienkę. W migoczącym blasku ognia materiał wydawał się niemal biały. – Myślałeś, że ja wychodzę za mąż?

          Ich spojrzenia spotkały się.

         – „É claro” – przyznał niechętnie.

         Stłumiła śmiech na myśl, że mogłaby mieć czas i ochotę na umawianie się z innym mężczyzną, nie wspominając o poślubieniu go. Wygładziła strój, po czym odparła:

         – Bynajmniej.

         – Nie ma w twoim życiu nikogo? – Zachowywał się obojętnie, chociaż usztywnione plecy sugerowały coś zupełnie odwrotnego.

         Był ktoś ważny. Właśnie dlatego musiała zrobić wszystko, żeby Gabriel opuścił dom, zanim zobaczy Robby’ego.

         – Nie masz prawa o to pytać.

         – Tak – zgodził się. – Ale obrączki nie widzę.

         – Bo nie wyszłam za mąż.

         Stan cywilny Brazylijczyka nie budził wątpliwości. Wiele razy powtarzał, że nigdy się nie ożeni.

         Nie nadaję się do tego, „querida”. Nie chcę małego domku ani słodkiej żonki przygotowującej co wieczór kolację, gdy ja będę czytał dzieciom bajki na dobranoc, mówił.

         Ponownie zmniejszył dystans, teraz prawie się dotykali. Miała mglistą świadomość tego, że ludzie wokół szepczą, zastanawiając się, kim jest przystojny, dobrze ubrany nieznajomy. Skupiła uwagę na masywnych nadgarstkach, których nie zasłaniały mankiety koszuli szytej na miarę. Przypomniały jej o sile tamtych pieszczot.

         Wbrew sobie powiodła wzrokiem po potężnym ramieniu, wzdłuż szyi aż do twarzy. Niespokojne cienie padały na biegnącą od skroni bruzdę powstałą wskutek wypadku, jaki mu się przytrafił w młodości. Stał przed nią mężczyzna, którego pragnęła od zawsze i nigdy nie przestała kochać.

         – Miło znów cię widzieć – powiedział, zniżając głos.

         Potem uśmiechnął się. Piętnaście miesięcy rozłąki działało na jego korzyść.

         Tymczasem ona ostatni raz odwiedziła kosmetyczkę przed rokiem. Niemal zrezygnowała z makijażu, jedynie usta pomalowała szminką w niekorzystnym, różowym kolorze, kapitulując wobec nalegań siostry. Zaniedbane jasne loki, pospiesznie spięte w kok przed ceremonią, opadały teraz na ramiona w niesfornych puklach. Synek powyciągał je tłustymi piąstkami.

         Już w dzieciństwie myślała przede wszystkim o innych, a gdy została samotną matką, jej potrzeby zupełnie przestały się liczyć. Zwykle starczało czasu na prysznic i ściągnięcie włosów gumką. Dotychczas nie zdołała zrzucić dodatkowych kilogramów po ciąży. Nerwowo poprawiła okulary.

          – Czemu mi się tak przyglądasz?

         – Jesteś jeszcze piękniejsza.

         Policzki Laury zrobiły się czerwone.

         – To nieprawda.

         Kiedy odwrócił głowę, odetchnęła z ulgą.

         Chociaż dom został gruntownie wysprzątany i udekorowany, właśnie sobie uświadomiła, jak nędznie prezentuje się wystrój. Wcześniej była dumna z tego, ile osiągnęła niewielkim kosztem. Kwiaty podrożały z powodu walentynek, kupiła więc czerwoną bibułę. Wycięła z niej serca, a następnie powiesiła na ścianach razem z różowymi balonami i wstążkami. Mama przyrządziła słynną pieczeń z kurczaka, a goście przynieśli zapiekanki i sałatki. Laura samodzielnie upiekła tort weselny według przepisu z książki kucharskiej z lat trzydziestych.

          Szła do łóżka wyczerpana, ale zadowolona. Gabriel sprawił, że uznała przyjęcie za żałosne. Becky zachwycała się dekoracjami i trochę nieforemnym ciastem, ale może po prostu nie chciała sprawiać nikomu przykrości.

         – Potrzebujesz pieniędzy? – Najwyraźniej czytał w myślach.

         – Radzimy sobie – skłamała, znów się rumieniąc.

         Obejrzał pokój z dezaprobatą.

         – Ojciec mógł się bardziej postarać, nawet jeśli nie narzeka na nadmiar gotówki.

          – Tata zmarł cztery miesiące temu – powiedziała chłodno. – Dostał zawału podczas żniw. Znaleźliśmy go na polu po kilku godzinach, po tym jak nie pojawił się na obiedzie.

         – Przykro mi. – Wziął ją za rękę.

         Poczuła szorstkie ciepło dłoni, za którym tęskniła nieustannie od sześciu lat. Oplotła jego palce swoimi, ulegając pragnieniu.

         Po chwili wyrwała się.

         – Dziękuję – odparła, powstrzymując łzy. Sądziła, że żałobę ma za sobą, ale kiedy zobaczyła wuja prowadzącego Becky do ołtarza i matkę płaczącą w kościelnej ławce, wszystko odżyło. – To była długa zima. Nasze małe gospodarstwo ledwie na siebie zarabia. Kiedy tata odszedł, bank nie chciał udzielić nam kredytu przed wiosennym siewem.

         – Co takiego?

         – Już to załatwiłam. – Uniosła podbródek. W rzeczywistości rodzina walczyła, żeby przetrwać kolejny tydzień do dnia, w którym zostanie uruchomiona nowa pożyczka. – Tom, mąż Becky, zajmie się ziemią i zapewni mamie opiekę.

         – A ty? – starał się wybadać delikatnie.

         Zacisnęła wargi. W domu zrobiło się tłoczno, a ponieważ zamężna siostra nie mogła już dzielić sypialni, pozostałe rodzeństwo, Hattie i Margaret, zamieszkało w jednym pokoju. Ona przeniesie się niebawem do sypialni matki. Ruth zapewniała, że chętnie weźmie wnuka do siebie, ale budził ją najmniejszy szmer. To niedobre rozwiązanie.

         Laura potrzebowała pracy i własnego lokum. Była najstarsza – skończyła dwadzieścia siedem lat. Powinna pomagać bliskim, ale od miesięcy bezskutecznie szukała zatrudnienia. Postanowiła o tym nie wspominać.

         – Nadal nie wiem, co tu robisz. Prowadzisz w okolicy jakieś interesy? Kupujesz może tę starą kopalnię, Talfax?

         Potrząsnął głową.

         – Nie, wciąż finalizuję przejęcie brazylijskiej spółki Açoazul – wyjaśnił. – Wpadłem, bo nie miałem innego wyjścia.

         Wśród głośnych rozmów rozległ się dźwięk gitary i fletu wygrywających starą ludową piosenkę. Muzyce towarzyszył chłopięcy śmiech. Słysząc go, Laura zamarła.

         – Co przez to rozumiesz?

         – Nie domyślasz się?

         Zjawił się, żeby odzyskać dziecko. Chociaż nie planował ojcostwa i zrobił wszystko, aby wykluczyć taką ewentualność, odkrył tajemnicę. Postanowił zabrać Robby’ego. Nie z miłości, lecz z poczucia obowiązku.

         – Powinieneś już iść – oznajmiła zalękniona.

         – Wykluczone.

         – To o co chodzi? Jeśli doszły cię jakieś plotki… – Napięcie stało się nie do zniesienia. – Przestań się ze mną bawić i powiedz, czego chcesz?

         – Przyjechałem po ciebie.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ