Powieść historyczna
W cieniu gilotyny
24,99 zł
37,99
KUP TERAZ

W cieniu gilotyny

Allison Pataki, Owen Pataki
brak opinii
ISBN: 9788327632548
Premiera: 2018-04-11

Barwny, pulsujący emocjami fresk o przemocy, nienawiści i miłości

Francja 1792 - 1805

Paryż w czasach rewolucji to niebezpieczne miejsce. Na Placu Republiki ustawiono gilotynę – udoskonalone narzędzie do ścinania arystokracji i wrogów nowego porządku. Egzekucje są tak częste, że woda w Sekwanie zmienia kolor od spływającej do niej krwi. Ale życie toczy się dalej, ludzie nie przestają kochać i marzyć, chociaż codzienna walka o przetrwanie wystawia ich na ciężką próbę.

Jean-Luc i Marie często nie mają co jeść, ale są szczęśliwi. André i Sophie mają potężnych wrogów i muszą ukrywać swoje uczucie, jednak są zdeterminowani, by spędzić resztę życia razem. Losy tych czworga splatają się i są najlepszym odzwierciedleniem ówczesnej epoki. Czasu, kiedy nikt nie był pewny jutra, anarchia i terror łamały najsilniejszych i tylko nielicznym udało się zachować godność i ocalić marzenia.

Zima 1792 r.

Paryż

 

Jeszcze ich nie widzi, ale już słyszy setki, tysiące głosów dobiegających spoza więziennych murów. Głosów młodych i starych, kobiecych i męskich, a wszystkie tak samo niecierpliwie domagają się, by nowa krew zwilżyła świeżo wyostrzony nóż gilotyny.

I czuje na karku chłód starych zardzewiałych nożyc wydających z siebie upiorne jęki i zgrzyty, gdy niemłody już i cuchnący winem strażnik szybko i zręcznie zacznie podcinać mu włosy na potylicy.

Przecież ostrze gilotyny nie powinno zaplątać się we włosy.

Cienkie wijące się kosmyki sfruwają na ziemię. Na ich widok robi mu się słabo, ale nie sposób sobie ulżyć, gdy ma się w żołądku idealną pustkę. Można tylko patrzeć na siwe zwiastuny tego, co stanie się z głową, na której wyrosły. Siwe, i takie właśnie zwykle opadają na tę kamienną posadzkę nawet z młodych głów, wszak terror szybciej przydaje człowiekowi lat, niż upływ czasu.

– Ruszaj się, stary łamago! Tam idź! – warczy strażnik, wysuwając pokrytą bliznami brodą w stronę odległego końca korytarza.

Tym sposobem Alexandre de Valière, wystrzyżony bardziej niż półroczne jagnię, wyrusza na ostatnią w swoim życiu przechadzkę. Powoli idzie spowitym w mrok więziennym korytarzem, z trudem przestawiając nogi zakute w ciężkie łańcuchy, a niewywołani tego dnia towarzysze niedoli popatrują za nim przez wąskie otwory w drzwiach i dziękują Bogu, że pozwolił im jeszcze jeden dzień spędzić w małej kwadratowej celi, która w porównaniu ze złowrogim mrocznym korytarzem wydaje się miejscem tak bezpiecznym, że niemal przytulnym.

A on już czeka na dziedzińcu, już stoi wśród innych skazańców, i podnosząc do ust to jedną, to drugą dłoń, dmucha w nią, by dać choć odrobinę ciepła skostniałym palcom.

– Ile ich tam jest… Chyba tysiące… – mamrocze młody mężczyzna, wlepiając w niego oczy. Nie może mieć więcej niż trzydzieści lat i niewątpliwie umiera ze strachu.

De Valière kiwa tylko głową, za to głośno włącza się inny skazaniec:

– Już ci za głośno, tak? A to jeszcze nic w porównaniu z tym, co usłyszysz na drugim brzegu rzeki! – Spluwa na zamarzniętą ziemię. Jest łysy jak kolano, czyli nie musieli mu podcinać włosów.

Ludzie już od świtu gromadzili się pod murami więzienia, dawnej siedzibie królów. Od kilku tygodni to rytuał. Zbierają się pod więzieniem i po obu stronach tej ostatniej drogi, która wiedzie przez niewielką wyspę na środku Sekwany, most przed ratuszem, ulicę Saint-Honoré, i kończy się na wielkim placu, kiedyś placu Ludwika XV, a niedawno przemianowanym na plac Rewolucji. Kończy się tam, gdzie oblegający szafot tłum wydaje ogłuszający ryk na widok nadjeżdżających skazańców.

– Już czas! Ruszać się! – woła strażnik, wskazując muszkietem dwukołowy wóz. – Madame Gilotyna nie powinna zbyt długo czekać!

– A tak… Przecież jego świętym obowiązkiem jest przewieźć potępione dusze przez rzekę piekielną – mamrocze pod nosem de Valière, któremu w pamięci nagle ożyły wersy Dantego.

– Nie pyskować! – wrzeszczy stojący tuż obok strażnik i podnosi muszkiet, jakby chciał kolbą uderzyć kogoś w twarz.

De Valière odruchowo krzywi się i przechyla głowę w bok, a jednocześnie przez głowę przemyka mu gorzka myśl: Bać się głupiej kolby? Właśnie teraz?!

Czeka koło wozu na swoją kolej. Pomaga wsiąść staruszce, która stoi przed nim. Gdy ostatni z więźniów znalazł się na wozie, strażnik otwiera bramę, a woźnica strzela z bata i drewniane koła zaczynają powoli się obracać, skrzypiąc rozpaczliwie jak sztywne, obolałe kości zimnego poranka. Wóz posuwa się do przodu. Trochę trzęsie, dlatego de Valière chwyta za poręcz, uśmiechając się – ale jest to bardzo nikły uśmiech – do stojącej obok staruszki, która też się uśmiecha niemal niewidocznie, przy czym obiema rękami chwyta de Valiére’a za ramię. Jej drżące ręce zdradzają, jak wielki ogarnął ją strach.

Przejeżdżają przez otwartą bramę, której pilnują strażnicy. Są znudzeni, ale nic w tym dziwnego, skoro wóz ze skazańcami przejeżdżał tędy już wczoraj, i to niejeden raz, dziś też będzie kursował w obie strony, a jutro ma pojawiać się jeszcze częściej. Kiedy wyjeżdżają z bramy, spoza gęstych chmur nagle wysuwa się złocista tarcza i w jednej chwili całe miasto zostało skąpane w oślepiającym blasku słońca. De Valière mruży oczy, a kiedy po sekundzie przywykły do tej jasności, zobaczył gapiów, którzy przyszli popatrzeć na jego ostatni przejazd przez miasto. Nie, na pewno nie spodziewał się, że będą aż takie tłumy.

Tuż obok niego stara kobieta modli się do Najświętszej Maryi Panny, kurczowo ściskając różaniec z kości słoniowej, który jakimś cudem udało jej się ukryć przed strażnikami. Przez chwilę patrzy de Valière’owi prosto w oczy, który prawie niezauważalnie kiwa głową, żeby dodać jej otuchy, i nagle jego uszy wyłapują jakiś cichy dźwięk. Tak, na pewno coś przeleciało obok jego głowy i w coś uderzyło. Spogląda przez ramię, na więźnia, który stoi tuż za nim. Na szarej koszuli widać plamę zapewne z nadgniłego pomidora. Po pomidorze frunie główka sałaty, która odbija się od ramienia de Valière’a i uderza w starą kobietę, wytrącając jej z ręki różaniec, który przelatuje nad poręczą i spada w błoto ulicy.

– Mój różaniec! – krzyczy rozpaczliwie staruszka.

Tłum szydzi z niej, a jeden z gapiów zaczyna skwapliwie zbierać z grząskiej ziemi paciorki z kości słoniowej.

– Mój różaniec… – mamrocze staruszka. – Różaniec mojej matki…

– Stara suka! Do ostatniej chwili będzie się trzęsła nad swoim naszyjnikiem!

Jakaś kobieta z maleńkim dzieckiem na ręku chwyta garść kapusty i ciska w więźnia na przodzie wozu, a tłum znów krzyczy:

– Zgnijecie w piekle, bogate pasibrzuchy!

Strażnicy, uzbrojeni w stare muszkiety, a niektórzy w świeżo wyostrzone piki, starają się powstrzymać żądną zemsty ciżbę, pokrzykując:

– Zejdźcie z drogi, obywatele!

Woźnica podnosi bat, tłum rozstępuje się, a konni strażnicy eskortujący wóz ze skazańcami starają się opanować zaniepokojone hałasem wierzchowce. Gdy wóz przejeżdża przez stary most, tłum rusza za nim wąską wybrukowaną kocimi łbami ulicą prowadzącą na plac Rewolucji.

Żaden francuski monarcha, nawet Ludwik XIV, Król Słońce, nie był witany na tym placu tak głośno, jak ci skazańcy trzęsący się na wozie, który podskakuje na kocich łbach. Słychać głośne przekleństwa, a także nowy hymn Francji, przy czym każde słowo jest wykrzyczane i wywrzeszczane, po prostu słowa zlewają się w jeden ogłuszający i nasycony nienawistną groźbą ryk.

Zgromadzony wokół szafotu tłum jest tak gęsty, że de Valière nie może dostrzec ustawionego na drewnianym podwyższeniu morderczego narzędzia, którego lśniący i wysoko zawieszony nóż czeka tylko na to, by spaść na kark kolejnej ofiary.

Wysoko… I stąd kolejna gorzka myśl. Wysoko, a więc śmierć wspięła się już na wyżyny!

Gdy wóz zatrzymuje się, strażnik spuszcza klapę z tyłu wozu.

– Wysiadać! Żywo, żywo, ruszać się!

Wszyscy na wozie znieruchomieli jak posągi, dopiero po dłuższej chwili de Valière robi ten pierwszy krok. W dół, na bruk.

Ludzie przepychają się, każdy chce być jak najbliżej skazańców, wyrwać arystokracie kosmyk włosów, a przynajmniej przeorać paznokciami szlachetnie urodzone ciało. Strażnicy na koniach starają się ich powstrzymać, a piesi strażnicy, wywijając kolbami muszkietów, zmuszają skazańców, by podeszli jak najbliżej szafotu.

– Ty pierwszy – oznajmia strażnik młodemu mężczyźnie, który przedtem wlepiał w de Valière’a oczy i jęczał, że tak wielki jest ten tłum.

Nieszczęśnik przyciska ręce do piersi, jakby pytał bezgłośnie:

– Ja?!

Strażnik kiwa głową, machając niecierpliwie ręką.

– Wchodźcie, mości książę – mówi, naturalnie tytuł wymawiając z naciskiem. – Lepiej nie kazać im zbyt długo czekać.

Młody mężczyzna, czyli książę, o czym de Valière właśnie się dowiedział, zamyka oczy i zaczyna płakać. A na jego spodniach, w kroczu, pojawia się zdradliwa mokra plama.

De Valière zwraca oczy ku niebu, śląc w przestworza krótką modlitwę: Proszę, nie pozwól, Boże, bym też musiał się tak wstydzić. Spraw, bym odszedł z tego świata, zachowując resztki godności.

Młody książę, cały rozdygotany, faktycznie zostaje wniesiony po skrzypiących schodkach i mimo że tłum nadal jest bardzo głośny, słychać jego łkanie i protesty.

– Ale dlaczego mam być pierwszy? Właśnie ja? Na Boga, co ja takiego wam zrobiłem?

– A co to za różnica, seigneur? – Ostatnie słowo, to „wielmożny panie”, zabrzmiało z okrutną drwiną.

Ale co się dziwić, skoro strażnik bardzo się już zniecierpliwił. Histeryczne jęki słyszy każdego dnia i bardzo go znudziły. Poza tym ma za zadanie dopilnować, by przedstawienie zaczęło się, zanim tłum ogarnie jeszcze większe szaleństwo.

De Valière widzi, jak związują księciu gładkie, wypielęgnowane ręce i prowadzą na sam środek szafotu. Widzi też pleciony kosz ustawiony poniżej miejsca, w które celować będzie ostrze gilotyny. Książę klęka. Mocne grube palce strażnika zakleszczają się na jego szyi, zmuszając, by obrócił twarz ku ziemi i oparł się szyją o półkoliste wyżłobienie w desce przed nim. Z góry spuszczona zostaje druga deska z identycznym wyżłobieniem, i kiedy obie się zetkną, owe żłobienia tworzą coś w rodzaju drewnianej pętli wokół szyi skazańca, skutecznie unieruchamiając głowę. Książę szlocha, stara się oswobodzić, ale na próżno, bo szyja tkwi już w drewnianych kleszczach.

De Valière wstrzymuje oddech, ale nie może oderwać oczu. Patrzy, jak ksiądz robi znak krzyża nad wijącym się księciem. Rozgrzesza, ale do skazańca zapewne to już nie dociera. Kiedy kat zwalnia zatrzask i ostrze opada, de Valière ma oczy zamknięte, ale przecież słyszy cięcie, a potem tak głośny ryk z tysięcy gardeł, że nie słychać, jak odcięta głowa spada do kosza.

– Jeszcze!

– Następny!

Tłum, kiedy poczuł już zapach krwi, wpada w coraz większy szał. Strażnik wywołuje tę starą, kruchą, rozmodloną kobietę, która opierała się na ramieniu de Valière’a, a on już nie jest w stanie na to patrzeć. Nie chce wiedzieć, co malować się będzie na drobnej, pomarszczonej twarzy, gdy przy akompaniamencie przekleństw i szyderstw motłochu wprowadzać będą starą damę na szafot. Powieki ma zaciśnięte, ale nie może nie słyszeć upiornego odgłosu świadczącego o tym, że coś zostało przekrojone. A zaraz potem przeraźliwe okrzyki największej radości:

– Jeszcze jeden! Następny!

Strażnik wskazuje palcem na niego, a on wydaje z siebie długie, powolne westchnienie. Bo już wie, jak to jest, kiedy stoi się w obliczu śmierci.

Powoli podchodzi do szafotu i wstępuje na schodki. Nóg, choć go przecież niosą, już nie czuje. Wrzaski tłumu cichną, bo ten tłum jest coraz dalej, bo coraz dalej jest on jakby ulatujący z samego siebie. Niby jest, ale już go nie ma.

Nie czeka na opryskliwe ponaglenia strażnika. Klęka sam, z własnej woli, i przemyka spojrzeniem po otaczającym go morzu twarzy wykrzywionych w szyderczym uśmiechu. Ci ludzie bardzo się niecierpliwią, nie mogą już się doczekać, co zaraz nastąpi. Patrzy i wyławia wzrokiem tę właśnie twarz. Wyblakłe oczy, skóra i włosy białe jak pergamin. A więc przyszedł napawać się tym widokiem i triumfować do ostatniej chwili.

Czuje, że drży, bo ta właśnie blada twarz budzi w nim gniew, a jednocześnie jest nią bardziej przerażony niż ostrzem gilotyny. Lazare. Lazarus. Łazarz. Tamten wskrzeszony przez Jezusa, a ten Łazarz wysyła ludzi na śmierć.

Na sekundę ich spojrzenia spotykają się i de Valière mógłby przysiąc, że blade wargi Lazare’a rozciągają się w złowieszczym uśmiechu. Zaraz potem de Valière odwraca wzrok. Nie chce, by widok tego człowieka był tym ostatnim, co ujrzy na tej ziemi. Patrzy więc przed siebie, na machinę gotową każdemu ofiarować śmierć.

Jemu też. Głowę ma już zakleszczoną w deskach. Przed sobą, w dole, widzi pleciony koszyk. Głowa starej kobiety zwrócona jest twarzą do ziemi. Widać tylko rzadkie siwe włosy przetkane czerwienią i wyprostowane, jakby starały się sięgnąć ciała, od którego zostały odłączone. Ale obok widać twarz młodego księcia, już stężałą, oczy są nieruchome i pozbawione blasku.

Nie czuje już otaczającego go tłumu, nie słyszy monotonnego bicia w bębny. Prosi, błaga swój umysł, by podsunął mu obraz czegoś całkiem innego niż to, co tu i teraz, czyli piekło. Chce zapomnieć o białych włosach i bezbarwnej twarzy nienawistnego człowieka, chce zapomnieć o zastygłych w największym przerażeniu oczach młodego księcia.

I stało się. Teraz ma przed oczami słodką, prześliczną twarz żony, nietkniętą przez upływ czasu ani troski. Widzi też to, co zawsze było dla niego powodem do największej radości i dumy. Dwie głowy obsypane lokami, dwie roześmiane twarze. Dwóch niedużych jeszcze chłopców biega po ogrodzie, ścigając się w wesołej rywalizacji. Pokrzykują i piszczą, jak to dzieci.

Radosne chwile. Tak, było ich pod dostatkiem, dlatego twarz pojaśniała mu w uśmiechu. Tym ostatnim, trwającym ułamek sekundy, bo przed oczami już ciemność. Nie widzi nic, nie czuje nic, nie słyszy, jak motłoch po raz trzeci tego dnia z największym entuzjazmem wita śmierć.

Śmierć starego arystokraty Alexandre’a de Valière’a.

Na tylnej okładce czytamy, że książka to "barwny, pulsujący emocjami fresk o przemocy, nienawiści i miłości". I mogę zgodzić się z tą opinią, choć miejscami ten fresk sprawiał wrażenie namalowanego przy użyciu zbyt intensywnych kolorów. Ostatecznie jednak trzeba przyznać, że historia opowiedziana w powieści jest całkiem ciekawa i wciągająca, więc jeśli gustujecie w publikacjach o dawnych czasach, "W cieniu gilotyny" pewnie się Wam spodoba.

Ta książka jest niezwykła! Niesamowita... Sama nie wiem jak ją jeszcze opisać. Zakochałam się w bohaterach, zakochałam się w całej fabule. Podziwiam autorów za to jakie arcydzieło potrafili stworzyć, że na tle rewolucji francuskiej stworzyli takie dwie historie miłosne. Przecież to graniczy z cudem, a oni właśnie takiego cudu dokonali. Już miałam okazję przeczytać książkę autorstwa Alison Pataki- Samowolna Cesarzowa i byłam nią zachwycona, ale teraz widzę, że nie dorasta do pięt W cieniu gilotyny.

 

.. nie wiem co napisać... Na pewno to, że nie mogłam się oderwać od lektury od początku, do samego końca. Mimo, że nie jest to "mój klimat" to zdecydowanie warto było znaleźć się w tamtejszej Francji i wraz z bohaterami przeżywać miłość i tęsknotę, strach i oddanie, ból i udrękę oraz wraz z nimi starać się zrozumieć ówczesny świat, pełen zdrad, kłamstwa i obłudy polanej obficie krwią w wielu przypadkach niewinnych ludzi. Autorzy mają niesamowitą zdolność ubierania w słowa wszelkich uczuć i scen. Chwilami były one tak realistyczne, że wręcz namacalne. Nie  ma tu zbędnych opisów, a dialogi stanowią spójną całość z fabułą. To ambitna powieść, a zarazem trafiająca w serca i gust czytelników również mniej wymagających. I przede wszystkim "W cieniu gilotyny" niesie ze sobą przesłanie, a jakie? O tym musicie przekonać się sami. 

W cieniu gilotyny zapewni chwile pełne dramatycznych wydarzeń i skrajnych emocji. Allison Pataki i Owen Pataki przedstawiają ciekawą historię osadzoną w czasach rewolucji francuskiej. Jeśli jesteście zaintrygowani losami Andre, Sophie, Jean-Luca i Marie to nie czekajcie dłużej - przenieście się czym prędzej to burzliwego Paryża...

Jest mi bardzo ciężko ubrać słowa swoje wrażenia po lekturze książki W cieniu gilotyny. Pomimo tego, że powieść dotyka rzeczy poważnych, czytało mi się ją lekko i bez żadnych problemów. Z zapałem obserwowałam ówczesną sytuację we Francji, śledziłam losy przedstawionych na tle tych wydarzeń, wyrazistych bohaterów, którzy zapadają w pamięć na długi czas. Jest tutaj sporo opisów bitew, ale wystarczyło miejsca na zarysowanie wspaniałego wątku miłosnego. W cieniu gilotyny czyta się błyskawicznie i możecie wierzyć mi na słowo, takie poważniejsze lektury, też mogą być genialnym pomysłem na odskocznię od codziennych trosk. Akcja rozwija się stopniowo, autorzy zręcznie napędzają całą machinę zdarzeń, by totalnie zaskoczyć nas na samym końcu. 

Komu mogę polecić książkę W cieniu gilotyny? Każdej dorosłej osobie! Myślę, że tutaj nie ma wyraźnego podziału na wiek i płeć. Przedstawiona historia może zaciekawić i kobietę i mężczyznę. Także jeśli macie ochotę na coś innego, coś poważniejszego, lecz niezbyt męczącego, to gorąco polecam wam właśnie książkę W cieniu gilotyny. Plus za klimatyczną okładkę i większy format dzieła. 

„W cieniu gilotyny” to świetna propozycja przede wszystkim dla osób, które uwielbiają powieści historyczne osadzone w romantycznej fabule. Allison Pataki po raz kolejny udowodniła, że wspaniale czuje się w takim klimacie, natomiast praca jej brata pokazuje, iż kooperacje bywają interesujące. Rodzeństwo dobrze nakreśliło chaos tamtych czasów, a na niedociągnięcia można przymknąć oko.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ