Thriller / Sensacja / Kryminał
Spacer na krawędzi
0 zł
37,99
KUP TERAZ

Spacer na krawędzi

Sherri Smith
brak opinii
Liczba stron: 432
ISBN: 9788327631282
Premiera: 2018-03-21
Opracowanie graficzne okładki: Emotion Media

Kiedy zadzwonił szeryf, Mia myślała, że matka dźgnęła nożem kolejnego pensjonariusza domu opieki. Jednak tym razem chodziło o jej brata. Lucas, oskarżony o zamordowanie swojej nastoletniej uczennicy, zniknął bez śladu. Wezwana na przesłuchanie Mia wraca do miasteczka, którego wolałaby już nigdy nie oglądać. Nienawidzi Wayoaty – krainy jabłek, kukurydzy, ale też dilerów narkotykowych i ludzi gotowych zabić, byle tylko ich sekrety nie wyszły na jaw. Tutaj zamiata się przykre sprawy pod dywan i wydaje wyrok przed udowodnieniem winy.

Mia nie wierzy w zarzuty stawiane bratu. Prowadzi śledztwo na własną rękę, ale im głębiej drąży temat, tym bardziej ktoś próbuje ją powstrzymać. Walka o prawdę staje się równie niebezpieczna, jak spacer nad przepaścią, w którą ktoś próbuje nas zepchnąć.

To cud, że w ogóle odebrałam telefon. Najpierw sprzedałam prostytutce opakowanie valtreksu, a potem przez całą godzinę pomagałam jej wybrać farbę do włosów. Królowa Nocy to był strzał w dziesiątkę. Miałam nocną zmianę i akurat planowałam zrobić sobie krótką przerwę. Odebrałam tylko ze względu na godzinę. Nikt nigdy nie dzwonił do mnie o szóstej rano.

– Mia Haas? – usłyszałam w słuchawce opryskliwy głos.

– Tak.

Siedziałam z dwiema kasjerkami. Słabą kawę pogryzałyśmy czerstwymi pączkami. Tani sposób na kopa energetycznego na kolejne dwie godziny pracy.

– Z tej strony John Pruden, komisarz policji stanowej w Wayoacie.

– Mimi znowu nabroiła? – Westchnęłam głośno ku uciesze moich koleżanek, które nigdy dotąd nie słyszały o żadnej Mimi, po czym zamknęłam się w łazience.

– Chciałem porozmawiać o Lucasie.

– Jak to?

– O twoim bracie Lucasie. Miałaś z nim ostatnio kontakt? – spytał poirytowany, że musi się powtarzać.

– Ale dlaczego? – Przygryzłam dolną wargę. Zaczęłam wyobrażać sobie najgorsze i wpadłam w panikę. Krwawe kolizje na autostradzie, puste butelki po piwie na pokładzie motorówki roztrzaskującej się o kamienisty brzeg. Szkolna strzelanina. Wayoata była jednym z tych miasteczek, w których zdziwaczałe i wściekłe dzieciaki dostawały szału, łapały za broń i strzelały do wszystkich wokół. – Co się stało?

Pruden zignorował moje pytanie, tylko drążył swój temat:

– Mam rozumieć, że nie rozmawialiście w ciągu ostatnich siedemdziesięciu dwóch godzin?

Próbowałam przypomnieć sobie, kiedy ostatnio miałam kontakt z moim bratem bliźniakiem. Dzwonił do mnie kilka tygodni temu, ale nie zostawił wiadomości, więc to nie było nic ważnego. Wcześniej odbyliśmy rutynową rozmowę z serii „co nowego u Mimi”. Ostatnio byłam zawalona robotą, więc nie miałam czasu na pogaduszki. Chicagowska sieć czynnych całą dobę aptek, dla której pracowałam, otworzyła nową filię dwie przecznice stąd i musiałam brać podwójne zmiany, dopóki nie zatrudnią nowych pracowników.

– Nie, nie rozmawiałam. Ale dlaczego dzwonisz?

Pruden wymamrotał pod nosem coś niezrozumiałego, po czym dorzucił:

– Nie możemy znaleźć twojego brata.

– Jak to nie możecie go znaleźć? – Rozsądniej byłoby się zapytać, dlaczego go szukali, ale oczywiście nie przyszło mi to do głowy. Byłam zbyt skołowana. – Na pewno jest w pracy – stwierdziłam rozsądnie. Był czerwiec, zbliżały się wakacje, Lucas spędzał większość czasu w szkole. Gdyby postanowił ją rzucić, na pewno nie zrobiłby tego w trakcie egzaminów. Poza tym powiedziałby mi o tym.

– W pracy? – powtórzył Pruden urażonym tonem, bo powiedziałam głupotę. Było wcześnie, zajęcia w szkole jeszcze się nie zaczęły. – Nie ma go w szkole. Musisz przyjechać. Kiedy najwcześniej możesz u nas być? Im szybciej, tym lepiej.

Usłyszałam szarpanie za klamkę.

Próbowałam wydobyć od Prudena więcej szczegółów, ale twardo nalegał, żebyśmy porozmawiali osobiście.

 

Rozłączyłam się i natychmiast zaczęłam wydzwaniać do Lucasa, wybierałam numer dwadzieścia razy pod rząd. Miałam nadzieję, że brat odbierze i razem się pośmiejemy z tej absurdalnej pomyłki. Opowie mi zabawną historyjkę o tym, że poznał wspaniałą dziewczynę i spędził u niej ostatni tydzień, a potem bardzo się zdziwi, że policja zaczęła go szukać z powodu kilku nieusprawiedliwionych nieobecności w pracy.

Niestety Lucas nie odbierał. Sygnał odbijał się głuchym echem, a po nim włączała się automatyczna sekretarka, co rozwiewało wszelkie nadzieje i wzmagało mój lęk. Słuchawka zaczęła parzyć mnie w ucho. Jeszcze długo po jej odłożeniu przerywany dźwięk sygnału brzęczał mi w uszach. Co jest grane? Wszystkie moje telefony pozostały bez odpowiedzi.

Otworzyłam przeglądarkę Google i wyszukałam stronę redakcji Wayoata Sun. Szumiało mi w uszach, czułam coraz większy ucisk w klatce piersiowej. Lokalny dziennik wyglądał jak tania imitacja gazety, jakby wszystko było zmyślone. Jak tandetne fotoramki w przyjezdnym wesołym miasteczku z napisem POSZUKIWANY oraz miejscem, gdzie można wstawić swoje lub cudze zdjęcie i okrasić nazwiskiem czy ksywką.

Patrzyłam na dwa zdjęcia z kroniki szkolnej. Na jednym członek kadry, na drugim uczennica. Mój brat i nastoletnia dziewczyna. A nad nimi szokujący nagłówek:

NAUCZYCIEL Z WAYOATY PODEJRZANY W SPRAWIE MORDERSTWA UCZENNICY

To było wydanie z wczoraj.

Przewinęłam niżej do komentarzy i przeczytałam litanię przekleństw skierowanych pod adresem mojego brata. Pisane wersalikami słowa MORDERCA i GWAŁCICIEL wyglądały na ekranie jak dziury po nabojach. Nawet nasz nieszczęsny stary sąsiad, miłośnik sztucznych róż, które sprawiały, że Dakota Północna zimą wyglądała, jakby jej śniegi spłynęły krwią, zdobył się na to, żeby werbalnie go ukamienować:

Gnij w piekle, zboczony skurwielu!!#!

Uderzyło mnie, że pan Paul Bergman nawet nie poczuł potrzeby, żeby schować się pod pseudonimem.

Dawniejsze artykuły opowiadały o zaginięciu i poszukiwaniach szesnastoletniej dziewczyny, Joanny Wilkes. Dwa dni temu znaleziono jej ciało w parku Dicksona. Zaginęła trzy tygodnie wcześniej.

 

Pakowanie nie zajęło mi wiele czasu. Wepchnęłam do walizki przypadkowe ciuchy oraz po garści majtek i skarpetek. Na dnie szafki z bielizną dostrzegłam czerwoną kosmetyczkę. Włożyłam ją do walizki, a po chwili wahania wyjęłam. Ostatecznie włożyłam ją z powrotem, bo nie mogłam sobie wyobrazić, że pojadę gdzieś bez niej. Tak, pakowanie nie zajęło mi wiele czasu, bo z nerwów nie byłam w stanie choćby na chwilę usiąść.

Mieszkałam w mieszkaniu stylizowanym na loft niedaleko Wicker Park. Wypełniłam je wszystkim tym, co powinno pasować do industrialnego stylu, ścian z gołych cegieł i obnażonych rur, mimo to wystrojowi wciąż brakowało polotu.

Za to, co wydawałam na czynsz, mogłabym kupić mały domek w Wayoacie. Lucas przypominał mi o tym regularnie co kilka miesięcy, od kiedy wrócił do miasteczka. Jakby wszystko, co stało mi na drodze do Wayoaty, ograniczało się do nieruchomości kupionej po okazyjnej cenie. Jakby takie nieruchomości istniały tylko w Wayoacie.

W samolocie zamówiłam whisky z wodą, żeby powstrzymać się od nerwowego przygryzania warg. Nie miałam do kogo zadzwonić. Nie miałam nikogo, kto mógłby mi powiedzieć:

– Ta sprawa z Lucasem i uczennicą jest jednym wielkim nieporozumieniem, kolejnym wymysłem śmietanki towarzyskiej Wayoaty. Zanim dojedziesz na miejsce, wszystko się wyjaśni. Szkoda czasu, żeby w ogóle tam jechać!

Moja rodzina nie była liczna. Matka w wieku dziewiętnastu lat pokłóciła się z rodzicami i uciekła z Omaha. Nigdy więcej z nimi nie rozmawiała. Prawdopodobnie zmarli, kiedy ja i Lucas byliśmy jeszcze dziećmi. Powiedziała nam o tym bez ceregieli:

– Wasi dziadkowie nie żyją, więc przestańcie o nich wreszcie wypytywać.

Miałam ciotkę, ale nie wiedziałam, jak się z nią skontaktować. Przez długi czas dzwoniła do nas w święta Bożego Narodzenia, ale z jakiegoś powodu przestała. Mimi paradowała po domu, dzwoniąc lodem w szklance, i powtarzała, że odizolowała się od rodziny. Słowo „odizolowany” wypowiadała w szczególny sposób, jakby oznaczało coś wyrafinowanego i wyszukanego.

 

Wayoata nie ma własnego lotniska, najbliższe było w Bismarck, skąd miałam jeszcze trzy godziny drogi samochodem na północny zachód. Zarezerwowałam srebrnego sedana, ale pracownik wypożyczalni wręczył mi kluczyki do ognistoczerwonego PT cruisera i próbował jeszcze wcisnąć dodatkowe ubezpieczenie. Poprosiłam o inny samochód, jakikolwiek. Już nawet nie miało znaczenia, jakiego był koloru – mógł być beżowy albo czarny, byleby tylko nie zwracał tak bardzo na siebie uwagi – ale pracownik bezradnie wzruszył ramionami.

Podróż była klaustrofobiczna. Rozległe puste pola wydawały się płaskie. Ten pejzaż równie dobrze mógł być dwuwymiarowym obrazem olejnym. Słoneczne światło eksponowało tłuste plamy po robakach na przedniej szybie samochodu. Wyglądały trochę jak malunki małego dziecka. Odkąd wyjechałam do college’u, raz w roku wracałam w rodzinne strony na Święto Dziękczynienia. Siadałam w pokoju matki z talerzem na kolanach i starannie spychałam na bok różowawego indyka, którego serwował dom opieki. Gdy mniej więcej pięć lat temu Lucas wrócił do rodzinnego miasta, przestałam czuć się zobowiązana do dorocznych wizyt. Tłumaczyłam to sobie tym, że Mimi miała teraz Lucasa, który mógł ją odwiedzać, kiedy tylko będzie chciała. To, żeby ktoś ją czasem odwiedzał, było dla mnie równie ważne jak to, żebym tą osobą nie musiała być ja.

Wiedziałam, że jestem blisko, kiedy zobaczyłam stary plakat antyaborcyjny ze zdjęciem czteroletniej dziewczynki, która już na zawsze utknęła w latach dziewięćdziesiątych ze swoim odblaskowym sweterkiem i kokardą we włosach. Obok niej napisano dziecięcym charakterem pisma:

ABORCJA ZABIJA DZIECI

Trzydzieści sekund później minęłam tablicę z napisem:

WAYOATA: GOSPODARZ FESTIWALU KUKURYDZY I JABŁEK

Na wspomnienie tej imprezy ścisnęło mnie w żołądku, od samego patrzenia na tablicę zrobiło mi się słabo. Ktoś skreślił literki „u” w słowie „kukurydza” i dopisał nad nimi po literce „a”, a kreskówkową kukurydzę przerobił na penisa, z którego strzelały trzy stróżki nasienia na mocno zaróżowione jabłko. To, że tablica powitalna została zbezczeszczona, ale reklamy antyaborcyjnej już nikt nie ruszał, mówiło wiele o samym mieście.

Następnie wyłoniły się dwie konkurujące ze sobą stacje benzynowe, oświetlone jaśniej niż niejedno kasyno. Wjechałam na teren zabudowany, domy stały przy drodze coraz gęściej. Na tyłach gospodarstw widać było pordzewiałe spichlerze, a każda droga wracała do Main Street, żeby uniknąć ślepych uliczek. Bo kto chciałby mieć widok z okna na ślepą uliczkę? Kilka lokalnych biznesów zostało zamkniętych. Wayoata była zbyt oddalona na północny zachód, żeby skorzystać na boomie na ropę łupkową formacji Bakken. Zupełnie jak na balu maturalnym, gdzie sala gimnastyczna dzieli się na dwie części. W pierwszej stoją wszystkie brzydkie dziewczyny, które nie mają na co liczyć, bo wszyscy dobrze zbudowani chłopcy powędrowali tam, gdzie można kogoś wyrwać. Wyblakłe fioletowe wstążki zwisały z drzew i latarni, sprawiając, że wyglądały jak półotwarte prezenty.

 

Pojechałam prosto do mieszkania Lucasa. Dzwoniłam chyba z godzinę i nic. Zadzwoniłam więc do dozorcy, ale też nie otworzył. Budynek pochodził z wczesnych lat siedemdziesiątych, jeszcze sprzed kryzysu. Powstał w czasach świetności Wayoaty. Nawet jego nazwa, Terrace, wykuta z żelaza ekscentryczną czcionką przy głównym wejściu, wyglądała obiecująco na beżowym, ośmiopiętrowym ceglanym budynku. Jak na tutejsze standardy to była prawdziwa klasa. Przy szklanych drzwiach niezmiennie wisiał napis:

MIESZKANIA NA WYNAJEM

Poszłam na parking, żeby poszukać samochodu Lucasa, ale jego miejsce było puste.

 

Wróciłam do samochodu i popędziłam na jedyny komisariat policji w mieście. Serce waliło mi jak szalone. Wyobraziłam sobie, jak mój brat, ubrany w pomarańczowy kombinezon, próbuje udowodnić swoją niewinność zza krat, po drugiej stronie których siedzi zadowolony z siebie Pruden i z nogami rozwalonymi na biurku ściera z policzka resztki dżemu z pączka. Ale mamy szansę jakoś sobie z tym poradzić. Mogę zatrudnić prawnika. Może Lucas wyjdzie za kaucją? A na koniec pozwę policję Wayoaty za bezprawne aresztowanie. Po wyjściu z komisariatu Lucas rzuci tylko:

– Z tego Prudena zawsze był Śliski Ricky.

Śliski Ricky. Nie słyszałam tego od lat. Mimi miała kiedyś chłopaka, na którego wszyscy zamiast Rick mówili Ricky, jakby był jakimś gnojkowatym basenowym, i to tylko dlatego, że miał trzy lata mniej niż Mimi. Któregoś dnia zmywałam naczynia, a Ricky zaczął się do mnie dobierać. Do czternastoletniej dziewczyny! Wtedy Lucas chwycił kij do hokeja i przywalił mu w plecy. Takim właśnie bratem jest Lucas. Po tym zdarzeniu Ricky zwiał od Mimi, twierdząc, że dzieci to tylko kłopoty, a z powodu jego lepkich łap przylgnęła do niego ksywka Śliski Ricky. Często jej używaliśmy, kiedy mówiliśmy o różnych dupkach, których nie brakuje na tym świecie. Przydawała się w nietypowych sytuacjach życiowych w czasach, kiedy byliśmy nastolatkami.

– Daj spokój, ten koleś to Śliski Ricky! – mawialiśmy.

Nie wiem, czemu o tym pomyślałam. Chyba chciałam zminimalizować powagę sytuacji, wyśmiać to, co przeczytałam w gazecie, umniejszyć znaczenie tego, że byłam w Wayoacie, a mój brat nie otwierał drzwi.

 

Od mojej ostatniej wizyty komisariat przeszedł gruntowny remont. Zniknęły drewniana boazeria i ciemnozielone tapety, które sprawiały, że miejsce wyglądało jak myśliwska chatka. Wyburzono większość ścian, a całość pomalowano na złamaną biel. Recepcja była wyraźnie wyodrębniona i przypominała typową recepcję hotelową. Nad ladą wisiały dwa monitory, na których prezentowano filmy edukacyjne ostrzegające przed przekraczaniem prędkości, pisaniem SMS-ów podczas jazdy oraz inwazją niebezpiecznej racicznicy zmiennej.

Recepcjonistka skoczyła na równe nogi, kiedy zapytałam ją o Lucasa Haasa. Spojrzała na mnie zaskoczona, po czym wyszczerzyła zęby i poprowadziła mnie do pokoju, na którego drzwiach wisiała plastikowa plakietka z napisem POKÓJ PRZESŁUCHAŃ NR 1 (chociaż w budynku nie było żadnego innego pokoju przesłuchań).

– Komisarz Pruden zaraz do pani przyjdzie – rzuciła teatralnym szeptem.

Usiadłam na jednym z plastikowych krzeseł. Nie minęła minuta i Pruden otworzył drzwi. Tuż za nim do pomieszczenia wszedł młodszy stopniem policjant. Miał brązowe i wystrzyżone na krótko włosy, był gładko ogolony. Niebieskie oczy, dołeczek w podbródku, mleko pod nosem, umięśniony. Wyglądał na stażystę. Jeżeli zamierzał mi się przedstawić, to nie dostał takiej szansy, bo Pruden ledwie usiadł i od razu się odezwał:

– Panno Haas. A może pani Haas? – W Wayoacie wszelkie pomyłki dotyczące statusu matrymonialnego kobiet wskazywały na brak dobrych manier.

Znałam Prudena od dziecka. Od czasu do czasu „eskortował” Mimi do domu z różnych powodów. Najczęściej dlatego, że jakiś dobry samarytanin zadzwonił na policję, bo widział, jak pijana kobieta próbowała odpalić auto albo właśnie odjeżdżała. Czasami próbował rozładować tę sytuację zawstydzającym żartem („Wasza mama to niezły gagatek, dzieciaki”), ale my i tak doskonale rozumieliśmy, w czym rzecz. Mimi wiedziała, co zaoferować Prudenowi w zamian za milczenie o jej alkoholowych ekscesach.

Niejeden raz zaczerwieniony ze wstydu Pruden stał parę minut pod naszym domem, a kiedy Mimi znikała w środku, zażenowany kiwał głową na pożegnanie. Czasami zastanawiałam się, jak często penis komisarza bywał w ustach mojej matki.

 

– Panna – postanowiłam wyjaśnić, ale zabrzmiało to tak jakoś śmiesznie i nieautentycznie.

Pruden wyciągnął do mnie wilgotną dłoń. Pachniał lasem i sprejem na komary. Miał srebrne włosy i mięsisty nos, musiał być już po sześćdziesiątce. Niebieska zapinana na guziki koszula była pomarszczona, a nad skórzanym paskiem robił mu się coraz większy brzuszek. Wyobrażałam go sobie, jak w niedzielne popołudnia leży rozwalony na kanapie i mamrocze złośliwe uwagi w kierunku telewizora. Tymczasem jego żona o posturze myszy cicho krząta się po domu, podaje kolejne piwa i próbuje ubłagać, żeby wreszcie zaczął brać tabletki na serce. Pewnie powinien pójść na emeryturę już ze dwa lata temu.

– Dziękuję, że przyszłaś – powiedział zupełnie zwyczajnie, jakby wcale nie zasiał w mojej głowie wątpliwości dotyczących zaginięcia brata i jakbyśmy żyli na długo przed wynalezieniem internetu. – Żałuję, że widzimy się w tak przykrych okolicznościach. Życzysz sobie coś do picia? Wody? Kawy?

Uprzejmość Prudena zirytowała mnie.

– Nie, dziękuję. Chcę tylko się dowiedzieć, o co chodzi. Dlaczego mój brat został powiązany z… – nie byłam w stanie wymówić na głos słowa „morderstwo” – …z tą dziewczyną?

– Joanna Wilkes. Nazywa się Joanna Wilkes – poprawił mnie Pruden moralizatorskim tonem, jakby chciał dać do zrozumienia, że dehumanizuję ofiarę morderstwa, nie wymawiając jej imienia. (Co oczywiście robiłam, ale tylko dlatego, że za winnego został uznany mój brat).

– Joanna Wilkes – powtórzyłam, patrząc mu w oczy. – Znalazłeś mojego brata?

– A więc wiesz o Joannie Wilkes? Co ci o niej powiedział? – Tym razem Pruden zabrzmiał miło i zachęcająco, jakby myślał, że zaraz wydobędzie ze mnie oświadczenie, które przesądzi o sprawie.

– Lucas nic mi o niej nie mówił – odparłam. – Przeczytałam o tym w internecie. Co się tu w ogóle dzieje? Dlaczego Wayoata Sun nazwała mojego brata podejrzanym?

Pruden westchnął głęboko, jakby od dłuższego czasu wstrzymywał powietrze.

– Zostawmy to na później, wszystko po kolei. Czy możesz opowiedzieć nam, o czym rozmawiałaś przez telefon z bratem w zeszły piątek o dziesiątej siedemnaście rano?

– Słucham? – Nie miałam pojęcia, o czym mówił.

– Wasza rozmowa trwała trzydzieści dwie sekundy. To było w zeszły piątek – dodał stażysta.

Wreszcie sobie przypomniałam. Lucas faktycznie zadzwonił do mnie w piątek rano, ale rozmowy żadnej nie było. Musiał omyłkowo wybrać mój numer, a ja słyszałam tylko szumy i szmery. Kiedy zdążyli zdobyć rejestr połączeń mojego brata?

– Prawdę mówiąc, nie rozmawialiśmy ze sobą. Pewnie brat przypadkiem się ze mną połączył i nawet się nie odezwał.

Pruden spojrzał na stażystę, a potem na mnie. Nie wierzył mi.

– To dlaczego się nie rozłączyłaś?

– Rozłączyłam się.

– Po trzydziestu dwóch sekundach? Przez trzydzieści dwie sekundy można sobie wiele opowiedzieć.

W pokoju zrobiło się gęsto i duszno. Wrogo. To dlatego Pruden nie chciał mi niczego powiedzieć przez telefon. Chciał wciągnąć mnie w zasadzkę, wytrącić z równowagi, żebym spanikowała i opowiedziała mu wszystko o awaryjnym planie Lucasa, o którym miałam usłyszeć w ciągu naszej krótkiej rozmowy.

– Posłuchaj mnie. Jestem tutaj, bo chcę się dowiedzieć, gdzie jest mój brat. Chcę wiedzieć, co się dzieje. Mówisz mi, że mój brat zaginął, a przepytujesz mnie z powodu omyłkowego telefonu?

Po raz pierwszy dotarło do mnie, że jeśli jakiś szalony morderca grasował na wolności, coś złego mogło się stać także Lucasowi. Może przypadkiem trafił na swoją uczennicę, akurat wtedy, kiedy była mordowana, i próbował zainterweniować? A potem przez przypadek zostawił w miejscu zbrodni coś, co wskazywało na niego, ale on sam już dawno… Nie mogłam o tym nawet myśleć. To nie miało sensu, bo tamta dziewczyna została zamordowana już trzy tygodnie temu, a Lucas zadzwonił w piątek. Mimo to byłam przerażona, od kiedy tylko wyleciałam z Chicago.

– Nie masz pojęcia, gdzie jest mój brat, prawda? Gdzie on jest, do cholery? Skąd mam wiedzieć, czy nic mu się nie stało? Muszę go zobaczyć! – Poczułam przemożną chęć, żeby chwycić się Prudena tak mocno, jakby od tego zależało moje życie.

Przygryzł wargi, po czym oznajmił:

– Jak już wspominałem, nie wiemy, gdzie jest twój brat. Nie sądzimy, aby był w Wayoacie. W piątek zaprosiłem go na przesłuchanie, termin wyznaczyłem na poniedziałek, ale nie przyszedł. Wygląda na to, że wyjechał w pośpiechu. Jego telefon, ubrania i portfel zostały w mieszkaniu, ale zabrał kartę kredytową.

Próbowałam nadążyć za tym, co mówił, i znaleźć jakikolwiek powód, dla którego Lucas nie stawił się na przesłuchaniu i wyjechał tylko z kartą kredytową.

Pruden nachylił się nade mną, spojrzał mi głęboko w oczy i rzucił:

– Dzwonił do ciebie.

Moja szczęka i ramiona zesztywniały tak mocno, że czułam ból, kiedy obejmowałam się rękoma. Chowałam się, musiałam wyglądać, jakbym próbowała na siedząco przyjąć pozycję embrionalną. Z pozycji napastniczej przeszłam w defensywę. Zaczęłam przecząco kiwać głową. Robiłam to podświadomie, jakbym nie była w stanie powstrzymać odruchu. Miałam ochotę zatkać uszy i zacząć śpiewać: „Tra la la, nic nie słyszę”.

– Może miał już dosyć fałszywych oskarżeń i chciał zrobić sobie przerwę? A może wyjechał za miasto, żeby odpocząć od całego tego bagna, któremu musiał stawiać czoło? – spróbowałam się odgryźć. Czułam, że czerwienię się ze złości.

Tak, jasne. Moje argumenty były absurdalne. Wyjechać, żeby poczekać, aż mieszkańcom miasteczka wróci rozsądek? Wyjechać na przejażdżkę, kiedy wszyscy myśleli, że jest winny? Nawet Lucas, któremu zdarzało się działać pochopnie, wiedziałby, że wyglądałoby to na ucieczkę.

– Zrobić sobie przerwę? Tylko o to chodzi? Hm. No cóż, myślę, że w takich okolicznościach pewnie też chciałbym zrobić sobie przerwę – skomentował, śmiejąc się złośliwie, aż cząsteczki śliny wyleciały z jego ust w powietrze.

– Nie chciałam, żeby to tak zabrzmiało…

– Tak czy inaczej, nie pojechał na żadną przejażdżkę. Ktoś zdemolował jego samochód na parkingu pod szkołą kilka dni temu, próbował nawet podpalić silnik. Samochód trafił na złomowisko, więc Lucas raczej nie mógł wyjechać za miasto – przerwał mi Pruden.

– Kto mógł to zrobić? – obruszyłam się, co było dosyć komiczne, biorąc pod uwagę, o czym rozmawialiśmy. Jakby zdemolowanie samochodu było najokrutniejszą z rzeczy, które z tym się wiązały… Myśl, że wszyscy obrócili się przeciwko mojemu bratu, sprawiała, że budził się we mnie siostrzany instynkt. Wszyscy w Wayoacie kochali Lucasa. Po prostu. Nawet uczniowie nie mówili do niego per pan, tylko po prostu Haas.

Pruden uśmiechnął się do mnie niemrawo i oparł podbródek na dłoni.

– Żeby zawęzić poszukiwania, będę musiał odrzucić tych, którzy na pewno tego nie zrobili. Ale na razie skupiamy się na tym, co najpilniejsze. W tym również, panno Haas, muszę zadać pani parę pytań, okej? Potem pani będzie mogła zadać mi swoje. – Zamilkł na chwilę, żeby upewnić się, że za nim nadążam, po czym kontynuował: – Czy poza tym omyłkowym telefonem Lucas się z tobą kontaktował? Poprzez mejle, SMS-y albo telefon z innego numeru w ciągu ostatnich siedemdziesięciu dwóch godzin? – zapytał, kładąc silny nacisk na „omyłkowy telefon”. Równie dobrze mógłby pokazać palcami cudzysłów.

Podobała mi się pokręcona i wymyślna fabuła, trzymająca w niepewności odnośnie ostatecznej wersji zakończenia. Owszem, po drodze powstają mniej lub bardziej słuszne przypuszczenia i domysły, jednak wielokrotnie zmienia się kierunek ich przebiegu, zupełnie jakbyśmy zbaczali z właściwej ścieżki, wkraczali w ślepe uliczki kłamstw, wikłali się w mroczne i ponure zagadki ciemnej natury człowieka. Odpowiadało mi się heroiczne kluczenie wokół prawdy, lawirowanie między pozorami i niedopowiedzeniami, fałszywe wyciąganie wniosków ze strzępków informacji. Tworzyło to frapujący klimat sensacji, wyczekiwany dreszcz zaniepokojenia i niepokoju, czyli to, na czym nam zależy podczas sięgania po thriller. 

Jeżeli naprawdę macie ochotę na jakąś dobrą, ale lekką książkę do poczytania w te upalne dni na świeżym powietrzu to nie wahajcie się ani chwili tylko zabierajcie się za czytanie powieści Sherri Smith. Na pewno zostaniecie mile zaskoczeni i tak jak wspomniałam bardzo, ale to bardzo trudno będzie Wam się od niej oderwać. Powieść idealna na urlop, bo czytanie jej to sama przyjemność.

W książce poruszone jest to, jak wygląda życie dzieci, których rodzice poświęcają się tylko uzależnieniom. Jak silna może być więź między rodzeństwem, kiedy mają oni tak naprawdę w życiu tylko siebie. Pomysł na książkę bardzo mi się spodobał. Czytało mi się ją dobrze i szybko. Autor ma bardzo przyjemny styl i wszystko jest zrozumiałe i łatwe w odbiorze. Mimo, że jest to thiller, książka jest lekka. Nie jest to może pozycja, która zapadnie w pamięci na długo, jednak polecam ją, ponieważ bardzo dobrze spędziłam przy niej czas i w napięciu oczekiwałam tego, jak rozwiąże się cała zagadka. 

Sherri Smith zbudowała ciekawych bohaterów, dając nam szansę na faktyczne przeżycie tej historii dzięki pierwszoosobowej narracji Mii. Nie jest to powieść pędząca "na łeb na szyję", w której czytelnik się zgubi, ale zdecydowanie przemyślana fabuła dla tych mniej i bardziej wymagających czytelników (thrillerów). W dodatku, co jest ogromnym plusem tej książki, naprawdę szybko się ją czyta i choć niekiedy nie brzmi to najlepiej - jest trochę jak film, w który wciągasz się, zajadasz popcorn i nim się obejrzysz, lecą napisy końcowe. I! Co najważniejsze. Po pierwszych pięćdziesięciu stronach wciąż nie wiadomo, co się wydarzyło (mówię o tym dlatego, że tak prowadzona fabuła jest chyba najbardziej irytującą, zwłaszcza w tego typu książkach).

 Przyznam, że książka miło mnie zaskoczyła. Choć przez początkowe rozdziały ciężko mi było przemknąć, w dalszej części autorka serwuje nam lekki kryminał, z dobrze przemyślaną zagadką. Spacer na krawędzi to logiczna i nieskomplikowana historia, która z łatwością ciągnie w swoje sidła. To idealna pozycja na spędzenie wieczoru z książką, która z niecierpliwością czeka na odkrycie zagadki.

Język autorki jakim się posługiwała był jak najbardziej zrozumiały i staranny. Podczas lektury miałam wrażenie, że autorka nie opowiada, a pokazuje odtwarzane w historii wydarzenia. Jestem całkowicie usatysfakcjonowana sposobem w jaki Sherri Smith poprowadziła przebieg fabuły, oraz tym jak wykreowała bohaterów.

Uważam, że “Spacer na krawędzi” to dobry i wciągający thriller, który zasługuje na uwagę. Autorka umiejętnie uchwyciła zmętniałą atmosferę miasteczka i stworzyła pełnowartościowych bohaterów. Thrillery czytam sporadycznie, jednak po pozycjach takich jak ta, coraz bardziej przekonuje się do tego gatunku.

W ogólnym zestawieniu książka jest całkiem dobra i przyjemna w odbiorze. Może i nie zrzuci was z fotela, ale z pewnością spędzicie z nią ciekawie czas. Polecam ją osobą, które nie lubią krwawych thrillerów albo dopiero zaczynają z nimi przygodę, warto zacząć od czegoś łagodniejszego i mniej wymagającego.

Książka była świetnym thrillerem psychologicznym, gdzie ogromną rolę odgrywa właśnie psychika głównych i pobocznych bohaterów. Każdy z nich ma inne problemy, które ukazują się w różnych sytuacjach i często mają wpływ na przebieg akcji powieści. "Spacer na krawędzi" zaskakiwał mnie na długie, wspaniałe godziny, w czasie których przenosiłam się do całkiem innego świata, "bawiąc" się przy tym w detektywa i odkrywając kolejne poszlaki do odkrycia prawdy. Thriller to jeden z moich ulubionych gatunków książek i w ostatnim czasie czytam ich sporo, jednak ta pozycja zasługuje na specjalne miejsce na podium, bo zaskakiwała mnie w najmniej oczekiwanych momentach, co wręcz uwielbiam.

Podsumowując "Spacer na krawędzi" jest całkiem dobrą książką dla fanów gatunku i tych, co zaczynają przygodę z thrillerami. Nie jest zbyt krwawo, a intryga nie jest zbyt wymagająca. 
Nie było źle, bo przeczytałam ją w dwa dni i odblokowała mojego "niechcieja" czytelniczego ;) I od sibie po raz kolejny chwalę wydawnictwo, bo dba o oczy czytelników. 

Miło zaskoczyła mnie powieść Sherri Smith, która zaproponowała mi lekki niczym piórko kryminał z dobrze przemyślaną zagadką. "Spacer na krawędzi" to nic innego jak książka będąca propozycją relaksu, odpoczynku po ciężkim dniu przy pewniku, historii która nie zawiedzie, zaangażuje i jednocześnie nie zmęczy. Wydaje się, że to doskonałą propozycja na nadchodzące ciepłe dni wypoczynku, ale tak naprawdę możecie czytać ją o każdej porze roku a zagadka i tajemnica wciąż będzie taka sama: zaskakująca i gotowa do odkrycia. Właśnie takich książek czasami potrzebuję, więc droga Sherri Smith - poproszę o więcej.

Nie jest to krwawy kryminał, ale intryga dobrze jest poprowadzona i do prawie samego końca nie wiemy kto zabił. 

„Spacer na krawędzi” to fenomenalny thriller psychologiczny, debiut na wysokim poziomie. Nie znajdziecie w nim ociekających krwią brutalnych scen, nie zabraknie jednak śledztwa prowadzonego przez zupełnego laika. Książkę polecam zwłaszcza tym czytelnikom, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę z thrillerami. Jestem jednak przekonana, że i miłośnikom gatunku spodoba się powieść Sherri Smith.

Spacer na krawędzi bardzo mi się podobał. Ta książka jest napisana lekkim i prostym językiem. Bardzo szybko mi się ją czytało i powiem szczerze, że coraz bardziej przekonuję się do takiego typu książek. Cała historia była ciekawa i intrygująca i co najważniejsze trzymała mnie w napięciu do samego końca. Na koniec napiszę jeszcze jedno zdanie, że książka jest bardzo ciekawa i warto po nią sięgnąć.

Podsumowując - "Spacer na krawędzi" to powieść może nieszczególnie wybitna, ale zdecydowanie dobra i warta uwagi czytelników. Losy Mii dostarczyły mi wielu przyjemnych chwil podczas których mogłam się zrelaksować i zapomnieć o czekających na mnie obowiązkach. Jeśli kiedyś będę miała okazję, aby przeczytać kolejną książkę spod pióra Sherri Smith - z pewnością to zrobię. Mam nadzieję, że moja recenzja zachęciła was do lektury tej pozycji, i że wkrótce sami poznacie twórczość tej autorki.

W moim życiu ostatnio dużo się dzieje, dlatego też cieszę się, że miałam okazję na chwilę oderwać się od świata rzeczywistego i powędrować do świata Mii, by wraz z nią próbować ustalić prawdę oraz odkryć tajemnice zniknięcia jej brata. Wieczorową porą, z lampką wina u boku, „Spacer na krawędzi” jest idealnym towarzyszem. Podsumowując, powieść ma ciekawą fabułę, dobrze wykreowanych bohaterów, jej styl jest lekki, a akcja nabiera z czasem tempa, dając czytelnikowi czas do namysłu. 

Podsumowując, „Spacer krawędzi” to bardzo dobry thriller psychologiczny, który wciągnął mnie bez reszty. Przyspieszająca akcja, dobry pomysł na fabułę oraz wątki psychologiczne to zdecydowanie atuty tej książki. Polecam. 

Powieść czyta się łatwo i szybko pomimo rozmiarów (ponad 400 stron), historia wciąga. Bardzo chciałam się dowiedzieć, co stało się Lukasem. Rozwiązanie trochę mnie rozczarowało. To już kolejna książka, w której autor w zbrodnie wciągnął nastolatków... Jednak nie żałuję czasu spędzonego nad "Spacerem na krawędzi". Mogę polecić osobom lubiącym ten gatunek książek.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ