Thriller / Sensacja / Kryminał
Detektyw Arrowood
24,99 zł
37,99
KUP TERAZ

Detektyw Arrowood

Mick Finlay
brak opinii
Liczba stron: 336
ISBN: 9788327635075
Premiera: 2018-03-02

Londyn w 1895 roku to miłe miejsce dla bogatych i przedsionek piekła dla biedaków. W brudnych zaułkach kwitnie handel narkotykami i prostytucja. Policja ma pełne ręce roboty, ale z braku środków większość spraw odkłada na półkę. Bogaci w razie potrzeby wynajmują Sherlocka Holmesa, biedni stukają do drzwi Arrowooda. Arrowood czasami za dużo pije i za często zażywa laudanum, ale zna się na ludziach i na kilometr wyczuwa kłamstwo. Holmes to według niego bogaty pozer, bezradny, gdy w sprawie brakuje wyraźnych tropów.

Gdy Arrowood przyjmuje zlecenie od panny Cousture, spodziewa się banalnego śledztwa. Znajdzie jej zaginionego brata, zainkasuje honorarium i zapomni o sprawie. Dzieje się inaczej, ta historia ma drugie, a może nawet trzecie dno, a Arrowood nadepnie na odcisk bardzo niebezpiecznym ludziom.

W pokoju szefa zaszła zmiana. Podłogę zamieciono i umyto do czysta, zniknęły butelki i naczynia, wytrzepano i starannie ułożono narzuty i poduszki. Pozostały tylko sterty gazet pod ścianami. A sam szef siedział w fotelu gładko uczesany i w świeżej koszuli, i czytał książkę, która zajmowała go już od paru miesięcy. Było to dzieło osławionego pana Darwina „O wyrazie uczuć u człowieka i zwierząt”.

Przed paroma laty pani Barnett wyraziła oburzenie poglądami tego jegomościa, ponieważ, jak twierdziła, sugerował on, jakoby ona i jej siostry były córkami wielkiej małpy a nie dziełem Stwórcy w Niebiosach. Oczywiście nigdy nie czytała książek pana Darwina, ale niektórzy członkowie jej kongregacji byli zagorzałymi przeciwnikami idei, że Pan Bóg nie stworzył kobiety z żebra mężczyzny, a mężczyzny nie ulepił z gliny. Szef, który w tej kwestii, o ile mi wiadomo, nie doszedł jeszcze do ostatecznych wniosków, czytał bardzo długo i powoli, dając wszystkim do zrozumienia, że czyta ją mimochodem. Sądził, że zawarte są tam jakieś sekrety, które pozwolą mu zgłębić oszustwa i działania podstępne, stanowiące codzienną treść naszej pracy. Trudno mi było jednak przeoczyć kolejną opowieść doktora Watsona, bo leżała otwarta na stoliku podręcznym.

– Od rana czekam na jakieś wieści od ciebie, Barnett – oświadczył szef z pretensją w głosie. – Jestem już dawno po śniadaniu.

– Wróciłem do domu po drugiej w nocy.

– A ona zbudziła mnie bladym świtem, żeby, jak mówiła, porządnie pościelić łóżko – ciągnął dalej z rezygnacją. – Skoro świt! Czego więc się dowiedziałeś?

Zdałem relację ze spotkania, a on kazał mi natychmiast posłać po Neddy’ego. Neddy miał dziesięć albo jedenaście lat. Szef nabrał do niego sympatii, odkąd kilka lat temu rodzina chłopca wprowadziła się do pokoju na rogu ulicy. Ojciec Neddy’ego umarł dawno temu, a matka była biedną praczką. Zarabiała za mało, żeby utrzymać siebie i trójkę dzieci, ledwie starczało jej na czynsz, więc Neddy sprzedawał na ulicy muffinki, żeby wesprzeć matkę i młodsze rodzeństwo. Wkrótce przybiegł. Był zarośnięty i w poszarpanej białej kamizelce, niósł koszyk z towarem na sprzedaż.

– Masz jeszcze jakieś muffinki, synku? – zapytał go szef od progu.

– Tylko dwie, sir – odparł Neddy, odsłaniając serwetkę. – Dwie ostatnie.

Nie mogłem się nadziwić grubej warstwie czarnego brudu za paznokciami Neddy’ego. Pod brązową, o kilka numerów za dużą czapką, kłębił się wyraźnie widoczny żywy inwentarz. No cóż, taki już los zaniedbanych dzieci! Szef chrząknął i sięgnął po muffinki.

– A ty już jadłeś, Barnett? – raczej stwierdził, niż zapytał, wgryzając się w pierwszego muffinka, po czym z pełnymi ustami instruował Neddy’ego, że ma iść wieczorem pod drzwi gospody Barrel of Beef i zaczekać, aż wyjdzie stamtąd kelnerka Martha, iść za nią do jej domu, a potem zapamiętać i przynieść nam jej adres. Kazał chłopcu obiecać, że będzie bardzo ostrożny i z nikim nie wda się w rozmowy.

– Przyniosę, sir – obiecał Neddy z zapałem.

Szef włożył do ust ostatni kawałek muffinki i uśmiechnął się.

– Jasne, że przyniesiesz, synku. Ale zobacz, jaki jesteś usmolony na twarzy. – Krzywiąc twarz, zwrócił się do mnie: – Czy lubisz dzieci z usmoloną twarzą, Barnett?

– Nie jestem usmolony – zaprotestował Neddy.

– Synu, gęba lepi ci się od brudu. Sam zobacz, spójrz w lustro.

Neddy stanął przed lustrem z ponurą miną.

– Wcale nie jestem.

Roześmialiśmy się. Szef przygarnął chłopca do siebie i poklepał po plecach.

– No to uciekaj – powiedział.

– Zapłaci mu pan za te muffinki? – zapytałem.

– Jasne, że zapłacę. – Szef oburzył się tak bardzo, że aż poczerwieniał. Wyciągnął monetę z kieszeni kamizelki i wrzucił chłopcu do koszyka. – Przecież zawsze mu płacę.

Spojrzeliśmy po sobie z Neddym i uśmiechnęliśmy się porozumiewawczo.

Neddy poszedł, szef otrzepał kamizelkę z okruchów muffinki.

– Całkiem nieźle wygląda teraz ten pokój, sir – zauważyłem.

– Tak – mruknął niechętnie, rozglądają się wokół z kwaśną miną. – Powiem szczerze, nie spodziewam się dobrego zakończenia tej sprawy. Z obawą myślę o tym, co mogło spotkać Francuza, jeśli wszedł w drogę Creamowi.

– A ja niepokoję się o to, co nam może grozić, jeśli zorientują się, że znowu o nich wypytujemy.

– Dlatego trzeba działać bardzo ostrożnie, Barnett. Żeby się nie zorientowali.

– Czy możemy zwrócić pieniądze pannie Cousture? – zapytałem.

– Przecież dałem jej słowo. No, a teraz muszę się zdrzemnąć. Bądź tu jutro z samego rana. Mamy dużo roboty.

 

Następnego ranka, zanim pojawiłem się w biurze, Neddy przyniósł adres Marthy. Mieszkała w pensjonacie nieopodal Bermondsey Street. Dotarliśmy tam w ciągu dwudziestu minut. Budynek był zaniedbany. Z drzwi frontowych obłaziła farba, okna dawno niemyte, a z komina walił gęsty czarny dym. Na odgłos dochodzących ze środka krzyków szef skrzywił się z niesmakiem. Należał do mężczyzn, którzy brzydzili się wszelką agresją. Kobieta, która nam otworzyła, bynajmniej nie ucieszyła się na nasz widok.

– Drugie piętro – warknęła, odwróciła się i poszła do kuchni. – Na końcu korytarza.

Martha była rzeczywiście tak śliczna, jak opisał ją stary Ernest. Gdy nam otworzyła, była zaspana i owinięta w dwa stare płaszcze.

– Czy my się znamy? – zapytała.

Szefowi zaparło dech. Martha była bardzo podobna do Isabel, jego żony, tyle, że wyższa i młodsza. Miała tak samo długie, brązowe i kręcone włosy oraz zadarty nosek. Jednak jej irlandzki akcent w niczym swą melodią nie przypominał języka z nizin środkowej Anglii, którym posługiwała się Isabel.

– Proszę nam wybaczyć to najście, madame – odpowiedział szef nieco drżącym głosem. – Chcielibyśmy zamienić z panią kilka słów.

Spojrzałem nad jej głową w głąb pokoju. W rogu stało łóżko i stolik z lustrem, na wieszaku wisiały dwie sukienki, a na komodzie równo ułożona sterta gazet.

– Słucham, czego panowie sobie życzą?

– Szukamy Thierry’ego, madame – odparł szef.

– Kogo?

– Pani przyjaciela z Barrel of Beef.

– Nie znam żadnego Thierry’ego.

– Ależ zna pani – powiedział szef najbardziej serdecznie, jak umiał. – Wiem, że to jest pani przyjaciel.

Skrzyżowała ręce na piersiach i po chwili namysłu spytała:

– A do czego on jest wam potrzebny?

– Dostaliśmy od jego siostry zlecenie, żeby go odnaleźć – wyjaśnił szef. – Siostra uważa, że Thierry może mieć jakieś kłopoty.

– Nie wydaje mi się, sir.

Chciała zamknąć drzwi, ale zdążyłem zablokować je nogą. Spojrzała na mój but i widząc, że nie damy się odprawić, westchnęła.

– Chcemy tylko dowiedzieć się, gdzie on jest – zapewniłem. – Chcemy mu pomóc, to wszystko.

– Nie wiem, gdzie on jest, sir. Już nie pracuje w Barrel of Beef.

– Kiedy widziała go pani po raz ostatni?

Piętro wyżej trzasnęły drzwi i rozległ się odgłos ciężkich kroków. Ktoś schodził po schodach. Martha szybko schowała głowę do pokoju i zamknęła drzwi. Na schodach pojawił się wysoki mężczyzna z wystającą szczęką. Zanim go rozpoznałem, było już za późno, żeby się odwrócić. Widywałem go pod Barrel of Beef cztery lata temu, kiedy pracowaliśmy nad sprawą Betsy. Nie wiem, czym się zajmował, po prostu cały czas tam się kręcił. Przechodząc obok, spojrzał na nas, ale nie zatrzymał się, tylko zszedł po schodach. Kiedy usłyszeliśmy, że drzwi frontowe zamknęły się za nim, Martha wychyliła się ze swojego pokoju.

– Nie mogę tutaj rozmawiać – wyszeptała. – Tu wszyscy pracują w Barrel of Beef. Spotkajmy się później, kiedy będę wychodzić do pracy. – Przerwała i nasłuchując, spojrzała zielonymi oczami w kierunku schodów. W jednym z sąsiednich pokojów jakiś mężczyzna zaczął sobie podśpiewywać. – Spotkajmy się przed kościołem Świętego Jerzego Męczennika o szóstej – zaproponowała.

Raz jeszcze rzuciła zaniepokojone spojrzenie w górę schodów i zamknęła drzwi. Byłem już na półpiętrze, kiedy zorientowałem się, że szef nie idzie za mną. Wciąż stał przed zamkniętymi drzwiami, wpatrując się w nie w głębokim zamyśleniu, jednak gdy go zawołałem, drgnął i ruszył za mną.

Na ulicy przerwałem milczenie.

– Szefie, czy panna Martha nie przypomina panu…

– Tak, Barnett – przerwał mi. – Przypomina.

Nie odzywał się przez całą drogę powrotną.

 

Poznałem panią Arrowood niedługo po tym, jak się pobrali. Pani Barnett zawsze zachodziła w głowę, dlaczego tak piękna kobieta wyszła za takiego beznadziejnego kartofla. Chociaż z tego, co widziałem, było im razem dobrze. On jako dziennikarz nieźle zarabiał, pracując w tygodniku Lloyd’s Weekly. Prowadzili całkiem szczęśliwy dom. Isabel była miła i troskliwa, często odwiedzali ich ciekawi ludzie. Spotkałem go w sądzie, gdzie zostałem zatrudniony jako młodszy urzędnik. Czasem pomagałem mu zdobywać informacje do artykułów, które pisał, za co on zapraszał mnie do siebie na zupę i kotlet barani. Potem jednak gazeta została sprzedana, a nowy właściciel zatrudnił na miejsce szefa swojego kuzyna, którego szybko powołał do kierowniczego grona.

Pan Arrowood cieszył się już wtedy uznaniem, jako dziennikarz był ceniony za to, że potrafił dogrzebywać się tajemnic i sekretów, których inni woleli nie dotykać. Nie trzeba było długo czekać, żeby pewien znajomy zwrócił się do niego z prośbą o rozwiązanie, za opłatą rzecz jasna, pewnego osobistego problemu związanego z jego żoną i innym mężczyzną.

Tak zaczęła się jego praca detektywistyczna. Jakiś rok później ja także straciłem pracę, ponieważ straciłem cierpliwość do jednego z sędziów pokoju, który miał zwyczaj wsadzać do więzienia niedorostków moim zdaniem bardziej potrzebujących pomocnej dłoni, niż pobytu w więzieniu razem z dorosłymi przestępcami.

Wywalili mnie na bruk bez pożegnania i bez podziękowania. Kiedy szef dowiedział się o tym, odszukał mnie i po rozmowie z panią Barnett zaproponował pracę w charakterze asystenta przy sprawie, nad którą właśnie pracował. Była to sprawa Betsy, sprawa bigamii, mój chrzest ogniowy. W wyniku tej niefortunnej sprawy dziecko straciło nogę, a niewinny mężczyzna życie. Szef obwiniał siebie za oba te wypadki, zresztą słusznie. Zamknął się w swoim pokoju i nie opuszczał go prawie przez dwa miesiące. Wyszedł dopiero wtedy, gdy skończyły mu się pieniądze. Wzięliśmy znowu jakaś sprawę, ale było oczywiste, że szef pije. Od tego czasu zlecenia pojawiały się nieregularnie i wciąż brakowało pieniędzy. Sprawa Betsy wisiała nad nami jak klątwa, zarazem jednak związała mnie z nim jak z bratem.

Isabel godziła się z nałogiem szefa i jego nieregularną pracą przez trzy lata, aż pewnego dnia po powrocie do domu nie zastał jej ubrań w szafie, a na stole leżał list. Od tego czasu nie miał od niej żadnych wiadomości.

Pisał do jej braci, kuzynów, ciotek, ale nikt nie chciał mu powiedzieć, co się z nią dzieje i gdzie się podziała. Kiedyś zaproponowałem mu, żeby ją odszukał, wykorzystując swoje umiejętności śledcze, ale on tylko pokręcił głową.

Wtedy mi wyznał, zamykając oczy, żeby nie widzieć, jak na niego patrzę, że utrata Isabel jest karą za to, że pozwolił umrzeć temu młodemu mężczyźnie w sprawie Betsy, i że musi wytrwać tak długo, jak zechce Pan Bóg czy Pan Diabeł. Szef nie był zbyt religijny, więc zaskoczyło mnie to, co powiedział. W każdym razie bardzo cierpiał z powodu odejścia żony. Zresztą trudno powiedzieć, co dzieje się w głowie porzuconego mężczyzny, który noc w noc przemyśliwuje swoją porażkę. Był jak pocisk w locie. Pocisk z opóźnionym zapłonem.

– Ta kobieta kłamie – stwierdził w końcu.

 

***

 

Spóźniliśmy się. Popołudnie było szare, padał deszcz i wiał wiatr, na ulicach było pełno błota. O tej porze na St George’s Circus panował tłok. Szef, który miał za ciasne buty, podskakiwał między kałużami, pochrząkując i wzdychając. Buty były używane, kupił je tanio od pewnej praczki i już następnego dnia narzekał, że są za małe na jego opuchnięte stopy. Praczka nie chciała przyjąć zwrotu, więc z oszczędności postanowił je nosić, dopóki się nie rozpadną albo stracą podeszwę. Trwało to dłużej, niż myślał. Kiedy w końcu dotarliśmy do kościoła, Martha już na nas czekała owinięta w czarną pelerynę z kapturem. Opierała się o kościelne ogrodzenie parkanu tuż za bramą i patrzyła w głąb ulicy. Widać po niej było, że się niecierpliwi, więc szef ścisnął mnie za ramię i przyśpieszył kroku. Przed jedną z pobliskich garkuchni zebrał się tłum klientów. Kiedy przeciskaliśmy się między nimi, wyprzedził nas jakiś niewysoki jegomość, który pędził przed siebie w kapeluszu zsuniętym na tył głowy, łopocząc na wietrze połami starego zimowego płaszcza.

Szef zaklął z gniewem, kiedy węglarz zrzucił z wozu na chodnik tuż przed nami worek z węglem. Nagle, gdzieś na przedzie, usłyszeliśmy dziwny pisk. Kobieta z dzieckiem na ręku, która stała przy wejściu do kościoła, rozglądała się gorączkowo wokół, a niski mężczyzna, który nas wcześniej minął, biegł szybko w kierunku rzeki.

– To Rozpruwacz! – wrzasnęła kobieta.

– Wezwać lekarza! – krzyknął ktoś z tłumu.

Rzuciliśmy się przed siebie, a wiele osób wraz z nami biegło w kierunku kościoła, żeby zobaczyć, co się stało. Gdy przedarliśmy się przez tłum, zobaczyliśmy Marthę. Leżała na mokrej ziemi zwinięta wpół, z włosami rozrzuconymi na trotuarze jak plama roztopionego brązu.

Szef jęknął głośno i opadł na kolana tuż obok niej.

– Łap go, Barnett! – krzyknął do mnie, wkładając rękę pod głowę Marthy.

Rzuciłem się za złoczyńcą, wymijając zakosami przechodniów. Mężczyzna w za dużym płaszczu przebiegł przez ulicę, pędził ile sił na cienkich, krzywych nogach. Dopadł do następnego skrzyżowania, skręcił w Union Street, a ja przez moment widziałem jego profil, tłuste siwe włosy przyklejone do czoła i wydatny, zakrzywiony nos. Chwilę później wpadłem na to samo skrzyżowanie, ale zostałem odepchnięty przez mokrą, gęstą, falującą ciżbę ludzi i koni, a jego nigdzie już nie mogłem dostrzec. Biegłem dalej, szukając wzrokiem ciemnego płaszcza, ale w drogę wchodziły mi wozy, omnibusy, uliczni sprzedawcy. Gnałem na oślep, kierując się instynktem, aż w końcu czarny płaszcz mignął przede mną w oddali, zanim skręcił w boczną uliczkę. Przecisnąłem się między wozami do skrzyżowania, ale w wąskiej uliczce nie było nikogo oprócz stróża, który pukał do jakichś drzwi. Dysząc ciężko, zawróciłem na zatłoczoną Union Street. Nie miałem pojęcia, gdzie biec. Zgubiłem go.

Kiedy wróciłem pod kościół, tłum nadal tam się gromadził. Jakiś dżentelmen chodził po chodniku w tę i z powrotem, kręcąc głową z niedowierzaniem. Szef klęczał na ziemi, trzymając głowę Marthy na kolanach. Jej twarz była szara jak popiół, koniuszek języka wystawał w rogu ust, a biała bluzka kelnerska pod czarną peleryną poplamiona była lśniącą krwią. Ukląkłem przy niej i próbowałem wyczuć puls, ale po sposobie, w jaki szef pokręcił głową, i po jego pustym spojrzeniu wiedziałem już, że Martha nie żyje.

Pojawił się konstabl.

– Co tutaj zaszło? – zapytał dudniącym głosem, który dominował nad gwarem zbiegowiska.

– Ta młoda kobieta została zabita – powiedział elegancki dżentelmen – dosłownie przed chwilą. A ten pan próbował dopaść sprawcę.

– Uciekł gdzieś przy Union Street – powiedziałem, podnosząc się z kolan. – Zgubiłem go w tłumie.

– Czy to jest prostytutka? – zapytał policjant.

– A co to ma do rzeczy? – zapytał dżentelmen. – Nie żyje, na miłość boską! Została zamordowana.

– Pytam ze względu na Rozpruwacza, sir – wyjaśnił policjant. – Bo on zabija tylko prostytutki.

– Nie była prostytutką – warknął szef, a jego twarz pulsowała wściekłością. – Była kelnerką.

– Czy ktoś widział, jak to się stało? – zapytał konstabl.

– Ja widziałam, wszystko widziałam – wyrwała się kobieta z dzieckiem na ręku. Tak bardzo była przejęta, że aż brakło jej tchu. – Stałam tutaj, przy samej bramie, jak podszedł i dźgnął tą panienkę przez płaszcz, o, tak! Raz, dwa i trzy. Właśnie tak. Biedne dziecko! I uciekł. Z wyglądu to powiedziałabym, że raczej nietutejszy. Jakiś Żyd. Myślałam, że zostawił mnie na później, ale uciekł.

Policjant pokiwał głową i klęknął wreszcie, żeby zbadać puls Marthy.

– Oczy miał nieludzkie – ciągnęła dalej. – Błyszczały jak u wilka. Jakby mnie też chciał rozpruć. Jedyne, co go powstrzymało, to ci ludzie, którzy tu przybiegli, po tym, jak ona krzyknęła. Wystraszył się ich. Za późno dla niej, biedaczki.

Konstabl podniósł się znowu.

– Czy ktoś jeszcze widział to wydarzenie?

– Odwróciłem się, kiedy usłyszałem krzyk tej dziewczyny – powiedział elegancki mężczyzna. – Widziałem tylko, jak uciekał. Wyglądał mi na Irlandczyka, ale nie jestem pewien.

Policjant spojrzał na szefa.

– Czy pan był z nią, sir?

– On przyszedł potem – powiedziała kobieta.

– Widziałem ją w Barrel of Beef – powiedział szef bezbarwnym tonem. – Ale jej nie znam.

Policjant zanotował rysopis podany przez kobietę i eleganckiego dżentelmena, którzy zgodzili się, że był to cudzoziemiec, chociaż trudno powiedzieć, Żyd czy Irlandczyk. Następnie wziął rysopis ode mnie, posłał na posterunek po medyka i kazał nam się rozejść.

– Co teraz? – spytałem szefa w drodze powrotnej.

Ignorując moje pytanie, wykrzyknął:

– Niech piekło pochłonie Creama! Zabija, kogo chce.

– Przecież nie wiemy, czy miał z tym coś wspólnego.

Wyrżnął laską w krawężnik, na jego twarzy malowało się cierpienie.

– Doprowadziliśmy do śmierci tej dziewczyny. Widział nas u niej ten kundel z Barrel of Beef. Równie dobrze mogliśmy ją sami zabić.

– Przecież nie wiedzieliśmy, że oni wszyscy pracują w Barrel of Beef.

– Do licha, Barnett! Znowu wdepnęliśmy w przeklęty biznes Creama.

– Może powinniśmy zostawić tę sprawę policji?

– Ten idiota Petleigh nigdy nie wykryje sprawcy.

Spojrzał za siebie w kierunku kościoła. Kiedy minęliśmy skrzyżowanie i skręciliśmy za róg kamienicy, wyciągnął z kieszeni małą zmiętą chusteczkę.

– Zaciskała to w ręce – powiedział. – Jestem pewien, że chciała nam to pokazać.

Odwinął chustkę. Leżał na niej mosiężny pocisk karabinowy.

 

***

 

Na Great Dover Street byliśmy późnym wieczorem. We wszystkich witrynach sklepów – z kapeluszami, ubraniami i butami – paliły się już światła. Pachniało palona kawą, bo na drugim końcu ulicy stanął właściciel ulicznej maszyny do mielenia kawy. Było tam tylko jedno studio fotograficzne, które nazywało się Fontaine. Za kontuarem stał długowłosy mężczyzna w zielonej aksamitnej marynarce i montował ramę do fotografii. W ręce trzymał mały młotek, a w ustach gwoździe.

– Kłaniam się panom – przywitał nas z nieszczerym uśmiechem. – Czym mogę panom służyć? Czy chcieliby panowie zamówić portret?

– Szukamy panny Cousture – odparł szef, przyglądając się fotografiom wiszącym na ścianach. – Czy ją zastaliśmy?

– Jest zajęta – odparł, niedbale odgarniając opadające na kołnierz włosy. – Jestem właścicielem zakładu. Nazywam się Fontaine. Czy chcą panowie zamówić portret?

– Czy to pan robił te zdjęcia? – zapytał szef, wskazując na wiszące na ścianach fotografie. – Są naprawdę świetne.

– Tak, to wszystko moje działo. Mógłbym panom zrobić piękny portret, jeśli wolno mi tak powiedzieć. Na przykład pan ma wspaniały profil.

– Naprawdę? – ucieszył się szef, wypinając pierś. Przygładził włosy i dodał: – Od dawna myślałem o tym, żeby zrobić sobie portretowe zdjęcie. Sądzę, że mojej siostrze bardzo spodobałby się mój portret nad kominkiem.

Spojrzałem na niego, z trudem powstrzymując śmiech na myśl o takim niezwykłym prezencie.

– Możemy się od razu umówić, sir. Powiedzmy na poniedziałek rano. Może być o jedenastej?

Spojrzałem na niego i nie mogłem powstrzymać śmiechu na myśl o takim prezencie.

– Tak... To znaczy... Proszę poczekać. Chociaż właściwie… Może lepiej zaczekam, aż odbiorę nowy garnitur. A teraz czy możemy porozmawiać z panną Cousture? W sprawie prywatnej.

Gdy fotograf przyglądał nam się badawczo, trochę niecierpliwie zapewniłem:

– To jest bardzo ważna sprawa, panie Fontaine. Czy ona tutaj jest?

Odgarnął czarna grzywę i z teatralnym westchnieniem zniknął za zasłoną na tyłach sklepu. Chwilę potem z zaplecza wyszła panna Cousture.

– Dobry wieczór, panie Arrowood – powiedziała cicho. Miała wysoko upięte włosy i ubrana była w czarną spódnicę z wysoką talią i białą bluzkę z podwiniętymi rękawami. – Panie Barnett. – Skinęła mi głową.

Pan Fontaine stał z tyłu z założonymi rękami.

Natomiast panna Cousture zerknęła z ukosa w kierunku stojącego za nią pracodawcy, jakby chciała nam dać znak, że mamy nic nie mówić. Zapadła cisza. Jej blade policzki zaróżowiły się. Patrzyła w dół na swoje buty.

– Czy pozwoli pan, że porozmawiamy z panią na osobności? – zapytał w końcu szef.

Podszedłem do niego, żeby wyprostować mu krawat, bo jak tu szliśmy, wiatr zarzucił go na ramię.

– To moje studio – powiedział Fontaine. Pociągnął nosem, a potem potarł go dłonią. – Nad drzwiami wisi szyld z moim nazwiskiem, a nie z nazwiskiem tej pani. Jeśli macie panowie coś do powiedzenia, to proszę mówić.

– W takim razie czy zechce pani wyjść na zewnątrz, madame?

– Och, putain, Eric! – zaklęła, zwracając się do chlebodawcy. – To przecież zajmie tylko chwilę!

Wulgarne przekleństwo w ustach pięknej kobiety zamroziło atmosferę. Fontaine szarpnął głową i zniknął na zapleczu. Słychać było jego gniewne kroki na schodach. Szef przysunął sobie krzesło, usiadł i z grymasem cierpienia masował obolałe w za ciasnych butach stopy. Przez chwilę milczał. W końcu przemówił:

– Musimy zadać pani kilka pytań.

– Oczywiście, proszę bardzo. Chociaż już wszystko wam powiedziałam, wszystko, co wiem.

– Musimy się dowiedzieć, jakiego rodzaju kłopoty miał pani brat – powiedział z bolesnym uśmiechem. – Ważne jest wszystko, co mówił, nawet najdrobniejsza rzecz. Proszę o całkowitą szczerość.

– Ma się rozumieć.

– Czy znała pani jego przyjaciółkę Marthę? – Gdy zaprzeczyła ruchem głowy, dodał: – Jego dziewczynę. Nie wiedziała pani o niej?

– Nigdy o niej nie słyszałam.

– Bo widzi pani, panno Cousture, właśnie dziś Martha została zamordowana.

Obserwowaliśmy, jak wyraz zaskoczenia na jej twarzy ustępował miejsca smutkowi. Chwyciła brzeg kontuaru i osunęła się na krzesło.

– Mój Boże… – wyszeptała.

– Byliśmy z nią umówieni na spotkanie, ale morderca był szybszy – wyjaśnił szef, a ona w milczeniu pokiwała głową. – Dowiedzieliśmy się także, że tuż przed zniknięciem Thierry’ego coś się wydarzyło w Barrel od Beef. Wiemy tylko tyle, że mógł być w to zamieszany jakiś Amerykanin. Czy Thierry coś o tym wspominał?

– Amerykanin? – powtórzyła zawiedzionym tonem. – Nie, nic takiego nie mówił. A jak się nazywał?

– Tego też nie wiem. Powiedziano nam, że w dniu, w którym pani brat zniknął w Barrel of Beef, wybuchła sprzeczka z udziałem tego Amerykanina. Nawet nie wiemy, czy Thierry był w to zamieszany. Proszę sobie jeszcze przypomnieć. Czy coś się wydarzyło, zanim zniknął? Czy zachowywał się inaczej?

– Tylko tyle, że przyszedł i prosił mnie o pieniądze. Kiedy widziałam go po raz ostatni, był naprawdę przerażony. – Zamilkła, patrząc to na mnie, to na szefa. – Czy myśli pan, że on nie żyje? Czy to ma pan na myśli, mówiąc „kłopoty”?

Szef chwycił ją za rękę i przytrzymał.

– Za wcześnie na taki wniosek, panno Cousture.

Chciała jeszcze coś powiedzieć, kiedy Fontaine odsunął zasłonę. Tym razem nie zamierzał ustąpić.

 

Wyszliśmy ze studia w stronę Waterloo. Wiatr ustał i zapadła mgła.

– Posłuchaj, Barnett – odezwał się szef po chwili, – Czy zauważyłeś coś dziwnego w tej sytuacji, w której przed chwilą uczestniczyliśmy?

Zastanawiałem się, próbując domyślić się, o co mu chodzi.

– Nie zauważyłem niczego niezwykłego – przyznałem w końcu.

– W takim razie powiedz mi, czy gdyby pani Barnett zniknęła, nie zabierając ze sobą ubrań ani dokumentów, a ty wynająłbyś detektywa, i gdyby dwa dni później ten detektyw przyszedł do ciebie... Pamiętaj, że szalejesz z niepokoju...

– Tak, szefie.

– To o co byś się zapytał w pierwszej kolejności?

– O to, czy ją pan odnalazł, szefie.

– No właśnie, Barnett – przyznał, marszcząc czoło. – No właśnie.

Miło spędziłam czas z książką, szybko odnalazłam się w zaproponowanej konwencji, polubiłam postaci, oraz spokojny, choć pełen incydentów bieg zdarzeń, dlatego z zainteresowaniem wyczekiwać będę kolejnego tomu serii. 

"Detektyw Arrowood" Micka Finley’a to całkiem dobry kryminał historyczny, przy którym można się świetnie bawić. Zagadka przyciąga uwagę, choć nie należy do tych, w których zgadujemy, kto zabił i dlaczego. Odbiór przedstawionego świata jest całkiem niezły, choć trudno naprawdę poczuć klimat wiktoriańskiego Londynu. Nie przeszkadza to jednak w najmniejszym stopniu w czerpaniu przyjemności z lektury.

Detektyw Arrowood to przyjemna lektura, w sam raz na długą podróż pociągiem czy deszczowy wieczór, która wywoła śmiech. Przeniesie Was do wiktoriańskiego Londynu, i chociaż nie odczujecie zbyt mocno tej atmosfery, będziecie mieli możliwość rozwikłania ciekawej zagadki kryminalnej, a także przyjrzenia się bliżej temu, jak funkcjonuje ludzka psychika. 

,,Detektyw Arrowood" to pierwsza część z serii o londyńskim detektywie dla biednych. Czyta się bardzo szybko, bo akcja jest wartka i więcej jest w książce dialogów niż opisów. Bohaterowie są sympatyczni i zabawni, więc jeśli macie ochotę na taki lekki retro kryminał, to można po tę powieść śmiało sięgnąć.

Podsumowując, "Detektyw Arrowood" zaskakuje genialnie wykreowanymi postaciami oraz nieustannie zwodzącą czytelnika fabułą, jednak zabrakło jej odrobiny klimatu. Myślę jednak, że fanom XIX-wiecznych historii kryminalnych pozycja ta jak najbardziej przypadnie do gustu. 

Detektyw Arrowood to ciekawa i przyjemna w odbiorze powieść detektywistyczna. Choć akcja rozwija się dość powoli i może nie ma zbyt wielu zaskakujących zwrotów, to lekturę powieści Mick Finlay, zaliczam do dość udanych. Zaciekawiła mnie fabułą, rozbawili bohaterowie i pomimo to, że przez większość czasu była dość przewidywalna, to czasami również zadziwiała. Polecam.

Czy polecam? Ależ oczywiście! Pomimo że nie jest to Sherlock Holmes, to William Arrowood równie dobrze sprawdza się w roli detektywa. Posiada swoje nietuzinkowe metody i często działa na granicy prawa. Wszystko jednak dla dobra swoich klientów. I oczywiście wiktoriańska Anglia – pisarz bardzo postarał się zachować klimat i naprawdę czuć go podczas czytania. Jestem pod wrażeniem tej książki i już nie mogę się doczekać kolejnej części. Bo oczywiście finał nie odpowiedział na wszystkie pytania! Tak nie wolno robić czytelnikom, panie Finlay.

 Lubicie Sherlocka Holmesa?
W takim razie książka ze zdjęcia powinna być akurat dla Was

Książka mnie odprężała i dawała mnóstwo radochy. Nie dość, że jest napisana bardzo dobrze, to jeszcze autor wymyślił zgrabną historię! Czytuję kryminały, ale ten jest inny. Z pewnością jest to kwestia dobrze wykreowanego XIX-wiecznego Londynu, ale też i bohaterów, których nie da się darzyć negatywnymi emocjami. Nie posiadają oni cech, które podnoszą ciśnienie, a ich osobowości są intrygujące. Dopiero po przeczytaniu całości zdałam sobie sprawę, że nikt nie działał mi na nerwy – to prawdziwa rzadkość.

Detektyw Arrowood” to pierwszy tom cyklu „Arrowood Mystery”. I żeby się nie rozpisywać, napiszę krótko i na temat… jeśli tylko pojawi się druga część, na pewno po nią sięgnę!

Muszę przyznać, że naprawdę ciekawie czytało mi się o bohaterach, którzy w żaden sposób nie byli idealni. Czasem nawet wprawiali mnie w zgorszenie zabarwione rozbawienie. Każda z postaci była tak niesamowicie prawdziwa i miała swoją własną historię. Zbudowana przez autora fabuła pozwoliła na wprowadzenie wątków poszczególnych postaci, a nawet na ich połączenie delikatnie sugerujące o rodzącym się uczuciu, czy wspólnej przeszłości. Nikt w tej książce nie pojawia się niespodziewanie i każdy odgrywa jakąś ważną rolę. To sprawia, że powieść czyta się nie tylko dla rozwiązania zagadki, ale również z uwagą śledzimy losy bohaterów.

Mimo że cała intryga rozwija się powoli, a autor serwuje poszczególne elementy układanki z niejakim ociąganiem, to jednak koniec jest naprawdę zaskakujący. Powieść mimo wolno biegnącej akcji czyta się niezwykle dobrze i szybko. Jest płynna, a opisy są ciekawe i niezwykle obrazowe. Mimo że Sherlock nie pojawia się w powieści, to jednak często jest o nim mowa, a nawet o niektórych jego sprawach. Całe połączenie stanowi doskonałą lekturę.

Mam nadzieję, że to nie ostatnie spotkanie z detektywem.

Powieść "Detektyw Arrowood" to zgrabnie poprowadzona historia kryminalna, którą czyta się z przyjemnością za sprawą ciekawej intrygi oraz elementów czarnego humoru, który towarzyszy opisom zbrodni i nieokrzesanym bohaterom.
Mick Finlay zdecydował się zmierzyć z mitem słynnego londyńskiego detektywa, przeciwstawiając mu śledczego dla ubogich. Jeśli chcecie przekonać się, jak mu to się udało, sięgnijcie po jego kryminał retro. Nie wiem, czy autor planuje dalszy ciąg przygód swoich bohaterów, ale zakończenie powieści może wskazywać na taką ewentualność. Być może przeczytamy jeszcze o kolejnych poczynaniach detektywistycznej pary: Arrowooda i Barnetta.
Książka doskonale opisuje mroczny klimat biednych dzielnic Londynu. Nieco brutalne metody działania zarówno prywatnych detektywów jak i państwowych organów ścigania, głód, bród i wykorzystywanie nieletnich, to tylko niektóre aspekty świata w jakim rozgrywa się powieść.
 
Mimo wszystko książka napisana jest w całkiem optymistycznym nastroju. Autor nie rozdrabnia się nad problemami społecznymi. Wiernie przedstawia otoczenie w jakim poruszają się bohaterowie, ale skupia się na samej zagadce, w ciekawy sposób kierując akcją. Metody dedukcji Arrowooda są godne podziwu, a jego czytanie z ludzkich zachowań robi wrażenie.
 
Podsumowując lektura książki Finlay'ego to ciekawy sposób na spędzenie wolnego czasu. Interesująca historia, bez zbędnych dłużyzn. Osadzona w nie wybielonych, nie cukierkowych realiach dziewiętnastowiecznego Londynu.

Powieść jest niezwykle realistyczna, momentami aż za bardzo, Londyn tu pokazany naprawdę nie pachnie różami… ani nie ma radosnych barw. Z pozoru błahe zlecenie jest tylko wierzchołkiem góry lodowej, z którego nasz detektyw wraz ze swoim asystentem zjeżdża coraz niżej i niżej w celu wykonania powierzonego mu zlecenia.  Dokąd dotrze i co znajdzie na samym dnie, tego musicie się sami dowiedzieć, czytając.

Proza Finlaya całkiem udanie wpasowuje się w gatunek do którego aspiruje i grzecznie ustawia w szeregu tuż za najlepszymi jej przedstawicielami. Ciekawa jestem kolejnych przygód Arrowooda.

Zdecydowanie Londyn w 1895 roku nie jest fajnym miejscem, ale jakże klimatycznym. Ten retro kryminał osadzony w barwnych czasach czytało mi się naprawdę przyjemnie. Poza ogólną sprawą prowadzoną przez detektywów poznajemy także szereg innych, ciekawych postaci oraz śledzimy życie prywatne wszystkich zainteresowanych. Wielu z nich bardzo polubiłam i czekam na ich kolejne przygody. Okazuje się bowiem, że pomimo rozwiązania sprawy "Detektyw Arrowood" powinien mieć swoją kontynuację, tak więc czekam i jednoczenie serdecznie polecam. 

Czyta się błyskawicznie, trudno się oderwać ... bardzo polecam!

Styl Finlaya jest bardzo plastyczny i przyjemny w odbiorze. Dokładnie widać, że autor wczuł, ale i dobrze przygotował się do opisywania tej epoki i zwracał uwagę na szczegóły, które przeciętna osoba z łatwością by przeoczyła. Sprawiło to, że jak najszybciej chcę poznać inne książki napisane przez niego, choć na to przyjdzie mi jeszcze poczekać.

Historia jest wciągająca, pełna zwrotów akcji, a czyta się ją niezwykle przyjemnie. Myślę, że ta książka to ciekawa alternatywa dla miłośników kryminałów, którzy mają ochotę na zbrodnię w innych czasach. Spędziłam miłe chwile w towarzystwie Detektywa Arrowooda, dlatego Ciebie również zachęcam do odwiedzenia londyńskich uliczek. Zamów ostrygi, poczęstuj się cygarem i przekonaj się, o co tak naprawdę chodziło w sprawie pewnego podejrzanego zniknięcia...

Powieść zaskakuje, chociaż na początku nie spodziewałam się niczego nowego czy odkrywczego okazało się, że autor stworzył historię pełną tajemnic, których nie udało się odkryć. Książka ma również elementy humorystyczne, dzięki czemu czyta się ją lekko z dużą przyjemnością.
 
,,Detektyw Arrowood''  to powieść, którą warto poznać, chociaż oczywiście nie jest to Sherlock Holmes. Powieść autorstwa Micka Finleya przeniesie każdego czytelnika do klimatycznego Londynu, który krył wiele sekretów. Polecam!

Jeśli lubicie książki, gdzie aż roi się od zagadek i tajemnic, to serdecznie polecam wam powieść Detektyw Arrowood. To pierwszy tom cyklu, więc z największą przyjemnością sięgnę po kolejne części. Mam tylko nadzieję, że Mick Finlay utrzyma wysoki poziom. No i że będzie jeszcze więcej Normana Barnett'a, który chyba stał się tutaj moją ulubioną postacią. 

Mick Finlay stworzył bardzo dobry, realistyczny pod względem społeczno-historycznym kryminał. Pisarz nie słodzi i nie upiększa rzeczywistości, przedstawia czytelnikom ciemne, ale autentyczne oblicze XIX wiecznej stolicy Anglii. Również kreacja bohaterów stoi moim zdaniem na wysokim poziomie. Arrowood i Burnett nie są detektywami idealnymi, ich zachowanie często pozostawia wiele do życzenia i kłóci się z obrazem angielskiego detektywa dżentelmena, do którego przyzwyczaili czytelników Arthur Conan Doyle i Agatha Christie. Nieokrzesani bohaterowie Finlaya często szokują swym zachowaniem, czy nieobyczajnymi komentarzami, ale dzięki temu postacie zyskały na psychologicznej autentyczności.
 
„Detektyw Arrowood” to książka godna polecenia, jeśli poszukujecie nieszablonowej, nawiązującej do klasyki gatunku powieści detektywistycznej.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ