Thriller / Sensacja / Kryminał
Siostrzyczka
24,99 zł
37,99
KUP TERAZ

Siostrzyczka

Sue Fortin
brak opinii
Liczba stron: 336
ISBN: 9788327635099
Premiera: 2018-02-15

Gdy ojciec wyjechał z moją siostrą na wakacje, przeczuwałam, że nigdy więcej ich nie zobaczę. Tata dawno chciał odejść od mamy i rozpocząć nowe życie. Ale nagle, po wielu latach poszukiwań, zdarzył się cud. Alice, teraz już dorosła kobieta, nie tylko nas odnalazła, ale też postanowiła odwiedzić i spędzić z nami trochę czasu. Matka przyjęła ją z otwartymi ramionami, ja, zamiast radości, odczuwałam dziwny niepokój. Czy to naprawdę moja siostra, czy zręczna manipulatorka, która próbuje ukraść moje życie? Czy jestem o nią zazdrosna i dlatego zbyt podejrzliwa? A może popadam w paranoję?

Są na świecie miejsca, w których mróz szczypie tak mocno, że palce drętwieją, a z ust lecą białe obłoki. Ale to nie one są najzimniejsze. Czasami najchłodniej jest w domowym ognisku, wśród członków rodziny.
Leżę w łóżku, które nie należy do mnie. Tego jestem pewna. Zacznijmy od tego, że materac jest twardszy. Brakuje mu miękkości, do której przywykłam. Niepewnie prostuję palce dłoni i słucham cichego szelestu materiału. Tworzywo sztuczne? A na koniec wnioskuję, że to wodoodporny materac.
Czuję ciężar pościeli. I znowu dostrzegam różnicę. Wypełniona włóknem poliestrowym kołdra nie jest tak ciepła i miękka jak w domu. Jest cięższa i twardsza. Chwytam ją między palce. Przywodzi mi na myśl wykrochmaloną wełnę. Ciężkości zapewne dodaje jej położony na wierzchu koc. Założę się, że jest niebieski.
Po chwili wycofuję się z zakładu. Równie dobrze koc może być niebieski albo zielony… a nawet biały. Ostatnio o wszystko się ze sobą zakładam.
Ale na pewno jest tkany.
Celowo nie otwieram oczu. Zza zamkniętych drzwi słyszę niedające się rozpoznać głosy osób chodzących w tę i z powrotem, zbliżających się i oddalających od pokoju niczym fale morskie.
W powietrzu unosi się delikatny zapach środków odkażających. Pachnie słodko i sterylnie, co jedynie potwierdza moje pierwotne przypuszczenia.
Jestem w szpitalu.
Kolejny zapach. Ten znam bardzo dobrze. To woda po goleniu o świeżej, cytrusowej nucie. Kupiłam mu ją rok temu. Świętowaliśmy ósmą rocznicę naszego małżeństwa. Woda była z wyższej półki, ale nie przejmowałam się kosztem. Nigdy nie skąpiłam pieniędzy na Luke’a.
FOREVER – czyli „na zawsze”. Tak się nazywa. I ta nazwa okazała się dosyć ironiczna. W tym roku raczej nie kupię mu prezentu z okazji rocznicy. Ani w następnym.
– Clare, słyszysz mnie? Śpisz? – pyta cicho, a jego twarz jest tuż przy moim uchu.
Nie chcę z nim rozmawiać. Jeszcze nie teraz. Nie czuję się gotowa. Intuicja podpowiada mi, żeby milczeć. Gdy chwyta moją dłoń i wplata w nią palce w lekkim uścisku, ku swemu zaskoczeniu mam ochotę mu się wyrwać, ale nie robię tego, tylko leżę bez ruchu.
Po chwili słyszę cichy świst otwieranych drzwi i skrzypienie szpitalnych chodaków o linoleum.
Ktoś, czyli najpewniej pielęgniarka, mówi:
– Pan Tennison? Na zewnątrz czeka policjant. Chciałby z panem porozmawiać.
– Jak to? Teraz?
– Chciałby porozmawiać także z panią Tennison, ale powiedziałam mu, że na razie jest to niemożliwe.
Mąż puszcza moją dłoń, a ja słyszę skrzypnięcie krzesła o podłogę.
– Dziękuję – odpowiada.
Razem z pielęgniarką wychodzą z pomieszczenia. Luke musiał nie domknąć drzwi, bo doskonale słyszę rozmowę na zewnątrz.
– Detektyw Phillips – przedstawia się policjant. – Przepraszam za to najście, panie Tennison. Chcieliśmy porozmawiać z pańską żoną, ale pielęgniarka powiedziała, że nie odzyskała jeszcze przytomności.
– Nic się nie stało – odpowiada Luke.
Słyszę cień protekcjonalności w jego głosie. Wyobrażam sobie, że stoi prosto, jak zawsze, kiedy próbuje zaznaczyć swoją pozycję. Jak zawsze, kiedy się kłócimy.
– Może pan będzie mógł nam pomóc?
– Spróbuję – odpowiada lekko poirytowany.
Osoby, które go nie znają, nie wychwyciłyby tego. Ale ja tak. Ostatnio słyszę to coraz częściej, więcej niżbym chciała.
– Jak by pan określił usposobienie żony poprzedzające wczorajszy… incydent? – pyta Phillips.
Incydent? Jaki incydent? Próbuję przypomnieć sobie, o czym mówi policjant, ale mam w głowie pustkę.
Z zamyślenia wyrywa mnie mąż, który pyta:
– Usposobienie?
– Jej nastrój. Była wesoła? Smutna? Zestresowana? Zalęknio…
– Wiem, co znaczy to słowo – przerywa mu Luke.
Tym razem irytacja w jego głosie jest już wyraźnie słyszalna. Jestem pewna, że rzucił detektywowi rozzłoszczone spojrzenie pod tytułem: „Masz mnie za idiotę?”.
Próbuję sobie przypomnieć, jak się ostatnio czułam. Smutna, zła, obrażona… To właśnie podpowiada mi podświadomość, ale nie potrafię wskazać powodów.
Luke milczy, zastanawia się przez chwilę. Jestem pewna, że szuka najlepszej odpowiedzi. Jeśli mogę polegać na swojej pamięci, będzie to odpowiedź sprzeczna z tym, co zapamiętałam.
Powoli falami wracają do mnie skrawki wspomnień. Zaczynam odczuwać gniew. Zastanawiam się, czy Luke myśli o tym, że byłam wściekła, lub o tym, że stałam się uparta. Czy tak właśnie mnie nazwał podczas jednej z ostatnich kłótni? Tak, tak, już pamiętam.
– Chyba oszalałaś – powiedział wtedy.
Czy wyjawi to detektywowi? A jeśli tak, to czy doda, co sprawiło, że „chyba oszalałam”?
– Clare miała trudny okres w życiu, wiele spraw do przetrawienia – odpowiada w końcu.
– Co ma pan na myśli? – drąży detektyw.
– Miała trudności z zaadaptowaniem się do zmian, które zaszły w jej życiu osobistym – mówi Luke, chociaż jestem pewna, że myśli: „Nie twój interes”.
O co mu chodzi, kiedy mówi o zmianach w moim życiu osobistym? Co się takiego wydarzyło, że wylądowałam w szpitalu?
Próbuję nadążyć za własnymi myślami. Odpowiedź nie przychodzi od razu, ale zaczynam mieć złe przeczucia. Odczuwam narastający strach, który tuli mnie w swych złowrogich ramionach. Wiem, że stało się coś strasznego. Zrobiłam coś potwornego. Coś, czego mój umysł nie chce przyjąć do wiadomości. Coś, co stoi w sprzeczności z moimi przekonaniami.
Przecież ja, Clare Tennison, jestem dobrym człowiekiem. Kobietą sukcesu, adwokatem i wspólniczką w spółce Carr, Tennison & Eggar Solicitors. Z troską opiekuję się Marion, moją matką, z oddaniem wychowuję córki, Chloe i Hannah. Jestem kochającą i pełną oddania żoną Luke’a. Na Boga, należę przecież do zarządu szkolnego! Clare Tennison nie robi złych rzeczy!
Skąd więc to narastające poczucie winy? Co ja takiego uczyniłam?
Robię wszystko, żeby odwlec moment prawdy. Walczę ze sobą, próbuję odgonić złe myśli. Życie w strachu, jakkolwiek potworne, jest lepsze od świadomości tego, co zrobiłam.
I nagle… Bum!
Jak grom z jasnego nieba uderza mnie to, co się stało. Wspomnienie jest wyraźne, jakbym patrzyła przez świeżo wypolerowaną szybę.
Trzymam kierownicę. Jadę do domu. Wskazówki prędkościomierza i obrotomierza skaczą w górę i w dół, kiedy zmieniam biegi i manewruję na wąskich uliczkach. Żywopłoty przy domach zlewają się w jedno, a drzewa na poboczu spowija mgła jak na romantycznych akwarelach.
Wyrasta jak spod ziemi. Stoi na środku drogi bez ruchu, kiedy prosto na nią pędzi kilkutonowa metalowa puszka! Jak mogłam jej nie zauważyć? Jest środek dnia, widać wszystko doskonale. Nie oślepia mnie słońce, a deszcz nie pogarsza widoczności. Powtarzam, widzę wszystko doskonale.
Pojawia się znikąd. Krzyczę i wciskam hamulec. Słyszę pisk opon, oczami wyobraźni widzę ślady, które zostają na nawierzchni. Skręcam kierownicę w lewo, próbuję ją wyminąć, ale jest za późno.
Na wspomnienie tępego huku ciała o samochód dostaję mdłości. Mam ochotę zwymiotować, ale wydobywa się ze mnie tylko głęboki jęk płynący prosto z serca i trzewi. Wyraz czystej rozpaczy. Zbyt bolesnej, by przerodzić się w łzy.
Podświadomie zwijam się w pozycję embrionalną. Gips uniemożliwia mi poruszanie lewą ręką, ale prawą łapię się za zabandażowaną głowę, jakbym szykowała się do awaryjnego lądowania w spadającym samolocie. Czuję rwanie w ręku, jakbym wyrwała sobie żyłę.
Następne, co pamiętam, to uwijający się wokół mnie personel. Pielęgniarki na początku wydają się delikatne, ale wraz z upływem czasu coraz bardziej stanowczo powtarzają prośby, żebym się uspokoiła. A także bez końca powtarzają, że wszystko będzie w porządku. Trochę później już dosadniej nakazują, żebym przestała się szarpać. Że wyrwałam wenflon i zrobię sobie krzywdę. Po chwili dobiegają mnie łagodne, ale zdecydowane słowa Luke’a.
– Spokojnie, dziecinko – mówi pieszczotliwie. Dawno nie słyszałam, żeby tak mnie nazywał. Tego sformułowania używa tylko w stosunku do dziewczynek, kiedy są złe i smutne. Kiedy Chloe przewraca się na ziemię i rozcina kolano, albo gdy Hannah odkrywa, że Wróżka Zębuszka nie istnieje. – Wszystko będzie dobrze. Przysięgam.
Z całego serca chciałabym, żeby miał rację, ale jak może być dobrze, jeśli jestem odpowiedzialna za tak straszną zbrodnię? Moim ciałem targa kolejna fala płaczu.
Ostatnia rzecz, jaką pamiętam, to chłodny płyn sączący się powoli do moich żył przez kroplówkę. Im dalej w głąb ciała, tym bardziej szczypie. Po chwili czuję, że moje mięśnie rozluźniają się, a wizja staje nieostra. Powoli odpływam do dnia, w którym ten koszmar się zaczął.


Sześć tygodni wcześniej…

Przez chwilę wydaje mi się, że nie muszę wstawać do pracy. Cieszę się na ciepłą, leniwą niedzielę. Jest koniec września. W świetle słońca jest jeszcze gorąco, ale muślinowa firanka raz na jakiś czas powiewa na chłodnym wietrze. W takie dni lubię spać przy otwartym oknie. Czuję się wolna.
Po chwili schodzę z powrotem na ziemię i stawiam czoło ponurej rzeczywistości. Daleko mi do prawdziwej wolności, do tego, by być wolną osobą. Szczególnie o tej porze roku, kiedy wielkimi krokami zbliżają się urodziny mojej siostry.
Odwracam się na drugi bok i przytulam do śpiącego Luke’a, szukając pocieszenia w ciepłym dotyku drugiego człowieka. Patrzę na zegarek. Powoli dociera do mnie, że jest poniedziałek. Wyłączam budzik. Nie wiem, po co w ogóle go nastawiłam. Ostatnio i tak budzę się przed nim. Nie mogę powiedzieć, żeby sen mi sprzyjał.
Myślę o mamie i o tym, że we wrześniu zawsze wpatruje się w kalendarz, nerwowo odliczając dni do dwudziestego ósmego. Zostało już tylko czterdzieści osiem godzin. Powinnam się już do tego przyzwyczaić. Minęło dwadzieścia lat. To szmat czasu, a mimo to nigdy nie udało mi się oswoić emocji, które budzi we mnie ten dzień. Mam wrażenie, że z każdym kolejnym rokiem nieobecność mojej siostry stawała się jeszcze bardziej dojmująca i bolesna, aż po same trzewia. Tak jakbym czuła nie tylko swoje cierpienie, ale też cierpienie mamy.
Przez tyle lat pragnęłam, żeby Alice wróciła. Nie tylko ze względu na mamę, ale też z czystego egoizmu. Chciałam, żeby wiszącą nad nami czarną chmurę wreszcie przepędził wiatr. Nie chciałam być znana jako siostra dziewczynki, której tata uciekł do Ameryki. Ani jako córka kobiety w żałobie. Chciałam być Clare Kennedy. Chciałam mieć normalną rodzinę.
Dalej tego pragnę.
Za pół godziny będę musiała rozpocząć codzienną procedurę „budzenia dziewczynek do szkoły i przedszkola”. Na razie przytulam się do Luke’a. Czasami czuję, jakby chłonął cały smutek i wszystkie lęki, które się we mnie kłębią, dając miejsce innym uczuciom i niosąc ulgę tłumionym emocjom.
Porusza się delikatnie, a ja przytulam go mocniej. Po ośmiu latach małżeństwa i z dwójką dzieci wciąż nie możemy się sobą nacieszyć.
Odwraca się do mnie i daje mi buziaka.
– Dzień dobry, kochanie – mówi, po czym zamyka oczy, przewraca się na drugi bok i dodaje: – Dobranoc, kochanie.
– Hej, koleżko! Tak łatwo mi się nie wywiniesz – szepczę mu do ucha, głaszcząc po klatce piersiowej i odwracam go z powrotem w swoją stronę.
Otwiera jedno oko i spogląda na budzik.
– Chryste, Clare, jest dopiero piąta trzydzieści.
– Nie marudź… – Próbuję stłumić jego protest pocałunkami.
W kącikach jego ust dostrzegam uśmiech. Otwiera drugie oko i pyta rozbawiony:
– Jak śmiesz stosować tak podstępne metody?!
Przytula mnie mocno, a ja zatapiam się w jego objęciach, próbując nie myśleć o nadchodzących wyzwaniach codziennego życia.

– To jak się dzisiaj czujemy? – pyta mama, wchodząc do kuchni.
Jesteśmy z Lukiem w trakcie szykowania śniadania i wydawania kolejnych poleceń dziewczynkom. No dobrze, przyznam, że siedmioletnia Hannah wykazuje się większą kreatywnością i potrzebuje tylko kilku słów zachęty, ale trzyletnia Chloe wymaga dużo bardziej zdecydowanego podejścia.
Mieszkamy z moją mamą, Marion, w domu, w którym się wychowałam. Wprowadziliśmy się tu, kiedy Luke zmagał się z ciężkim losem początkującego malarza, a ja stawiałam pierwsze kroki na rynku pracy po skończeniu uniwersytetu. Dla niektórych mój mąż nadal nosi etykietkę „klepiącego biedę artysty ”. Mówiąc „niektórzy”, mam na myśli mamę. Choć na jej obronę dodam, że tak naprawdę jest bardzo tolerancyjna.
Odkąd pojawiły się dziewczynki, nasza rodzina powiększyła się do pięciu osób. Ale budynek, w którym mieszkamy, czyli staroangielska plebania, jest na tyle duży, że mama mogła wydzielić nam odrębny salon, a Luke ma nawet własną pracownię w dobudówce.
– Ten dom jest za wielki dla mnie samej, a ceny nieruchomości w Brighton są absurdalnie wysokie. Poza tym zawsze lubiłam towarzystwo. Będę mogła obserwować, jak dziewczynki dorastają, a wy nie będziecie musieli zatrudniać opiekunki – stwierdziła.
Miała rację. Z praktycznego punktu widzenia jej argumenty miały sens. Mimo to wszyscy znaliśmy prawdziwy powód, dla którego nie chciałam się wyprowadzić.
Nie mogłam. Nie po tym, co się stało.
Chciałam kupić z mężem własne miejsce, budować tylko nasze wspomnienia, ale nie pozwalało mi na to sumienie. Nie chciałam zostawiać mamy samej.
– Powinnaś uwolnić się od wydarzeń z dzieciństwa – zasugerował Luke. Leżeliśmy wtedy w łóżku, a on po raz ostatni próbował mnie przekonać.
Owszem, miał rację, ale wiedziałam, że tak już zostanie. Mogłoby się to zmienić tylko wtedy, gdyby Alice wróciła do domu.
– Chodź do mnie, Chloe – rzucam, podnosząc córkę z kocyka. – Posadzimy cię przy stole. Dzień dobry, mamo.
Sadzam córeczkę w krzesełku i przysuwam ją do stołu. Luke podaje mi miseczkę płatków śniadaniowych weetabix i pogwizdując, parzy herbatę.
– Ktoś ma dzisiaj dobry nastrój – zauważa mama, nakładając sobie tosta. I choć mówi to z uśmiechem, zdradza ją ton głosu.
Ja i Luke wymieniamy nad stołem porozumiewawcze spojrzenia.
– Jest piękny poranek, świeci słońce, otacza mnie moja ukochana rodzina. Łącznie z tobą – oświadcza radośnie i posyła jej uśmiech numer jeden, próbując ją choć trochę rozweselić.
Mama odwraca wzrok, wpatruje się w kalendarz na ścianie. Jestem pewna, że patrzy na datę odległą od dzisiaj o dwa dni.
– Chciałabym pojechać do miasta. Muszę odebrać coś od jubilera – mówi.
Nie musimy czekać, aż puści parę z ust. Wiemy, że chodzi o prezent urodzinowy dla Alice. Nie było Gwiazdki czy urodzin, na które mama nie kupiłaby jej jakiegoś upominku „na później, kiedy wróci do domu”. Nigdy nie na „jeśli wróci”.
– Podrzucę cię, jeśli chcesz – proponuje Luke. – Możemy zawieźć Chloe do przedszkola i pojechać prosto stamtąd.
– Naprawdę? Dziękuję, to takie miłe. – Tym razem uśmiecha się przyjaźniej.
Cieszę się, że mama i mój mąż się lubią. To bardzo ułatwia mieszkanie pod jednym dachem. Większość rodzin, które znamy, spotyka się przy stole późnym popołudniem, na obiadokolację. Ale najważniejszym posiłkiem u Tennisonów jest śniadanie, bo często zostaję w pracy do późna. To nieodpowiednia pora dla dziewczynek na jedzenie. I chociaż wiem, że nie jest to wymarzone rozwiązanie mojego męża, naprawdę doceniam, jak bardzo się dla nas wszystkich stara.
– Hannah, masz dzisiaj lekcję gry na flecie – rzucam, w pośpiechu pakując w Chloe płatki. – Luke, nie zapomnisz? Książka z nutami chyba leży na pianinie w salonie.
– Wszystko pod kontrolą – oznajmia, a po chwili nachyla się nad Hannah i teatralnym szeptem pyta: – Wiesz, gdzie jest książka z nutami?
Hannah rzuca mi przelotne spojrzenie, po czym również szeptem odpowiada:
– Myślałam, że ty wiesz, tatusiu.
Udaję, że nie zauważam, kiedy Luke przykłada palec do ust i szepcze:
– Zostaw to mnie. Rozwiążę tę zagadkę.
Hannah chichocze, a jej tatuś mruga do mnie porozumiewawczo, po czym ceremonialnie nalewa wszystkim herbatę.
– Chryste, Luke, spójrz, która godzina. Przecież w każdy poniedziałek rano mam odprawę z Tomem i Leonardem. Jedz, kochanie, jedz.
Próbuję wcisnąć w Chloe kolejną łyżkę, ale Luke wyrywa mi ją z rąk.
– Leć. Nie każ szefowi na siebie czekać.
– On już nie jest moim szefem. Nie wiem, czy pamiętasz, ale jesteśmy partnerami – uściślam, po czym popijam z filiżanki herbatę i parzę się w język.
– A mimo to zachowujesz się, jakby Leonard ciągle był twoim szefem. Tom zresztą też. Może niech chociaż raz na ciebie poczekają?
Ignoruję jego słowa i całuję dziewczynki na pożegnanie.
– Miłego dnia, skarby. Hannah, nie zapomnij dać nauczycielce pozwolenia na uczestnictwo w konkursie pływackim. Chloe, nie rozrabiaj w przedszkolu. Mamusia bardzo was kocha, dziewczynki.
– Ja ciebie też kocham – odpowiada Hannah i daje mi całusa, kiedy manewruję wokół stołu.
– Ja czebie tesz ocham – powtarza po siostrze Chloe z pełną buzią.
– Pamiętaj, że masz wrócić dzisiaj do domu z Daisy – przypominam córce, po czym zwracam się do Luke’a, żeby potwierdzić szczegóły: – Pippa odbierze Hannah i weźmie ją do siebie na herbatę. Podrzuci ją do nas później.
Pippa jest jedną z niewielu przyjaciółek, jakie mamy od wyprowadzki na wieś. Gdyby nasze córki nie zaprzyjaźniły się w szkole, prawdopodobnie nigdy byśmy się nie poznały.
– Do zobaczenia, mamo! – mówię, muskając ją lekko w policzek. Na końcu żegnam się z Lukiem, który obejmuje mnie w talii i całuje o parę sekund dłużej, niżby wypadało.
Potem puszcza mnie i oznajmia:
– Idź, kotku, i pokaż im swoje pazury. Tańcz jak motyl, kąsaj jak osa – mówi, boksując się z niewidzialnym wrogiem jak Muhammad Ali.
Czuję ogarniający mnie przypływ miłości. Luke jest moim najlepszym przyjacielem, kochankiem, mężem. Jest dla mnie wszystkim.
Przybijam mu piątkę, ściągam z oparcia krzesła marynarkę i wychodzę z kuchni na korytarz, skąd biorę teczkę i wózek transportowy obładowany dokumentami, które zabrałam do poczytania przez weekend. Już mam wychodzić, ale ostatni raz odwracam się i krzyczę przez ramię:
– Nie zapomnij…
– Fletu! – Luke i Hannah kończą za mnie chórem.

Podróż do Brighton z miejscowości, w której mieszkamy, przy ładnej pogodzie zajmuje niecałe trzydzieści minut. Włączam radio i podśpiewuję, starając się odepchnąć na bok myśli o Alice. Kiedy kończy się piosenka, spiker zapowiada utwór tygodnia. Rozpoznaję go po pierwszych trzech taktach: Slipping through my fingers. To piosenka zespołu ABBA. W ułamku sekundy oczy zachodzą mi łzami, a w klatce piersiowej czuję tak silny ból, że na kilka sekund tracę ostrość, ledwie widząc drogę przed sobą. Ta piosenka zawsze przypomina mi mamę, Alice i pustkę, która nam po niej została.
Dźwięk klaksonu sprowadza mnie na ziemię. Serce zaczyna tłuc mi się w piersi, ale tym razem z powodu skoku adrenaliny. Przejechałam na czerwonym świetle.
– Cholera! – Z całej siły wciskam hamulec, żeby uniknąć zderzenia z nadjeżdżającym samochodem. Jestem wdzięczna za niezawodny ABS w moim bmw. Może wykona parę żabek, ale na pewno się zatrzyma. Macham ręką do kierowcy w geście przeprosin. Na szczęście on też zahamował.
Nigdy nie uczyłam się czytać z ruchu warg, ale jestem pewna, że użył każdego pejoratywnego określenia ze słownika slangu, które przyszło mu do głowy. Odpowiadam bezgłośnym „przepraszam”, patrzę, jak wrzuca bieg i odjeżdża ze skrzyżowania z piskiem opon, tą ostatnią manifestacją jego złości.

Podczas czytania polubiłam Clarke - mądra i inteligentna bohaterka, która stara się wyjaśnić coś, czego nikt inny nie dostrzega. Błądzi ona odbijając się od ściany do ściany, jednak mimo to nie poddaje się. Imponowało mi, że mimo przeciwności dalej uparcie dążyła do celu. Z kolei postać męża bohaterki nie przemawiała do mnie wcale. Odebrałam go, jako pustą postać, która jest tylko po to, żeby być. Podczas czytania snujemy domysły, które na sam koniec okazują się być kłamstwem. Cała powieść to jedna wielka niewiadoma, bowiem autorka prowadzi nas przez fabułę z zawiązanymi oczami, nie wiemy, kto mówi prawdę, kto kłamię. Odbijamy się od ściany tylko po to, aby na koniec móc dojrzeć światełko na końcu tunelu. Finał jest jak lodowata woda wylana nam nagle na głowę. Kompletny szok. Mimo tych kilku minusów wymienionych wcześniej bardzo się cieszę, że udało mi się przeczytać tę książkę. 

Czytało się szybko, a sama fabuła okazała się interesująca, choć udało mi się niestety przewidzieć dalsze wydarzenia. Być może na osobie nieczytającej zbyt często powieści z tego gatunku książka zrobiłaby większe wrażenie, lecz według mnie autorka nie wykorzystała w pełni jej potencjału. Powiedzmy, że w skrócie okazała się przyzwoita.

„Siostrzyczka” zawiera wiele wzlotów i upadków, które śledzi się z nieukrywaną ciekawością. Bohaterka jest sympatyczna, dlatego czytanie o jej losach było przyjemne i ciekawe. Autorka postacie wykreowała prawdziwie i przekonująco. Książka jest porządną pozycją swojego gatunku, wzruszająca, pełna wartkiej akcji przyciąga uwagę czytelnika. Zaskakujące zwroty fabularne sprawiają, że książka ani przez moment nie nudzi. Prawdziwy świat okraszony został, ciekawymi bohaterami i burzliwymi perypetiami młodych ludzi. Potrafiąc nie raz rozśmieszyć czytelnika niemal do łez. Postać Clare zaskarbiła sobie moją sympatię. Polecam.

„Siostrzyczka „to naprawdę dobra powieść z gatunku thrillera psychologicznego. Na początku lektury ciężko było mi się wgryźć w fabułę, jednak po chwili już nie mogłam się oderwać. Autorka naprawdę świetnie poradziła sobie z charakteryzacją bohaterek. Pokazuje ich psychologiczny zarys i możemy na własne oczy widzieć, jak zmieniają się zachowania Clare. Teraz mogę śmiało powiedzieć, że jeśli autorka wyda jeszcze jakąś powieść, to znajdzie się ona w moich planach do przeczytania.

Thriller porusza bardzo ważny problem rozdzielonych rodzeństw. Choć w znacznej części dotyczy to dzieci, które stały się sierotami, to jednak pozostaje procent dzieci rozdzielonych z winy rozstania rodziców. Mimo upływu czasu ból nie mija, a wręcz przeciwnie: chęć odnalezienia zaginionego rodzeństwa wzrasta. Dzięki postępowi technologii możliwości odnalezienia drugiej osoby zdecydowanie wzrastają, przez co coraz częściej w mediach słyszymy o cudownie odnalezionych rodzeństwie nawet po kilkudziesięciu latach rozłąki.
 
Książkę polecam na deszczowy weekend wszystkim miłośnikom gatunku. Będzie to dla Was na pewno ciekawa lektura i miło spędzony czas.

 Dlaczego sięgnęłam po tę książkę? Czytając Lokatorkę strasznie spodobały mi się thrillery psychologiczne, już od jakiegoś czasu ciągnęło mnie do zagadkowych historii z nutką tajemnicy. Nie jestem w tej kwestii doświadczona i bałam się, że mogę się zrazić do tego gatunku, ale przyznam szczerze, że nie żałuję. Autorka sprytnie splotła wiele wątków w jedną całość i trzeba przyznać, że udało jej się przytrzymać czytelnika do samego końca, a historia wchłonęła się z niesamowitą prędkością, zostawiając nas z niedosytem i wewnętrznym chaosem. Mimo iż zakończenie wydaje się oczywiste, finał sam w sobie jest nie przewidywalny , dzięki czemu czytelnik może doznać szoku.

Reasumując zdecydowanie polecam. Jest to thriller, który zdecydowanie mnie porwał. Sprawił, że czytanie tej lektury stało się najważniejszym punktem dnia i nie mogłam się od niej oderwać. W pełni dopracowane postacie, które potrafią namieszać nam w rozwiązaniu tajemniczych zagadek. Akcja toczy się szybko, dzięki czemu nie zaśniemy nad książką. A pióro autorki to kolejny plus, który powinien Was zachęcić do lektury - czyta się szybko, lekko i przyjemnie. Tak Was wciągnie, że nim się spostrzeżecie - doczytacie ostatnie zdanie. Jak dla mnie jest to jeden z lepszych thrillerów, jakie miałam okazje przeczytać w tym roku. Polecam z całego serca. Tych emocji nie warto omijać - trzeba je poczuć!

Lubicie thrillery? Jeśli tak, to polecam Wam książkę Sue Fortin "Siostrzyczka", która ukazała się nakładem Wydawnictwa HarperCollins Polska. Gwarantuję, że nie będziecie mogli się od niej oderwać.

To naprawdę dobra książka trzymająca w napięciu do ostatniej strony i do tego z zaskakującym zakończeniem. Mnóstwo tu zwrotów akcji, wszechobecnych tajemnic i niepewności powodujących, że dreszcze nie raz przebiegną Wam po plecach. Losy bohaterów nie będą Wam obojętne, będziecie je śledzić z wypiekami na twarzy.

„Siostrzyczka” to thriller psychologiczny, który z czystym sercem mogę polecić każdemu miłośnikowi gatunku. Jest to pełna emocji i tajemnic powieść o nadziei oraz wielkich powrotach, w której nie zabraknie wątków kryminalnych. Świetni bohaterowi, żwawa akcja i niespodziewane zakończenie to tylko nieliczne zalety tej lektury. 

"Siostrzyczka"to thriller psychologiczny, który nie trzyma od początku w napięciu ale za to gdy już zacznie się tam dziać, nie można się od książki oderwać.
Przez pierwsze pół książki naprawdę trudno było mi się w nią wgryźć. Była lekko nudna i przewidywalna i choć od początku wiedziałam jak może się to skończyć, to jednak dałam się wciągnąć w wir akcji i gdy zaczęło dziać wpadłam jak śliwka w kompot.
Lubię takie rodzinne historie i ta naprawdę jest warta uwagi. Jeżeli też lubicie takie książki koniecznie przeczytajcie!

Motywy, na których autorka oparła swoją powieść, nie są czymś nowym czy odkrywczym. Były już stosowane i w książkach i w filmach, ale mimo to Sue Fortin udało się stworzyć ciekawy thriller psychologiczny. Być może jest on dość prosty, a w niektórych momentach nawet przewidywalny, ale czyta się naprawdę dobrze. Bez wątpienia jest to zasługą prostego stylu, pierwszoosobowej narracji i niezwykle dynamicznej akcji, która właściwie nie zostawia miejsca na dłuższe opisy czy przemyślenia. Może to być brane w równym stopniu za atuty książki jak i za jej minusy, w zależności od naszych preferencji. Jeśli oczekujecie klimatycznej opowieści, to nie ta książka. Jeśli szukacie niepokojącej historii, w której akcja pędzi do przodu i trzyma w napięciu do końca, będziecie zadowoleni. Osobiście uważam, że Siostrzyczkajest o wiele ciekawsza i lepiej napisana niż topowa Dziewczyna z pociągu, ale to naturalnie moje subiektywne zdanie, oparte na wrażeniach z lektury i emocjom, jakie jej towarzyszyły. 

„Siostrzyczka” to powieść, którą polecam najbardziej osobom, które dopiero wkraczają do świata thrillerów psychologicznych, choć myślę, że i starzy wyjadacze świetnie spędzą przy niej czas. Książka jest pełna napięcia, tajemnicza i momentami mroczna, czyli taka, jakie lubię najbardziej i mimo że jest dość przewidywalna, to i tak zatraciłam się w jej fabule. Na pewno przeczytam jeszcze inne książki autorki, by mieć szerszy obraz jej twórczości.

Podsumowując, „Siostrzyczka” to bardzo dobry thriller psychologiczny, który z całego serca Wam polecam. Choć motyw przewodni wydaje się być oklepany, nie przeszkadza nam to w czerpaniu przyjemności z lektury i pochłonięciu jej w bardzo krótkim czasie. 

 "Siostrzyczka" raczej nie stanie się arcydziełem tego gatunku, ale i tak spędziłam przy niej miłe chwile. Owszem, posiada pewne mankamenty, ale ma też sporo plusów. Myślę, że jest to historia idealna na długi wieczór, przy której będzie można kilka razy poczuć niepokój czy strach.

„Siostrzyczka” okazała się fajnym i wciągającym tytułem, który mnie się spodobał, choć nie zaprzeczę, że był nieco przewidywalny. Na plus należy liczyć ciekawy wątek rodzinny, który skupia się nie tylko na zagadce związanej z nagłym powrotem zaginionej siostry, ale również na przedstawieniu dynamicznie zmieniających się rodzinnych relacji.

Całość przeczytałam praktycznie na raz podczas jednego popołudnia. Co dobrze świadczy o tej historii bo, mimo tych wszystkich niedociągnięć, mnie wciągnęła. Styl był raczej mało wymagający i sprzyjający szybkiemu czytaniu. Cieszę się z tego, że Fortin nie przedłużała tej książki na siłę. Wydaje mi się, że w tym gatunku jest tendencja do przesadzania co do ilości. Ona natomiast poszła w taką formę, że te 336 stron w zupełności wystarczyło. 

Kto mówi prawdę a kto ma obsesję? Czy Alice pragnie zająć miejsce Clare? Czy cokolwiek z tego co opowiada ma jakikolwiek sens i jest prawdziwe? Koniecznie musicie się przekonać jak obecność Alice wpłynie na życie Clare i jej rodziny. Sue Fortin napisała historię, która z pewnością ma w sobie elementy prawdziwośći, ale również zaskakuje. Jeżeli chcecie poznać finał tej historii, koniecznie musicie po nią sięgnąć.

Dwadzieścia lat przed opisywanymi wydarzeniami, ojciec zabiera czteroletnią córkę na wakacje, niestety po nich nie wraca już do pozostawionej żony i dziewięcioletniej córki. Pomimo usilnych poszukiwań, zaangażowania prywatnych detektywów, nie udaje się dotrzeć do nowego miejsca zamieszkania mężczyzny i  dziewczynki. Pewnego dnia do domu z własnej woli niespodziewanie powraca Alice, utwierdzając wszystkich w przekonaniu, że jest tą zaginioną, pragnie nadrobić stracony czas, nawiązać bliskie relacje, poczuć prawdziwe szczęście rodzinne. Clare wbrew nadziejom i oczekiwaniom nie potrafi odnaleźć siostrzanych więzi, odczuć ulgi, spełnienia i szczęścia. Coraz trudniej jest jej ukrywać ponure uczucia i złowieszcze obawy, tym bardziej, że zarówno w jej życiu zawodowym, jak i prywatnym pojawiają się czarne chmury. Niepokojące fakty i domysły nie dają jej spokoju, coraz mniejszej liczbie osób może ufać, zaczyna nawet kwestionować swoje zdrowie psychiczne. 

„Siostrzyczka” to książka, która nie jest idealna, jednak styl pisania autorki jest bardzo przyjemny, dlatego i czytanie jest przyjemne. Cała historia jest bardzo poruszająca i zmusza do przemyśleń, no i co by nie powiedzieć jest to thriller i w jakiś sposób sprawia, że mamy te ciarki na ciele. Autorka poprowadziła całą akcje powieści w taki sposób, aby czytelnik od samego początku do samego końca zastanawiał się kto mówi prawdę, a kto ma obsesje, i szczerze się przyznam, że wymyślałam kilka wersji rozwiązania tej zagadki, ale finału spodziewałam się dopiero pod koniec, więc i tak wielkie gratulacje dla Sue Fortin, że nie pozwoliła mi domyślić się wcześniej.

"Siostrzyczka" od początku mnie zaciekawiła. Od razu zaznaczę, że ten gatunek nie jest tym, po co sięgam najczęściej, dopiero w nim raczkuję i odkrywam, co i jak. Lubię po niego sięgać, kiedy chcę coś innego, a powieści, po które zazwyczaj sięgam mnie przerastają. Tak było i w tym przypadku, a ta książka jako coś innego sprawdziła się idealnie.
"Siostrzyczka" to historia, przy której idzie odczuć niepokój i napięcie. Akcja stopniowo nabiera dynamiczności i wciąga w swoje sidła. Niespodziewane zwroty akcji, prosty i przyjemny styl autorki, sprawia, że tę książkę czyta się szybko. Nie od razu idzie się domyśleć, co jest prawdą, a co kłamstwem. Czy Clare wyolbrzymia sytuację, a może ma rację. W tej książce nie zabraknie intryg i manipulacji. Pokazuje, że nawet bliskiej osobie nie można zaufać, kiedy ta ma problemy i chwyta się wszystkiego, aby utrzymać się na powierzchni.
Większość thrillerów, po które sięgam rzadko wzbudza we mnie dłuższe zainteresowanie. Zazwyczaj mnie nudzą, albo są przewidywalne. W tej również co nieco można się domyśleć, ale utrzymała moją ciekawość od początku do końca, za co daję jej duży plus.

Podsumowując - Sue Fortin zdecydowanie trafia na listę moich ulubionych autorów i z pewnością będę obserwować jej pisarską karierę. Mam nadzieję, że wkrótce wydawnictwo HarperCollins zdecyduje się wydać kolejne książki tej autorki - jeśli tak się stanie, na pewno po nie sięgnę. Jeśli lubicie thrillery, ciekawe tajemnice i oryginalnych bohaterów, "Siostrzyczka" jest pozycją właśnie dla was!

"Siostrzyczka" to powieść z potencjałem. Może sam początek niekoniecznie przemawia na korzyść lektury, wydając się mało wciągający, ale wystarczy przeczytać kilka pierwszych stron, by odnaleźć się w historii. Podchodząc do lektury z niewielkimi oczekiwaniami otrzymacie wciągającą lekturę z zaskakującym zakończeniem. Sue Fortin w miarę możliwości wykorzystała potencjał swojej lektury i stworzyła klimat niepewności idealnie łączący się z wszechobecną tajemnicą. To powieść idealna na późny wieczór w połączeniu z kubkiem gorącej herbaty.

Książka „Siostrzyczki” jest świetna pod względem psychologicznym. Chociaż to thriller nie ma tutaj zbyt wielu okazji do tego, aby odczuwać strach czy chociażby niepokój. Bardziej skupiamy się na tym, by odpowiedzieć sobie na pytanie kto mówi prawdę. Na dobrą sprawę, nawet kiedy Clare udaje się do Stanów by dowiedzieć się więcej na temat swojej siostry i podejrzewamy (a jest to podejrzenie graniczące z pewnością), że kobieta podająca się za Alice nią nie jest, w całej tej historii doskonale wyczuwalne jest drugie dno. Niby wszystko powinno już być jasne lub na granicy rozwiązania. Ale jednak niewielkie szczegóły podpowiadają nam, a także Clare, że to, co odkryła z pewnością nie jest całą górą lodową, a jedynie jej wierzchołkiem. I przyznam szczerze, że nawet dla wprawnego czytelnika rozwiązanie fabuły będzie sporym zaskoczeniem. Tak więc ta fabuła też nie do końca jest taka przewidywalna, jak może się wydawać na pierwszy rzut oka. Ogólnie rzecz biorąc, „Siostrzyczki” to książka oparta na dość ogranym motywie fabularnym. Jednak liczy się w niej bardziej to, czego nie widać gołym okiem. Bardzo mi się podobało także to, że autorka tak dokładnie wszystko przemyślała i pisała tę powieść z widocznym zaangażowaniem. Ciekawą sprawą są pytania, które zostawiła na końcu książki do przedyskutowania w szerszym gronie. Choć z założenia miała to być propozycja dla dyskusyjnych klubów książki, to nawet jeśli się do żadnego nie należy warto przemyśleć sobie kwestie, na które zwróciła uwagę autorka. Jest to moim zdaniem udana propozycja, która nie tylko zmusza czytelnika do przemyślenia tego, co właśnie przeczytał. Pokazuje również, że autorka jest prawdziwie zaangażowana w swoje dzieło.

W powieści tej nawet najmniejsze aspekty mają ogromne znaczenie, o czym przekonujemy się stopniowo brnąć w kolejne rozdziały. I właśnie to uwielbiam w thrillerach, choć nie każdy daje radę udźwignąć to brzemię. Autorce "Siostrzyczki" się to udało, a powieść okazała się wyjątkowa i niesamowicie wciągająca.

Podsumowując. Od książki tego rodzaju oczekuję zaskoczenia, zagadek. Niestety autorka za dużo ujawniała, za mało pomieszała historię. Co za tym idzie, za szybko domyśliłam się zakończenia. To w sumie jedyny minus, a jak istotny. Plusem jest pióro autorki i świetnie zbudowane postaci. Mimo wszystko polecam. Może was zaskoczy!

Siostrzyczka  mnie zaangażowała. Los bohaterów nie był mi obojętny. Plus za to, że bohaterowie drugoplanowi nie byli tylko tłem, ale mieli coś do zrobienia. Ubolewam tylko nad jedną rzeczą. Żałuję, że Alice nie została dopuszczona do głosu. To byłoby całkiem niezłe zagranie. Wtedy w trakcie lektury pojawiłoby się jeszcze więcej pytań i lektura byłaby jeszcze bardziej intrygująca. Szkoda, że potencjał tej bohaterki nie został wykorzystany. Chętnie lepiej bym ją poznała.
 
Moim zdaniem to propozycja dla osób, które nie czytały zbyt wiele thrillerów psychologicznych. To będzie dla nich dobre wprowadzenie do gatunku. Czy starzy wyjadacze znajdą tu coś dla siebie? Myślę, że tak. Żywy przykład na to właśnie dzieli się z Wami swoją opinią na temat tej książki.

Książka w intrygujący sposób wciąga czytelnika w akcję, coraz bardziej plątając i manewrując w przeróżne wątki. Postać młodszej siostry początkowo nie wzbudza podejrzeń, jednak później to co zostaje przed nami odkryte zaskakuje niesamowicie. Mam wrażenie, że takie książki nie mogą się znudzić, za każdym razem znajduje w nich element zaskoczenia. Sprawa taka jak w tej powieści jest bardzo wstrząsająca, to jak autorka zrzucała podejrzenia na wszystkich bohaterów, tylko po to aby zmylić czytelnika w odbiorze postaci wpłynęło bardzo pozytywnie na dynamikę akcji. Z ogromną ciekawością przerzucałam kartki tylko po to, aby dowiedzieć się kto jest kim i kto jest odpowiedzialny za całe zamieszanie. Całość zgrywa się w całkiem fajną, klimatyczną powieść dla każdego rodzaju czytelnika. Z pewnością czas z nią spędzony, nie będzie zmarnowany.
    Z całą pewnością mogę tę książkę Wam polecić, jeśli tylko lubicie historie w takich klimatach - nie będziecie zawiedzeni! 

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ