Thriller / Sensacja / Kryminał
Raj nie istnieje
24,99 zł
37,99
KUP TERAZ

Raj nie istnieje

Michael Robotham
brak opinii
Liczba stron: 480
ISBN: 9788327630520
Premiera: 2018-02-15

Dwie wyraziste bohaterki, które mają wiele do ukrycia, mistrzowski styl i zawrotne tempo akcji. Z połączenia tych składników powstała książka, od której trudno się oderwać, chociaż czasami trzeba zamknąć oczy ze strachu.
Stephnen King, „People”

Nazywa się Agatha. Ani brzydka, ani ładna. Układa towary na sklepowych półkach. Dręczy ją bolesna przeszłość i obsesyjne pragnienie dziecka, miłości i rodziny. Ukradkiem obserwuje Meghan, kobietę, która ma wszystko, o czym ona może tylko marzyć. Powoli zdobywa jej zaufanie, z perfidią realizuje plan, który nabiera coraz wyraźniejszych kształtów. Uparcie dąży do celu i jest zdolna do najgorszego, bo dawno przestała odróżniać dobro od zła.

Nie jestem najważniejszą postacią w tej opowieści. Ten honor należy do Meg, żony Jacka, z którym tworzą parę idealnych rodziców dwójki idealnych dzieci, chłopca i dziewczynki, jasnowłosych i błękitnookich, słodszych niż miodowe ciastka. Meg znów jest w ciąży, a ja cieszę się niewysłowienie z tego powodu, ponieważ ja też oczekuję dziecka.

Opierając czoło o szybę, patrzę przez okno w lewo, potem w prawo na warzywniak, salon fryzjerski i butik z ciuchami. Meg się spóźnia. Zazwyczaj o tej porze Lucy jest już w szkole, a Lachlan w przedszkolu, zaś Meg siedzi z przyjaciółkami w kawiarni na rogu. Tworzą specjalną grupę, bo wszystkie są mamami. Spotykają się w każdy piątkowy poranek, zajmują stolik na zewnątrz, przepychają się z wózkami dziecięcymi niczym kierowcy na pokładzie dla samochodów na promie. Zamawiają jedno cappuccino z chudym mlekiem, jedno chai latte i dzbanek ziołowej herbaty...

Ulicą przejeżdża czerwony autobus i zasłania mi znajdujący się naprzeciwko park Barnes Green. Kiedy się oddala, na odległym końcu ulicy dostrzegam Meg. Ma na sobie dżinsy ze stretchem i luźny sweter, w ręce niesie kolorowy rowerek na trzech kółkach. Pewnie Lachlan się uparł, że pojedzie do przedszkola na rowerku, i przez to Meg jest spóźniona. Po drodze zatrzymywał się, żeby popatrzeć na kaczki i na uczniów, którzy mieli lekcję wuefu na dworze, i na starych ludzi ćwiczących tai-chi, którzy poruszają się tak powoli, że mogliby być kukiełkami z filmu animowanego kręconego klatka po klatce.

Patrząc z tej perspektywy, nie widzę, że Meg jest w ciąży. Dopiero kiedy się odwraca bokiem, jej brzuch przypomina wielkością piłkę do kosza, zgrabną i okrągłą, która codziennie trochę się obniża. Słyszałam, jak w zeszłym tygodniu Meg skarżyła się na spuchnięte w kostkach nogi i bolące plecy. Teraz wiem, co to znaczy. Moje dodatkowe kilogramy zamieniły wchodzenie po schodach w niezgorszą zaprawę, a mój pęcherz jest wielkości orzecha włoskiego.

Rozglądając się na boki, Meg przechodzi na drugą stronę Church Road i bezgłośnie mówi do przyjaciółek „przepraszam”, całuje się ze wszystkimi w policzki, przemawia pieszczotliwie do ich dzieci. Ludzie mówią, że niemowlęta są słodkie, i chyba się z nimi zgadzam. Widywałam w wózkach stworzenia podobne do Golluma, z wybałuszonymi oczami i dwoma sterczącymi kosmykami, a jednak zawsze znajdowałam w nich coś, co było ładne, bo były takie małe i niewinne.

Powinnam szybko uzupełniać towar na półkach w trzeciej alejce. Ta część supermarketu jest zwykle bezpiecznym miejscem do leserowania, ponieważ kierownik, pan Patel, ma jakiś problem z produktami do higieny osobistej kobiet. Za Chiny nie wypowie takich słów jak „tampony” czy „podpaski” – nazywa je „tymi rzeczami dla kobiet” – albo po prostu wskazuje palcem na pudełka, które trzeba rozpakować.

Pracuję cztery dni w tygodniu, od wczesnego ranka do trzeciej, chyba że zachoruje któraś z innych osób niebędących na pełnym etacie. Moim zadaniem jest przede wszystkim układanie produktów na półkach i przyklejanie cen. Pan Patel nie pozwala mi pracować na kasie, bo mówi, że wszystko tłukę.

Okej, raz mi się zdarzyło, i to wcale nie była moja wina.

Sądząc z nazwiska, spodziewałam się, że pan Patel okaże się Pakistańczykiem albo Hindusem, tymczasem jest bardziej walijski niż żonkil. Z burzą rudych włosów i przyciętymi wąsami wygląda jak rudy owoc miłości Adolfa Hitlera.

Pan Patel nie darzy mnie specjalną sympatią, a odkąd mu oznajmiłam, że jestem w ciąży, ma wielką chęć się mnie pozbyć.

– Nie oczekuj żadnego urlopu macierzyńskiego, nie pracujesz na pełnym etacie.

– Wcale nie oczekuję.

– Do lekarza możesz chodzić tylko po godzinach pracy.

– Jasne.

– Jak nie będziesz mogła dźwigać pudeł, będziesz musiała odejść.

– Mogę dźwigać pudła.

Pan Patel ma żonę i czwórkę dzieci, co bynajmniej nie przekłada się na przychylność w stosunku do mojej ciąży. Nie wydaje mi się, żeby w ogóle lubił kobiety. Nie chcę powiedzieć, że jest gejem. Kiedy zaczęłam pracować w supermarkecie, nie mogłam się go pozbyć jak uciążliwej wysypki. Wciąż znajdował jakiś pretekst, by się o mnie otrzeć w magazynie, albo przyczepiał się, gdy myłam podłogę mopem.

– Ups! – mawiał, przyciskając swoją erekcję do moich pośladków. – Tylko parkuję rower.

Zbok!

Wracam do wózka z pudełkami i biorę do ręki metkownicę, pamiętając, by odpowiednio ją ustawić. W zeszłym tygodniu nakleiłam niewłaściwą cenę na brzoskwiniach w puszce i pan Patel potrącił mi osiem funtów.

– Co robisz? – wyszczekuje ktoś.

I pan Patel podchodzi do mnie od tyłu.

– Układam nowe tampony – dukam.

– Gapiłaś się przez okno. Twoje czoło zostawiło na szybie tłustą plamę.

– Nie, panie Patel.

– Płacę ci za to, żebyś śniła na jawie?

– Nie, proszę pana. – Wskazuję półkę. – Wyszły nam Tampaxy Super Plus, te z aplikatorem.

Pan Patel wygląda, jakby mu się zebrało na wymioty.

– No to poszukaj w magazynie. – Wycofuje się. – W drugiej alejce coś się rozlało. Wytrzyj podłogę.

– Tak, panie Patel.

– Potem możesz iść do domu.

– Kiedy ja kończę o trzeciej.

– Devyani cię zastąpi. Ona może wchodzić na drabinę.

Ma na myśli, że ona nie jest w ciąży ani nie boi się wysokości, i że pozwoli mu „zaparkować rower”, a nie będzie kaprysiła jak jakaś feministka. Powinnam go oskarżyć o seksualne molestowanie, ale lubię tę pracę. Dzięki niej mogę być w Barnes i bliżej Meg.

W magazynie na tyłach sklepu napełniam wiadro gorącą wodą z płynem i wybieram mopa z gąbką, która jeszcze całkiem nie odkleiła się od metalu. Druga alejka znajduje się bliżej kas. Mam dobry widok na kawiarnię i stoliki na zewnątrz. Nie śpieszę się, myjąc podłogę, trzymam się z dala od pana Patela. Meg i jej przyjaciółki właśnie skończyły spotkanie. Całują się w policzki, sprawdzają telefony, przypinają dzieci do wózków z budką i wózków spacerowych. Meg mówi coś jeszcze na koniec i śmieje się, odrzucając do tyłu jasne włosy. Niemal nieświadomie odrzucam swoje włosy, ale nic z tego. To problem z lokami – odbijają się jak sprężynki i wracają na swoje miejsce.

Fryzjer Meg, Jonathan, uprzedził mnie, że na moich włosach nie sprawdzi się jej fryzura, ale nie chciałam go słuchać.

Meg stoi przed kawiarnią i pisze SMS-a. Pewnie do Jacka. Ustalają, co będzie na kolację, albo robią plany na weekend. Podobają mi się jej dżinsy dla ciężarnych z elastycznym pasem. Chciałabym takie mieć. Ciekawe, gdzie je kupiła.

Chociaż widzę Meg niemal codziennie, tylko raz z nią rozmawiałam. Spytała, czy mamy jeszcze płatki bran flakes, ale akurat się sprzedały. Żałuję, że nie mogłam jej odpowiedzieć twierdząco. Żałuję, że nie mogłam pójść do magazynu za wahadłowymi plastikowymi drzwiami i wrócić z pudełkiem bran flakes tylko dla niej.

To było na początku maja. Już wtedy podejrzewałam, że Meg jest w ciąży. Dwa tygodnie później wzięła test ciążowy z alejki aptecznej i moje podejrzenia się potwierdziły. Teraz obie jesteśmy w trzecim trymestrze, przed nami ostatnie sześć tygodni ciąży. Meg jest dla mnie wzorem, bo sprawia wrażenie, że małżeństwo i macierzyństwo to bułka z masłem. Poza tym jest superatrakcyjna. Założę się, że bez problemu mogłaby być modelką – nie taką bulimiczką na wybiegu, ale laską jak z trzeciej strony The Sun, tyle że zdrowo wyglądającą i w typie dziewczyny z sąsiedztwa, z takich, co reklamują proszek do prania czy ubezpieczenie domu i zawsze biegną przez ukwieconą łąkę albo z labradorem wzdłuż plaży.

W niczym ich nie przypominam. Nie jestem szczególnie ładna, chociaż też nie jakaś paskudna. Pewnie najwłaściwszym określeniem mojej urody byłoby słowo „bezpieczna”. Jestem tą mniej atrakcyjną przyjaciółką, której potrzebują wszystkie ładne dziewczyny. Wiadomo, że nie znajdę się w centrum uwagi i z radością przyjmę pozostawione przez nich resztki (jedzenie i chłopaków).

Jedną ze smutnych prawd na temat handlu detalicznego jest to, że ludzie nie zauważają pracowników, którzy układają towar na półkach. Jestem jak śpiący w bramie bezdomny czy żebrak, który trzyma kartkę z prośbą o datek. Po prostu niewidoczna. Od czasu do czasu ktoś zada mi jakieś pytanie, ale nikt z tych pytających nie patrzy mi w twarz, kiedy odpowiadam. Gdyby w supermarkecie był alarm bombowy i wszyscy poza mną zostaliby ewakuowani, a policja spytałaby:

– Widzieliście jeszcze kogoś w sklepie?

Z pewnością by odpowiedzieli:

– Nie.

– A co z tą osobą, która układa towar na półkach?

– Z kim?

– Tą osobą, która zapełnia półki.

– Prawie go nie zauważyłem.

– To była kobieta.

– Naprawdę?

To ja – niewidoczna, pozbawiona jakiegokolwiek znaczenia osoba wykładająca towar na półki.

Zerkam na zewnątrz. Meg idzie w stronę supermarketu. Otwierają się automatyczne drzwi. Meg bierze plastikowy koszyk i rusza alejką numer jeden, gdzie są owoce i warzywa. Kiedy dotrze do końca, odwróci się i pójdzie w tę stronę. Śledzę jej kroki i widzę ją przez moment, gdy mija makarony i pomidory w puszkach.

Skręca w moją alejkę. Przesuwam na bok wiadro i cofam się, zastanawiając się przy tym, czy powinnam nonszalancko wesprzeć się na mopie, czy może oprzeć go na ramieniu jak strzelbę.

– Ostrożnie, podłoga jest mokra – mówię, jakbym zwracała się do dwulatka.

Mój głos ją zaskakuje. Cicho mi dziękuje, po czym mnie mija, a jej brzuch omal nie dotyka mojego brzucha.

– Kiedy ma pani termin? – pytam.

Meg zatrzymuje się i odwraca.

– Na początku grudnia. – Zauważa, że też jestem w ciąży. – A pani?

– Tak samo.

– Jaki dzień ? – pyta.

– Piąty grudnia.

– Chłopiec czy dziewczynka?

– Nie wiem. A pani?

– Chłopiec.

Meg trzyma rowerek Lachlana.

– Już ma pani dziecko – mówię.

– Dwoje – odpowiada.

– Wow!

Gapię się na nią. Mówię sobie, że powinnam się odwrócić, zerkam na moje stopy, potem na wiadro, na mleko skondensowane i krem w proszku. Powinnam coś jeszcze powiedzieć. Nie jestem w stanie myśleć.

Koszyk Meg jest ciężki.

– Cóż, powodzenia.

– Dla pani też – mówię.

Meg odchodzi, idzie do kas. Nagle myślę o wszystkich rzeczach, które mogłam jej powiedzieć. Mogłam zapytać, gdzie będzie rodziła. Jaki to ma być poród. Mogłam skomentować jej dżinsy ze stretchem. Spytać, gdzie je kupiła.

Meg stoi w kolejce do kasy i przegląda magazyny plotkarskie. Nowy Vogue jeszcze się nie sprzedał, ale ona wybiera Tatlera i Private Eye.

Pan Patel zaczyna skanować kupione przez nią towary: jajka, mleko, ziemniaki, majonez, rukolę i parmezan. Wiele można powiedzieć o człowieku na podstawie zawartości jego koszyka. Widać, kto jest wegetarianinem, weganinem, alkoholikiem, czekoladoholikiem, osobą na diecie, chorym na celiakię, kto nie toleruje laktozy oraz kto zmaga się z łupieżem, kto jest diabetykiem, kto ma niedobór witamin, zatwardzenie czy wrastające paznokcie.

Stąd tak dużo wiem o Meg. Wiem, że jest niepraktykującą wegetarianką, która znów zaczęła jeść czerwone mięso, kiedy zaszła w ciążę, najprawdopodobniej z powodu żelaza. Lubi sosy na bazie pomidorów, świeży makaron, biały ser, gorzką czekoladę i te kruche herbatniki w puszkach.

No cóż, w końcu trochę z nią porozmawiałam. Nawiązałyśmy jakąś więź. Będziemy przyjaciółkami, Meg i ja, a ja będę taka jak ona. Będę miała piękny dom i będę uszczęśliwiała mojego męża. Będziemy chodzić na jogę i wymieniać się przepisami, i spotykać się w każdy piątkowy ranek na kawie z naszą grupą matek.

 

MEGHAN

 

Kolejny piątek. Odliczam je, skreślam w kalendarzu, zaznaczam na ścianie. Ta ciąża wydaje się trwać dłużej niż dwie wcześniejsze. Zupełnie jakby moje ciało buntowało się przeciw temu pomysłowi, domagało się odpowiedzi, dlaczego tego z nim nie skonsultowałam.

Wczoraj wieczorem myślałam, że mam zawał, a to była tylko zgaga. Kurczak z curry okazał się wielkim błędem. Wypiłam całą butelkę gavisconu, który smakuje jak kreda w płynie, a ja bekam po nim jak kierowca ciężarówki. To dziecko będzie podobne do Andy’ego Warhola.

Teraz chce mi się siku. Powinnam była pójść do toalety w kawiarni, ale wtedy wydawało mi się, że nie mam takiej potrzeby. Mięśnie dna mojej macicy pracują nadprogramowo, kiedy śpieszę przez park, przeklinając za każdym razem, gdy rowerek Lachlana wali mnie w goleń.

Proszę, nie chcę siusiać, powtarzam w duchu. Proszę, nie chcę siusiać.

W jednym z zakątków parku odbywa się lekcja wuefu. Gdzie indziej trenerzy personalni stoją nad swoimi klientami i każą im zrobić jeszcze jedną pompkę albo przysiad. Może kiedy to się skończy, ja też zatrudnię takiego trenera. Jack zaczął robić złośliwe żarty na temat mojego rozmiaru. Wie, że tym razem jestem grubsza, bo po urodzeniu Lachlana nie wróciłam do poprzedniej wagi.

Złości mnie, że próbuje wzbudzać we mnie poczucie winy. Ciężarne kobiety powinny jeść czekoladę, nosić wygodną piżamę i kochać się przy zgaszonym świetle. Co prawda ostatnio niewiele tego seksu. Jack od tygodni mnie nie tknął. Wydaje mi się, że czuje dziwną awersję do sypiania z kobietą, która nosi jego dziecko, jakby we mnie widział Madonnę dziewicę, której nie wolno skalać.

– To nie dlatego, że jesteś gruba – powiedział minionej nocy.

– Nie jestem gruba, jestem w ciąży.

– Oczywiście, to właśnie miałem na myśli.

Nazwałam go dupkiem, a on nazwał mnie „Meghan”. Tak dzieje się tylko wtedy, gdy się sprzeczamy. Nie znoszę pełnej formy mojego imienia. Lubię Meg, przypomina mi słowo nutmeg, które w języku angielskim oznacza gałkę muszkatołową, egzotyczną przyprawę, o którą ludzie i państwa toczyli ze sobą wojny.

My z Jackiem raczej nie rozgrywamy bitew, tylko potyczki. Jesteśmy niczym dyplomaci z czasów zimnej wojny, którzy mówią sobie miłe słowa, a w tajemnicy gromadzą broń i amunicję. Ciekawe, kiedy parom kończą się tematy do rozmowy. Kiedy gaśnie namiętność? Kiedy rozmowy stają się tępe i nudne? Kiedy iPhone’y trafiają na stół w jadalni? Kiedy grupy matek przechodzą od rozmów o dzieciach do narzekania na mężów? Kiedy uczenie mężczyzny porządku staje się dowodem miłości? Kiedy przepaść między wymarzonym mężem każdej kobiety a wymarzoną żoną każdego mężczyzny osiąga taką wielkość, jak odległość od bieguna do bieguna?

No, brzmi naprawdę świetnie, podsumowuję w duchu. Powinnam to zapisać na moim blogu.

Nie, nie mogę tego zrobić. Kiedy poślubiłam Jacka, obiecałam sobie, że nie będę jedną z tych żon, które próbują zmienić męża w kogoś, kim nie jest. Zakochałam się w nim i wzięłam go z całym dobrodziejstwem inwentarza, prosto z pudełka, bez konieczności dopasowywania. Jestem zadowolona z moich wyborów i nie zamierzam tracić czasu na kontemplowanie alternatywnego życia.

Nasze małżeństwo nie jest takie złe. To związek partnerski podobnych umysłów i bratnich dusz. Dopiero przyglądając się z bliska, można dostrzec pewne niedoskonałości, jak na delikatnym wazonie, który się stłukł i został sklejony. Wydaje się, że nikt z zewnątrz niczego nie zauważa, ale ja dbam o ten wazon z nadzieję, że jeszcze nie przecieka, kiedy wleje się do niego wodę, i mówię sobie, że kryzysy wieku średniego są jak progi zwalniające na drodze, które każą nam zwolnić i wąchać róże.

Nie planowaliśmy z Jackiem kolejnego dziecka. To nasza wpadka, wypadek, dziecko nieprzewidziane, co nie znaczy, że niechciane – w każdym razie jeśli o mnie chodzi. Wyjechaliśmy akurat na weekend, co rzadko nam się zdarza, na czterdzieste urodziny naszego przyjaciela. Moja matka zaoferowała się, że zaopiekuje się Lucy i Lachlanem. Za dużo wypiliśmy, tańczyliśmy, nieprzytomni padliśmy na łóżko. Rano się kochaliśmy, a Jack zapomniał o prezerwatywie. Zaryzykowaliśmy. Czemu nie mielibyśmy zaryzykować, kiedy weźmie się pod uwagę, ile razy ryzykowaliśmy szybki numerek i w samym środku przerywały nam słowa: „Mamusiu, pić mi się chce” albo „Mamusiu, nie mogę znaleźć króliczka”, albo „Mamusiu, posikałem się do łóżka”.

Moje poprzednie ciąże były przygotowywane niczym kampanie wojskowe, ale ta była dosłownie strzałem w ciemno.

– Jeśli to dziewczynka, powinniśmy ją nazwać Ruletka – oznajmił Jack, kiedy już otrząsnął się z szoku.

– Nie nazwiemy jej Ruletka.

– Okej.

Takie żarty pojawiały się po sprzeczkach i wzajemnym oskarżaniu się, które już ustało, choć ilekroć Jack jest zły czy zestresowany, istnieje szansa, że znów wypłynie na powierzchnię.

Bardzo serdecznie polecam wam tą książkę, ponieważ autor w bardzo dobry sposób przedstawił historię, która mogła wydarzyć się naprawdę a my nawet nie zdajemy sobie sprawę. Porywanie dzieci stało się w dzisiejszych czasach bardzo popularne, jeżeli mogę to tak nazwać, nieraz słyszymy o okupach czy porzuconych dzieciach, ale czy zdajemy sobie sprawę co przeżywają rodzice, którym odebrane ukochane maleństwo, które matka nosiła w swoim brzuchu dziewięć miesięcy, aby usłyszeć cichutki płacz i zobaczyć tą uśmiechniętą buźkę ? Jednak nie tylko to jest kwestią nad którą powinniśmy pomyśleć, ale również zastanowić się nad tym dlaczego ktoś porywa dziecko ? Historia Agathy pokazuje, że osoba nie musi być zła do szpiku kości, aby zrobić coś złego, czy to że chciała znaleźć namiastkę miłości sprawia, że Agatha to osoba, która zasługuje na kare. Jestem zachwycona tą książkę i czekam na kolejne dzieła tego autora, bo jego styl pisania, choć prosty bardzo przypadł mi do gustu i chętnie sięgnę po kolejne jego dzieła.

To była jedna z lepszych książek, jakie czytałam w tym roku. Bardzo chętnie jeszcze kiedyś do niej wrócę. Jeżeli szukacie dobrej powieści psychologicznej, polecam gorąco „Raj nie istnieje”. Mam nadzieję, że wam ta książka również przypadnie do gustu i nie będziecie żałowali swojego wyboru. Polecam zwłaszcza kobietom, bo myślę, że one najszybciej nawiążą nić porozumienia z bohaterkami i będą w stanie zrozumieć ich troski.

Książkę bardzo polecam, czyta się ją jednym tchem. Nie bez znaczenia jest doskonałe tłumaczenie pani Katarzyny Ciążyńskiej, która potrafiła utrzymać w powieści napięcie, a jednocześnie obudziła w czytelniku sympatię do obu bohaterek. Świetna lektura warta zarwania nocy.

Pierwsze spotkanie z twórczością Michaela Robothama zdecydowanie mogę uznać za udane. Raj nie istnieje to niezwykle klimatyczny i wciągający thriller od którego wręcz nie sposób się oderwać, a po zakończeniu lektury, zostaje z czytelnikiem jeszcze na długie tygodnie. Do tego genialne nakreślone postacie głównych bohaterek, które sprawiają, że cała historia nabiera niebywałej autentyczności. Serdecznie polecam tę historię wszystkim czytelnikom, a w szczególności miłośnikom thrillerów i kryminałów. 

Pierwsze spotkanie z twórczością Michaela Robothama zdecydowanie mogę uznać za udane. Raj nie istnieje to niezwykle klimatyczny i wciągający thriller od którego wręcz nie sposób się oderwać, a po zakończeniu lektury, zostaje z czytelnikiem jeszcze na długie tygodnie. Do tego genialne nakreślone postacie głównych bohaterek, które sprawiają, że cała historia nabiera niebywałej autentyczności. Serdecznie polecam tę historię wszystkim czytelnikom, a w szczególności miłośnikom thrillerów i kryminałów. 

„Połknęłam” tę książkę w tempie ekspresowym, bo bardzo chciałam się dowiedzieć jak to wszystko się skończy i co było siłą napędową jednej z głównych bohaterek. Te wszystkie drugie dna, manipulacje, niedopowiedzenia i krzywdy. To wrażenie jak bardzo prawdziwa jest ta historia, bo tak naprawdę mogłaby być na czołówkach jutrzejszych gazet. To wszystko sprawia, że gorąco polecam Wam tę pozycję.

Jest to przede wszystkim książka, która nie jest lekka w odbiorze, za to paradoksalnie szybko się ją czyta ze względu na lekki styl autora. Sama powieść jest interesująca, choć nie ukrywam, iż końca historii czytelnik może łatwo się domyślić. Myślę jednak, że nie jest to tutaj najważniejsze. Autor, pomimo wybranego przez siebie dosyć trudnego tematu, jakim są relacje rodzinne oraz obsesyjne pragnienie posiadania dziecka prowadzące do skrajnych zachowań, poradził sobie naprawdę dobrze. Książka jest przede wszystkim wiarygodna, a to jest ogromny atut. Uważam więc, iż nie jest to powieść dla osób nastawionych na wydarzenia rodem z filmów sensacyjnych, a raczej dla czytelników trochę więcej wymagających od literatury popularnej.

„Raj nie istnieje”to obowiązkowa pozycja na liście miłośników thrillerów psychologicznych oraz wciągających i zaskakujących akcji.
Tę pozycję śmiało wpisuję na listę moich ulubionych.

Serdecznie Wam ten thriller polecam. Jest jednym z najlepszych jakie ostatnio czytałam i mogę go porównać do takich tytułów jak Nieznajoma w domu czy To, co zostawiła. Absolutnie fenomenalna, wręcz nieodkładalna książka! Koniecznie ją przeczytajcie. Idealna na wiosenne dni :)

Podsumowując - "Raj nie istnieje" to jeden z lepszych thrillerów psychologicznych jaki miałam okazję przeczytać. Autor zawarł w nim wszystko co tak bardzo cenię sobie w tym gatunku literackim. Świetna historia, doskonałe wykonanie i niesamowite bohaterki - to wszystko czeka na was w tej książce. Bardzo gorąco polecam wam tę pozycję i mam nadzieję, że zdecydujecie się na jej lekturę.

Fabuła książki jest bardzo ciekawa, wciągająca. Trudno się oderwać od czytania, trudno zostawić nim przeczyta się ostatnią stronę.
Ale czy w przypadku powieści "Raj nie istnieje" są same pozytywne rzeczy? Otóż moje zdanie jest takie: nie wszystko mi się podobało. Odrobinę rozczarowało mnie zakończenie, jest troszeczkę niejasne, ale trzeba przyznać- oryginalne i ciekawe.

Kiedy zobaczyłam okładkę książki Michaela Robothama "Raj nie istnieje" i przeczytałam opis, wiedziałam, że będzie to uczta czytelnicza. I nie pomyliłam się.

Autor stworzył rewelacyjne kreacje bohaterów, a dzięki podwójnej narracji, lepiej możemy poznać obie kobiety. Intrygujący są też drugoplanowi bohaterzy.

Z ogromnym zainteresowaniem śledziłam rozwój historii, perfidny plan Agathy podsycany ciągłymi niespodziankami serwowanymi przez autora, więc jeśli lubicie thrillery psychologiczne to zdecydowanie polecam. Wciągająca lektura od pierwszej do ostatniej strony.

Autor wykreował dwie osobistości w sposób idealny, bez najmniejszego zarzutu. Dawno nie spotkałam się w thrillerze z tak przemyślanymi, dopracowanymi bohaterami. Sama historia nie jest czymś nowym, odkrywczym, ale Michael Robotham nie popadł w przesadę, nikogo nie naśladował, a na swój sposób przedstawił nam problem. Elementy psychologiczne tworzą tutaj odpowiedni klimat, budują napięcie i nie pozwalają zapomnieć tak szybko całej tej opowieści. Czytelnik, a z pewnością ja, nie potrafię wyjść ze zdumienia, jak los lubi grać nam na nosie, jak szybko ludzkie życie może się zmienić. Na gorsze, na lepsze - to zależy. Jedni przeżywają osiemdziesiąt lat w szczęściu i dostatku, a drudzy w wielu dwudziestu lat szykują się na najgorsze. Nie możemy jednak nic na to poradzić. Wszak jesteśmy tylko ludźmi i mamy prawo do popełniania błędów. Warto więc cieszyć się chwilą i doceniać nawet najmniejszy drobiazg. 

Nie mogę zbyt wiele napisać o samej fabule, żeby nie zepsuć Wam frajdy czytania. Mogę jedynie powiedzieć, że wątek poruszony w książce nie jest szczególnie odkrywczy. Motyw, który pojawił się w tym thrillerze, był wielokrotnie wałkowany przez innych autorów. Jednak sama treść jest tak wciągająca, że trudno się od niej oderwać. Michael Robotham sprytnie dawkuje informacje, żeby powoli obnażać bohaterki i odsłaniać kolejne wydarzenia, zarówno te aktualne, jak i te, które miały miejsce w przeszłości i mają ogromny wpływ na przebieg historii. Autor w pewnym sensie stworzył doskonałe portrety psychologiczne przedstawionych postaci, ukazując, jaki wpływ ich dzieciństwo, czy wcześniejsze przeżycia miały wpływ na aktualnie podejmowane decyzje.

Fabuła nie ma żadnych luk, bohaterki są wyraziste, akcja jest dynamiczna, a lektura nie nudzi. Jednym słowem, oprócz oklepanego motywu, który mimo wszystko został ciekawie przedstawiony, nie ma się za bardzo do czego przyczepić. Polecam!

Podsumowując - "Raj nie istnieje" to znakomity thriller, który trzyma w napięciu a kolejnymi rewelacjami wciąż podsyca ciekawość. Doskonale skrojona fabuła, postacie, niezwykle wartka akcja i prosty w odbiorze język sprawiają, że czyta się bardzo szybko - zwłaszcza, że każdy pragnie poznać zakończenie :) To pozycja godna uwagi dla wszystkich wielbicieli gatunku oraz dla tych, którzy nie lubią się nudzić podczas czytania. Polecam, jednocześnie ostrzegając, iż grozi zarwaniem nocy.

„Raj nie istnieje” to jedna z ciekawszych lektur pierwszego kwartału roku 2018. To naprawdę wciągająca, trzymająca w napięciu i warta poznania książka. Jedna z tych, które pod popkulturową, rozrywkową formą skrywają mądrości i kwestie, które po prostu trzeba przemyśleć.

Napięcie jest stopniowane, przez co trudno odłożyć książkę. Ponadto cała historia została napisana jest bardzo lekkim, bogatym i co najważniejsze przyjemnym w odbiorze językiem. Dzięki temu całość czyta się naprawdę szybko. A ogromna ochota zaznajomienia się z finiszem, jeszcze bardziej wywołuje u odbiorcy presję szybszego i zachłannego czytania. 
 
Nie zabrakło również emocji, choć momentami ambiwalentnych, ale żywych i silnie wpływających na odbiorcę.
 
Raj nie istnieje to historia refleksyjna, między innymi skupiająca się na relacjach rodzinnych, ale przede wszystkim na obsesyjnym pragnieniu posiadanie dziecka. Jasno i klarownie ukazuje jak cienka potrafi być granica pomiędzy dobrem a złem.

Książka niewątpliwie zasługuje na plus ze względu na wcześniej wymienione przeze mnie napięcie. Istnieje wiele thrillerów psychologicznych, ale nie każdy potrafi przytrzymać czytelnika w niepewności. Do tej pory nie miałam okazji czytać pozostałych dzieł autora, ale jego styl przypadł mi do gustu i z całą pewnością zwrócę na niego większą uwagę. 

„Raj nie istnieje” budzi w człowieku różnorakie emocje: złość, zdziwienie, współczucie. Daje do myślenia na temat tego, ile jesteśmy skłonni zrobić, by osiągnąć upragnione szczęście. Na początku lektury zadajemy sobie pytania: czym wywołana jest obsesyjna fascynacja Agathy? Czy życie Meghan doprawdy jest takie idealne? Jakie „trupy” obie kobiety trzymają w szafie? Warto dotrwać do końca, by móc odpowiedzieć sobie na te pytania. Mniej więcej w połowie, akcja przyspiesza i już nie sposób się od niej oderwać. Serdecznie polecam!

O tym jak zakończy, a właściwie jak rozwijać się będzie ta historia, możemy przekonać się dzięki lekturze mistrzowsko skonstruowanej i napisanej powieści „Raj nie istnieje”. Znajdziemy w niej wszystko to, co zamienia dobrą powieść w prawdziwy bestseller, co sprawia, że raz przeczytanej opowieści, nie zapomina się nigdy. Fascynującej fabule towarzyszy doskonałe wyczucie proporcji, naprzemiennie możemy wysłuchać bowiem wersji Agathy i Meghan, które składają się na historie o matczynej miłości, o pragnieniu posiadania dziecka niezależnie od ceny, którą za realizację marzeń przyjdzie zapłacić. Doskonała jest również kreacja bohaterów, czytelnik zyskuje wgląd w ich działania, a także emocje co sprawia, że zaczynamy ze zdwojoną siłą przeżywać ich tragedie, że ich cierpienie, staje się naszym. Czy zaczynamy lepiej rozumieć Agathę? To pytanie pozostawiam otwartym dla tych wszystkich, którzy po książkę sięgną. Muszą jednak mieć świadomość, że od tej chwili zmieni się ich postrzegania rzeczywistości, że już nigdy więcej ich dzieci nie będą miały tyle swobody, co dotychczas, że już nigdy nie wypuszczą ich z objęć. 

arówno Agatha, pracująca w sklepie spożywczym, związana uczuciem z technikiem komunikacji w marynarce, jak i Meghan, wcześniej dziennikarka, teraz prowadząca bloga parentingowego, spełniona żona, matka dwójki dzieci, są w ostatnich tygodniach ciąży. Przy paru przypadkowych spotkaniach nieznajome zamieniają ze sobą kilka zdań. Jednak jedna nie wie, że jest pod baczną obserwacją drugiej, że w niedalekiej przyszłości jej życie zmieni się w istny koszmar i udrękę. Obie kobiety skrywają tajemnice, które nie powinny ujrzeć światła dziennego, ale czy uda się im je ukryć, nie dopuścić do ich ujawnienia? To było moje pierwsze spotkanie z twórczością Michaela Robothana, ale z pewnością nie ostatnie, przeczesywać będę księgarnie i zasoby bibliotek w poszukiwaniu jego książek, gdyż ta przygoda sprawiła mi wiele radości i satysfakcji czytelniczej. 

Książka pokazuje jak różna jest kobieca psychika i jak można ją zniszczyć. Jest to pierwsza książka tego autora z którą mam styczność, jednak sięgnę po inne. Bardzo spodobał mi się jego styl pisania i to jak przedstawił historie, która wielokrotnie została już wykorzystana. Jeśli lubicie ten gatunek, to zachęcam Was do przeczytania. Ja spędziłam z nią dwa dni, jednak kiedy już ją odłożyłam, towarzyszyła mi w myślach i nie dała o sobie zapomnieć.

"Raj nie istnieje" to opowieść, która pozwala zagłębić się w umysłach i życiu dwóch zupełnie różnych kobiet. Ich mroczne sekrety tworzą ciekawą łamigłówkę, która powoli rozpada się na naszych oczach, by ujawnić tajemnice, wpływające destrukcyjnie na życie wielu osób.
 
Powieść "Raj nie istnieje" budzi współczucie wobec ludzkiej kondycji, wyzwala emocje, pozwala spojrzeć na nasze pragnienie budowania szczęścia za wszelką cenę, zgłębia zakamarki okaleczonego umysłu.
Autor - mężczyzna - podołał próbie ukazania kobiecej psychiki. Potrafi zaangażować czytelnika emocjonalnie, tworząc wiarygodne postaci oraz wydarzenia. Jego narracja jest wnikliwa i bardzo intymna. Ukazuje niezwykłą dwudzielność między pragnieniami a rzeczywistością. Zwraca uwagę na to, że pragnienie idealnej rodziny, społeczna presja posiadania dziecka, może prowadzić kobietę do wielkiej desperacji. Kłamstwa, sekrety, trudna przeszłość stanowią tło powieści, w której nie jest łatwo określić, kto jest dobry, a kto zły. Kto jest ofiarą, a kto prześladowcą? 
I chociaż "Raj nie istnieje" wpasowuje się w tak zwaną popularną literaturę komercyjną, w której występują znane nam układy, to książkę czyta się naprawdę dobrze. Polubiłam ją od pierwszej do 480 strony ;-)

"Raj nie istnieje" to niezwykle wciągająca i trzymająca w napięciu książka. Wiele osób identycznie jak Aghata zazdrości innym tego, czego sama nie ma. Nigdy nie jesteśmy w stanie zrozumieć sytuacji drugiego człowieka, jeśli nie przeżyjemy tego co on. Aghata nie jest w stanie skupić się na sobie i choć życie jej idolki ma swoje wady, dziewczyna wyobraża je sobie jako idealne. Ludzie bardzo lubią licytować się kto ma gorzej i nie potrafią cieszyć się z tego co mają. Dotyczy to prawie wszystkich bohaterów z powieści Robothama. Zaskoczeniem był dla mnie Hayden, partner Aghaty. Zaimponował mi swoją dojrzałością i zrozumieniem jakie okazał w zaistniałej sytuacji.

Podsumowując, autor wykonał kawał dobrej roboty. Znakomicie oddał emocje towarzyszące ciężarnej Meghan, a także jej sytuację rodzinną. Wykreował świetną postać Aghaty, budzącej niesamowite zaufanie i współczucie. Smutna, szokująca i bardzo wciągająca historia. Ciężko ją odłożyć. Serdecznie polecam. 

Sama fabuła, mimo, że ciut schematyczna, rzeczywiście nie pozwalała się oderwać. Raj nie istnieje to duża dawka różnorakich emocji. Szczególnie będzie emocjonalna dla matek i kobiet starających się o dziecko, ponieważ te problemy porusza ta pozycja. Autor raz za razem zmusza nas do samodzielnego wyciągania wniosków i interpretowania zachowań bohaterek. To ile może znieść człowiek i jego psychika jest zaskakujące! No ale, jak wiadomo, nie ma lepszego czy gorszego życia- raj nie istnieje. 
 
Co do samego wydania tej książki to zachwyca okładka. Wózek na środku okładki, taki minimalistyczny a z drugiej strony jakże wymowny i połączony z treścią.
Trzcionka jest duża, co mnie cieszy, bo wydawnictwo dba o oczy swoich czytelników :) 
 
Podsumowując, jest to książka, która łatwa tematycznie nie jest. Ale szybko się ją czyta i mimo takiego tematu, czyta się łatwo. Jeden z lepszych thrillerów w tym roku - póki co :)
Morał? Cieszmy się tym co mamy, bo nie koniecznie inaczej, znaczy lepiej.

W tej książce mamy dwie główne bohaterki Aghatę i Meg. Aghata to pracownica sklepu. Skromna dziewczyna, która ma za sobą nieciekawą przeszłość. W pewnym sensie ma traumę z dzieciństwa, która ciągnie się za nią przez całe jej życie. Dziewczyna w pewnym momencie wariuje i udaje ciążę, aby porwać dziecko swojej nowej znajomej. Meg z kolei ma wszystko. Dwoje dzieci, męża i kolejne dziecko w drodze. Jej mąż jest prezenterem sportowym. Mają sielskie życie, ale do czasu...


To tak w skrócie. Nie będę wam dalej streszczała książki. Książka dość ciekawa, ale czytając ją dopiero akcja rozkręca się w połowie książki. Mimo wszystko książka jest dość ciekawa. Nie powiem wciągnęła mnie i bardzo szybko mi się ją czytało. Jest napisana prostym językiem.


Czy polecam tę książkę? Tak.

Książka robi wrażenie od samego początku. Dreszcze są, a to oznacza, że warto ją czytać. Bo ja, to wybredny czytelnik. Nie kończę sensacji, thrillerów czy horrorów jeśli nie są one dobre i nie podobają mi się. Jestem zdania, że tego typu lektury muszą mieć w swojej treści to "coś" co trzyma w szachu. Jeśli tego brakuje to nie warto poświęcać im swój czas. A "Raj nie istnieje" spełnia moje wszelkie wymogi i dlatego czytałam go z rumieńcem na policzkach. Nie byłam pewna końca historii, bo Autor wiele razy w fabule udowadniał, że psychika ludzka jest w stanie znieść wiele, ale jest też nieobliczalna. Obsesja i zadane rany mogą obudzić w nas potwora, ale i udowodnić, że drzemią w nas anielskie cechy. Temat na jakim opiera się fabuła jest chętnie wykorzystywany jako fundament tego typu lektur. Czytając nie miałam absolutnie wrażenia, że to jakiś "odgrzewany kotlet". Autor potraktował go indywidualnie i świeżo. Elementy psychologiczne zostały świetnie w ten tytuł wkomponowane. Czytelnik dogłębnie poznaje dwie główne bohaterki, które tracą w różny sposób kontrolę na swoimi światami. Los wymaga wiele, daje kuksańce, rzuca kłody pod nogi, zabiera zdolność racjonalnego myślenia. A wszystko przez marzenia, przez koszmary z przeszłości. 
Książka zdradza sekrety kobiecych dusz, pokazuje jak wrażliwa jest ludzka psychika i jak bardzo może zmienić nas choroba duszy na którą nie zawsze można podać na czas skuteczne lekarstwo. 
Warto skupić się na tej książce, przeżyć jej fabułę i zajrzeć do życia dwóch ciekawie skonstruowanych bohaterek, które nie zawsze dokonują w życiu dobrych wyborów. 
Gorąco polecam. Wspaniała historia, która nie zawiedzie. 
Autor,  Michael Robotham w swojej najnowszej książce „Raj nie istnieje” sięga po tematykę dość mocno- w literaturze - wyeksploatowaną. Obsesyjne pragnienie posiadania dziecka, skłaniające kobietę do działań w myśl zasady- „cel uświęca środki” to wątek z którym zapewne większość z was spotkała się czytając thriller czy kryminał.
Motyw, który zdaje się być tak dobrze znany oraz przewidywalność, której autorowi niestety nie udało się uniknąć działają na niekorzyść powieści. A jednak jest w niej coś takiego, co sprawia, że nie mogłam się od niej oderwać. Coś, co powoduje, że przez niemal pięćset stron przebrnęłam w błyskawicznym tempie.
Co to takiego? Główne bohaterki. Dwie silne i inteligentne kobiety, które stają się największym atutem powieści. Nie przeszkadzało mi to, że bez większych problemów udawało mi się przewidzieć dalszy rozwój wydarzeń. Skupiłam się właśnie na głównych postaciach. Na ich emocjach, ich wyborach i tajemnicach. A muszę dodać, że każda z pań ma niejeden sekret.
Dobrym pomysłem było wprowadzenie dwutorowej narracji. Te same wydarzenia widziane oczyma Meg i oczyma Agathy stają się wielowymiarowe. Emocje, które wywołują w czytelniku obie panie także stają się złożone. Od sympatii, współczucie i żal, po niedowierzanie i złość.
Zatem, jeśli dacie szansę powieści, która- nie ukrywam- jest przewidywalna i skoncentrujecie się na kluczowych postaciach, wielu z was nie odłoży jej, póki nie pozna finału.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ