Powieść obyczajowa
Cud na Piątej Alei
24,99 zł
37,99
KUP TERAZ

Cud na Piątej Alei

brak opinii
Liczba stron: 304
ISBN: 9788327632234
Premiera: 2018-01-24

Eva, nieuleczalna romantyczka, patrzy na życie przez różowe okulary i wierzy w szczęśliwe zakończenia. Jednak czasem nawet jej jest smutno. Po śmierci babki nie ma już żadnej rodziny i ciągle nie może znaleźć prawdziwej miłości, choć jej przyjaciółki dawno odszukały swoje połówki. Do tego nadchodzi Boże Narodzenie, a to trudny czas dla samotnych.

W liście do Świętego Mikołaja prosi więc o romans. Zbieg okoliczności sprawia, że śnieżyca nad Nowym Jorkiem więzi ją w jednym mieszkaniu z cynicznym i przepełnionym pesymizmem autorem kryminałów, których Eva nie cierpi. Wydaje się, że nie mogła trafić gorzej… 

Sarah Morgan

Sarah Morgan uważa, że romanse to najbardziej satysfakcjonująca z rozrywek. Od dziecka chciała być pisarką i chociaż jej życie nie zawsze podążało w tym kierunku, wreszcie się udało. Jej powieści są optymistyczne, za co często dostaje podziękowania od swoich czytelniczek.

W swojej pracy łączy biznes z przyjemnością. Krytycy określają jej powieści mianem „seksownych i pełnych akcji”. Czy może być lepsza zachęta do czytania?

– Jesteśmy na miejscu? – Eva wyjrzała przez okno taksówki. – Niesamowite. Mieszkanie ma pewnie widok na Central Park. Ile bym dała, żeby mieszkać tak blisko Tiffany’ego!

– Potrzebuje pani pomocy z tymi wszystkimi pakunkami? – Szofer spojrzał na nią w lusterku.

– Poradzę sobie, dziękuję.

Zapłaciła za kurs.

Zrobiło się rozpaczliwie zimno, a śnieg padał dużymi, mokrymi płatami, które ograniczały widoczność i osiadały na płaszczu. Kilka śnieżynek wylądowało na odkrytej szyi, wśliznęło się pod kołnierz jak lodowate palce. Wystarczyła chwila, a jej torby i płaszcz okrył śniegowy puch. Chodnik był jeszcze gorszy. Pośliznęła się na grubej warstwie zlodowaciałego śniegu i straciła równowagę.

– Aaaa… – Młóciła rękami w powietrzu i poleciałaby jak długa, gdyby nie portier, który zdołał przytrzymać Evę w ostatniej chwili.

– Uwaga. Jest diabelnie ślisko.

– Właśnie zauważyłam. – Wczepiła się w podane ramię. – Dziękuję. Nie chciałabym spędzać świąt w szpitalu. Podobno kiepsko karmią.

– Pomogę pani z bagażami.

Uniósł rękę i jak spod ziemi pojawiła się para pomagierów w liberiach, którzy załadowali jej torby i pakunki na wózek.

– Dziękuję. Zabieram wszystko do apartamentu na samej górze. Uprzedzono pana, że przyjadę. Zostanę tam przez kilka dni, żeby przyozdobić świątecznie mieszkanie klienta, który przebywa poza miastem. Lucas Blade.

Autor znanych na całym świecie kryminałów, z których przynajmniej tuzin utrzymywał się na listach bestsellerów.

Eva nie przeczytała ani jednego z nich.

Nienawidziła zbrodni – prawdziwej i fikcyjnej. Preferowała jasną stronę życia i ludzkie zalety. Nie chciała budzić się w nocy z krzykiem.

W budynku ogarnęła ją fala ciepła, odgoniła przeszywający mroźny powiew z Piątej Alei. Policzki ją szczypały, a palce mimo rękawiczek były zlodowaciałe. Nawet czapka naciągnięta na uszy nie chroniła wystarczająco dobrze przed srogą nowojorską zimą.

– Będę potrzebował jakiegoś dowodu tożsamości. – Portier był teraz zasadniczy i oficjalny. – Mieliśmy w okolicy serię włamań. Jak się nazywa firma?

– Urban Genie. – Wciąż czuła dumę, gdy wymieniała tę nazwę. Jej własna firma. Założyła ją z przyjaciółkami. Podała prawo jazdy. – Działamy na rynku od niedawna, ale idziemy jak burza. – Strzepnęła śnieg z rękawiczek i uśmiechnęła się. – Może nie jak burza, zważywszy na to, co się dzieje na dworze, ale jak przyjemny letni wiatr. Mamy wielkie nadzieje na świetlaną przyszłość. Oto klucze do apartamentu pana Blade’a. – Pomachała nimi, a spojrzenie portiera złagodniało.

Potem sprawdził podany dowód tożsamości.

– Jest pani na mojej liście. Proszę się podpisać.

– Mogę prosić o przysługę? – Eva podpisała się zamaszyście. – Kiedy wróci pan Lucas Blade, proszę mu nie mówić, że byłam. Dekoracja ma być niespodzianką. Otworzy drzwi do mieszkania i znajdzie wszystko gotowe do świąt. Zupełnie jak niezapowiedziane przyjęcie urodzinowe.

Wiedziała, że nie wszyscy lubią niespodziankowe przyjęcia, ale czyż rodzina nie powinna orientować się najlepiej? Babcia Lucasa była jedną z jej pierwszych klientek, a teraz stała się dobrą przyjaciółką. Dostała od niej wyraźne polecenie. Należy świątecznie przystroić mieszkanie. Wszystko ma być gotowe na Boże Narodzenie. Właściciel przebywał tymczasem w Vermoncie, pochłonięty pracą nad książką, i świat dla niego nie istniał. Przez weekend miała jeszcze przygotować świąteczne potrawy i wypełnić nimi lodówkę. Lucas wróci nie wcześniej niż w przyszłym tygodniu.

– Oczywiście, jestem do pani usług. – Portier uśmiechnął się.

– Dziękuję… – Zerknęła na plakietkę. – Albercie. Uratował mi pan życie. W niektórych egzotycznych kulturach to by oznaczało, że jestem pańską niewolnicą. Na szczęście dla pana żyjemy w Nowym Jorku. Nawet pan nie wie, jaki kłopot pana ominął.

– Babka pana Blade’a dzwoniła wcześniej i zapowiadała, że przyśle mu prezent. – Roześmiał się. – Nie spodziewałem się, że to będzie kobieta.

– To nie ja jestem prezentem, lecz moje umiejętności. Nie jestem przecież opakowana w srebrny papier i przewiązana czerwoną wstążką.

– Spędzi pani w apartamencie kilka nocy? Sama?

– Zgadza się. – Nic w tym dziwnego. Paige od czasu do czasu wpadała na nocowanie, ale poza nią Eva nie przyjmowała gości zostających do rana. Już nie pamiętała, kiedy ostatnio spędził u niej noc mężczyzna. To się musi zmienić. Zmiana była na samym szczycie listy jej gwiazdkowych życzeń. – Lucas wróci w przyszłym tygodniu, a przy tej pogodzie nie ma sensu, żebym się miotała po mieście tam i z powrotem. – Spojrzała przez przydymioną szybę na sypiący coraz gęściej śnieg. – Dzisiejsza pogoda nie zachęca do podróży.

– Wyjątkowa śnieżyca. Prognozują, że w ciągu nocy napada dodatkowych czterdzieści sześć centymetrów śniegu. Będzie wiało z prędkością osiemdziesięciu kilometrów na godzinę. Czas zaopatrzyć się w jedzenie i baterie do latarek i wyciągnąć ze schowków łopaty do odśnieżania. – Albert spojrzał na jej pakunki, z których wysypywały się choinkowe ornamenty. – Wygląda na to, że nie będzie się pani martwiła pogodą. Ręce pełne roboty przy świątecznej dekoracji. Pewnie kocha pani Boże Narodzenie.

– To prawda. – A przynajmniej tak było, dopóki żyła babcia. Eva zamierzała znów stać się dawną sobą. Na samo wspomnienie poczuła ból w sercu. – A jak to jest z panem, Albercie?

– Będę w pracy. Straciłem żonę. Byliśmy razem przez czterdzieści lat. Nie mieliśmy dzieci, więc święta spędzaliśmy we dwoje. Zostałem sam jak palec. Lepiej mi na dyżurze niż w pustym mieszkaniu przy odgrzewanym obiedzie z supermarketu. Lubię być wśród ludzi.

Eva poczuła przypływ współczucia. Rozumiała potrzebę przebywania wśród ludzi. Była taka sama. Nie to, że źle znosiła samotność. Radziła sobie z nią. Jednak mając wybór, zawsze wolałaby czyjeś towarzystwo. Sięgnęła do kieszeni i wyciągnęła wizytówkę.

– Niech pan to weźmie – powiedziała impulsywnie.

– Sycylijska restauracja Romano’s, Brooklyn?

– Najlepsza pizza w Nowym Jorku. Właścicielką jest mama jednego z moich przyjaciół. W Boże Narodzenie zaprasza do stołu wszystkich, którzy się tego dnia u niej pokażą. Pomagam jej w kuchni. Potrafię gotować, choć ostatnio organizujemy duże imprezy dla naszych klientów, więc zatrudniam zewnętrznych dostawców i restauratorów. – Za dużo gadam, pomyślała i wskazała na wizytówkę. – Jeśli będzie pan wolny w Boże Narodzenie, proszę do nas dołączyć, Albercie.

– Spotkała mnie pani przed pięcioma minutami. – Spojrzał na nią zaskoczony. – Dlaczego mnie pani zaprasza?

– Ocalił mnie pan, gdy o mało nie wywinęłam orła na chodniku. A poza tym chodzi o święta. Nikt nie powinien być sam w Boże Narodzenie. – Sam. To słowo wraca do niej jak bumerang. – Nie zamierzam zaszyć się w domu. Gdy tylko przestanie padać i da się coś zobaczyć na metr przed sobą, wyskoczę do Central Parku i zrobię gigantycznego bałwana wielkości Empire State Building. Nazwę go Bałwanem Empire State. A skoro już mowa o gigantach, zamówiłam dostawę choinki. Mam nadzieję, że dotrze jeszcze przed zamiecią. Pomyśli pan, że buchnęłam ją sprzed Rockefeller Center, ale przysięgam, nic z tych rzeczy.

– Taka wielka?

– Mój klient mieszka w luksusowym apartamencie. Takie mieszkanie wymaga odpowiedniego drzewka. Mam nadzieję, że uda mi się wtargać je na górę.

– Proszę się nie martwić. Zajmę się tym. – Zmarszczył brwi. – Czy rodzina nie będzie się niepokoiła? Może jednak powinna pani wrócić do domu, dopóki się da?

Niechcący trafił w jej czuły punkt.

– Będzie mi znakomicie. Ciepło i bezpiecznie. Dziękuję, Albercie. Jest pan na medal.

Poszła do windy, starając się nie myśleć o wszystkich mieszkańcach Nowego Jorku wracających teraz do swoich domów. Śmiech, radosne powitania, uściski.

Wszyscy to mają, tylko nie ona.

Jest sama jak palec.

Nie ma żadnego żyjącego krewnego. To prawda, ma przyjaciół, wspaniałych, ale z jakiegoś powodu to nie zmniejsza bólu.

Jest sama.

Dlaczego w czasie świąt Bożego Narodzenia samotność wydaje się jeszcze bardziej dotkliwa?

Winda wznosiła się gładko i w ciszy. Wreszcie drzwi się otworzyły.

Mieszkanie Lucasa Blade’a znajdowało się zaraz na wprost. Podziękowała dwóm pomagierom, którzy wnieśli za nią torby i paczki, i starannie zamknęła drzwi.

Kiedy się rozejrzała, oczarował ją spektakularny widok z okna, które zajmowało całą ścianę salonu.

Nie włączyła światła. Zdjęła tylko buty, żeby nie wnosić śniegu, i w skarpetkach podeszła do szklanej ściany.

Jedno trzeba przyznać, Lucas Blade ma dobry gust i klasę.

Miał też ogrzewanie podłogowe, więc rozkoszne ciepło przeniknęło przez grube wełniane skarpety i pomału rozmroziło jej stopy.

Patrzyła na dominujące na horyzoncie wieżowce, a uczucie chłodu wreszcie ustąpiło i stopniały ostatnie płatki śniegu.

Przed sobą w dole widziała światełka na Piątej Alei, gdzie kilku odważnych taksówkarzy przebijało się przez Manhattan. Wkrótce wszystko zasypie śnieg. Drogi zostaną zamknięte. Jazda samochodem stanie się niemożliwa, a przynajmniej nierozsądna. Nowy Jork, miasto, które nigdy nie zasypia, zapadnie w wymuszony bezruch.

Duże płatki opadały i wirowały, niesione przez wiatr, wreszcie osiadały na rosnącej grubej warstwie bieli otulającej miasto.

Eva objęła się ramionami. Spojrzała na srebrzystobiałe połacie Central Parku.

Oto Nowy Jork w swojej najpiękniejszej zimowej szacie. Dlaczego Lucas Blade uważał, że musi wyjechać, aby pisać w spokoju? Nie miała pojęcia. Gdyby to mieszkanie należało do niej, chyba by z niego nie wychodziła.

On jednak miał swoje powody.

Wciąż był w żałobie. Trzy lata temu przed świętami Bożego Narodzenia stracił ukochaną żonę. Jego babka opowiedziała Evie, jak bardzo się zmienił pod wpływem osobistej tragedii. Nic dziwnego. Stracił miłość swojego życia, pokrewną duszę.

Ewa oparła się czołem o szybę. Głęboko mu współczuła.

Przyjaciele mawiali, że jest zbyt wrażliwa, jednak ona przyzwyczaiła się, że wszystko tak bardzo przeżywa. Potrafiła wyobrazić sobie cierpienie Lucasa, choć nigdy go nie spotkała.

Spotkać miłość swojego życia tylko po to, by ją stracić – to okrucieństwo losu.

Jak się pozbierać po czymś takim?

Sama nie wiedziała, jak długo stała przy oknie, ale nagle poczuła, że nie jest sama. Zaczęło się od mrowienia na karku, które szybko przerodziło się w lodowaty dreszcz strachu, gdy usłyszała jakieś skrzypnięcie.

Chyba jej się przesłyszało. Przecież była sama. Luksusowy budynek miał jeden z najlepszych systemów zabezpieczeń w mieście, a sama zamknęła drzwi.

Nikt za nią nie szedł, więc mieszkanie powinno być puste, chyba że…

Przełknęła głośno ślinę, bo nagle przyszło jej do głowy inne rozwiązanie.

…ktoś tu się zakradł wcześniej.

Powoli odwróciła głowę, żałując, że nie zapaliła światła. Niebo pociemniało i całe mieszkanie wydawało jej się pełne podejrzanych cieni i tajemniczych zakamarków. Wyobraźnia zaczęła pracować gorączkowo, nie dopuszczając do głosu rozumu. Tamten odgłos mógł być wywołany czymś niewinnym. Mógł pochodzić zza ściany.

Wstrzymała oddech, a wtedy usłyszała kolejny dźwięk, tym razem zdecydowanie wewnątrz mieszkania. Brzmiało to jak odgłos ostrożnych kroków. Ktoś się skradał i robił to bardzo cicho.

Jakiś cień poruszył się za nią.

Przeszył ją paraliżujący strach.

Zaskoczyła włamywacza. Przestało być ważne, jak i kiedy wszedł. Liczyło się, jak się stąd wydostać.

Od drzwi dzielił ją ogromny dystans.

Uda się?

Serce jej waliło, dłonie były wilgotne od potu.

Pożałowała, że zdjęła buty.

Zaczęła się skradać do drzwi, a jednocześnie wyciągnęła komórkę. Ręce jej się trzęsły tak bardzo, że omal jej nie wypuściła.

Wcisnęła przycisk alarmowy. Odezwał się kobiecy głos.

– Telefon alarmowy 911.

– Pomocy, ktoś jest w mieszkaniu – wyszeptała do słuchawki Eva.

– Proszę mówić głośniej.

– Ktoś jest w mieszkaniu.

Drzwi były o krok. Jeśli uda jej się zjechać do Alberta…

Jakaś ręka zatkała jej usta. Zanim Eva zdążyła wrzasnąć, wylądowała na podłodze, przygnieciona przez silne męskie ciało.

Napastnik ją unieruchomił. Jedną ręką zatkał jej usta, a drugą brutalnie przyciskał jej dłonie.

Do jasnej anielki!

Gdyby mogła, z pewnością wzywałaby pomocy, ale nie była w stanie otworzyć ust.

Nie mogła się ruszyć. Nie potrafiła głębiej odetchnąć, choć o dziwo jej zmysły były na tyle wyczulone, że przyszło jej do głowy, iż rabuś naprawdę dobrze pachnie.

Co za ironia losu, że gdy po dwóch latach marzeń i nadziei wylądowała wreszcie z facetem w pozycji horyzontalnej, ten usiłuje ją zabić.

Co za szkoda i jaka perfidna ironia losu.

„Tu leży Eva, której gwiazdkowym życzeniem było znaleźć się w ramionach mężczyzny, ale nie określiła dokładnie okoliczności”.

To ma być jej ostatnia myśl? Jak widać mózg płata figle, gdy zaczyna mu brakować tlenu. Skoro już ułożyła dla siebie epitafium, umrze teraz w ciemnym mieszkaniu, kilka tygodni przed świętami, zmiażdżona przez przyjemnie pachnącego osiłka o mięśniach z żelaza. Jeśli Lucas Blade nie wróci w planowanym terminie, jej ciało znajdą po wielu tygodniach. Trwa przecież burza śniegowa, eufemistycznie określana jako „zimowe załamanie pogody”.

Wściekłość dodała jej sił.

Nie! Nie chce umrzeć bez pożegnania się z przyjaciółkami. Kupiła już prezenty gwiazdkowe dla Paige i Frankie, a nikt nie wie, gdzie je ukryła. W jej mieszkaniu panuje koszmarny bałagan. Wciąż powtarzała sobie, że trzeba posprzątać, ale jakoś nie znalazła na to czasu. A jeśli policja będzie tam poszukiwała wskazówek? Wszystko jest porozrzucane na podłodze. Co za wstyd. Ale silniejsze było pragnienie, żeby jeszcze raz nacieszyć się Bożym Narodzeniem w Nowym Jorku i nie umierać, dopóki przynajmniej raz w życiu nie zazna obłędnego, cudownego seksu, od którego ziemia się porusza.

To nie może być ostatni kontakt fizyczny z mężczyzną.

Chce żyć, za wszelką cenę.

Z rozpaczliwym wysiłkiem spróbowała wymierzyć agresorowi cios głową, ale z łatwością go uniknął. Usłyszała tylko przyspieszony oddech, dostrzegła czarne włosy i iskrzące się gniewem oczy. W tym momencie rozległo się łomotanie do drzwi i krzyki policjantów.

Osłabła z wrażenia.

A jednak zlokalizowali jej zgłoszenie.

W myślach podziękowała opatrzności. Napastnik zaklął pod nosem. Policja wpadła do środka, a tuż za nimi stanął Albert.

W tym momencie kochała starego portiera najbardziej na świecie.

– Policja, stać!

Pokój zalało światło elektryczne, a przygniatający Evę mężczyzna wreszcie ją puścił.

Gwałtownie zaczerpnęła powietrza. Przymrużyła oczy i poczuła, że mężczyzna ściąga jej czapkę z głowy. Włosy opadły jej na ramiona.

Na moment ich spojrzenia się spotkały, a wtedy dostrzegła zaskoczenie i niedowierzanie napastnika.

– Kobieta?

Miał niski, seksowny głos. Seksowny głos, seksowne ciało. Szkoda, że bandyta.

– Jasne, że kobieta. A przynajmniej nią byłam. Teraz nawet nie wiem, czy jeszcze żyję.

Eva ostrożnie sprawdzała, czy wszystko jest na swoim miejscu i czy jest w stanie poruszać nogami i rękami. Mężczyzna wstał sprężystym kocim ruchem, a ona zauważyła zszokowane miny policjantów.

– Lucas? Nie wiedzieliśmy, że jesteś w domu. Przyjęliśmy zgłoszenie od niezidentyfikowanej kobiety, że było włamanie.

Lucas? Napastnikiem był Lucas Blade? Przecież to nie kryminalista, tylko właściciel mieszkania!

Przyjrzała mu się uważnie i dotarło do niej, że wygląda znajomo. Widziała jego twarz na okładkach książek. Trudno było się pomylić. Ostre rysy twarzy, wyrazisty nos, czarne oczy i włosy. Aparycja równie pociągająca co zapach, a ciało… Nie potrzebowała taksować wzrokiem szerokich barków i napiętych mięśni, żeby wiedzieć, jaki jest silny. Przed chwilą leżała przygnieciona jego ciężarem, świetnie zdawała sobie z tego sprawę. Poczuła dziwne łaskotanie w brzuchu.

Co się z nią dzieje?

Facet o mało jej nie zabił, a ona ma na jego temat erotyczne myśli.

Kolejny dowód, że długotrwałe życie w celibacie jej nie służy. Zdecydowanie trzeba jakoś temu zaradzić.

Odwróciła głowę i myślała gorączkowo.

Co Lucas robi w swoim mieszkaniu? Przecież miał być w Vermoncie?

– Ta kobieta się do mnie włamała – stwierdził ponuro Lucas i wszyscy jak na komendę spojrzeli na Evę.

Wszyscy poza Albertem, który najwyraźniej był skonfundowany.

– Nie jestem włamywaczką. Powiedziano mi, że mieszkanie będzie puste – oburzyła się Eva. – Miało pana nie być.

– Skąd pani wie? Sprawdza pani, które apartamenty będą puste w czasie świąt?

Może jest seksowny, ale zdaje się, że zbyt rzadko się uśmiecha. Eva nie rozumiała, dlaczego nagle to ona musi się tłumaczyć.

– Oczywiście, że nie. Zostałam o to poproszona.

– Ma pani wspólnika?

– Gdybym się włamała, czy dzwoniłabym na policję?

– Czemu nie? Zorientowała się pani, że ktoś jest w domu, więc spróbowała udawać Bogu ducha winną.

– Ale ja jestem niewinna. – Eva spojrzała na gospodarza z niedowierzaniem. – Ma pan dziwaczny, chory umysł.

Szukała wzrokiem wsparcia u policjantów, ale nie okazali zrozumienia.

– Proszę wstać.

Głos policjanta był szorstki i nieprzyjazny, więc Eva uniosła swoje poobijane ciało i usiadła.

– Łatwo powiedzieć. Mam przynajmniej czterysta połamanych kości.

Lucas szarpnął ją za rękę i zmusił do wstania.

– W ludzkim ciele nie ma czterystu kości.

– Właśnie że tak, skoro większość została połamana. – Evy nawet nie zdziwiło, że Lucas uniósł ją bez wysiłku. Zdążyła poczuć na sobie to mocne, dobrze umięśnione ciało. – Dlaczego wszyscy się na mnie gapią? Zamiast przesłuchiwać mnie na temat rzekomego włamania, proszę go aresztować za napaść na kobietę. Co pan tu robi, do licha? Miał pan być w Vermoncie, a nie czaić się w ciemności.

– To mój dom. Nikt nie „czai się” we własnym mieszkaniu. – Zmarszczył brwi. – Skąd pani wiedziała, że jestem w Vermoncie?

– Powiedziała mi pańska babcia. – Eva rozcierała bolącą kostkę. – I podtrzymuję: skradał się pan w ciemnościach.

– To pani się czaiła w mroku.

– Podziwiałam śnieg. Jestem romantyczką. To chyba nie zbrodnia?

– My o tym zadecydujemy – przerwał jej policjant. – Zabierzemy podejrzaną na posterunek.

– Czekajcie. – Lucas podniósł dłoń, a to wystarczyło, żeby funkcjonariusz się zatrzymał. – Mówi pani, że moja babcia powiedziała o wyjeździe do Vermontu?

– Wszystko się zgadza, panie Blade – oznajmił Albert. – To jest Eva. Przysyła ją pańska babka. Sam sprawdziłem. Nikt nie wiedział, że jest pan w swoim apartamencie – zauważył z nutą nagany.

Lucas puścił to mimo uszu.

– Zna pani moją babcię? – zapytał Evę.

– Oczywiście. To ona mnie zatrudniła.

– Do czego konkretnie?

Oczy mu pociemniały. Przypominały niebo niemal czarne przed groźną burzą.

Babcia Lucasa w kółko opowiadała o swoim wnuku. Wspomniała, że był znakomitym narciarzem, że kiedyś spędził okrągły rok w arktycznej chacie, że biegle posługiwał się francuskim, włoskim i rosyjskim, że trenował przynajmniej cztery rodzaje sztuk walki i nigdy nie pokazywał nikomu swoich książek, dopóki ich nie skończył.

Nie wspomniała tylko, że potrafi budzić grozę.

– Miałam przygotować pańskie mieszkanie na nadchodzące święta Bożego Narodzenia.

– I?

– I co? To wszystko. Jaki niby miałabym inny powód? – Dostrzegła złośliwy wyraz jego oczu. – Sugeruje pan, że włamałam się, bo chciałam pana poznać?

– To nie byłby pierwszy taki przypadek.

– Kobiety robią takie rzeczy? – Oburzenie zmieszało się z zaciekawieniem. Nawet jej nie przyszedłby do głowy taki pomysł w pogoni za facetem. – Jak to wygląda? Rzucają się na pana, zamiast powiedzieć dzień dobry?

Lektura nie jest wymagająca, czyta się szybko i bardzo przyjemnie. Nie ma niespodziewanych zwrotów akcji, choć jest pewna nuta niepewności dotycząca głównych bohaterów. Każdy lubi przeczytać historię z dobrym zakończeniem, więc polecam jeśli czujecie, że właśnie takiej lektury potrzebujecie - nie zawiedziecie się :) 
Ps. czytanie w zimowej scenerii + 10 do bajkowości historii! 

Podsumowując, Cud na Piątej Alei to lekka i zabawna historia miłosna dwójki ludzi, którzy byli dla siebie jak ogień i woda. To też opowieść o szukaniu szczęścia i godzeniu się z przeszłością. Całkiem przyjemnie mi się ją czytało. Muszę przyznać, że nie raz wywołała uśmiech na mojej twarzy. Może nie jest to nic nadzwyczajnego. Może to typowy romans z nieco schematycznymi postaciami. Ale spodobało mi się i czytałam z zaciekawieniem aż do ostatniej strony. To taka niewymagająca historia na jeden wieczór.

Sarah Morgan posługuje się lekkim i plastycznym stylem, który bardzo przypadł mi do gustu i sprawił, że książkę pochłonęłam w błyskawicznym tempie. „Cud na Piątej Alei” to jeden z lepszych romansów, z jakimi miałam okazję zapoznać się w ostatnim czasie. Mimo iż nie jest łatwo uniknąć schematów, zwłaszcza w tym gatunku, to autorce udało się napisać niebanalną i pełną błyskotliwych dialogów historię, która zaskakuje, bawi i wzbudza ciepłe i pozytywne uczucia. Jest to wzruszająca, romantyczna i napawająca optymizmem opowieść o szukaniu miłości, stracie, strachu przed zaangażowaniem i oczywiście przyjaźni, w której nie brakuje zabawnych momentów, jak również działających na wyobraźnię zmysłowych i pełnych iskier scen. Serdecznie polecam tę pozycję entuzjastkom romansów oraz fanom twórczości Sarah Morgan. Jestem pewna, że się nie zawiedziecie!

„Cud na Piątej Alei” to historia rodzącego się uczucia, uporania się z przeszłości i tęsknotą za najbliższymi. Powieść przede wszystkim bawi, a jej optymistyczne przesłanie sprawia, że jej lektura to czysta przyjemność. Idealna na popołudnie/wieczór z kocem i kubkiem gorącej herbaty.  

Bardzo, bardzo przyjemnie spędziłam czas. Historia Evy i Lucasa mocno mnie wciągnęła. On- przeciwnik świąt, ona kochająca. On wiele przeżył, ona też. Gdy się spotykają nie wiedzą, że każde ma spory bagaż doświadczeń, coś co rzutuje na ich życie. Czy uda im się dojść do porozumienia i pokonać smutki i prozę życia codziennego?
Niby jest to historia sztampowa, jednak ma coś w sobie. Coś, co nie pozwala książki odłożyć do momentu gdy się nie dotrze do ostatniej strony. Jest dbałość o szczegóły, są wyraziści bohaterowie i "to coś".
Zapraszam do przeczytania, dowiecie się co łączy organizatorkę przyjęć, wesel, oświadczyn, która sama jest singielką oraz pisarza kryminałów, który zaczyna cierpieć na brak weny.

Wydawało by się, że ot taki romansik. A jednak nie. Dawno nie miałam okazji czytać czegoś z jednej strony bez myślenia, bo ten gatunek niestety tak mi się czyta, a z drugiej dostałam na prawdę świetnie wykreowane postacie. Jak dodamy do tego, że chcąc nie chcąc skromny, bo skromny, ale dostałam tu dodatek w postaci autora kryminałów oraz kilku wątków jego powieści to musiałam być w efekcie końcowym zadowolona. I tak właśnie było. Dla mnie książka na plus z zaznaczeniem, że maksymalnie kilka godzin czytania. Ubywa jej bardzo szybko.

 Lecz tak jak wyżej wspomniałam, czyta się ją przyjemnie, historia, która nam dano, jest świetna i mimo kilku również nudnych momentów jest warta, by sięgnąć po nią i dowiedzieć się jak potoczą się losy drugoplanowej bohaterki, która wreszcie zdobyła miejsce w całej historii. Dlatego z wielką przyjemnością wam ją polecam, wiedząc, że jest to kolejna dobra część. Ci jednak pierwszy raz spotkali się z tą serią, polecam sięgnąć po pierwszą część i przekonać się jak miła i przyjemna jest to w odbiorze seria.

Powieść pisana lekką ręką, tworząc równocześnie dynamiczną i swobodnie przepływającą akcję. Świeżość i wartość akcji możliwa jest dzięki krótko sformułowanym kolejnym rozdziałom, które tylko zachęcają do dalszej wędrówki przez strony. Szybko zatem je chłonęłam. Powieść z gatunku wydaje się banalna, bo jednak Czytelnik oczekuje na szczęśliwe zakończenie, niemniej, gdzieś po drodze, właśnie ten Czytelnik zbiera wiele własnych i jego dotyczących refleksji związanych z relacjami międzyludzkimi oraz poszczególnymi interakcjami, jakie w nich występują. W każdym razie, powieść zachęca do otworzenia się na drugiego człowieka, na empatię, wzajemnie wsłuchiwanie się w drugą osobę, ale również w potrzeby i głos swojego serca. Koniec końców, warto zaufać sobie i pozwolić raz jeszcze, aby miłość zagościła w naszym życiu, bo każda jest inna, niepowtarzalna i wyjątkowa..

Cud na Piątej Alei to ciepła i piękna historia. To miłość, jaką życzyłabym każdemu. Idealna lektura na walentynki. Polecam! 

Cud na piątej Alei to taka współczesna baśń o Kopciuszku w zimowej scenerii Nowego Jorku. Jest świąteczna magia, wsparcie najbliższych przyjaciół i rodziny oraz romantyczny wątek. Dialogi, jakie stworzyła Sarah Morgan są pełne humoru, przekmarzań i ciekawych rad, które w codziennym życiu należałoby zagubione na powrót odnaleźć. Jest to ciekawa, zabawna, romantyczna i dobrze napisana romantyczna powieść bożonarodzeniowa.

W książce autorka zastosowała trochę bożonarodzeniowych chwytów- ubieranie choinki, śpiewanie kolęd, pieczenie pierniczków. Jest też zimowy bal charytatywny, jest śnieżyca, jest lepienie bałwana - same fajne motywy, idealnie wpasowujące się w konwencję gatunku, jaki reprezentuje książka. Dzięki temu atmosfera w tym romansie jest bardzo przyjemna, czasem lekka i zabawna, czasem znów wzruszająca. 
 
Bardzo żałuję, że nie przeczytałam tej książki w grudniu. Ale nic straconego. Mogę przecież zrobić sobie z niej powtórkę za jedenaście miesięcy. Zdecydowanie wpisuję ją na moją listę świątecznych romansów.

Cud na Piątej Alei wciągnął mnie tak bardzo, że nie odłożyłam książki, póki nie dotarłam do ostatniego zdania o 4 nad ranem. To chyba najlepsza rekomendacja dla tego tytułu, prawda? To ciepła opowieść, która otula jeszcze świąteczną i zimową pierzynką, pod którą skrywają się również historie dwóch cierpiących dusz. Ludzi, którzy na swój sposób radzą sobie z cierpieniem. Śmiałam się i rozczulałam w trakcie czytania tyle razy, że nie sposób zliczyć, ale też razem z nimi przeżywałam ich rozpacz. Będę wracać do tego tytułu, a i poprzednie części mam zamiar nadrobić.

Jeśli lubicie baśń o Kopciuszku, to Cud na Piątej Alei jest jej współczesną luźną adaptacją. Magia świąt, przyjaźń, poczucie humoru i miłość, która jednocześnie może przerażać i uskrzydlać.

Dużo osób polecało mi książki Sarah Morgan, ale nigdy nie były mi one po drodze. Po przeczytaniu tej historii zapragnęłam zapoznać się ze wszystkimi jej pozycjami. Czasami potrzebuje takich powieści, gdzie jest miłość, uczucie, bohaterzy, którzy zaciekawią swoją osobowością, charakterem i w historiach autorki na pewno te cechy znajdę. Niedawno zakupiłam Bezsenność na Manhattanie i zamierzam w najbliższym czasie zatracić się w opowieści. Gorąco polecam.

Podsumowując - powieść Sarah Morgan to pokryta grubą warstwą białego puchu historia o bólu, utracie, przyjaźni, zdeptanych marzeniach oraz braku weny twórczej, na którą można znaleźć bardzo nietypowe lekarstwo. Jest nieco romantycznie, ale i z maleńkim dreszczykiem, wszak to nie sensacja tylko obyczajówka. "Cud na Piątej Alei" ma jeszcze jeden kontrast - im większy mróz i śnieg na ulicach Nowego Jorku, tym bardziej iskrzy między bohaterami książki. Polecam jako lekturę odprężającą i zarażającą optymizmem.

Cud na Piątej Alei to niezwykle klimatyczna i urzekająca książka. Podobnie jak przez Zachód w Central Parku, straciłam przez nią noc. Zaczęłam czytać ją wieczorem, skończyłam w nocy. Oczywiście nie żałuję. Obudziłam się rano i na nowo zaczęłam czytać zaznaczone fragmenty. Bardzo polubiłam bohaterów. Początkowo Lucas nie przypadł mi do gustu i zastanawiałam się czy ma szansę się to zmienić. Bałam się, że zepsuje mi to ogólne wrażenie książki. Szybko jednak przekonałam się do niego, a on sam podbił moje serce. Eve oczywiście zyskała moją sympatię od razu, a właściwie to nawet już w poprzednim tomie. Sama jestem nieuleczalną romantyczką i czułam się jakby ona była moją siostrą bliźniaczką, trochę bardziej optymistyczną ode mnie. 

Czy ta książka jest dla ciebie? Jeśli szukasz lektury na niedzielne popołudnie o nieskomplikowanej i lekkiej fabule z pozytywnym zakończeniem, to myślę, że "Cud na Piątej Alei" przypadnie Ci do gustu.

"Cud na Piątej Alei" to piękna historia o tym, jak zranione dusze potrafią znaleźć szczęście u boku zupełnie obcej osoby. To powieść przepełniona zabawnymi, ironicznymi i inteligentymi dialogami, które sprawią, że uśmiech nie raz zagości na twarzy czytelnika.
Kochani, serdecznie Wam polecam tę niezwykle ciepłą i cudowną powieść idealną na jeden wieczór przy kubku gorącego kakao. Możecie być pewni, że Sarah Morgan Was nie zawiedzie, a dostarczy wielu emocji. A stworzone przez nią postaci, tylko czekają na to aby je pokochać. Jeżeli jeszcze nie znacie tej serii, to gorąco Was zachęcam do zapoznania się twórczością autorki.

Podsumowując - takie książki lubię - nieskomplikowane, romantyczne, a zarazem skłaniające do chwili refleksji, no i ukazujące magię Świąt i miłości. 

"Cud na Piątej Alei" to lekka i przyjemna w czytaniu książka, w sam raz na wieczór. Pomimo wszystko lektura tej książki mnie wciągnęła, bo Eva to taka urocza, energiczna postać, obok której nie można przejść obojętnie. Dialogi są niekiedy zabawne, ironiczne i pełne przekomarzań, a autorka zaserwuje w nich odrobinę życiowych cytatów. Myślę, że ta książka będzie idealna dla osób, które liczą na niezobowiązującą lekturę, albo dla tych, którzy nie mają wielkich oczekiwań. Z pewnością nie znajdziecie tu cukierkowego romansu, bo bohaterowie starają się uciec od tego, co do siebie zaczynają z czasem czuć. 

"Cud na Piątej Alei" to lekka jak piórko powieść o tym, że miłość w życiu zawsze gra pierwsze skrzypce. Urocza i zabawna historia pełna subtelnych zwrotów akcji umili Wasz czas i sprawi, że poczujecie przyjemne ciepło w sercu. Bardzo lubię książki Sarah Morgan jednak uważam, że powyższa jest najlepszą i najbardziej udaną w serii - którą swoją drogą możecie czytać bez zachowania chronologii. Polecam - dla dobrego samopoczucia i szczęśliwych chwil.

„Cud na Piątej Alei” to bardzo fajna komedia romantyczna, przy której miło można spędzić czas. Mogłabym nawet napisać, że to taka współczesna opowieść o Kopciuszku, który nagle trafił na swojego księcia. Oczywiście na zabraknie w niej bohaterów z poprzednich części, bo dziewczyny to takie przyjaciółki aż do śmierci. Ja mimo małych zgrzytów świetnie spędziłam przy niej czas, więc mogę ją Wam tylko polecić. Mam nadzieję, że i Wam spodoba się historia romantycznej Eve i cynicznego Lucasa.

„Cud na Piątej Alei” to książka przy której można się odprężyć. Autorka stworzyła bohaterów, którzy czytelnikom kradną serca. A historia o współczesnym kopciuszku wciąga od samego początku. Kibicujemy Evie podczas dokonywania zmian w Lukasie i wkurzamy się na pisarza za gburowatość i brak serca.
 
Ta powieść jest magiczna, a to pewnie za sprawą świątecznej atmosfery i miłości, która niespodziewanie spada na bohaterów. Polecam!!!

 

Książka ma cudowny klimat i jest napisana w bardzo ciekawy sposób. Wprowadza czytelnika w świąteczny nastrój. Ja jestem osobą, która uwielbia klimat przedświąteczny i wszystko, co ze świętami związane. Uwielbiam takie książki i dlatego bardzo chętnie po nie sięgam. Jeśli znacie tę autorkę, to nie muszę wam mówić, że to książki się po prostu połyka w całości na jednym posiedzeniu. Ja przeczytałam wszystkie książki tej autorki i czekam na więcej. Jeśli nie znacie Sarah Morgan, to jak najbardziej zachęcam do zapoznania się z jej książkami.

"Cud na Piątej Alei" to niezwykle klimatyczna książką. Zimowa aura doskonale kontrastuje ze wzrastająca, pomiędzy bohaterami, temperaturą. Napięcie rośnie, hormony buzują, a rozum toczy walkę z sercem. Historia Evy i Lucasa nie przypomina bajkowej miłości, ale ma w sobie więcej magii niż niejedna baśń. Jest naprawdę niezwykła

"Cud na Piątej Alei" to historia o przeciwieństwach, niełatwej miłości i odnajdywaniu szczęścia. Momentami zabawne, inteligentne i ironiczne dialogi umilają lekturę. Moje pierwsze spotkanie z twórczością Sarah Morgan uważam za naprawdę udane, a "Cud" zapamiętam jako pełną ciepła i miłości opowieść.

Jak już wcześniej wspomniałam, nie szukałam powieści idealnej, tylko czegoś przyjemnego do czytania, a że lubię czasami takie romantyczne historie, nie spisuję tej książki na straty. "Cud na Piątej Alei" to love story, po które część z Was na pewno ma ochotę nieraz sięgnąć, dlatego polecam czytelnikom szukającym lekkiej rozrywki na zimowy wieczór, wielbicielom miłosnych opowieści, a także tym, którym przyda się poprawa humoru i odskocznia od codziennych zmagań. 

To jest dobra powieść dla miłośników romansów. Ma wątek łóżkowy, ale pociągnięty delikatnym muśnięciem, bez ciężkich opisów, które zniechęcają lub obrzydzają czytelnika. Ja byłam w pełni zadowolona, czytając o losach Evy i Lucasa. Lucasa pokochałam na samym początku i do końca mu kibicowałam.
Cud na Piątej Alei jest książką, którą czyta się z przyjemnością, ale raczej jest na jeden raz. Robi dobre wrażenie. No własnie, ale gdybyśmy mieli wracać do każdej książki, która nam się podobała, to zabrakłoby nam życia. Dlatego tę powieść zaliczam do udanych, lecz nie takich, które będę chciała czytać raz jeszcze.
Polecam, jasne, że polecam. To była miła i zabawna historia. Cieszę się, że mogłam się trochę pośmiać przy dialogach bohaterów. Lucas czasem był taki słodziutki, że się rozpływałam (choć to autor kryminałów, ale ciii).

 Podsumowując, "Cud na Piątej Alei" to ciepła, romantyczna historia z zaśnieżonym Nowym Jorkiem w tle, która sprawdzi się idealnie na jeden wieczór przy lampce dobrego wina. Polecam głównie fankom tego gatunku, myślę, że na zbliżające się Walentynki to pozycja obowiązkowa ;)

 Miałam nadzieję na pochłaniającą lekturę oraz chwilowe oderwanie od rzeczywistości i to dostałam. Czego chcieć więcej? Prosta i przewidywalna fabuła, brak chaosu – przepis na dobrą, niezobowiązującą lekturę.

Cud na Piątej Alei to powieść, która spodoba się niepoprawnym romantyczkom, nietracącym wiary w wielką i nieustającą miłość. Jest jednak na tyle humorystyczna i wciągająca, że nawet takiemu przeciwnikowi romansów jak ja może przypaść do gustu. 

Podsumowując - jestem absolutnie oczarowana twórczością tej autorki i z niecierpliwością czekam na jej kolejną książkę. Zabierając się za czytanie "Cudu na Piątej Aleii" byłam pewna, że będzie to raczej przeciętna powieść, która nie zagości na długo w moim sercu. Całe szczęście stało się zupełnie inaczej, a losy Evy i Lucasa na pewno jeszcze nie raz powrócą do moich rąk. Jeśli gustujecie w lekkich, niezobowiązujących lekturach, cykl Pozdrowienia z Nowego Jorku jest skierowany właśnie do was!

„Cud na piątej alei”, to lekka, nieskomplikowana powieść. Nie wymaga od czytelnika głębokiej analizy ani zbytniego skupienia. Jestem pewna, że nie jednej czytelniczce umili czas, zwłaszcza tej, która ma duszę romantyczki. Polecam!

Trzy książki, trzy przyjaciółki. Poznałyśmy je na Manhattanie, minąwszy Central Park, żegnamy na Piątej Alei. Z pewnością seria ta pozwoliła mi poznać autorkę książek romantycznych, która wybitnie wpasowuje się w mój gust. Nie lubi „krwi i flaków”, do swych powieści wplata optymizm, którego tak bardzo czasem mi brak.

Jej książki są kobiece- delikatne, wzruszające i słodkie. Pozwalają uwierzyć, że życie może być piękne, że wszystko się dobrze ułoży, że szklanka jest do połowy pełna. A nawet jeśli jest pusta, to dobrze, bo jest lżejsza i wygodniej się ją niesie.

"Cud na Piątej Alei" to powieść prosta, szybka w czytaniu, niewymagająca skupienia. Jest to romans na jeden wieczór, który nie wywołuje przyśpieszonego bicia serca, ale dobrze umila czas.

Jestem trochę jak główna bohaterka tej powieści, Eva. Lubię romanse i powieści, w których wszystko się dobrze kończy. Chociaż, w przeciwieństwie do niej, nie pogardzę również dobrym kryminałem czy horrorem, po którym śpi się przy zapalonym świetle. Chyba dlatego jej historia tak bardzo mnie ujęła. Jest romantyczna, ale nie przesadnie, i tak jak główna bohaterka jest po trosze zabawna i życiowa. Każdego z nas bowiem w życiu spotykają zarówno dobre, jak i złe chwile. I pomimo tych drugich powinniśmy iść dalej, starać się uczynić naszą codzienność lepszą i w pewnym sensie pełniejszą. Czasem mam wrażenie, że książki Sarah Morgan są w pewnym sensie terapią. Odpowiedzią na smutki i niepowodzenia. Czymś co uczy nas, że po każdym złym dniu przyjdzie kolejny, który przyniesie nam coś nowego. Warto wierzyć, że będzie to coś dobrego.

  Jest to zdecydowanie książka dla ludzi, którzy chcą się zrelaksować czy odpocząć od stresu dnia codziennego. Wprowadza lekko świąteczny klimat, lecz sprawdzi się również w aktualnym zimowym okresie. Macie chwilę na czytanie? Nie wahajcie się sięgnąć po tę pozycję!

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ