Powieść obyczajowa
Najbardziej inteligentny człowiek w historii
KUP TERAZ

Najbardziej inteligentny człowiek w historii

Augusto Cury
brak opinii
Liczba stron: 304
ISBN: 9788327634313
Premiera: 2017-11-15

Marco Polo, psychiatra, neurolog i zdeklarowany ateista, przyjeżdża do Jerozolimy. Wskutek zbiegu okoliczności, nieoczekiwanie dla samego siebie, podejmuje niezwykłe wyzwanie: przestudiować osobowość Jezusa pod kątem psychologii i socjologii. Profesor spodziewa się odkryć w Jezusie zwykłego człowieka o przeciętnej inteligencji. Ale im bardziej zagłębia się w tekst Ewangelii św. Łukasza, tym bardziej zdumiewa go treść tej księgi.

Rezultaty badań omawiane są podczas debat, które śledzą widzowie z całego świata. Wielu z nich pod ich wpływem zmieni swoje życie i postrzeganie świata, a niektórzy przejdą prawdziwą przemianę duchową. 

 

Augusto Cury – psychiatra, psychoterapeuta i jeden z najpopularniejszych pisarzy brazylijskich, autor bestsellerów tłumaczonych na wiele języków i adaptowanych na ekrany kinowe. Najbardziej inteligentny człowiek w historii to pierwszy tom trylogii, która jest owocem piętnastu lat jego badań.

Sekretarz generalny Organizacji Narodów Zjednoczonych zwołał kongres na temat przemocy na świecie. Pojawili się na nim przywódcy najważniejszych państw oraz eksperci z przeróżnych dziedzin. Statystyki wykazywały przerażający wzrost przemocy nie tylko w krajach biednych i rozwijających się, lecz także w tych najbogatszych.

– Znęcanie się nad rówieśnikami w szkołach, agresja wobec kobiet i dzieci, mobbing w miejscach pracy, przemoc seksualna, korupcja w polityce, nieuczciwe działania rynkowe, wykluczenie społeczne imigrantów, samobójstwa, morderstwa, terroryzm. Cóż, rodzaje przemocy stosowanej w dzisiejszym społeczeństwie są bardzo zróżnicowane. Żyjemy w czasach apogeum postępu materialnego, u szczytu ery cyfrowej, ale nie powstrzymujemy rozlewu krwi ani przemocy na całym świecie. Wręcz przeciwnie, one narastają… To niezrozumiałe! – podsumował sekretarz generalny, przepełniony niepokojem. – Niniejszym otwieram debatę, podczas której poszukamy trwałych rozwiązań.

Zabrało głos wielu prezydentów, ministrów i parlamentarzystów. Garstka socjologów wspomniała o zagęszczeniu populacji, kryzysach ekonomicznych, wykluczeniu społecznym i kilku innych problemach, jako o czynnikach zaostrzających sytuację.

Gdy konferencja dobiegała końca, a zebrani byli już zmęczeni wysłuchiwaniem tych samych argumentów, głos ponownie zabrał sekretarz generalny.

– ONZ pragnie podziękować światowym przywódcom za udział w tym ogromnym kongresie na temat przyczyn i rozwiązań kwestii przemocy we współczesnym świecie. Sporządzimy raport, który roześlemy do wszystkich państw członkowskich, chociaż mam wrażenie, że nie została jeszcze opracowana odpowiednia diagnoza problemu.

– Oczywiście, że nie została! – wykrzyknął Marco Polo, psychiatra i naukowiec, który zasiadał pośród zgromadzonych.

Sekretarz generalny, wyraźnie zdenerwowany, zapowiedział:

– Bardzo mi przykro, proszę pana, lecz ta debata nie jest otwarta dla publiczności.

– Wielkie idee nie są własnością przywódców politycznych, lecz umysłów, w których się rodzą – wypalił Marco Polo.

Zaskoczony sekretarz generalny ONZ zastanowił się.

– Zrobimy dla pana wyjątek. Jak się pan nazywa?

– Marco Polo – przedstawił się krótko.

– Tylko proszę szybko. Jest już późno – delikatnie zwrócił uwagę sekretarz.

Z natury śmiały, skłonny do polemiki i niestroniący od prowokacji Marco Polo mógł wreszcie rozwinąć skrzydła:

– Panie i panowie, stąpamy nie tylko po powierzchni planety Ziemia, lecz także po powierzchni planety emocji. Toczy ją prawdziwa plaga zaburzeń psychicznych i społecznych napięć. A jednym z głównych powodów takiego stanu rzeczy jest to, że klasyczna edukacja stała się nadmiernie kartezjańska, logiczna i linearna. Z pogardą traktuje umiejętności społeczne i emocjonalne, które pozwalają chronić psychikę. Jeśli nie zmienimy podstawowych założeń edukacji, staniemy się gatunkiem zagrożonym!

Na sali zapanowało wzburzenie.

– Zmienić założenia edukacji? Jak to, panie Marco Polo? – zapytał zaintrygowany minister z Kanady, który zajmował miejsce w pierwszym rzędzie.

– Musimy zmienić światową edukację ze starej, pokutującej w erze informacji, na nową, odpowiednią dla ery „Ja”:  edukację, która zarządza ludzkim umysłem! Ta dawna produkuje gigantów nauki, którzy w kwestii emocji pozostają dziećmi; nowa wychowuje dojrzałych, altruistycznych ludzi o spójnych osobowościach.

Temat ten był zupełnie nowy i zarazem niepokojący. Słuchacze, którzy podczas poprzednich wykładów ziewali, teraz wyglądali na zupełnie obudzonych.

– Co to znaczy „zarządzać ludzkim umysłem”? – zapytała amerykańska senator. – Nigdy nie słyszałam o tej koncepcji!

– Oznacza to umiejętność panowania nad myślami, chronienia emocji, uwolnienia kreatywności, dzięki czemu możemy zostać głównymi bohaterami własnej historii. Klasyczne wykształcenie zakłada, że sposobem na formowanie wspaniałych umysłów jest bombardowanie mózgu milionami danych oraz zmuszanie uczniów, by je przyswajali. To ogromny błąd!

– Lecz nauczanie od wieków tak właśnie wygląda. Polega na przekazywaniu i zapamiętywaniu najistotniejszych w danym społeczeństwie informacji – odparł francuski minister edukacji.

– Owszem, panie profesorze, lecz ten model już się nie sprawdza, a przynajmniej nie we wszystkich przypadkach. Umysły naszych uczniów bardzo się zmieniły. Tak samo jak nie można oczekiwać, że po otrzymaniu farb i pędzli robot zacznie malować arcydzieła godne da Vinciego, van Gogha czy Rafaela, nie sposób oczekiwać arcydzieł na płótnach ludzkich umysłów, jeśli stosuje się przestarzałe metody edukacyjne. Ludzie muszą się uczyć, jak wspólnie rozważać jakąś myśl, jak przejawiać altruistyczne zachowania oraz jak wczuć się w położenie drugiej osoby, a także jak cierpliwie znosić frustrację!

Następnie Marco Polo poprosił o możliwość skorzystania z rzutnika. Zawsze nosił ze sobą pendrive z filmikami i animacjami, które miał w zwyczaju wykorzystywać podczas wykładów. Jednak jego prośba została odrzucona.

– Proszę pana, nie możemy na to pozwolić. Jest już późno – szorstko zareagował jeden z asystentów sekretarza generalnego.

– Jeśli publiczność nie zechce mnie wysłuchać, wrócę na swoje miejsce – odparł Marco Polo zdecydowanym głosem.

Słuchacze wydali jęk rozczarowania. Wydawali się spragnieni pomysłów, które przyniósł ze sobą psychiatra.

Prośbę rozpatrzono zatem ponownie. Za pozwoleniem sekretarza generalnego Marco Polo przekazał swój pendrive pracownikowi obsługi technicznej i zademonstrował serię zdjęć samochodów, prowadzonych nieodpowiedzialnie, zbyt szybko, bez poszanowania dla zasad ruchu drogowego, powodujących koszmarne kraksy. Następnie powiedział:

– Nasz intelekt jest złożonym pojazdem, który prowadzimy w nierozważny sposób. Dlaczego? Ponieważ szkoły i uniwersytety nie kształcą naszego „Ja”, czyli zdolności do dokonywania wyborów, wolnego osądu i krytycznej oceny sytuacji, które powinien mieć każdy kierowca. Jedno krzywe spojrzenie psuje nam dzień, krytyka rujnuje tydzień, zdrada zaś potrafi boleć całe życie.

– Czy sugeruje pan, że w kwestii rządzącego umysłem „Ja” jesteśmy jak dzieci? –  zapytał oburzony premier Francji.

– Tak. Właśnie tak twierdzę! – odparł Marco Polo z przekonaniem.

Następnie, starając się nie zdradzać tożsamości fotografowanych osób, zaprezentował zdjęcia niezwykle niebezpiecznych sytuacji z udziałem zbuntowanych, samookaleczających się nastolatków oraz młodych anorektyczek, których ciała zmieniły się w samą skórę i kości.

– Czy wiecie państwo, dlaczego te dziewczynki są tak wychudzone, jak głodujący mieszkańcy z Afryki subsaharyjskiej? – zapytał Marco Polo. – Ponieważ czują się grube. Dyktatura piękna zabija naszą młodzież od środka.

Następnie pokazał sceny z udziałem anonimowych osób, które z błahych powodów popełniały przeróżne akty przemocy, a nawet morderstwa.

– Niewielkie trudności wywołują nieproporcjonalne reakcje. Zapanowała era braku kontroli nad emocjami.

Na twarzach widzów prezentacji Marca Polo malowało się zakłopotanie. Pewien słynny polityk, zasiadający w pierwszym rzędzie, w milczeniu wspominał, jak poprzedniego dnia krzyczał na własną żonę, jakby była jego niewolnicą: „Zejdź mi z oczu, kretynko! Ten krawat kompletnie nie pasuje do garnituru!”. Teraz było mu wstyd.

Marco Polo mówił dalej:

– Szczepionki chronią nas przed wirusami, lecz jak zaszczepić przeciwko przemocy i zaburzeniom psychicznym? Dopóki nie zmienimy systemu edukacji, to niemożliwe! Przed czym chcielibyście uchronić ludzi, których kochacie? Zazwyczaj nie osłaniamy ich przed niczym! Jesteśmy przyzwyczajeni do besztania innych, wytykania im błędów, wygłaszania tyrad…

– Lecz jeśli ktoś ma wpojone zasady dobrego zachowania i dba o nie, czy tym samym nie przyczynia się do wychowania młodzieży? – zakwestionował jego wywód republikański senator ze Stanów Zjednoczonych.

– Proszę mi wybaczyć, lecz ten, kto dysponuje zaledwie zestawem reguł, może naprawiać maszyny, a nie kształtować wybitne umysły.

Po tym komentarzu Marco Polo dodał jeszcze:

– Brak należytej ochrony emocji jest najwyższą formą przemocy, a dopuszczamy się jej nawet wobec własnych dzieci!

– Jak możemy to zmienić, profesorze Marco Polo? – zapytał wstrząśnięty sekretarz generalny.

– Mamy do dyspozycji wiele metod działania: możemy szybciej myśleć, lecz wolniej reagować, wykazywać się empatią i przejmować się cudzym cierpieniem, mieć świadomość, że pod maską osoby, która rani innych, kryje się zraniony człowiek, myśleć jak członkowie całej ludzkości, a nie tylko pewnej grupy społecznej… Wszystkie te umiejętności zaś wiążą się z zarządzaniem umysłem.

Następnie naukowiec wyjaśnił, że w dzisiejszych czasach prowadzimy pojazdy naszej psychiki i myślenia prędzej niż kiedykolwiek. Dlatego łatwo o utratę samokontroli!

– Ale… ale ja nigdy o tym nie słyszałem – skomentował pewien niemiecki przywódca.

– Właśnie teraz jest czas, by usłyszeć! Dziś siedmioletnie dziecko otrzymuje więcej informacji niż rzymscy imperatorzy. Dziewięciolatek ma szerszą wiedzę od Sokratesa i Platona. Tego nie da się wytrzymać. Nadmiar niewykorzystywanych danych zapełnia intelektualny śmietnik, wyczerpuje mózg. Kto posiadał większy zasób wiedzy: Enstein czy dzisiejsi dobrzy inżynierowie i fizycy?

– Einstein? – odpowiedział europejski minister edukacji.

– Źle, proszę pana. Dzisiejsi inżynierowie i fizycy. Ale dlaczego nie opracowują równie złożonych koncepcji co te, które formułował Einstein w wieku dwudziestu siedmiu lat, w skromnym urzędzie patentowym, w którym pracował? Tym, co tworzy myśliciela, nie jest zasób posiadanych danych, lecz umiejętność ich porządkowania.

Marco Polo zaprezentował kilka wiele mówiących animacji. Przedstawiały dzieci i nastolatków całymi dniami przyklejonych do swoich komórek, a oderwanych od samych siebie. Reagowali wybuchowo na najmniejszy sprzeciw. Pokazywał również dzieci, które źle spały, lub takie, które zrywały się bladym świtem, by zajrzeć do mediów społecznościowych. Przypominały zombie.

– Przecież era cyfrowa przyniosła niepodważalne korzyści! – zakwestionowała jego sugestię indyjska polityk.

– Owszem, na przykład pozwala na poszerzanie wiedzy, poprawę logicznego rozumowania oraz produktywności. Przyniosła też jednak gigantyczne szkody. Nie możemy przymykać na to oczu. Miliony młodych osób są ofiarami zatrucia cyfrowego. – Po czym wyjaśnił: – Wystarczy zabrać im komórki, a u wielu z nich wystąpią objawy odstawienia, takie same jak w przypadku uzależnienia od narkotyków! Niepokój, chroniczne niezadowolenie, niecierpliwość, niska tolerancja frustracji, przejmująca nuda, kiedy wydaje im się, że nie mają nic do roboty.

– Przecież panuje demokracja, mamy wolny wybór… – bronił się szwajcarski filozof.

– Ależ, proszę pana, zaręczam, że nigdy w demokratycznych społeczeństwach nie było tylu niewolników. Są więźniami swoich umysłów, a to niedopuszczalne.

– Rozwój technologiczny zaowocował wydłużeniem oczekiwanej długości życia. Nie możemy go spisywać na straty. Żyjemy dwa razy dłużej od Rzymian! – powiedziała włoska specjalistka w dziedzinie zdrowia publicznego.

– Technologie przyniosły nam niezmiernie istotne zdobycze. W przeszłości umierało się na zwykłą anginę. Jest jednak też druga strona medalu. Żyjemy średnio osiemdziesiąt lat, ale poddajemy ludzki umysł tak wielkiej presji nadmiaru informacji, że dziś ten czas mija nam niczym kiedyś lat dwadzieścia.

– Tym samym nasz świat zamienił się w fabrykę wariatów. Czy dobrze zrozumiałem, że według pana żyjemy dłużej w rozumieniu biologicznym, lecz umieramy wcześniej, jeśli chodzi o emocje? – dociekał francuski polityk.

– Mam pewność, że nasze życie jest właśnie takim paradoksem. To podświadoma przemoc wobec samych siebie, nieujęta w dokumentach ONZ ani nieomawiana podczas niniejszego kongresu. Panie i panowie, nie czujemy się na tyle lat, ile mamy, prawda?

– Profesor Marco Polo ma rację. Wyniki niektórych badań sugerują, że to szaleńcze tempo życia robi z nas w coraz większym stopniu ludzi niespełnionych i indywidualistów. Żyjemy w czasach przyjemności, lecz świat nie widział jeszcze równie smutnego pokolenia. Oto kolejny ogromny paradoks­ – potwierdził Michael, neurolog, który w przyszłości zostanie przyjacielem Marca Polo.

– Zapanowała era żebraków emocjonalnych – podsumował Marco Polo. – Wielu z panów ubranych dziś jest w markowe garnitury i krawaty, jednocześnie żebrząc o chleb szczęścia. To kolejny rodzaj przemocy wobec samych siebie.

Po widowni przemknął szmer.

– Chce pan w takim razie przez to powiedzieć, że nowoczesne społeczeństwo zamieniło się w dom wariatów pod gołym niebem?! – zakrzyknął rosyjski polityk.

Słuchacze zaniepokoili się. Przyszli, by rozmawiać na temat przemocy dotyczącej innych ludzi, a nie wiedzieli, że stosowali ją wobec samych siebie. Marco Polo zaprezentował im fotografie bezdomnych z ulic wielkich miast. Wspomniał także o zwielokrotnieniu liczby żebraków we Francji od osiemnastego wieku. Wojny, korupcja pośród polityków oraz konflikty społeczne sprawiły, iż tych nieszczęśników było tak wielu, że można było się wręcz potknąć o głodnego człowieka, który mieszkał na ulicy. Wspomniał też o młodym, słonecznym i radosnym kraju, jakim jest Brazylia:

– Na przykład w samym mieście São Paulo w okresie od dwa tysiące drugiego do dwa tysiące dwunastego roku liczba samobójstw wśród młodzieży wzrosła o czterdzieści dwa procent.

– Toż to szaleństwo! Jeśli tak się dzieje w Brazylii, to dokąd zmierza ludzkość? – komentowali między sobą słuchacze.

Marco Polo dodał:

– Organizacja FAO, czyli, jak z pewnością państwo wiedzą, organ ONZ odpowiedzialny za sprawy wyżywienia i rolnictwa, wykazała, że osiemset milionów osób na świecie cierpi głód. To nie do przyjęcia! – I, wbijając wzrok w sekretarza generalnego, zakłopotanego ujawnieniem niewygodnego faktu, dodał: – Jednak statystyki nie wspominają o miliardach żebraków emocjonalnych, z których część mieszka w pięknych apartamentach i wygodnych domach.

Widownia zatrzęsła się od oklasków. Marco Polo miał już zakończyć swoje przemówienie, lecz zebrani nalegali, by kontynuował. Pewien argentyński polityk żartobliwie skomentował ten poważny temat:

– Profesorze Marco Polo, to gdzie możemy znaleźć emocjonalną restaurację? Ciągle się niecierpliwię, nieustannie narzekam, nienawidzę, gdy mój laptop czy komórka zbyt długo się uruchamiają. Jestem emocjonalnie wygłodniały.

Wiele osób roześmiało się i przyklasnęło mu. Marco Polo odparł:

– Podstawową cechą żebraków emocjonalnych jest niedocenianie wartości wielu rzeczy. Na przykład rodzice boją się, że ich dzieci uzależnią się od narkotyków, ale sami nieświadomie uzależniają ich mózgi od nadmiaru bodźców.

Te słowa zmartwiły jedną z najważniejszych hiszpańskich businesswomen, która pragnęła, by jej dzieciom niczego nie brakowało.

– Czyli nadmiar prezentów może skrzywdzić nasze dzieci?

– Tak, może wręcz stanowić rodzaj przemocy wobec ich zdrowia emocjonalnego. Może sprawić, że będą potrzebowały coraz więcej bodźców, by poczuć choć okruch przyjemności. Nie tylko narkotyki powodują uzależnienia – ostrzegł Marco Polo.

Zebrani eksperci byli bardzo poruszeni; wielu z nich wpadło w tę pułapkę. Wtedy psychiatra zaprezentował zdjęcie afrykańskiego dziecka puszczającego latawiec. Wyglądało na najszczęśliwsze pod słońcem. Następnie kolejne, przedstawiające malucha goniącego zwierzęta, uśmiechniętego, jakby skąpał się w oazie przyjemności. Następnie, zmieniając nastrój, zaprezentował animację, w której chłopiec awanturował się: „Chcę jeszcze!”. Inne dziecko krzyczało na matkę: „Musisz mi kupić nowy telefon!”. Zachowywali się jak mali królowie, którzy uczynili z rodziców swoją służbę.

- Mój Boże, co ja robię własnym dzieciom… – powiedziała do siebie businesswoman. -  Prawie codziennie daję im prezenty, a im więcej dostają, tym mniej są wdzięczne, więcej się domagają i tym bardziej stają się nieszczęśliwe.

– Ryzyko, że rodzice, którym nie brakuje środków, wychowają dzieci emocjonalnie niedożywione, jest większe niż w biednych rodzinach… – podsumował Marco Polo.

Przywódcy tego świata pocierali dłońmi czoła z przerażeniem. Stanowili elitę swoich państw.

– Zwalił nas pan z nóg, profesorze Marco Polo. Omawialiśmy na tym kongresie problem przemocy, ale nie tej, której dopuszczamy się wobec własnych dzieci – przemówił niemiecki minister obrony. – Jak dla mnie wystarczy. Musimy przemyśleć swoje zachowanie.

Marco Polo nie mógł już zamilknąć. Nim minister zdążył opuścić salę, zdetonował jeszcze jedną emocjonalną bombę:

– Proszę, postarajcie się dać swoim dzieciom to, czego się nie da kupić za pieniądze: swoją obecność i swoją historię. Nauczcie je kontemplować piękno. To najlepszy prezent ze wszystkich!

– Czy kontemplowanie piękna to nie to samo co podziwianie go? – zapytał minister, który nadal stał w drzwiach.

Odpowiedź sprawiła, że wrócił na swoje miejsce.

– Nie! Nawet taki psychopata jak Adolf Hitler podziwiał piękno. Jedną ręką głaskał swoją suczkę Blondi, a drugą wydzwaniał do podwładnych, rozkazując im wszczynanie bezsensownych wojen. Był wegetarianinem, sprzeciwiał się zabijaniu zwierząt, ale nie przeszkadzało mu to przelewać krew dzieci i kobiet w obozach koncentracyjnych. Podziwianie piękna jest doświadczeniem ulotnym. Kontemplowanie go jest powierzaniem się mu, dostrzeganiem wielkiej wartości w rzeczach małych.

Widzowie patrzyli po sobie. Sekretarz ONZ zapytał:

– Czy wielcy myśliciele dziejów kontemplowali piękno?

– Rzadko. Einstein miał skłonność do depresji, Kafka – pesymizmu, van Gogh – do nadwrażliwości, a Nietzsche – do makabry. Sukces finansowy, polityczny, intelektualny, jeśli nie zostanie przepracowany, prowadzi do emocjonalnej porażki, ponieważ człowiek szybko się do niego przyzwyczaja i potrzebuje coraz więcej, by cokolwiek poczuć. Ludzie sławni, gdy robią coraz większą karierę, duszą w sobie radość życia…

Na koniec dodał, iż w przypadku wielu milionerów dzieje się tak, że im bardziej się bogacą, tym bardziej nieświadomie pogrążają się w nieszczęściu, chociaż mieszkają w pałacach.

– Zaczynam się bać… Wszedłem do siedziby ONZ bogaty, a wychodzę jako żebrak! – zażartował pewien przedsiębiorca z Doliny Krzemowej.

Wszyscy parsknęli śmiechem.

– Panie i panowie, emocje są demokratyczne, a żywią się przede wszystkim tym, co w życiu proste i anonimowe.

Nagle nastrój zburzyło jeszcze jedno pytanie. Było niespodziewane, a odpowiedź na nie nadzwyczaj trudna:

– A Jezus Chrystus, czy on umiał kontemplować piękno? – zapytał jeden z przywódców politycznych z brytyjskiego parlamentu.

Marco Polo zamilkł, głęboko i przeciągle westchnął, po czym odparł:

– Szanuję tych, którzy przynależą do jakiegoś wyznania, lecz sam jestem ateistą. Dla mnie Bóg jest wytworem ludzkiego umysłu, który, ponieważ kocha życie, nie jest w stanie znieść tego, jak rozpada się ono w chaos w samotności grobu… Dlatego nie będę tutaj omawiał kwestii religijnych.

Jednak Brytyjczyk nie ustępował:

– Nie pytałem o pańską wiarę w Boga. Zapytałem, czy Jezus był zdrowym i szczęśliwym człowiekiem oraz czy kontemplował piękno! – nalegał.

Marco Polo powoli wypuścił powietrze z płuc. Na kongresie ONZ zagęściła się atmosfera.

– Nigdy nie studiowałem jego osobowości, ale religie chrześcijańskie propagują wizję, zgodnie z którą Jezus Chrystus był człowiekiem smutnym, wrażliwym, dźwigającym na swoich barkach brzemię świata. Raczej nie był radosny.

Nagle jedna ze słuchaczek, psycholożka, wstała i zgadzając się z brytyjskim politykiem, rzuciła Marcowi Polo wyzwanie:

– Panie profesorze! Wiem, że zajmuje się pan badaniem procesu kształtowania się myślicieli. Choć jest pan bardzo śmiały, wydaje się jednak, że obawia się pan zbadania umysłu Jezusa pod kątem nauk humanistycznych – stwierdziła prosto z mostu.

Wszyscy zdumieli się bezczelnością kobiety.

– Bać się? Ja? – powiedział Marco Polo, patrząc jej głęboko w oczy.

– Tak, strach, odwieczne więzienie człowieka! Dlaczego nie przyjmie pan wyzwania, by prześledzić w szerokim aspekcie inteligencję Jezusa?

Wśród zebranych zapadła cisza. Marco Polo ruszył do ataku:

– Czy uważa pani za słuszne, by wywierać na mnie presję przed tym zacnym gronem światowych przywódców? – przemówił, wyraźnie oburzony.

– Nie mam żadnych wątpliwości! – zapewniła.

Po sali przebiegł szmer. Sekretarz generalny ONZ wstał, zamierzając opanować sytuację. Marco Polo spoważniał i zadał kolejne pytanie:

– Jak się pani nazywa?

– Anna.

Wówczas naukowiec uśmiechnął się i dodał:

– Zastanowię się nad pani pytaniem, Anno. Ale wcześniej chciałbym publicznie wyznać, że panią kocham…

Nikt nic z tego nie rozumiał. Po chwili pełnej napięcia ciszy, Marco Polo wyjaśnił:

– Cóż, muszę zacząć sobie radzić z własnym umysłem, ponieważ stresuje mnie nawet własna żona…

Gdy publiczność dowiedziała się, że Anna jest jego żoną, wszyscy zaczęli się śmiać, po czym nagrodzili ich brawami na stojąco. Dostrzegli w nich niezwykłą, spontaniczną i inteligentną parę. W takiej atmosferze Marco Polo zakończył wystąpienie na kongresie.

Wiele osób wyszło z tego zjazdu ONZ odmienione; niektórzy refleksyjni, inni oszołomieni. Zrozumieli, że nie potrafią kierować pojazdem swojego umysłu ani nie są panami samych siebie. Znaleźli się w roli żebraków emocjonalnych, żywiących się okruchami przyjemności.

 

 

2

EMOCJONALNE TRZĘSIENIE ZIEMI

 

Anna, żona Marco Polo, była wspaniałą psycholożką. Jej matka zawsze miała skłonność do depresji i niestety zmarła, kiedy Anna była jeszcze dzieckiem. Dziewczyna musiała odnaleźć siebie na nowo, żeby przetrwać. Jej ojciec, Amadeus, był idealnym przykładem człowieka, który ubożał tym bardziej, im bardziej się bogacił. Był autorytarny, pozbawiony wrażliwości, kontrolujący, roszczeniowy.

Choroba matki zainspirowała dziewczynę do specjalizacji w leczeniu depresji, krańcowego stadium ludzkiego cierpienia. Zwrotem w jej historii stało się spotkanie Marca Polo, który otworzył w jej życiu nowy rozdział. W dużej mierze dzięki niemu stała się osobą łagodną i stanowczą, wielkoduszną i pełną determinacji. Jej głównym celem zawodowym, jako osoby zajmującej się zdrowiem psychicznym, było zachęcanie pacjentów, by zaczęli sami decydować o sobie.

Jej ojciec na wszelkie sposoby próbował przeszkodzić ich związkowi. Ten wielki przedsiębiorca, którego bogiem były pieniądze, wystarczający kłopot miał już z tym, że córka została psycholożką. Teraz zyskał na dodatek zięcia psychiatrę, „świrologa”, co było dla niego nie do przełknięcia. Na domiar złego przy nim dostrzegał własne szaleństwo.

– Córeczko, przecież żyjesz jak księżniczka. Jeśli pójdziesz z tym doktorkiem bez grosza przy duszy, śmierdzącym romantycznym intelektualizmem, wcześniej czy później obudzisz się z ręką w nocniku. Tylko podniesiecie statystyki nieudanych związków.

Marco Polo pojawił się niepostrzeżenie i usłyszał rozmowę ojca z córką. Nigdy nie brakowało mu pewności siebie, więc przerwał mu z przekonaniem:

– Kto nie ryzykuje w miłości, ten nie pije szampana z ukochaną!

Zaskoczony Amadeus nawet go nie przeprosił. Zresztą słowo „przepraszam” nie widniało w jego słowniku. Zamiast tego sięgnął po swoje argumenty:

– Tyle że ryzyko bywa głupie i nieracjonalne… Życiowy plan mojej córki legnie w gruzach i nie zdołasz go naprawić bez mojej pomocy.

– Nie będziemy cię o nic prosić – zarzekła się Anna.

– Zbuntowane dzieciaki zawsze tak mówią – odparł ojciec z wściekłością i wyszedł.

Na początku związku z Markiem Polo Anna żyła przeszłością. Była zaborcza, zazdrosna, nadwrażliwa, zawsze nadmiernie domagała się uwagi ze strony ukochanego. Jeśli choć na chwilkę przestał się skupiać na niej, miało to dramatyczne konsekwencje. Psychiatra starał się pobudzać u niej świadomość krytyczną, ale rozumiał też, że nikt nie bierze ślubu tylko z daną osobą, lecz także z duchami jej przeszłości.

– Człowiek źle ukształtowany emocjonalnie ma niewyczerpany głód miłości. Zawsze szuka u drugiej osoby tego, czego brak jemu samemu – mawiał.

Anna drżała, słysząc słowa ukochanego. Rozmyślała nad nimi dniem i nocą.

– Wiem, Marco Polo. Nie pragnę, by twoja miłość mnie uwolniła. Muszę nauczyć się wolności. Jednak naprawdę chcę, by twoja miłość dodała mi skrzydeł, bym mogła polecieć dalej.

– Zazdrość to przede wszystkim brak w samym sobie, a nie u tej drugiej osoby. Jeśli porzucisz samą siebie, nigdy nie zdołam zaspokoić twoich potrzeb – często powtarzał Marco Polo.

Anna z czasem rozwiązała swoje trudne równanie zaborczości. Od tamtej chwili ich związek stał się wspaniały. W końcu, wbrew protestom jej ojca, wzięli ślub. Burzliwa relacja z Amadeusem nabrała łagodniejszego charakteru – chociaż problemy nigdy nie zostały rozwiązane – wraz z narodzinami jedynego syna pary, Lucasa, chłopca bystrego, towarzyskiego i pogodnego.

***

Z biegiem lat Marco Polo zdobył międzynarodową sławę. Był śmiałym, spokojnym, pełnym pokory, wyjątkowym profesjonalistą, a nade wszystko bystrym naukowcem. Potrafił zachować spokój ducha nawet w trudnych chwilach próby. Jednak każdy człowiek ma swoje granice. Zachowanie samokontroli w obliczu cierpienia innych to jedno, ale poradzenie sobie z własnym bólem, szczególnie gdy tracimy najukochańszą osobę, to zupełnie coś innego. Nadszedł moment na to, by ulec własnej słabości.

Zdruzgotany Marco Polo siedział i płakał. Jego ukochana, Anna, odchodziła.

– Dlaczego, dlaczego?! – zadawał sobie pytanie.

Obejmował głowę dłońmi, ocierał łzy z twarzy i krążył po pokoju.

– Kocham cię, słyszysz?! Nie odchodź tak wcześnie! – mówił do nieobecnej żony. – Widziałem tyle osób, których osobowość zniszczyły nienaprawialne straty. A teraz ja sam mam takiej zaznać! Ależ to boli…!

Samotność może być twórcza, lecz gdy jest dojmująca, zabija. Marco Polo usiadł w fotelu, w którym zazwyczaj czytał biografie wielkich historycznych postaci oraz pisał artykuły, nie potrafił jednak zebrać myśli. Stół ze szlifowanego trawertynu jeszcze nigdy nie wydawał mu się tak zimny. Piętrzyły się na nim stosy książek wydanych w przeróżnych krajach. Jednak Marco Polo nie był w tamtej chwili słynnym psychiatrą ani wnikliwym naukowcem, lecz zdruzgotanym człowiekiem, próbującym opanować chaos we własnym wnętrzu.

Kiedy siadał w tym fotelu, często spotykały go miłe niespodzianki. Troskliwa Anna zawsze przynosiła mu owoce, kawę czy sok albo podchodziła, by pogłaskać go po głowie.

– Nie dajesz mi myśleć – żartował.

Była kobietą ciekawą świata i często wypytywała go o teksty, nad którymi pracował. Marco Polo przypominał sobie jej ostatnie pytania.

– Jakiego myśliciela teraz analizujesz?

– Kilku filozofów egzystencjalistów: Nietzschego, Merleau-Ponty’ego, Sartre’a.

– Co ich wyróżniało i w jaki sposób tworzyli nowe idee?

Marco Polo z entuzjazmem opowiadał o swoich spostrzeżeniach. Prowadzili długie i pasjonujące rozmowy. Studiowanie procesu kształtowania się myślicieli było wyczerpujące, ale Anna u jego boku była niczym zapach, który pobudzał jego umysł. Tamtego dnia wysnuł kilka wniosków, które wprawiły ją w zamyślenie:

– Jaki jest wiek, w którym osiąga się pełnoletność, Anno?

– Szesnaście lub osiemnaście lat, zależy w jakim kraju.

– A pod względem emocjonalnym? – dopytywał.

– Nigdy się nad tym nie zastanawiałam.

– Jest wiele osób, które mają pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt lat, lecz nadal są niedojrzałe. Nie potrafią znosić krytyki ani choćby w minimalnym stopniu przyznawać się do swoich błędów. Świat musi kręcić się wokół nich, ponieważ emocjonalnie są w wieku dziesięcio- bądź dwunastolatków.

– W jakim wieku emocjonalnym może być mój ojciec? – zapytała w zamyśleniu.

– Jest chłopcem w ciele mężczyzny w średnim wieku – po czym, powoli wzdychając, zażartował: – Nie było łatwo cię zdobyć.

– To ja ciebie zdobyłam, chłopcze. Tyle dobrego, że umiesz dobrze wybierać… – powiedziała, chwytając go za koszulę i całując.

Tak właśnie wyglądała relacja pomiędzy Anną a Markiem Polo. Była przepełniona czułością, spokojem i dobrym humorem. Teraz zaś mężczyzna doświadczał jałowej pustyni, jaką była samotność. Z zamyślenia wyrwał go dźwięk telefonu, który przywołał go z powrotem do bolesnej rzeczywistości.

– Marco Polo?

Serce prawie wyskoczyło mu z piersi. Miał właśnie usłyszeć najbardziej gorzką wiadomość, jaką może otrzymać człowiek.

– Przy telefonie!

– Z tej strony… Matheus. – Dzwonił jego przyjaciel, pulmonolog.

– Matheusie, co z Anną?

Lekarzowi głos uwiązł w gardle. Nie był w stanie wypowiedzieć tych słów, ponieważ był również bliskim przyjacielem Anny.

– Już wiem … Anna zamknęła oczy na zawsze… – uprzedził go psychiatra.

– Jeszcze nie, przyjacielu – z trudem wykrztusił pulmonolog.

– Och, jakie to szczęście. Jak się czuje? – dopytywał się Marco Polo, a jego oczy lśniły od płynących strumieniami łez.

– Leży, nieprzytomna… jest w śpiączce farmakologicznej. Dwukrotnie doznała zatrzymania akcji serca. Udało nam się ją resuscytować, ale… trudno jej będzie przetrwać kolejny atak… Ma niewydolność wielonarządową…

– Niewydolność wielonarządową?! – wykrzyknął Marco Polo, nie mogąc się z tym pogodzić. Przeżywał prawdziwe emocjonalne trzęsienie ziemi.

– Bardzo mi przykro, przyjacielu… Twoja żona z wolna gaśnie… A my z Claudią tracimy wielką… przyjaciółkę – rzekł doktor Matheus, także nie powstrzymując łez. – Cóż, jesteś już gotowy… na przyjęcie tej straty… Teraz czas na to, by przygotować Lucasa…

Ostatnią rzeczą, jakiej pragnie ojciec, jest przekazanie synowi wiadomości, że nigdy więcej nie usłyszy głosu własnej matki, nie poczuje jej uścisku ani pocałunku.

Marco Polo usiadł ponownie w fotelu i zaczął się nad tym zastanawiać. Tęsknota sprawiała, że brakowało mu powietrza.

Lucas przebywał w Miami, gdzie spędzał wakacje u dziadka. Gdy tylko syn wyjechał, u Anny pojawiły się objawy rzadkiej, błyskawicznie postępującej autoimmunologicznej choroby płuc, która zaskoczyła lekarzy, włącznie z Markiem Polo. Codziennie miał nadzieję, że żona wyzdrowieje, dlatego nie powiedział synowi, jak poważna jest jej choroba. Jednak stan Anny pogarszał się z dnia na dzień.

Gdy Marco Polo chwycił telefon komórkowy, by przekazać mu tę smutną wiadomość, jego światem wstrząsnęło kolejne emocjonalne trzęsienie ziemi. Odebrał połączenie od amerykańskiego policjanta.

Mister Marco Polo?

– Przy telefonie.

– Z tej strony policja w Miami, dwudziesty piąty dystrykt.

Marco Polo poczuł lodowaty dreszcz w sercu.

– Czy coś się stało mojemu synowi, Lucasowi?

– Niestety tak!

– Wypadek?

– Nie.

Marco Polo westchnął, odczuwszy lekką ulgę. Jednak komendant mówił dalej:

– Posiadanie narkotyków!

– Posiadanie narkotyków? Szesnastoletni chłopiec miał przy sobie narkotyki? Przecież on nawet nigdy nie próbował!

Faktycznie, Lucas nigdy nie zażywał narkotyków. Aż do piętnastu dni temu.

– Rodzice zawsze dowiadują się ostatni.

– Jakie narkotyki?

– Pięć gramów kokainy.

– Kokainy? Przecież on nawet nie ma tyle pieniędzy, żeby sobie tego nakupić!

– Popełnił jeszcze jedno wykroczenie. Prowadził samochód bez prawa jazdy.

– Jak to możliwe? Nie ma samochodu do dyspozycji, spędza wakacje u…

Wówczas, nagle, Marco Polo zapadł się w sobie i wyszeptał:

– ...u Amadeusa…

– Słucham? – dopytywał się komendant policji.

– Myślałem na głos. Czy mogę pomówić z synem?

– Tak – odparł policjant i przekazał słuchawkę Lucasowi.

– Synu…? Lucasie…?

Ale ten tylko płakał.

– Synku, powiedz coś.

– Przepraszam, tato… Wybacz mi… – wykrztusił chłopak pomiędzy falami szlochu.

– Zawsze cię zachęcałem, byś cenił swoje życie, synu… Kokaina potwornie uzależnia psychicznie. Buduje koszmarne emocjonalne więzienie.

– Ja wiem, tato. Tylko spróbowałem kilka razy… Jestem najgorszym synem na świecie.

Marco Polo nie wiedział, który ból jest większy, utrata żony czy syna.

– Nie mów tak, synku. Kocham cię. Kiedy zacząłeś brać? Tylko proszę, mów prawdę!

– Tutaj, w Miami. Spróbowałem drugiego dnia po przyjeździe. Poznałem tutaj nowych przyjaciół…

– To nie są przyjaciele, synku.

Lucas nadal był bardzo poruszony, płakał.

– Uspokój się, synu… Istnieją większe cierpienia niż to…

– Większe, tato? Jak to? Dziadek jest wściekły. Powiedział, że jestem gówniarzem, który przynosi wstyd całej rodzinie i że nic w życiu nie osiągnę!

– To nieprawda, mój synku… jesteś cudownym chłopcem. Zmienimy ten błąd w wielki sukces. Pozwól mi porozmawiać z twoim dziadkiem.

Amadeus wyrwał wnukowi słuchawkę i przemówił szorstko:

– Jak wychowałeś syna? Czyżbyś nie był słynnym psychiatrą?

– Jestem tylko człowiekiem i popełniam błędy. Nie poniżaj swojego wnuka, Amadeusie. On cię potrzebuje w tej trudnej chwili.

– Teraz ja muszę wypić piwo, którego nawarzył. A ty mi jeszcze robisz wykłady z moralności? – powiedział teść bez cienia współczucia. Nawet nie zapytał o stan zdrowia córki, chociaż wiedział, że leży na OIOM-ie.

Marco Polo, zraniony do głębi, podniósł głos:

– Dałeś Lucasowi pieniądze, nie kontrolując jego wydatków, i samochód do dyspozycji, chociaż nie ma prawa jazdy?

– Nazywasz mnie nieodpowiedzialnym? Jesteś nieudacznikiem, jeśli chodzi o wychowanie, a teraz obwiniasz mnie, ty… ty…

– Nawet nie zapytałeś o swoją córkę. Nie potrafisz otworzyć serca, nawet kiedy Anna… kiedy ucieka z niej życie…

Gdy Marco Polo poruszył temat stanu Anny, Amadeus po raz pierwszy zamilkł i zatopił się w myślach. Drżącym głosem zapytał:

– Anna…?

Lucas usłyszał słowa dziadka i wpadł w panikę.

– Co się stało, dziadku?

– Niestety Anna przeszła dwa zatrzymania akcji serca… – poinformował Marco Polo. – Oddycha za pomocą aparatury medycznej… Właśnie miałem do was dzwonić.

– Moja córka umiera… – wykrztusił Amadeus, po czym zamilkł i upuścił telefon.

Przerażony Lucas chwycił aparat i zapytał ojca:

– Tato… Tatusiu… Mama umiera?

– Och, synku, jeszcze żyje…

– To poważna choroba?

– Niestety tak. Oddycha z pomocą maszyn.

– Nie! Nie! Mamusia nie może umrzeć! – wyszlochał Lucas.

– Miejmy nadzieję… Najlepiej, żebyśmy byli razem. Wracaj do domu.

Lucas rozłączył się, pogrążając się w rozpaczy. Pozwolono im opuścić komisariat policji z powodu nagłego pogorszenia stanu zdrowia matki. Chłopiec miał stawić się przed sądem oraz odbyć zajęcia wychowawcze w swoim mieście. Jego dziadek miał później wrócić na komisariat, by złożyć dalsze wyjaśnienia. Chociaż Amadeus nienawidził szpitali, nie mógł odmówić odwiedzenia córki w tak trudnej chwili.

 

3

NIEPOWETOWANE STRATY

 

Wsiedli do pierwszego samolotu do Los Angeles. Amadeusowi towarzyszyła jego czwarta żona. Gdy dotarli do szpitala, Marco Polo z daleka wypatrzył syna. Rzucili się ku sobie i razem zapłakali. Była to pełna emocji chwila, która wzruszyła wszystkich dookoła. Następnie psychiatra wyciągnął ręce do Amadeusa, który przywitał się z nim chłodno i oficjalnie.

– Jak się czuje mama? – zapytał Lucas.

– Czekam na najnowsze informacje.

Z OIOM-u wyszedł doktor Matheus. Zdruzgotany, podszedł do chłopaka, nie kryjąc wilgotnych oczu. Przejechał ręką po włosach.

– Witaj, Lucasie! – Po policzku spłynęła mu łza.

– Czy mama umarła?

– Tak, przykro mi. – Pulmonolog westchnął głęboko i pokiwał głową. A potem poprosił o coś, co jest niewykonalne dla dziecka, które właśnie straciło jedno z rodziców: – Bądź silny.

– Masz prawo płakać, synku. Nie obawiaj się – powiedział zrozpaczony Marco Polo.

– Nie! Nie! Ja chcę do mamy…!

Roztrzęsiony ojciec Anny, Amadeus, odwrócił się na pięcie i wyszedł. Udał się do hotelu, gdzie nafaszerował się lekami uspokajającymi, jak zawsze, gdy natrafiał na jakiś problem. Zagłębianie się w swoje emocje i rozmyślanie o życiu przerażało go. Marco Polo zabrał syna do domu.

– Mamo, mamo… Dlaczego odeszłaś – powtarzał niewyraźnie Lucas.

Następnego dnia odbyło się pożegnanie. Był to słoneczny dzień, ale przenikliwie smutny. Nie tylko Lucas płakał. Śmierć Anny opłakiwało ponad dwieście dzieci i nastolatków, zamieszkujących blisko dwadzieścia instytucji, z którymi współpracowała.

Każda z grup porzuconych dzieci miała ze sobą plakat. Na jednym napisały: „Odeszłaś, mamo, ale zawsze będziesz żyła w nas! – Dom Dziecka w Saint Claire”. Na innym: „Porzucili nas rodzice, ale ty, Anno, przyjęłaś nas do serca. Nie sposób o tobie zapomnieć! – Dom Dziecka w Los Angeles”. I na jeszcze jednym: „Dziękujemy, że dałaś, co miałaś najlepszego, tym, którzy nie mieli prawie nic. Kochamy cię. Dom Dziecka Synowie Marii – San Diego”.

Marca Polo uściskał nie tylko Lucas, ale także wszystkie jej „przybrane dzieci”. Było to najbardziej emocjonujące pożegnanie, jakie kiedykolwiek odbyło się na tamtym cmentarzu. Pomimo przytłaczającego smutku Marco Polo wygłosił pochwałę żony:

– Była moją miłością na wieki. Życie u jej boku stanowiło dla mnie zaszczyt. Była łagodna, wielkoduszna, cierpliwa i tolerancyjna. Potrafiła pisać najważniejsze rozdziały swojego życia w najbardziej przepełnionych rozpaczą chwilach.

Głos zabrał także Lucas:

– Mama zmarła przedwcześnie… Jednak zawsze będzie żyła we mnie. Kochała mnie, tuliła, była cierpliwa… była… – Słowa ugrzęzły mu w gardle.

Następnie przemówił ksiądz:

– Anna była niczym jeden z tych rzadkich kwiatów, które pojawiają się w ogrodzie ludzkości i zostają zerwane przedwcześnie. Poszukiwała śladu Stwórcy między wierszami egzystencji. Była szanowanym człowiekiem i specjalistką w swojej dziedzinie. Kilka dni temu napisała wiadomość, prosząc o jej odczytanie, jeśli odejdzie:

„Choćby i było długie, życie zawsze prędko gaśnie w nawiasach czasu. Najważniejszym obowiązkiem każdego śmiertelnika jest to, by dać mu się uwieść. Lucasie i Marco Polo, ukochani moi, zawsze będę was miłować, choćbym zamknęła już oczy na wieki. Wszystkie moje przybrane dzieci z domów dziecka oraz moi drodzy przyjaciele i przyjaciółki, nie płaczcie za mną… Jeśli zasługuję na to, byście uczcili moją pamięć, zróbcie to, będąc szczęśliwsi, ciesząc się życiem, ponieważ ono to jeden wielki teatr, śmierć zaś to zaledwie jeden akt. Będę nadal wypowiadała swój tekst w wieczności”.

Beatrice, Julia i Hillary bezustannie szlochały. Wysłuchawszy słów Anny, zaczęły bić długie brawa, by uczcić jej mądrość. Wszyscy obecni przyłączyli się do dziewcząt z domu dziecka. Wznieśli toast na cześć Anny kielichami pełnymi radości.

Przy wyjściu z czuwania Amadeus podszedł do Marca Polo. Wydawało się, że ten zaawansowany wiekiem mężczyzna wreszcie zdejmie maskę i pochyli się z dobrodusznością. Nic bardziej mylnego. Zerkając na dzieci z domów dziecka, powiedział aroganckim tonem:

– Razem z moją córką robiliście interesujące rzeczy. Ale nie zapominaj, Marco Polo: jeśli życie to teatr, skróciłeś sztukę życia mojej córki. Nie postarałeś się o najlepszych lekarzy dla Anny! Przeprowadzę śledztwo w tej sprawie!

Następnie ucałował wnuka w czoło i wyszedł bez słowa. Multimilioner udał się do swojego więzienia, ogromnego pałacu w Miami, gdzie żył otoczony ludźmi, którym płacił za to, by codziennie powtarzali mu, jaki z niego wielki człowiek… Majętni socjopaci nie mają przyjaciół, tylko pochlebców.

 

Rok później

 

Marco Polo pracował jako wykładowca na wydziale medycyny i psychologii. Chociaż był powszechnie poważanym myślicielem, nie skrywał swoich wad pod płaszczykiem intelektualizmu. Pewnego razu przysiadł w pokoju profesorów wydziału psychologii wraz z doktorem Robertem, renomowanym psychologiem, wykładowcą na tej samej uczelni.

– Jak się czuje Lucas? – zapytał przyjaciel.

– Nadal bierze narkotyki – powiedział Marco Polo, chwytając się dłońmi za głowę.

– Tak mi przykro…

– Obawiam się, że usłyszę nową wersję słynnego zdania: „Lekarzu, lecz się sam!” przerobionego na: „Psychiatro, wylecz własnego syna!”.

– Czy on jest oporny na leczenie?

– Przerobił już pięciu psychologów i trzech psychiatrów. Ale zawsze rezygnuje. Próbuję mu pomóc, ale jest ciężko. Jest jak sejf, nie otwiera się. Musi znaleźć nowy pomysł na siebie, ale nie da się podtrzymać jego motywacji. Kiedy nachodzą go traumatyczne wspomnienia, zamyka się w błędnym kole pamięci i woli się ukarać, nic nie czuć, o wszystkim zapomnieć…

Robert starał się przynieść nadzieję Marcowi Polo, którego podziwiał i który wspierał go w procesie kształcenia. Trudno jednak doradzać własnemu mistrzowi.

– Jesteś doskonałym psychiatrą, który wykształcił wielu z nas. Jestem pewien, że w jakiś sposób zdołasz pomóc mu się pozbierać.

– Dzień i noc o tym marzę. Tak boję się go stracić! – Po czym westchnął głęboko i dodał: – Trudno jest przyjąć do wiadomości fakt, że choć pomogłem niezliczonej liczbie pacjentów, wykształciłem psychiatrów i psychologów, to zawiodłem, gdy nadeszła chwila, by zająć się tym, kto dorastał w moich ramionach…

Robert odrzekł:

– Stworzyłeś teorię na temat funkcjonowania umysłu i lepiej niż ktokolwiek wiesz, że nie mamy wpływu na proces formowania się osobowości. Psychiatrzy, psychologowie, przywódcy, słynni ludzie także miewają chore dzieci… Nie obwiniaj się, Marco Polo. Zawsze byłeś obecnym w jego życiu i kochającym ojcem.

– Rodzice obecni w życiu dzieci także zawodzą. Nie zawiodłem, jeśli chodzi o okazywanie mojemu synowi miłości i wsparcia. Ale poniosłem porażkę, jeśli chodzi o ofiarowanie mu narzędzi, które pomogłyby mu zostać autorem własnej historii.

– W tej kwestii wszyscy ponosimy klęskę – poskarżył się Robert.

– Niestety opracowałem je dopiero wtedy, gdy on był już nastolatkiem… Mój syn nie potrafi radzić sobie z niepokojem ani chronić swojego umysłu.

– A kto potrafi, Marco Polo? Ilu psychiatrów i psychologów wie, jak chronić własne emocje? Są doskonali w dawaniu rad innym, lecz zapominają o sobie. Moje dzieci również miały trudności w okresie dorastania. Laura ma konsumpcyjne podejście do świata, a Pedro jest wyjątkowo nadpobudliwy…

– Uczymy wartości, takich jak etyka czy uczciwość, i głupio zakładamy, że to wystarczy. Rzucamy nasze dzieci lwom na pożarcie, w to stresujące społeczeństwo, nie ucząc ich umiejętności przetrwania. Ludzkość stała się fabryką szaleńców, a my jesteśmy jej budowniczymi…

Nagle zadzwonił jego telefon komórkowy. Ktoś chciał poinformować go o miejscu pobytu Lucasa. Marco Polo zatrudnił detektywa, by dowiedzieć się, gdzie i od kogo syn kupuje narkotyki.

– Słucham? Gdzie jest Lucas?

Marco Polo wyszedł pospiesznie, nawet nie pożegnawszy się z przyjacielem. Wsiadł do samochodu i szybko udał się do owianej złą sławą dzielnicy, którą rządziła sieć handlarzy narkotyków. Nie wiedział, że jego syn zna niebezpiecznych dilerów. W drodze Marco Polo rozmawiał z szefem lokalnej policji.

– Wiem, gdzie jest mój syn!

Gdy dojechał na miejsce, wszedł do słabo oświetlonego budynku. W lokalu przebywały prostytutki. Różne osoby zażywały narkotyki, niektórzy zaś leżeli na podłodze, najwyraźniej pod ich wpływem. Nagle dotarł do pokoju, w którym dilerzy omawiali swoje interesy. Obecność intruza zaniepokoiła ich. Marco Polo zamknął szybko drzwi i kontynuował poszukiwania syna. Raptem ukazał mu się widok, jakiego nigdy nie wyobraziłby sobie żaden ojciec: Lucas leżał na podłodze w drgawkach. Gałki oczne miał wywrócone, z ust toczyła się piana, a kończyny kurczyły się w konwulsjach. Przedawkował.

– Synu! Synu! – krzyknął zdesperowany Marco.

Nagle serce Lucasa zatrzymało się i przestał oddychać. Umierał…

– Lucasie, synu mój, nie umieraj! – wykrztusił Marco Polo przez łzy.

Uderzył mocno w pierś Lucasa, by pobudzić pracę serca, lecz daremnie. Zaczął energicznie naciskać jego klatkę piersiową, po czym przeszedł do sztucznego oddychania metodą usta-usta. Dopiero co stracił żonę, a teraz jego syn odchodził w dramatycznych okolicznościach. Wtedy na miejsce dotarła policja i zaczęło się polowanie na handlarzy. Marco Polo kontynuował masaż serca Lucasa. Szczęśliwie zaczęło bić ponownie. Chłopak zakaszlał, a Marco Polo przytulił go mocno i znów uronił kilka łez.

– Tato… Co się stało?... – zapytał cicho Lucas.

– Wróciłeś, synku… Wróciłeś… – powiedział psychiatra, ocierając oczy i jednocześnie podtrzymując głowę Lucasa przy swojej piersi.

Podniósł powoli chłopca, po czym, z pomocą policjanta, zaczął nieść go w stronę auta. Minęli ich zakuci w kajdanki handlarze, którzy aż wyli z wściekłości. Zarekwirowano dziesięć kilo kokainy i tysiące kryształków cracku. Szef szajki, wbijając wzrok w Marca Polo, zagroził:

– Znajdę cię, choćby na końcu świata.

Psychiatra nadal trzymał Lucasa. Przestraszył się, ale zaprzyjaźniony komendant policji uspokoił go:

– Nie przejmuj się. Zawsze tak mówią.

Następnie policjanci wepchnęli handlarzy do radiowozów. Lucasa przyjęto na oddział w miejskim szpitalu. Gdy poczuł się lepiej, poprosił ojca:

– Tato, chcę pójść na oddział zamknięty do specjalistycznej kliniki!

– Synku, już byłeś w takiej. Nie wystarczy się odizolować. Musisz chcieć się leczyć, pragnąć odnaleźć demony, które cię dręczą!

– Nie panuję nad tym, tato. Tym razem tego chcę, potrzebuję tego.

I tak, po raz drugi, trafił do zamkniętej kliniki. Miał spędzić trzy miesiące z dala od wszystkiego i wszystkich, lecz nie od emocjonalnych wampirów, które mieszkały w jaskiniach jego umysłu. Musiał pozwolić, by światło rozjaśniło niegościnne ziemie jego psychiki, nauczyć się samemu pisać własną historię – i nie dopuścić, by kierowały nią jego traumy.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ