Thriller / Sensacja / Kryminał
Skorumpowani
KUP TERAZ

Skorumpowani

Don Winslow
brak opinii
Liczba stron: 592
ISBN: 9788327630643
Premiera: 2017-09-27

Zawsze wiemy, jak coś się zaczęło, ale nigdy nie możemy przewidzieć, jak się skończy.

Denny Malone nie ma wielkich marzeń, chce po prostu być dobrym gliną. Nazywany królem północnego Manhattanu, wielokrotnie nagradzany nowojorski sierżant policji, jest rzeczywistym dowódcą grupy Da Force. To najlepsi z najlepszych, najbystrzejsi i najbardziej bezwzględni funkcjonariusze, elitarny zespół o nieograniczonych uprawnieniach, powołany do zwalczania gangów, handlu narkotykami i bronią. Przez osiemnaście lat służby, dniem i nocą, Malone, zawsze na pierwszej linii, widział zbyt wiele. Bestialsko okaleczeni ludzie, zmasakrowane zwłoki, przerażeni świadkowie to jego codzienność. Służył i chronił, jak najlepiej potrafił, w mieście zbudowanym na wybujałych ambicjach i korupcji.

Tylko nieliczni wiedzą, że Denny Malone ma brudne ręce. Wraz z kolegami ukradł kilka milionów dolarów – w narkotykach i gotówce – zdobytych podczas największego policyjnego nalotu w historii Nowego Jorku. Teraz Malone znalazł się w sytuacji bez wyjścia, coraz mocniej naciskany przez agentów federalnych, rozdarty między poczuciem zawodowej odpowiedzialności i lojalnością wobec kolegów, rodziny i ukochanej kobiety. Chce wyjść z tej historii cało, ocalić ciało i duszę, ale w mieście wstrząsanym kolejnymi gwałtownymi zamieszkami na tle rasowym nikt nie jest bezpieczny.

Porywająca opowieść o chciwości i przemocy, nierówności społecznej i rasowych uprzedzeniach, zbrodni i niesprawiedliwości. O karze i odkupieniu, o pozornie niewidocznym, lecz nieustannie narastającym napięciu między policją i różnymi grupami społecznymi, które powinny być jednakowo traktowane i ochraniane. Przenikliwy opis miasta i portret uwikłanych w nieczyste interesy ludzi stojących nad otchłanią. Mistrzowskie dzieło miejskiego realizmu, pełne niespodziewanych zwrotów akcji i dylematów moralnych. Pasjonująca analiza amerykańskiego społeczeństwa i najgroźniejszych wyzwań naszych czasów. 

 

Czwarta rano.

Miasto, które nigdy nie zasypia, o tej porze przynajmniej kładzie się i przymyka oczy.

Tak myśli Denny Malone, gdy jego crown victoria sunie wzdłuż kręgosłupa Harlemu.

Za ścianami i oknami mieszkań i hoteli, kamienic i wieżowców ludzie śpią albo nie mogą spać, śnią albo przestali już śnić. Ludzie kłócą się, pieprzą albo jedno i drugie, kochają się albo robią dzieci, wrzeszczą, przeklinają lub wypowiadają cicho intymne słowa przeznaczone dla tej drugiej osoby, nie dla ulicy. Niektórzy próbują ukołysać dzieci do snu albo wstają przed kolejnym dniem pracy, a inni przesypują kilogramy heroiny do pelurowych torebek, by sprzedać ćpunom poranną działkę.

Malone wie, że między zejściem prostytutek z ulic a przybyciem śmieciarzy tworzy się okienko, najlepszy czas do przeprowadzenia nalotu. Nic dobrego nie zdarza się po północy, mówił jego ojciec i wiedział, co mówi. Był policjantem, pracował na tych ulicach. Wracał do domu po nocnej zmianie z morderstwem w oczach, zapachem śmierci w nosie i soplem lodu w sercu, który nigdy się nie roztapiał i w końcu go zabił. Któregoś ranka, gdy wyszedł z samochodu, serce mu pękło. Lekarze powiedzieli, że kiedy upadł na ziemię, już nie żył.

To Malone go znalazł.

Miał osiem lat. Gdy wychodził rano do szkoły, zauważył niebieską kurtkę w stercie brudnego śniegu, który razem z ojcem odgarnął z podjazdu.

A teraz zbliża się świt i już jest gorąco. Jedno z tych lat, kiedy Bóg-właściciel lokalu nie chce wyłączyć ogrzewania ani włączyć klimatyzacji. Całe miasto jest spięte i zirytowane, na krawędzi wybuchu, walki, zamieszek, śmierdzi starymi śmieciami i skiśniętym moczem - zapach jednocześnie słodki, kwaśny, mdlący i dekadencki, jak perfumy starej dziwki.

Denny Malone uwielbia ten zapach.

Nawet w dzień, kiedy jest gorąco jak w piekarniku i wszędzie słychać zgiełk, gdy gangsterzy stoją na rogach ulic, po uszach walą hiphopowe basy, a z okien bloków lecą butelki, puszki, brudne podpaski, plastikowe woreczki z siuśkami i w śmierdzącym upale czuć zapach psiego gówna, nie chciałby być w żadnym innym miejscu na świecie.

To jego miasto, jego rewir, jego serce.

Jedzie teraz przez Lenox, mijając pełne wdzięku budynki z piaskowca w starej dzielnicy Mount Morris Park i oddaje cześć bożkom tego miejsca - bliźniaczym wieżom Ebenezer Gospel Tabernacle, skąd w niedzielę płyną hymny śpiewane anielskimi głosami, i charakterystycznej wieży kościoła Adwentystów Dnia Siódmego z Efezu. Nieco dalej mieści się Harlem Shake – nie sala tańca, tylko najlepsze hamburgery w mieście.

Dalej są martwi bogowie - stary Lenox Lounge z kultowym neonem, czerwonym frontem i całą swoją historią. Kiedyś śpiewała tu Billie Holiday, Miles Davis i John Coltrane grali na trąbkach, przesiadywali tu James Baldwin, Langston Hughes, Malcolm X. Teraz klub jest zamknięty, okna zasłonięte brązowym papierem, neon wygasły, ale mówi się, że znów ma zostać otwarty.

Malone w to wątpi.

Martwi bogowie zmartwychwstają tylko w baśniach.

Przecina Sto Dwudziestą Piątą, czyli bulwar doktora Martina Luthera Kinga Juniora.

Miejscy pionierzy i czarna klasa średnia zgentryfikowały tę okolicę i pośrednicy nieruchomości nazywają ją teraz SoHa. Malone jest przekonany, że tego rodzaju akronimy zawsze zwiastują koniec dzielnicy. Gdyby deweloperzy mogli kupić nieruchomości na najniższych poziomach piekła Dantego, nazwaliby je LoHel i upstrzyli butikami oraz apartamentowcami.

Piętnaście lat temu ten odcinek Lenox składał się z pustych witryn sklepowych. Teraz znów jest na fali. Widać nowe restauracje, bary i kawiarniane ogródki, gdzie jadają lepiej sytuowani miejscowi. Biali przychodzą tu, żeby się poczuć trendy, a niektóre apartamenty w nowych wieżowcach sprzedają się po dwa i pół miliona.

Wszystko, co teraz trzeba wiedzieć o tej części Harlemu, myśli Malone, to że obok kina Apollo jest sklep firmowy Banana Republic. Istnieją bogowie miejsca i bogowie handlu, i gdybyś chciał się założyć, którzy wygrają, to pieniądze zawsze postaw na pieniądze.

Blokowiska nieco dalej od centrum to wciąż getto.

Malone przekracza Sto Dwudziestą Piątą i mija Red Rooster. Na dole w piwnicy mieści się Ginny’s Supper Club.

To już mniej znane świątynie, ale dla Malone’a to wciąż święte miejsca.

Chodził na pogrzeby do Bailey’s, kupował półlitrowe butelki w Lenox Liquors, zszywali go na izbie przyjęć w szpitalu Harlem, rzucał piłką do kosza przy muralu Big L na boisku Freda Samuela, zamawiał jedzenie przez okienko w pancernej szybie w Kennedy Fried Chicken. Parkował przy ulicy i patrzył na tańczące dzieciaki, palił trawę na dachu, oglądał wschód słońca z Fort Tryon Park.

Kolejni martwi bogowie, dawni bogowie – miejsca, gdzie znajdowały się Savoy Ballroom i Cotton Club. Jedno i drugie zniknęło na długo przed czasami Malone’a, a okolicę nawiedzają duchy renesansu Harlemu, przywołując obraz tego, czym była kiedyś ta dzielnica i czym już nigdy się nie stanie.

Ale Lenox wciąż żyje.

Jej puls bije wraz z linią metra IRT, która biegnie bezpośrednio pod nią na całej długości. Malone jeździł kiedyś linią 2 nazywaną Bestią.

Teraz mijają Black Star Music, kościół Mormonów, Najlepsze Jedzenie Afroamerykańskie. Docierają do końca Lenox i Malone mówi:

- Objedź kwartał.

Phil Russo skręca w lewo w Sto Czterdziestą Siódmą, objeżdża kwartał, jedzie Siódmą Aleją i znów skręca w lewo w Sto Czterdziestą Szóstą. Przejeżdża obok opuszczonej kamienicy, z której właściciel wypędził lokatorów i zaprosił szczury wraz z karaluchami, mając przy tym nadzieję, że jakiś narkoman, gotując sobie jedzenie, wywoła pożar, a wtedy on zgarnie odszkodowanie i sprzeda działkę.

Wszyscy by na tym wygrali.

Malone wypatruje patroli ulicznych albo policjantów drzemiących w radiowozie na nocnej zmianie. Przy drzwiach stoi czujka. Zielona bandana, zielone buty nike z zielonymi sznurówkami świadczą o tym, że to Dominikańczyk z gangu Trinitario.

Oddział Malone’a przez całe lato obserwował fabrykę heroiny ulokowaną na pierwszym piętrze. Meksykanie przywożą tu proszek i przekazują go Diego Penie, Dominikańczykowi odpowiedzialnemu za Nowy Jork. Pena rozsypuje go z kilogramowych opakowań do torebek na działki po dziesięć dolarów i przekazuje dominikańskim gangom, Trinitario i DDP (Dominicans Don’t Play), a ci z kolei czarnym i portorykańskim gangom z osiedli.

Dzisiaj fabryka jest pełna po brzegi.

Pełna pieniędzy.

Pełna proszku.

- Szykujcie się – mówi Malone i sprawdza sig sauera P226 umieszczonego w kaburze na biodrze. W drugiej kaburze, na plecach tuż poniżej nowej ceramicznej kamizelki kuloodpornej, ma berettę 8000D mini cougar.

W jego oddziale wszyscy muszą nosić kamizelki. Big Monty narzeka, że kamizelka jest za ciasna, na co Malone powtarza, że jest luźniejsza od trumny. Bill Montague, czyli Big Monty, należy do starej szkoły. Zawsze, nawet w lecie, nosi kapelusz trilby z wąskim rondem i czerwonym piórkiem po lewej stronie. Jedynym jego ustępstwem na rzecz upałów jest luźna koszula w rozmiarze XXXL wyrzucona na luźne spodnie khaki. Z kącika ust zwisa niezapalone cygaro marki Montecristo.

U stóp Phila Russa, tuż obok wyglansowanych butów z czerwonej skóry, leży mossberg 590, dwunastka z ruchomym łożem i dwudziestocalową lufą załadowaną ceramicznymi kulami. Buty pasują kolorem do włosów. Russo jest rzadkim przypadkiem rudego Włocha i Malone żartuje, że któraś z jego babek musiała mieć na boku przyjaciela Irlandczyka. Russo odpowiada, że to niemożliwe, bo nie jest alkoholikiem i nie potrzebuje szkła powiększającego, żeby zobaczyć własnego fiuta.

Billy O’Neill ma ze sobą pistolet maszynowy HK MP5, dwa granaty hukowo-błyskowe i rolkę wzmacnianej srebrnej taśmy. Billy O jest najmłodszy z całej załogi, ale ma talent, uliczną mądrość i umie się poruszać.

Ma też jaja.

Malone wie, że Billy nie ucieknie, nie sparaliżuje go i nie zawaha się, by w razie potrzeby nacisnąć spust. Przeciwnie, Billy może wystrzelić za szybko. Jest przystojny jak Kennedy i ma irlandzki temperament, a także kilka innych cech Kennedy’ego. Na przykład lubi kobiety, a kobiety lubią jego.

Dzisiaj wszyscy są uzbrojeni po zęby.

I nagrzani.

Jeśli trzeba się zmierzyć z narkomanami naćpanymi koką albo na spidach, przydaje się wejść na ten sam poziom farmakologii, więc Malone połyka dwie tabletki dekstroamfetaminy. Potem narzuca na siebie niebieską kurtkę z białym napisem NYPD, a na szyję zakłada smycz z odznaką.

Russo jeszcze raz objeżdża kwartał. Na Sto Czterdziestej Szóstej przyciska mocniej gaz, a gdy zbliżają się do fabryki, gwałtownie hamuje. Czujka słyszy pisk opon, ale obraca się za późno. Jeszcze zanim samochód się zatrzyma, Malone wyskakuje na zewnątrz, przyciska twarz czujki do ściany i przykłada mu do głowy lufę siga.

- Cállate, pendejo – mówi. – Jeden dźwięk, a zrobię z ciebie miazgę.

Kopniakiem podcina mu nogi i powala na ziemię. Billy już jest na miejscu. Owija chłopakowi ręce za plecami taśmą i zakleja usta.

Cała załoga przyciska się do ściany budynku.

- Miejcie oczy wokół głowy, to wszyscy wrócimy dziś do domu – mówi Malone.

Dex zaczyna działać. Malone czuje, że serce przyśpiesza, a krew w żyłach rozgrzewa się.

To przyjemne uczucie.

Wysyła Billy’ego O na dach, by zszedł stamtąd po schodach przeciwpożarowych i pilnował okna. Pozostali wchodzą do budynku i idą na górę, Malone pierwszy, trzymając przed sobą siga w gotowości, za nim Russo ze strzelbą, no i Monty.

Malone ma dobrze zabezpieczone tyły.

Na szczycie schodów widzą drewniane drzwi.

Malone kiwa głową do Monty’ego, który wsuwa krawędź wyważarki między drzwi a futrynę. Pot zbiera się na jego czole i spływa po ciemnej skórze, gdy Monty ściska uchwyty narzędzia i wyłamuje drzwi.

Malone wchodzi do środka, zataczając łuk pistoletem, ale w korytarzu nie ma nikogo. Spogląda w prawo i na końcu korytarza widzi drugie, stalowe drzwi. Za nimi słychać radio z muzyką machata, rozmowy po hiszpańsku, szum młynków do kawy, szczęk liczarki do banknotów.

I szczekanie psa.

Kurwa, myśli Malone. Teraz każdy ćpun ma psa. Każda laska na East Side nosi w torebce ujadającego yorka, a dilerzy mają pitbulle. To dobry pomysł - czarni srają w portki na widok psa, a chicas, które pracują w fabryce, nie zaryzykują kradzieży z obawy, że pitbull wygryzie im twarz.

Malone martwi się o Billy’ego O, bo młodziak kocha psy, nawet pitbulle. Malone dowiedział się o tym w kwietniu, gdy robili nalot na magazyn nad rzeką. Trzy pitbulle próbowały przeskoczyć przez siatkę, żeby złapać ich za gardła, ale Billy O nie mógł się zdobyć na to, żeby do nich strzelić, ani nie pozwolił na to nikomu innemu, i przez to musieli obejść budynek od tyłu, wspiąć się na dach schodami przeciwpożarowymi i znów zejść po schodach na dół.

Zawracanie dupy.

Pitbull już ich wyczuł, ale Domos nie. Jeden z nich krzyczy:

- Callate! - Potem rozlega się ostry pisk i pies milknie.

Ale stalowe drzwi antywłamaniowe stanowią problem.

Wyważarka hydrauliczna nie da im rady.

Malone sięga po radio.

- Billy, jesteś na miejscu?

- Stoję jak wmurowany.

- Musimy rozwalić drzwi – mówi Malone. – Jak puszczą, wrzuć do środka granat.

- Jasne, D.

Malone kiwa głową do Russa, który strzela dwa razy, mierząc w zawiasy. Ceramiczny proszek eksploduje z ponaddźwiękową szybkością i drzwi wylatują z futryny.

Kobiety, zupełnie nagie, jeśli nie liczyć foliowych rękawiczek i osłon na włosy, biegną w stronę okna, inni kryją się pod stołami. Liczarki do banknotów wypluwają na podłogę pieniądze jak automaty do gry wysypujące wygraną w postaci papieru.

- NYPD! – wrzeszczy Malone.

W oknie po lewej widzi Billy’ego.

Billy nie rusza się, tylko gapi się przez okno. Jezu Chryste, wrzuć ten granat!

Ale Billy nie robi nic.

Na co on, kurwa, czeka?

I wtedy Malone to dostrzega.

Pitbull ma szczeniaki – cztery, zwinięte w kłębek. Osłania je własnym ciałem, warcząc i szarpiąc za metalowy łańcuch.

Billy nie chce zranić szczeniaków.

- Wrzuć ten granat, do cholery! – wrzeszczy Malone przez radio.

Billy patrzy na niego przez okno, wybija szybę kopniakiem i wrzuca do środka granat.

Ale rzuca blisko, żeby nie zranić tych cholernych psów.

Wybuch roztrzaskuje resztę szkła, odłamki wbijają się w twarz i szyję Billy’ego.

Ostre, oślepiające białe światło, wrzaski i krzyki.

Malone liczy do trzech i wchodzi.

Chaos.

Jeden z Trinitarian chwieje się na nogach i osłania ręką oślepione oczy, drugi strzela z glocka, przesuwając się w stronę okna i schodów przeciwpożarowych. Malone wbija mu w pierś dwie kule i Trini uderza w okno. Następny mierzy w Malone’a zza stolika z liczarką, ale Monty powala go strzałem z trzydziestkiósemki i dla pewności dokłada jeszcze jedną kulę.

Pozwalają kobietom uciec przez okno.

- Billy, jesteś cały? – pyta Malone.

Twarz Billy’ego O wygląda jak maska na Halloween. Na nogach i rękach ma otwarte rany.

- Gorzej wyglądałem po meczach hokejowych – mówi ze śmiechem. – Dam się pozszywać, jak już tu skończymy.

Pieniądze są wszędzie – całe pliki w liczarkach i rozsypane na podłodze. Heroina jest nadal w młynkach do kawy, gdzie była rozdrabniana.

Ale to jest małe piwo.

La caja – schowek - wielka dziura wycięta w ścianie jest otwarta.

Od podłogi do sufitu załadowana paczkami heroiny.

Diego Pena siedzi spokojnie przy stole. Jeśli nawet przejął się śmiercią dwóch swoich ludzi, nie widać tego po nim.

- Masz nakaz rewizji, Malone?

- Słyszałem, jak jakaś kobieta wzywała pomocy – odpowiada Malone.

Pena uśmiecha się szyderczo.

Dobrze ubrany skurwysyn. Szary garnitur od Armaniego wart dwa kawałki, złoty zegarek marki Piguet pięć razy tyle.

Pena zauważa jego spojrzenie.

- Weź go sobie. Mam jeszcze trzy.

Pitbull szczeka jak szaleniec, szarpiąc się na łańcuchu.

Malone patrzy na heroinę.

Wielka sterta paczek zapakowanych próżniowo w czarną folię.

Tyle tego, że całe miasto mogłoby chodzić naćpane przez kilka tygodni.

- Oszczędzę wam trudu liczenia – mówi Pena. – Równe sto kilo. Dark Horse, meksykańska heroina cynamonowa. Sześćdziesiąt procent czystości. Można za nią wziąć sto tysięcy dolców za kilo. Pieniędzy, które tu widzicie, jest jakieś pięć milionów. Bierzcie ten proszek i pieniądze, a ja wsiadam do samolotu na Dominikanę i nigdy więcej mnie nie zobaczycie. Zastanówcie się, kiedy znowu przydarzy się wam okazja, żeby zarobić piętnaście milionów za odwrócenie się plecami?

I wszyscy wrócimy dzisiaj do domu, myśli Malone.

- Oddaj pistolet. Powoli.

Pena powoli sięga do kieszeni marynarki po pistolet.

Malone dwa razy strzela mu w serce.

Billy O przykuca i bierze do ręki kilogramowe opakowanie. Rozcina je ostrzem noża, zanurza w heroinie niewielką fiolkę, nabiera do niej szczyptę proszku i wrzuca ją do woreczka testowego wyjętego z kieszeni. Zgniata fiolkę i czeka na zmianę koloru.

Zawartość przybiera purpurowy odcień.

Billy uśmiecha się szeroko.

- Jesteśmy bogaci!

- Pośpiesz się, kurwa – mówi Malone.

Rozlega się trzask. Pitbull zrywa się z łańcucha i rzuca w jego stronę. Billy przewraca się na plecy. Kilo heroiny wzbija się w powietrze, a potem opada jak zamieć śnieżna prosto na jego otwarte rany.

Jeszcze jeden strzał. Monty zabija psa.

Ale Billy leży rozciągnięty na podłodze. Malone widzi, jak jego ciało sztywnieje, a potem heroina przenika do krwi i nogi zaczynają drgać konwulsyjnie.

Nogi Billy’ego dudnią o podłogę. Malone przyklęka i bierze go w ramiona.

- Billy, nie. Nie umieraj.

Billy patrzy na niego pustym wzrokiem.

Twarz ma zupełnie białą.

Kręgosłup drga jak puszczona sprężyna.

A potem nieruchomieje.

Cholerny Billy, młody i piękny Billy O. Już nigdy nie będzie starszy.

Malone słyszy, jak serce mu pęka, a potem rozlegają się przytłumione wybuchy. W pierwszej chwili wydaje mu się, że został postrzelony, ale nie widzi żadnych ran, myśli więc, że rozsadziło mu głowę.

A potem sobie przypomina.

Jest czwarty lipca.

„Skorumpowani” jest książką, która nie zawiodła mnie i dostałem to, do czego autor zdążył przyzwyczaić już swoich czytelników. Powieść przeznaczona jest dla miłośników thrillerów oraz kryminałów, którzy powinni poczuć się w pełni usatysfakcjonowani. Podczas czytania nie nudziłem się ani przez moment, a postać Denny'ego Malonea jak najbardziej przypadła mi do gustu. Czytałem o jego dalszych losach z nieukrywaną ciekawością. Ciekawie opisana historia odwołująca się do skorumpowanej policji potrafi zaintrygować i sprawić, że spędzimy przyjemny czas z książką. Polecam.

Skorumpowani to genialny thriller policyjny. Autor zgrabnie pokazał, jak  działania lokalnych władz mogą oddziaływać na pracę funkcjonariuszy policji. Autor zgrabnie pokazuje jak  niewielki  impuls może przyczynić się do  przejścia na drugą stronę barykady. To wybitne studium ludzkiej psychiki. Polecam!

Jeśli lubicie powieści sensacyjne w klimacie policyjnym z elementami kryminału a nawet trillera, koniecznie przeczytajcie właśnie "Skorumpowanych" Dona Winslowa. (...)  Wartka akcja z sensacyjnymi elementami, płynna narracja, intrygujące warstwy fabuły z niespodziewanymi zwrotami akcji, tajemnice, szemrane interesy, naciski polityczne, mroczny świat nowojorskiej metropolii. Polecam!

Jeśli odpowiada nam przestępczo-policyjny klimat, to książka powinna spodobać się. Płynna narracja, wartka akcja, intrygujące warstwy fabuły, sensacyjne elementy i dreszczyk emocji. Głęboko i wnikliwie wkraczamy w mroczny i ciemny świat nowojorskiej metropolii. Realistyczne opisy, wiarygodne dialogi, ciekawie oddana złożoność miejskiego życia, precyzyjny przekrój współczesnych problemów, wyróżniających się grup i niekorzystnych cech amerykańskiego społeczeństwa. Coś, co miało mieć stabilnym symbolem prawa i sprawiedliwości, ukazuje się w zdegenerowanej i wynaturzonej formie. Brudna i skażona przestępczością rozległa pajęczyna policyjnych uzależnień, nielegalnych podporządkowań, szemranych układów i politycznych nacisków. W zasadzie nie ma już bieli, do głosu dochodzą wszelkie odcienie szarości i czerni.

To dająca wiele do myślenia wielowarstwowa powieść, która przenosi czytelnika w całkowicie inny wymiar. To rzetelnie i szczegółowo dopracowana fabuła, która pozostawia odbiorcę w oszołomieniu i uczuciu zakłopotania. Zakończenie i monolog głównego bohatera to swoisty krzyk autora do społeczeństwa i ludzi na stanowiskach, które zdecydowanie do mnie przemawia, ale abyście mogli sami to potwierdzić, musicie najpierw przeczytać tę książkę! Polecam ją szczególnie osobom, które lubią klimat kryminałów, thrillerów, zabójstw i wartkiej akcji. Idealna dla czytelników wymagających i pragnących od literatury więcej niż jedynie zabicia czasu. Ja przeczytałam i jestem zachwycona!

„Skorumpowani” Dona Winslowa to pierwsza książka tego autora, jaką przeczytałam, ale wiem na pewno, że nie ostatnia. Nie wiedziałam czego się spodziewać, książka jest niesamowicie wciągająca, nie mogłam się od niej oderwać. Były momenty przerażenia i niedowierzania, ale i takie, że śmiałam się w głos. Gdybym mogła opisać tę książkę jednym zdaniem, napisałabym, że jest tak za*****ta, że nie możecie jej nie przeczytać.
Dodam jeszcze, że polecam gorąco!

Winslow kreśli barwny, niepokojący świat, w którym akcja przedstawiona jest niczym migawki zdjęciowe, szybko, krótko, oszczędnie. Całość podszyta jest niepokojem, niedopowiedzeniami, a momentami nawet obrzydzeniem.
Polecam. Czyta się doskonale.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ