Prawdziwe historie
Marlena. Błękitny anioł w garniturze
KUP TERAZ

Marlena. Błękitny anioł w garniturze

C.W. Gortner
brak opinii
Liczba stron: 528
ISBN: 9788327626141
Premiera: 2017-09-13

  Egocentryczka. Perfekcjonistka w każdym calu. Uparta i bezkompromisowa. Nienasycona. Zawsze fascynowała i nadal inspiruje. 

            Maria Magdalena Dietrich pochodzi z niezamożnej mieszczańskiej rodziny. Chce grać na skrzypcach. Kiedy jej karierę przerywa wojna, postanawia zostać śpiewaczką. Rzuca się w barwny świat berlińskich kabaretów. Słynąca ze zmysłowej urody, głębokiego głosu, uwodzicielskich sukienek i szytych na miarę garniturów, Marlena przyciąga coraz liczniejszą publiczność i wikła się w kolejne burzliwe romanse. Taki jest początek porywającej historii…  

        „Marlena. Błękitny anioł w garniturze” - bogata w fakty i poruszająca powieść poświęcona jednej z największych legend złotej ery Hollywoodu. To książka o kobiecie o silnym charakterze, wielkich ambicjach i marzeniach, która odrzucała konwenanse, uwodziła świat i szła przez życie na swoich warunkach. 

Gerda, choć w łóżku była namiętna, potrafiła zachowywać się równie apodyktycznie, co moja matka. Dzięki swoim kontaktom w gazetach miała łatwy dostęp do wszystkich ogłoszeń o pracę i informacji o przesłuchaniach. Każdego ranka zaznaczała interesujące propozycje i zmuszała mnie do odwiedzania kolejnych cuchnących dymem papierosowym teatrów i kabaretów w poszukiwaniu pracy.

Nikt nie chciał mnie zatrudnić bez doświadczenia, ale kilka podrzędnych teatrów rewiowych zainteresowało się moimi nogami: musiałam tylko pokazać, że umiem śpiewać. Umiałam – i zawsze to lubiłam. Mutti zachęcała mnie do wykonywania piosenek w domu, przy fortepianie, ale zabraniała mi tego w miejscach publicznych. Uważała, że nie przystoi to dziewczętom z dobrych domów, o ile oczywiście nie chodzi o opery czy hymny w kościele. Mnie jednak śpiew przypominał grę na skrzypcach, tyle że był bardziej osobisty i intymny. Mogłam używać głosu jako instrumentu i osiągać efekty, których nigdy nie uzyskałabym, przesuwając smyczek po strunach. Zaczęłam pilnie ćwiczyć. Kupowałam śpiewniki w sklepach muzycznych i uczyłam się znanych piosenek, a Gerda zadbała o to, żeby jedna z naszych sąsiadek, niejaka Camilla Horn, skierowała mnie do swojego nauczyciela emisji głosu, profesora Danielsa. Gerda nalegała też, żebym nauczyła się angielskiego: uważała, że będę dzięki temu lepiej wykonywać popularne amerykańskie szlagiery. Znalazła mi nauczycielkę gry aktorskiej, Elsie Grace, przerażającą staruchę, która używała zatrważających ilości kredki do oczu i mieszkała w budynku bez windy. Okazała się jednak dowcipna i bardzo brytyjska. Kazała mi powtarzać rymowanki, a potem, przy herbacie, zasypywała mnie opowieściami o swoich podbojach i seksualnych wyczynach z czasów młodości.

– To na pewno skuteczna metoda nauki języka. – Gerda roześmiała się, kiedy zademonstrowałam jej, jak pięknie recytuję słowa: „Cipa przeleciała nad księżycem”.

Mimo moich protestów Gerda opłacała te lekcje. Żeby spłacić dług, złożyłam wizytę Jolie i opisałam jej swoją sytuację. Żona wujka Williego uznała, że aktorstwo to wspaniały pomysł – mówiła o tym tak swobodnie, jakbym postanowiła zacząć robić na drutach – i pożyczyła mi etolę z lisiego futra oraz pieniądze, które obiecałam oddać. Opłaciłam czynsz za kolejny miesiąc i zrobiłam zakupy, biorąc z Gerdy przykład i nie zważając na jej protesty.

– Siedzimy w tym razem – oznajmiłam. – Ja też chcę ponosić część wydatków.

– Tak, ale nie da się wykluczyć, że nigdy nie zdołam spełnić swoich marzeń, a ty masz na to szansę – odpowiedziała. – Możesz coś osiągnąć. Wierzę w ciebie.

I rzeczywiście wierzyła – bardziej niż w siebie. Herr Daniels był jednym z najlepszych nauczycieli w Berlinie. Przed wojną szkolił śpiewaków operowych, później jednak problemy finansowe zmusiły go do przyjęcia większej liczby uczniów. Miał niekonwencjonalną metodę rozluźniania głosu: kazał nam skakać po pokoju, gdakać i machać ramionami. Po takiej rozgrzewce ćwiczyliśmy gamy i intonacje przy fortepianie tak długo, aż zabrakło nam tchu.

– Twój głos wydaje mi się całkiem interesujący – powiedział pewnego razu. – Nie jest może zbyt mocny, dlatego nie zostaniesz nigdy wielką śpiewaczką, ale ma w sobie coś szczególnego. Powinnaś starać się śpiewać w niższej tonacji. Nie próbuj wydobywać dźwięków, które znajdują się poza twoim rejestrem. To niepotrzebne. Lepiej doskonal to, co zostało ci dane.

Wieczorami prezentowałam Gerdzie wszystko, czego się nauczyłam. Wykonywałam popularne, wywołujące zgorszenie piosenki Brechta tak długo, aż zaczynała mruczeć i przyciągać mnie do siebie.

– Dłużej tego nie zniosę! Jesteś olśniewająca.

Dla niej może byłam – ale nie dla tych, którzy oceniali mnie na przesłuchaniach i podczas rozmów o pracę. Usłyszałam słowa „Nie. Następna” nieskończenie wiele razy i dziwiłam się, że wciąż próbuję. Gerda jednak nie zamierzała się poddać.

– Takie rzeczy zawsze trwają. Spójrz. – Pokazała mi gazetę. – Teatr rewiowy Rudolfa Nelsona organizuje przesłuchanie. Idź tam koniecznie. Umiesz śpiewać, a poza tym… – spojrzała na mnie znacząco – w ogłoszeniu napisali, że kandydatki muszą mieć ładne nogi.

– No cóż. – Wypuściłam dym. Zdawałam sobie sprawę, że za dużo palę. Gerda oraz stan naszego budżetu wymuszały na mnie ścisłą dietę, a papierosy pomagały zwykle opanować głód. – Skoro chcą nóg, to właśnie to im dam.

Nie spodziewałam się, że zostanę zatrudniona, ale włożyłam na wszelki wypadek krótką spódnicę, do niej dobrałam czarne pończochy, a na ramiona narzuciłam etolę, którą znalazłam w sklepie z używaną odzieżą. Na przesłuchaniu wykonałam piosenkę, przy której musiałam podskakiwać, wymachiwać nogami i wirować. Nie uważałam się za szczególnie dobrą tancerkę, ale dałam z siebie wszystko. Każdej z kandydatek przypisano numer, tak jak to się robi podczas loterii. W chwili gdy przyszedł czas na ogłoszenie wyników, usłyszałam, że dyrektor teatru wyczytuje mój numer. Dostałam pracę.

Postanowiłyśmy z Gerdą uczcić ten sukces tanim szampanem – żeby go kupić, musiałyśmy na tydzień zrezygnować z mięsa.

– Widzisz? – powiedziała, unosząc kieliszek. – Mówiłam ci. Wszystko przed tobą.

– To tylko zespół rewiowy. – Sączyłam wygazowanego szampana. – A pensja jest skandaliczna. Najwyraźniej według Rudolfa Nelsona dziewczyny nie muszą jeść.

– Ale to mimo wszystko praca. – Gerda na chwilę zamilkła. – Dostałam nowe zlecenie. Mam zająć się konfliktem pracowniczym w Hanowerze. Zaczynam w przyszłym tygodniu.

– Och, to wspaniale!

Zamierzałam ją pocałować, ale odwróciła głowę.

– Wyjeżdżam na miesiąc – oznajmiła. – Od teraz masz cały pokój dla siebie.

– Będę za tobą tęskniła. – Dlaczego zachowywała się tak dziwnie? – Jeżeli martwisz się o koty, to obiecuję, że się nimi zaopiekuję. – Oskar mnie uwielbiał i co noc kładł się u mojego boku, w przeciwieństwie do Fannie, która wtulała się w Gerdę i niechętnie mnie tolerowała, zachowując dystans. – Szykuje się w tym czasie mnóstwo roboty w teatrze. Mamy jedenaście spektakli tygodniowo, włącznie z popołudniówkami. Ale będę do ciebie dzwoniła, kiedy tylko się da.

– Dzwoniła? – Gerda prychnęła. – To zbyt drogie. Poza tym ten telefon w salonie Trude zwykle nie działa. Skuteczniej skontaktowałabyś się ze mną, korzystając z usług gołębia pocztowego.

– Wydajesz się poirytowana. Nie cieszysz się z nowego zlecenia? Konflikt pracowniczy to przecież idealny temat dla ciebie.

– Wszystkie te dziewczyny z zespołu rewiowego… – oznajmiła sucho. – Na pewno będziesz miała mnóstwo roboty.

Zamarłam. Jej ponury wyraz twarzy uzmysłowił mi, że zaborczość nie cechuje jedynie kotów.

– Chyba nie sądzisz, że mogłabym…? Gerdo, to jakiś absurd.

– Czyżby? – Odstawiła kieliszek. – Nigdy nie myślisz o innych dziewczynach? Wiem, że byłaś też z mężczyzną. O nich także powinnam się martwić?

– Nie myślę teraz ani o innych dziewczynach, ani o mężczyznach. Nawet jeszcze nie wiem, czy któraś z płci bardziej mi odpowiada, czy chodzi po prostu o konkretne osoby. Tak czy inaczej, związałam się z tobą. Ale nie uważam, że powinnyśmy mieć siebie na wyłączność. Niewykluczone, że poznasz kogoś w Hanowerze. Gdyby tak się stało, nie przeszkadzałoby mi to.

Spojrzała na mnie z niepokojem.

– Nie przeszkadzałoby?

– Nie. A jeśli ja zainteresuję się kimś innym, na pewno ci o tym powiem.

– Mam nadzieję – wymamrotała. – Nie jestem zazdrosna, po prostu patrzę na to realistycznie.

Jednak jej zachowanie nie pozostawiało wątpliwości: była zazdrosna. Intuicja podpowiadała mi, że powinnam ją pocieszyć. Jeszcze nigdy nie rozstawałyśmy się na tak długo, a ja przekonałam się, że Gerda wcale nie czuła się pewnie. Dziennikarka, która na każdym kroku podkreślała swoją pogardę dla tradycyjnych wartości wyznawanych przez nasze społeczeństwo, okazała się bardziej do tych wartości przywiązana, niż mogła przypuszczać. I choć nigdy nie wyznałyśmy sobie miłości ani nie obiecywałyśmy całkowitej wierności, widziałam jej niepokój. Ja jednak zdążyłam się już nauczyć, że pożądanie stopniowo przemija, a zaborczość i próby kontrolowania partnera nigdy nie kończą się dobrze. Lepiej dawać sobie wolność i cieszyć się miłością, dopóki trwa, niż rościć sobie prawa do drugiej osoby i próbować ją ograniczać.

– Nie ufasz mi? – zapytałam. – Ja ci ufam. Jestem z tobą szczęśliwa.

– Tak? – Gerda wydawała się tak przygnębiona i pozbawiona pewności siebie, która na co dzień jej towarzyszyła, że natychmiast objęłam ją i wyszeptałam:

– Tak. Jestem bardzo szczęśliwa. Nigdzie się nie wybieram.

– Ja też jestem z tobą szczęśliwa – wyszeptała, wtulając się we mnie. – Po prostu wiem, że dzięki tej pracy w teatrze rewiowym wiele osiągniesz. Zobaczysz.

W charakterystyczny dla siebie sposób komplementowała mnie, żeby uciec od niewygodnych tematów. Mimo to, kiedy ją przytulałam, ogarnęły mnie nagle wątpliwości. Nie powiedziała, że mi ufa. Zamiast skupiać się na mnie, Gerda powinna skoncentrować się na sobie i swoim szczęściu. Miała przecież własne marzenia i ambicje. Nie chciałam, żeby ze względu na mnie z nich rezygnowała. Przypomniałam sobie Mutti, pełną żalu i frustracji, rozpamiętującą szanse, których nie wykorzystała. Żyłyśmy z Gerdą wspólnie, ale byłyśmy dwiema różnymi osobami. Ponieważ jednak nie wiedziałam, jak to wszystko delikatnie przekazać i jej nie zranić – postanowiłam milczeć.

Zaczęłam się jednak zastanawiać, czy właśnie tego pragnę.

 

Niedługo po wyjeździe Gerdy odwiedziła mnie Mutti. Zwlekała z tym dłużej, niż pierwotnie przypuszczałam, i czułam ulgę, że nie muszę jej przedstawiać swojej rzekomej współlokatorce – tym bardziej że na widok naszego pokoju matka pogardliwie prychnęła.

– Masz koty.

Oskar i Fannie chowali się pod łóżkiem: jak zwykle bali się obcych. W pomieszczeniu panował idealny porządek. Najwyraźniej nauki Mutti nie poszły na marne: co tydzień szorowałam podłogi i czyściłam kuwetę, wypolerowałam nawet bezbarwne meble, wyrzuciłam część rupieci i postawiłam na oknie rośliny w doniczkach. Mutti nie miała powodów do narzekań, choć to akurat nigdy jej nie powstrzymywało. Zawsze chętnie coś wtrąciła.

– Strasznie tu ciasno. – Uważnie mi się przyjrzała. – Gdzie ćwiczysz?

Skrzypiec nie wyjęłam z futerału od tamtego wieczoru, kiedy po raz pierwszy spałam z Gerdą. Stały teraz przy kanapie, podtrzymując stertę książek. Mutti tego nie zauważyła, więc podeszłam i zasłoniłam futerał. Robiąc to, zaczęłam się zastanawiać, dlaczego nadal się przed nią ukrywam. Wiedziałam przecież, że wkrótce pozna prawdę. Uniosłam brodę i powiedziałam:

– Ostatnio nie ćwiczyłam.

– Ach tak?

– Ja… skręciłam nadgarstek. – Wskazałam na swoją rękę. – Nauczyciel powiedział, żebym zrobiła sobie miesiąc wolnego. Nadal czuję ból.

– Na pewno nie powiedział tego nauczyciel, którego ci znalazłam. Twierdził, że nie pojawiałaś się u niego od wielu miesięcy.

– Nie, to nowy nauczyciel. – Po co kłamałam? Poczułam się znowu jak uczennica tłumacząca się z niesubordynacji. – Profesor Oskar Daniels. On… uczy też emisji głosu.

Mutti utkwiła we mnie wzrok. Wiedziałam, że niedługo ustali, że profesor Daniels nie daje lekcji gry na skrzypcach.

– Emisji głosu? A po co ci to?

– Żeby śpiewać. Uczę się, bo… – Widząc, jak tężeje jej twarz, wyrzuciłam z siebie: – Chcę zostać aktorką. Dostałam pracę w zespole teatru rewiowego Nelsona. Ale zamierzam pójść na przesłuchanie do akademii Maxa Reinhardta, kiedy tylko oszczędzę pieniądze na lekcje aktorstwa.

Wybuchłaby śmiechem – gdyby była do tego zdolna.

– Co za strata. Bóg dał ci talent do gry na skrzypcach, a ty obstajesz przy jakichś absurdach.

– Może to absurd. Ale właśnie tego pragnę.

Do tamtej chwili nie byłam pewna, czego tak naprawdę pragnę. Wiedziałam tylko, że muszę jakoś zarabiać na życie, a ponieważ nie miałam siły na kolejną turę przesłuchań muzycznych, postanowiłam posłuchać rad Gerdy. Nie czułam jednak, że podejmuję samodzielną decyzję: wydawało mi się raczej, że wybieram ścieżkę, na której napotkam nieco mniejszy opór, choć i tak nie będzie mi łatwo. Pełna wyniosłości dezaprobata malująca się teraz na twarzy Mutti utwierdziła mnie w przekonaniu, że dobrze zrobiłam.

Zamierzałam zostać aktorką za wszelką cenę, choćby po to, żeby udowodnić jej, że się myliła.

– Aktorką – powiedziała. – Moja córka. Maria Magdalena Dietrich, pochodząca z rodziny Felsingów, córka szanowanego porucznika, który służył w cesarskich grenadierach. Ma występować na scenie.

– Papa był policjantem w Schönebergu – zauważyłam.

Oczy jej się zwęziły.

– Zamierzasz znieważać pamięć własnego ojca?

– Nie. Ale nie zamierzam też udawać, że osiągnął więcej niż w rzeczywistości. To dotyczy i nas. Nawet ciebie, Mutti. To moje życie. Niezależnie od tego, czy odniosę sukces, czy poniosę porażkę, muszę przeżyć je na własnych warunkach.

Wstała i się wyprostowała.

– Przyniesiesz tylko hańbę sobie i swojej rodzinie. Staniesz się pośmiewiskiem i wszyscy będziemy się za ciebie wstydzili.

– Nie wszyscy. Wujek Willi mnie wspiera. Jego żona też. Uważają, że to świetny pomysł. Kiedy się wyprowadzałam, nawet Liesel powiedziała, że mnie podziwia. Tylko ty uważasz, że zarabianie na życie w inny sposób niż szorowanie podłóg jest hańbą.

– Nawet nie wspominaj o tej przeklętej Jolie – syknęła Mutti. – I nie mieszaj w to swojej siostry. Liesel, podobnie jak ty, postradała zmysły. Wdała się w romans z dyrektorem jakiegoś kabaretu, Georgiem Willsem, który zachowuje się jak akwizytor. Mówiła, że zamierzają się pobrać. Nie mogę uwierzyć, że obie moje córki uległy chaosowi i socjalistycznej deprawacji, które godzą w honor naszego narodu.

Liesel związała się z dyrektorem kabaretu? Byłam z niej dumna. Któż by przypuszczał, że ma w sobie tyle charakteru?

– Przykro mi, Mutti, ale muszę to zrobić. Jeśli mi się nie uda… no cóż, zawsze mogę wrócić do szorowania podłóg.

Zacisnęła zęby.

– Nie licz na moją pomoc. Nie wracaj do domu, kiedy zostaniesz z niczym, bo nie dam ci ani grosza, dopóki nie przeprosisz i nie wrócisz do skrzypiec.

– Nie zrobię tego – rzuciłam. – Prędzej umrę z głodu.

Wypadła z pokoju i mocno trzasnęła drzwiami frontowymi. Po chwili w progu zjawiły się Camilla i Trude.

– O rany, niedobrze – mruknęła Trude.

Camilla zapaliła papierosa i oparła się o drzwi. Zdążyła się już umalować na wieczór. Ona też występowała w teatrze rewiowym, tyle że rzadziej, bo grała też w akademii Reinhardta. Namawiała mnie, żebym zamiast niej zaczęła pobierać lekcje u nauczyciela aktorstwa, ale nadal nie zaoszczędziłam wystarczająco dużo pieniędzy, żeby móc sobie na to pozwolić.

– To zapewne był Smok – zauważyła Camilla z właściwą sobie nonszalancją, za którą szczerze ją podziwiałam. Niewiele rzeczy potrafiło wytrącić ją z równowagi.

– Wydziedziczyła mnie – rzuciłam z wściekłością. – Chociaż i tak nigdy mi nic nie dawała. – Zdawałam sobie sprawę z własnego kłamstwa. Mutti dała mi bardzo wiele, choć czułam taką wściekłość, że nie chciałam o tym pamiętać. Nauczyła mnie dyscypliny i kultu pracy. Opłacała moje czesne i prywatne lekcje w Weimarze, zapewniła mi też, na swój sposób, siłę, której potrzebowałam w życiu. Jednak wszystko, co mi dawała, miało swoją cenę: cenę, którą ona wyznaczyła. A cena ta okazała się dla mnie zbyt wysoka.

Zu schlecht – powiedziała Camilla, przeciągając samogłoski, a Trude załamała ręce. – Niedobrze. To chyba oznacza, że będziesz ostatecznie musiała zostać aktorką.

– Albo umrzeć z głodu, próbując osiągnąć ten cel. – Sięgnęłam po płaszcz, po czym zostawiłam Trude z kotami i ruszyłam z Camillą do teatru rewiowego.

Po drodze, kiedy stałyśmy w zatłoczonym tramwaju, a Camilla trzymała moją puderniczkę i pomagała mi malować usta, opowiedziałam jej o Mutti, o tym, jaka była apodyktyczna i wymagająca, i o tym, że nigdy nie umiałam jej zadowolić. Kiedy skończyłam, jeszcze bardziej zdenerwowana niż przed tymi zwierzeniami, Camilla poprawiła sobie makijaż i powiedziała:

– Znajomy twojej siostry, Georg Wills, jest dyrektorem Theater des Westens, ekskluzywnego teatru wodewilowego. Słyszałam, że kierownicy UFA odwiedzają to miejsce w poszukiwaniu nowych twarzy. – Spojrzała na mnie znacząco. – Powinnaś go poznać. Założę się, że ma wiele cennych znajomości.

– Na pewno powie Liesel, że prosiłam o pomoc, a ona natychmiast przekaże to Mutti. Nie, nie zrobię tego. Poza tym UFA zatrudniła mnie już jako skrzypaczkę, a po miesiącu zostałam zwolniona. Nie zamierzam żebrać o pracę, niezależnie od kontaktów i znajomości. Poradzę sobie bez niczyjej pomocy.

– Jak uważasz. – Nałożyła odrobinę różu na policzki. – Ale dziewczyny takie jak my pną się w górę właśnie dzięki znajomościom. Teatr Nelsona nie da ci niczego oprócz obolałych kostek. Uwierz mi. Jeżeli chcesz odnieść sukces, musisz kogoś poprosić o pomoc. To Berlin. Wszystkie w końcu padamy przed kimś na kolana.

Teatr Rudolfa Nelsona rzeczywiście zapewnił mi obolałe kostki, a do tego obolałe stopy, łydki – a nawet szczękę, bo przez cały występ szeroko się uśmiechałam. Nosiłam ozdobione cekinami stroje, na których znajdowało się więcej piór niż w strusim ogonie (to na nas spoczywał obowiązek ich wymieniania, choć używano do tego tak taniego kleju, że podczas występu zasypywałyśmy piórami całą scenę). Brykałyśmy z dziewięcioma innymi dziewczętami, często kompletnie ignorowane przez publiczność, która piła, rozmawiała i wypuszczała w naszą stronę kłęby dymu papierosowego.

Występowałyśmy w trzech teatrach rewiowych w Berlinie, ale każde z tych krzykliwych, głośnych widowisk wyglądało identycznie: miało oszołomić widzów naszym wyglądem – nie zaś talentem. To nogi chcieli oglądać klienci i to za ich prezentowanie nam płacono.

Odkładałam każdą markę. Jadłam jak najmniej, zgłaszałam się na zastępstwo za każdą dziewczynę, która się rozchorowała, skręciła kostkę albo musiała odejść. Przyjmowałam też inne zlecenia: szukałam w gazetach ogłoszeń i reklamowałam rozmaite produkty, takie jak pończochy – musiałam przy tym wyglądać na onieśmieloną i lekko odsłaniać podwiązki. Niektórzy fotografowie oferowali, że zrobią dodatkowe zdjęcia do mojego portfolio, a ja w zamian za to pokazywałam im nieco więcej niż tylko nogi. W ciągu kilku miesięcy udało mi się zgromadzić pokaźną kolekcję portretów i odpowiednią sumę, by zapisać się na lekcje aktorstwa z Gerdą, która tymczasem wróciła z Hanoweru i miała wkrótce wyruszyć w następną służbową podróż do Monachium.

Na naszym związku zaczęły pojawiać się rysy. Gerdę irytowała moja relacja z Camillą, która pomagała mi w ćwiczeniach aktorskich: musiałam doskonalić dykcję i poczucie rytmu; zbliżał się termin przesłuchania w akademii. Próbowałam tłumaczyć, że studiująca tam Camilla najlepiej wie, czego oczekują wykładowcy, ale zdaniem Gerdy Camilla nigdy niczego nie dawała za darmo.

– To prawda – przyznałam. – Herr Daniels zaoferował jej zniżkę za to, że mnie poleciła.

Gerda skrzywiła się.

– Nie chodzi mi o pieniądze.

Uznałam, że nie warto udowadniać, że z Camillą mamy po prostu wspólny cel. Chętnie korzystałam z jej rad i doświadczenia, a Camilla z kolei liczyła na to, że dostanę się do akademii, a ona będzie mogła twierdzić, że to jej zasługa. Kochanki i kochankowie interesowali ją o tyle, o ile pomagali jej w karierze. Nie pociągała mnie. Wydawała mi się nieco podobna do mnie, miała zbyt szeroki nos i słowiańskie rysy. Podziwiałam natomiast jej apatię i obojętność, które sprawiały, że uganiali się za nią mężczyźni i kobiety z całego miasta. Im mniej o to dbała, tym bardziej za nią szaleli. Zadziwiało mnie to.

Gerda zauważyła, z jakim podziwem patrzyłam na Camillę, ilekroć ta wpadała na herbatę i zaczynała opowiadać o ostatnich romansach albo wypełnionych narkotykami eskapadach do kabaretów. Zawsze zjawiała się u nas, kiedy akurat szła na przyjęcie albo z niego wracała. To właśnie ona korzystała najczęściej z telefonu stojącego w salonie Trude. Podobnie jak ja, tańczyła w teatrze rewiowym, ale nigdy nie przeszkadzało jej to w prowadzeniu niezwykle bogatego życia towarzyskiego. Kiedyś, kiedy pracowałyśmy tego samego wieczoru, a ja poskarżyłam się, że dostaję dużo mniej napiwków niż pozostałe dziewczęta, zauważyła: „A czego się spodziewałaś? Wyglądasz jak uczennica. Żaden klient nie ma ochoty wręczać napiwku swojej córce”.

            Te słowa wprawiły mnie w taką konsternację, że zaczęłam naśladować jej styl: narzucałam boa, wkładałam przezroczyste bluzki i rezygnowałam z biustonoszy albo majtek, chcąc, żeby sukienka idealnie przylegała do ciała. Zdecydowałam się nawet na monokl, w którym do złudzenia przypominałam starego generała – Camilla zapewniła mnie, że wyglądam dzięki niemu bardziej „dekadencko”.

            – Wyglądasz dzięki niemu jak transwestyta – oznajmiła Gerda. – Nie musisz robić wszystkiego, co ona ci każe. Camilla nie jest piękna. A ty jesteś.

            Uroda jednak nie wystarczała. Uroda zapewniła mi tylko tyle, że co noc łapały mnie skurcze i mocno utykałam po występach w teatrze rewiowym.

            – Muszę dostać się do akademii – powtarzałam Gerdzie. – To moja jedyna szansa. Jeżeli nie zacznę wkrótce grać, na pewno złamię nogę. A wtedy – dodałam – zastrzelisz mnie jak kulawą klacz i nakarmisz mną Oskara i Fannie.

Wybierała dla mnie wymagające role. Jako erudytka żądała, żebym uczyła się kwestii z Szekspira i Goethego. Nie byłam przekonana, czy te role do mnie pasują, ale zapamiętałam każdą linijkę i przebrnęłam przez całą serię poprawek, które kazał mi wprowadzić instruktor aktorstwa. Na koniec poinformował mnie, że seplenię i nie nadaję się na Desdemonę.

– Jesteś bardzo ładna – powiedział – ale nie zauważam u ciebie talentu.

Wiele razy słyszałam już tego typu opinie i zdążyłam się na nie uodpornić. Może i nie miałam talentu, ale wybrałam sobie właśnie tę drogę i nie zamierzałam rezygnować do czasu, aż każdy teatr w Berlinie zatrzaśnie mi drzwi przed nosem.

Niedługo przed dwudziestymi drugimi urodzinami poszłam na przesłuchanie do akademii Reinhardta. Nie uczestniczył w nim sam Max Reinhardt, który mieszkał w Austrii i zarządzał swoimi placówkami na odległość. Zamiast niego przesłuchanie prowadziła komisja, na której czele stał dyrektor akademii, Herr Held. Gerda wybrała mi fragment Fausta Goethego: rolę niewinnej Małgorzaty. Usłyszawszy o tym pomyśle, Camilla zaczęła kpić:

– To strasznie przestarzałe. I w ogóle nie pasuje do Marleny.

Gerda wybuchła, co zdarzało jej się bardzo rzadko:

– A co ty możesz wiedzieć o Marlenie?

Musiałam im przerwać. Próbowałam opanować sytuację.

W dniu przesłuchania stanęłam na scenie przed komisją i starając się nie patrzeć w oczy jej członkom, zaczęłam recytować przygotowaną rolę.

W końcu padłam na kolana z teatralną przesadą, powtarzając gest, który ćwiczyłyśmy z Gerdą setki razy. Usłyszałam, jak moje nogi z hukiem uderzają w deski, a w ogromnej sali rozbrzmiewa echo. Zacięłam się i usiłując ratować sytuację, załkałam:

– Ach, okrutny. Zali potrzebujesz…

W moją stronę poleciała poduszka zdjęta z jednego z siedzeń. Wylądowała kilka centymetrów ode mnie. Oniemiałam z przerażenia, a Herr Held zawołał:

– Zali potrzebujesz poduszki! Tak nam się przynajmniej wydaje.

Pozostali członkowie komisji zarżeli, a ja ostatkiem sił wydusiłam z siebie trzy kolejne kwestie i uciekłam.

Gerda czekała na mnie przed salą. Miała wyjechać do Monachium tego samego wieczoru. Podeszłam do niej, starając się ukryć rozpacz, ale ona utkwiła wzrok w jakimś punkcie za moimi plecami i wyszeptała:

– Marleno.

Obejrzałam się. W drzwiach sali stał Herr Held.

– Fräulein Dietrich – powiedział. – To była absolutnie najgorsza wersja Małgorzaty z Fausta, jaką ta akademia miała nieszczęście oglądać.

Marzyłam o tym, żeby zapaść się pod ziemię. Wszystko skończone. Wszystkie nadzieje pogrzebane. Nie tylko nie poradziłam sobie na przesłuchaniu i nie zrealizowałam celu, który sobie wyznaczyłam, ale zgodnie z tym, co przewidywała Mutti, jeszcze się przy tym ośmieszyłam.

– Ale – dodał Herr Held – to wygląda obiecująco. – Wskazał dwa zdjęcia dołączone do życiorysu, w którym wymieniłam swoje doświadczenia w teatrze rewiowym, pracę modelki oraz lekcje emisji głosu i aktorstwa. – Proszę zjawić się tu za tydzień o siódmej rano. Została pani przyjęta. Ale tylko tymczasowo.

Obrócił się na pięcie i wszedł do sali.

Zaciskając mocno usta i tłumiąc okrzyk radości, Gerda chwyciła mnie za rękę.

– Widzisz?

– Tak – odpowiedziałam i po raz pierwszy naprawdę w to uwierzyłam. –

T e r a z  rzeczywiście mam szansę.

 

 

 

 

ROZDZIAŁ PIĄTY

 

– Fräulein Dietrich, jeżeli zamierza się pani spóźniać, może pani w ogóle nie przychodzić. To nie jest jakiś podrzędny kabaret, w którym każdy pojawia się i znika, kiedy tylko ma ochotę.

Słysząc reprymendę Herr Helda, pozostali studenci akademii posłali mi triumfalne spojrzenia. Pospiesznie rzuciłam płaszcz i torebkę na najbliższe krzesło, zdjęłam kapelusz i przebiegłam palcami po krótkich lokach, po czym ruszyłam w stronę sceny. Nie lubiłam się spóźniać, ale popołudniowe i wieczorne występy w teatrze rewiowym oraz ciężka praca na zajęciach zaczęły odbijać się na moim samopoczuciu. Padałam ze zmęczenia. Tego dnia zaspałam po raz kolejny. Obudziło mnie rozpaczliwe miauczenie kotów, które domagały się śniadania – Gerda ich nie nakarmiła, bo znów pojechała do Hanoweru. Miała tam zajmować się jakimś tematem przez najbliższe dwa tygodnie. Nie zdążyłam się nawet wykąpać: szybko się ubrałam, umalowałam usta, nakarmiłam koty i wybiegałam z mieszkania, żeby złapać tramwaj.

Stojące już na scenie dziewczęta spojrzały na mnie z niechęcią. Mroziły mnie wzrokiem od wielu miesięcy, odkąd zaczęłam studiować w akademii. Nie zwróciłam na nie uwagi i uśmiechnęłam się do chłopaka grającego główną rolę w przedstawieniu. Oblał się rumieńcem. Nie byłam nim zainteresowana – w przeciwieństwie do dziewcząt, których wściekłość sprawiała mi satysfakcję.

Nagle przypomniałam sobie o scenariuszu, który miałam w torebce. Uczyłam się kolejnych kwestii podczas przerw w teatrze rewiowym. Ruszyłam z powrotem w stronę krzesła, a zniecierpliwiony Held zapytał:

– Co pani wyprawia?

– Mój scenariusz…

– Tak? – Held stanął przede mną i się wyprostował. Miał na sobie pulower bez rękawów, spodnie z zaprasowanymi zaszewkami i krawat. – Potrzebuje pani scenariusza, żeby wyrecytować dwanaście linijek? – Utkwił we mnie brązowe oczy. – Zaczynamy grać za dwa tygodnie, fräulein. Mam nadzieję, że na tym etapie zdążyła się już pani nauczyć roli na pamięć.

– Tak – potwierdziłam, kiwając głową. – Oczywiście. Ale…

Wskazał palcem scenę.

– Proszę na miejsce. Fräulein – dodał po chwili – niech pani nie wystawia mojej cierpliwości na próbę. Trzepotanie rzęsami i zalotne kroki nie robią na mnie wrażenia. Proszę zostawić to na czas występu. Jeszcze jedno spóźnienie i nie przyjmę pani więcej na zajęcia. To akademia Reinhardta i nie ma tu ludzi niezastąpionych.

– Zrozumiałam, Herr Held – wymamrotałam, drżąc pod jego spojrzeniem.

Wystawialiśmy kontrowersyjną Puszkę Pandory Wedekinda, zakazaną w 1904 roku, po tym jak premiera w Norymberdze wywołała wielki skandal. Grałam drugoplanową postać ladacznicy Ludmiły – to była jedna z najlepszych ról w tym przedstawieniu – i zapomniałam o całym zmęczeniu, gdy tylko rozpoczęła się próba. Wolnym krokiem schodziłam ze sceny i wracałam na nią, lekko unosząc spódnicę i kręcąc biodrami. W końcu dziewczyna grająca Lulu, główną bohaterkę, straciła cierpliwość i tupnęła nogą.

– Marlena chce mnie przyćmić. Znowu. Ona zawsze to robi.

Siedzący w pierwszym rzędzie Held rzucił znudzonym głosem:

– Skoro tak, to znaczy, że jej pani na to pozwala. Zamiast wpadać we wściekłość, proszę spróbować ją przyćmić. Gra pani w końcu główną rolę.

Posłałam dziewczynie triumfalne spojrzenie. Nagle jednak Held zwrócił się do mnie:

– A pani? Zamierza pani po spektaklu zacząć przyjmować klientów? Przez cały drugi akt kołysała pani biodrami jak zwykła ulicznica. Owszem, Ludmiła to prostytutka, ale to również doświadczona uwodzicielka. A pani jak na razie zdołałaby uwieść tylko pijanego marynarza. Proszę zachowywać się nieco bardziej powściągliwie.

W podobnej atmosferze upłynęło całe popołudnie. Held kazał nam powtarzać kolejne sceny, wprowadzał poprawki, decydował się na modyfikacje i krytykował nas z taką zajadłością, że na koniec wszyscy byli tak zrezygnowani, że poddali się jego nastrojowi.

– Dwa tygodnie! – zawołał, kiedy zaczęliśmy chyłkiem, ze spuszczonymi głowami schodzić ze sceny. – Zaczynamy za dwa tygodnie w Kammerspiele Theater. Cieszcie się państwo, że jest tam mniej niż dwieście miejsc. Przynajmniej w razie klapy nie obrzuci was obierkami tysięczna widownia.

Kiedy pozostali studenci wychodzili z sali, Held zwrócił się do mnie:

– Fräulein Dietrich, chwileczkę.

Zatrzymałam się i posłałam mu nieufne spojrzenie. Nigdy nie rozmawialiśmy w cztery oczy. Held nie był skłonny do zwierzeń, a przynajmniej nie w kontaktach ze studentkami – kilka razy przyłapałam go za to na ukradkowym zerkaniu na aktora grającego główną rolę męską. Myślałam, że może podzieli się ze mną jakimiś wskazówkami, dlatego kiedy skrzyżował ręce na piersi, zapewniłam:

– Dam z siebie wszystko i sprawdzę się w tej roli. Na pewno nie przyniosę akademii hańby i…

Uniósł brwi, a ja zamarłam.

– Sprawdzi się pani w tej roli – powtórzył. Zmięłam kapelusz, który trzymałam w dłoniach. – Doskonale się pani do niej nadaje. Ale nie jest pani Ludmiłą. Jeszcze nie. – Zamilkł na chwilę. – Sie müssen mehr ficken.

Szeroko otworzyłam usta.

– Słucham?

– Nie zna pani niemieckiego? Powiedziałem, że musi się pani częściej pieprzyć. – Sięgnął do kieszeni i wyjął srebrną papierośnicę. Zapalił papierosa, po czym wypuścił dym. – Żeby w pełni stać się Ludmiłą, musi pani zrozumieć, co ona czuje, czego doświadczyła i czego pragnie. Dla Ludmiły seks jest bronią. Publiczność chce nią za to gardzić, a pani musi sprawić, by zamiast tego widzowie jej współczuli.

Zaniemówiłam. Czy on mnie właśnie skomplementował?

– Jeżeli pani tego nie zrobi – ciągnął Held tym samym rzeczowym tonem – poniesie pani porażkę. Pisane są pani role uwodzicielek, kobiet pozbawionych cnoty, bohaterek, które muszą odkupić winy. Widziałem zamieszczane przez panią ogłoszenia, występuje pani w reklamach i pozuje do zdjęć. Oglądałem też panią w teatrze rewiowym. Wiem, co mówię. Nie może pani grać niewinnych dziewczątek i tragicznych heroin, choć tak bardzo pani tego pragnie. Każda dziewczyna marzy o roli Anny Kareniny, ale nie każda jest do niej stworzona.

Widział mnie w teatrze rewiowym? Nigdy go tam nie zauważyłam, ale właściwie nie miałam na to szansy pośród obłoków dymu i setek pożądliwych twarzy zlewających się w jedno. Zresztą nigdy nie zostawałam tam po występach. W przeciwieństwie do pozostałych dziewcząt, które chętnie krążyły pomiędzy klientami, żeby zdobyć narkotyki albo zarobić dodatkowe pieniądze, wymykałam się pospiesznie bocznymi drzwiami i wracałam do domu – choć też nie pogardziłabym przecież odrobiną gotówki.

– Żyje pani z kobietą – powiedział Held, po raz kolejny mnie zaskakując. – Widziałem ją po przesłuchaniu. W żadnym wypadku mi to nie przeszkadza, skoro właśnie to pani woli. Ale kobiety nie pieprzą się jak mężczyźni. Ludmiła nie jest lesbijką. – Zamilkł i utkwił we mnie wzrok.

Położyłam zgnieciony kapelusz i torebkę na krześle. Kiedy zaczęłam rozpinać płaszcz, Held się roześmiał.

– Proszę mnie nie obrażać. Nie jest pani w moim typie. – Zarumieniłam się ze wstydu, a on dodał: – Ale na pewno szaleją za panią inni mężczyźni. Przypuszczam, że ugania się za panią połowa studentów tej akademii, a już bez wątpienia ten plebs, który ogląda rewie z pani udziałem. Nie brakuje pani wielbicieli – nie ma pani natomiast motywacji.

Nie mogłam uwierzyć, że to wszystko mówił. Próbując sobie wyobrazić, jak Mutti zareagowałaby na takie słowa, odpowiedziałam chłodno:

– Czy sugeruje pan, że powinnam przyjmować klientów jak dziwka?

– Jest pani dziwką. – Rzucił papieros na drewnianą podłogę i zgniótł go obcasem. – My wszyscy, którzy występujemy na scenie, jesteśmy dziwkami. Zabawiamy widzów za pieniądze, oferując im krótkotrwałą rozrywkę. Udajemy tych, których chcą w nas widzieć, pomagamy im zapomnieć o smutnym życiu i czujemy się dzięki nim kochani. Pieprzymy ich w imię oklasków. Kiedy się nad tym zastanowić, nasza działalność niczym nie różni się od tego, co robią dziwki.

Nagle wybuchnęłam śmiechem.

– Sądzę, że niczym, skoro taką perspektywę pan proponuje.

– Nie da się tego ująć w inny sposób. – Miał uśmiech gada. – Proszę uznać to za prywatną lekcję dotyczącą realiów naszego zawodu. Niech pani pieprzy się z widzami, a na pewno panią pokochają. Kłamstwa zapewnią pani wyłącznie pogardę. Nikt nie lubi, kiedy się go okłamuje. Cała sztuka polega na tym, by uwierzyli, że jest pani szczera. Nawet jeśli to nieprawda.

Odwrócił się. Sięgnęłam po kapelusz i torebkę, po czym opuściłam salę prób i wyszłam na ulicę. Wiedziałam, że powinnam być oburzona.

Ale nie byłam.

 

Dotarłam do internatu spóźniona, bo uciekły mi po kolei tramwaj i omnibus. Trude powitała mnie słowami:

 – Gdzie ty się podziewałaś? Gerda mówiła, że nie występujesz dziś w teatrze. Dzwoniła już dwa razy.

– Naprawdę? – Z trudem się powstrzymałam, żeby nie przewrócić oczami. Ostatnio Gerda dzwoniła do mnie kilka razy w tygodniu – z Monachium, Hanoweru oraz innych miast, w których akurat pracowała. Robiła to, choć jakość połączeń u Trude, delikatnie mówiąc, nie była doskonała. Z powodu zakłóceń ledwo się słyszałyśmy. – Zostawiła jakąś wiadomość?

– Mówiła, że spróbuje zadzwonić później. Miałam ci przekazać, żebyś zaczekała na jej telefon. Martwi się o ciebie.

– Och tak. – Posłałam jej wymuszony uśmiech. – Bez wątpienia.

Kiedy wchodziłam po schodach do mojego pokoju, ogarnęła mnie gwałtowna wściekłość. Gerda stawała się nieznośna. Obsesyjnie bała się, że ją zdradzę i zwiążę się z Camillą. Stale powtarzała, że sukces wymaga czasu i że zbiorę owoce swoich wysiłków, o ile pozostanę cierpliwa. Zgodnie z jej radami chodziłam do pracy, na próby, na lekcje emisji głosu i aktorstwa – a potem wracałam wyczerpana do domu. Czułam się jednak tak, jakbym obcowała z kolejną matką… i wcale mi to nie odpowiadało. Teraz, kiedy Oskar kręcił się między moimi nogami, a Fannie spoglądała na mnie złowrogo z wysokości łóżka, nasz przytulny pokój jawił mi się jako ciasna, nieprzyjemna klitka. Przypomniały mi się słowa Herr Helda:

„Cała sztuka polega na tym, by uwierzyli, że jest pani szczera. Nawet jeśli to nieprawda”.

Wrzuciłam kawałki wyschniętej kiełbasy do misek kotów, wyczyściłam kuwetę, a potem stanęłam w oknie i zapaliłam papierosa. Wpatrywałam się w ciemność rozświetlaną jedynie ulicznymi latarniami i wsłuchiwałam się w skrzypienie przejeżdżających w dole tramwajów oraz w odgłosy rozmów i szczęk sztućców dobiegający z restauracji na rogu.

W pokoju zapanowała cisza, niknąca w gęstniejącym mroku. Koty, które zdawały się wyczuwać mój ponury nastrój, wycofały się pod łóżko.

– Dość – wyszeptałam na głos. – Mam już dość.

Próbowałam postępować zgodnie z radami Gerdy. A w konsekwencji dowiedziałam się, że potrzebowałam czegoś zupełnie dla mnie nieoczywistego, co wydawało mi się od dłuższego czasu zupełnie zbędne. Najwyraźniej mój romans z Reitzem i doświadczenia z niedojrzałymi chłopcami w Weimarze w ogóle się nie liczyły. Wiedziałam, że nie odnajdę inspiracji w tak mało znaczących przygodach.

Przyszedł mi jednak do głowy ktoś, kto mógłby mi pomóc. Ktoś, kto mieszkał w tym samym internacie. Zdawałam sobie sprawę, że Gerda – gdyby się o tym dowiedziała – wpadłaby w szał. Postanowiłam jednak o tym nie myśleć. Zeszłam na dół i zapukałam do drzwi Camilli. Zrobiło się późno, ale przypuszczałam, że jej czas płynie zupełnie inaczej. Jeżeli miała dziś wolny wieczór, to na pewno przygotowywała się na nocne eskapady.

Po kilku minutach, kiedy zamierzałam się już wycofać, drzwi się uchyliły, a Camilla stanęła w progu. Miała na sobie czarny peniuar, pod którym rysowało się smukłe ciało.

– Marleno. Znowu zatrzasnęłaś drzwi do swojego pokoju?

Mimo że jej strój nie był jeszcze kompletny, zdążyła już zadbać o to, żeby makijaż wyglądał na dopracowany: usta przypominały rozcięty szkarłat, powieki uginały się pod ciężarem nałożonego na nie cienia, ale jednocześnie pozostawały drapieżne w naznaczonej sztucznością perfekcji.

– Nie. Ja… zastanawiałam się… – Zamilkłam. Przez chwilę patrzyłam na siebie jej oczyma: nieporadna, przemęczona ciągłą bieganiną, przygnębiona dziewczyna, która najwyraźniej nie wie, co ze sobą zrobić.

– Tak? – Camilla położyła dłoń na biodrze, odsłaniając pomalowane na czerwono paznokcie, tak długie jak u Jolie. Nigdy nie mogłam zrozumieć, w jaki sposób utrzymywała je w takim stanie, nosząc te koszmarne stroje, które kazano nam wkładać na występy w teatrze rewiowym. Moje paznokcie były wiecznie zniszczone i połamane, a wszelkie próby doprowadzenia ich do porządku kończyły się katastrofą. Nieustannie łamałam je sobie na cekinach albo niechcący przyklejałam z piórami do stroika. – Nad czym się zastanawiałaś?

– Mogę dziś z tobą wyjść na miasto?

Otworzyła usta, lekko odsłaniając zęby.

– Co za niespodzianka – powiedziała po chwili. – Gerda dziś nie dzwoniła? Na pewno odchodzi od zmysłów. Wygląda na to, że spędza już czas głównie na wyjazdach. Jak może cię chronić, kiedy jest tak daleko?

Była cięta. Za tą wygładzoną buzią skrywała wiecznie odsłonięte kły.

– Owszem, dzwoniła – odpowiedziałam. – Ale jakie to ma znaczenie? Dzisiejszy wieczór spędzam sama i… – Tym razem celowo zawiesiłam głos. Wyjaśnienia były zbędne i Camilla doskonale o tym wiedziała. Poza tym nie zamierzałam dawać jej satysfakcji i przyznawać, że znalazłam się w impasie. Jak sama powiedziała, nadszedł czas, by paść na kolana. Po prostu nie chciałam jeszcze głośno się do tego przyznawać.

– A więc to tak? – Lekko się cofnęła, wpuszczając mnie do środka. – Chodź, napijesz się czegoś. Albo coś wciągniesz, jeśli wolisz. Mam tu wszystkiego pod dostatkiem.

Jej pokój wyglądał tak, jakby właśnie przeszedł przez niego cyklon. Wszystkie powierzchnie pokrywały porozrzucane ubrania, brudne pończochy, pierzaste boa i stosy pogniecionych kapeluszy piętrzących się przy wypełnionych po brzegi popielniczkach i brudnych talerzach. Podłoga była usłana afiszami z teatru rewiowego, porozdzieranymi i wymiętymi jak martwe ćmy. Ledwo się powstrzymywałam, by nie zacząć sprzątać. Jak ona mogła żyć w takim chlewie?

Kiedy spojrzałam na pokryte białym pyłem lusterko leżące na stoliku, ogarnęły mnie wątpliwości. Wiedziałam, że Gerda wpadnie w szał. Gardziła narkotykami, a kokaina w połączeniu z alkoholem była ulubioną mieszanką Camilli. Obie słyszałyśmy wielokrotnie, jak wpadała do internatu po całonocnych szaleństwach: zataczała się, bełkotała i budziła nas, a biedna Trude musiała pomagać jej dotrzeć do łóżka. Kiedy spotykała nas następnego dnia, konsekwentnie twierdziła, że nic nie pamięta – i prawdopodobnie nie mijała się z prawdą, zważywszy na to, ile używek pochłaniała. Obserwując ją, przekonałam się, że takie chwilowe radości wiązały się też z wieloma nieprzyjemnościami.

Camilla pochyliła się nad lusterkiem i wciągnęła biały proszek. Mrugając załzawionymi oczami i odchylając głowę do tyłu w taki sposób, żeby nie rozmył jej się makijaż, powiedziała:

– Zamierzałaś iść ze mną na miasto w takim stroju?

Spuściłam wzrok i spojrzałam na swoją sukienkę w kwiaty.

– Nie. Miałam nadzieję, że mi pomożesz. Ja… muszę przygotować się do nowej roli. Gram prostytutkę i… – Wzruszyłam ramionami.

Zmierzyła mnie wzrokiem. Zauważyłam, że źrenice rozszerzyły jej się od kokainy.

– Obawiam się, że moje ubrania nie będą na ciebie pasowały, Liebling. Zrobiłaś się ostatnio dość pulchna.

Pulchna? Spojrzałam na nią z niedowierzaniem. Bez przerwy się głodziłam, próbując za wszelką cenę upodobnić się do Ludmiły. Nagle jednak przypomniałam sobie o ciastkach z kremem, które ukradkiem kupowałam, chowałam pod płaszczem i pożerałam w swoim pokoju. Co gorsza, Trude nieustannie przynosiła mi kawałki domowego ciasta czekoladowego, powtarzając przy tym, że muszę jeść, żeby zachować siły.

– Naprawdę niczego nie znajdziesz? – zapytałam, wskazując rozrzucone po całym pokoju sterty ubrań. – W tym wszystkim?

Wzruszyła ramionami.

– Możesz się rozejrzeć. Jeśli znajdziesz coś, co ci się podoba, przymierz to. – Wstała z fotela i przeszła przez kotarę z kolorowych koralików, oddzielającą salon od sypialni, w której panował nie mniejszy chaos. – Zaraz wracam.

Zdjęła peniuar, odsłaniając szczupłe ciało, na którym nie było ani grama tłuszczu, a ja odwróciłam się i zaczęłam przekopywać przez sterty ubrań. W końcu znalazłam zieloną jedwabną bluzkę i spódnicę z długim rozcięciem. Czując na sobie wzrok Camilli – stała za kotarą z koralików i wkładała jedną ze swoich bezkształtnych sukienek z jedwabnej siateczki, które leżały na niej jak druga skóra – rozpięłam własną sukienkę i włożyłam bluzkę. Nie mogłam zapiąć spódnicy (jak zdołałby się w nią zmieścić ktokolwiek poza dzieckiem?), ale przypomniałam sobie, że mam etolę z lisiego futra, którą Jolie pożyczyła mi na przesłuchania. Mogłabym zarzucić ją na ramiona, a końcówki przypiąć broszką w talii, żeby ukryć niezapięty guzik i…

Nagle rozległ się głośny śmiech. W pokoju pojawiła się Camilla, ubrana w luźną, ozdobioną frędzlami sukienkę, do której dobrała jedwabne pończochy.

– Czyż to nie rozkoszne? Dziś wieczorem będę miała w Das Silhouette prawdziwą przyzwoitkę.

Nie wytrzymałam i rzuciłam przez zęby:

– Musisz być taką suką?

Camilla szeroko otworzyła usta, a po chwili zapytała:

– Co powiedziałaś?

– Poprosiłam cię o pomoc. Jeśli potrafisz tylko ze mnie kpić, pójdę sobie.

Obojętność malująca się do tej pory na jej twarzy nagle zniknęła.

– Przepraszam. Po prostu kiedy powiedziałaś, że chcesz iść ze mną na miasto, założyłam… – Jej pełen skruchy uśmiech wydawał się szczery, choć trudno mi było to ocenić, bo rzadko miałam okazję go oglądać. – Do tej pory zawsze odrzucałaś moje zaproszenia. Wiem, że Gerda nie pochwala mojego dekadenckiego stylu życia.

– Przecież tu jestem, prawda? – odpowiedziałam.

Camilla podniosła wzrok i w tej samej chwili guzik pękł, a spódnica opadła mi do kostek. Stałam tylko w pończochach z podwiązkami – i nie miałam na sobie nic poza tym.

  – No cóż, widzę, że przynajmniej posłuchałaś mojej rady i zrezygnowałaś z tej upiornej bielizny, która według Gerdy chroniła twoje dziewictwo – zauważyła Camilla.

Nagle wybuchnęłam śmiechem. Nie mogłam się powstrzymać. Czułam się idiotycznie, jak pulchna dziewczynka, która bawi się w przebieranki i wkłada eleganckie stroje starszej siostry.

– Zdejmij to – powiedziała Camilla, wskazując bluzkę, którą miałam na sobie. Zaczęła przekopywać sterty ubrań. Wydawało się, że dokładnie wie, czego szuka. – Jest! – zawołała i zanurkowała za fotelem, po czym wyciągnęła coś czarnego, pomiętego i…

– Kamizelka? – Liczyłam na coś bardziej szykownego, na przykład suknię z gorsetem, taką jak ta, którą kazała mi kiedyś zmierzyć Oma. Chciałam podkreślić atuty i ukryć mankamenty mojej sylwetki.

– Nie tylko kamizelka: mam też do niej frak i spodnie. To niesamowicie wytworny strój, kochanie. Smoking. Noszą je wszyscy dżentelmeni.

– Chcesz, żebym ubrała się jak mężczyzna?

Camilla uniosła cieniutką, wyskubaną brew.

– Masz jakiś lepszy pomysł? Podwiązki i pończochy są może kobiece, ale bez spódnicy albo majtek na pewno się przeziębisz.

– Nie. – Pokręciłam głową. Camilla tymczasem zaczęła krążyć wokół mnie, starając się ocenić każdy detal. – Idę na górę. Znajdę  coś w swojej szafie…

– Niczego nie znajdziesz. – Zapięła mi kamizelkę, a ja poczułam na karku dotyk jej lodowatych palców. – Widziałam, jakie nosisz ubrania. Może nadają się dla zdesperowanych dziewczątek, ale jeśli chcesz zrobić wrażenie, nie przyda nam się żaden element twojej garderoby. – Zamilkła na chwilę, po czym szepnęła mi do ucha: – A chcesz zrobić dziś wrażenie, prawda?

– Tak – wyszeptałam. Kiedy jednak Camilla wręczyła mi białą koszulę z guzikami ze sztucznych pereł, frak oraz spodnie z szelkami, w pierwszej chwili myślałam, że nadal ze mnie kpi. Wolałam nie pytać, do kogo należy ten komplet. Zakładałam, że nie do niej, skoro uznała, że będzie na mnie dobry. Wyczułam też na materiale niewyraźną nutę wody kolońskiej – nieznany męski zapach.

Kiedy zapięłam spodnie, które okazały się zbyt długie, a następnie wyregulowałam szelki, Camilla uważnie mi się przyjrzała.

– Potrzebujesz jeszcze muszki i cylindra.

Wróciła do sypialni, żeby ich poszukać, a ja ruszyłam w ślad za nią, w nadziei że znajdę tam lustro.

Podobał mi się sposób, w jaki spodnie luźno się na mnie układały. Poczułam ulgę. Nie musiałam obawiać się, że niechcący odsłonię swoje ciało. Byłam niższa od Camilli, ale wcale się tak teraz nie czułam: kiedy przeszukiwała sterty ubrań leżących przy łóżku, ja rozejrzałam się po pokoju i zauważyłam lustro na drzwiach szafy.

Zamarłam.

Wyglądałam zupełnie inaczej niż wtedy, gdy po raz pierwszy spojrzałam na swoje odbicie w sukni Omy. Prezentowałam się teraz niemal perwersyjnie. W lustrze zobaczyłam zaskakująco androgyniczną postać: w męskiej koszuli moje piersi stały się prawie niewidoczne, kamizelka wyszczuplała mnie w talii, a frak poszerzał ramiona. Odgarnęłam loki z twarzy. Zobaczyłam to, co musiała dostrzec Camilla: moją wciąż okrągłą i oblaną rumieńcem twarz, która powoli dojrzewała. Ale na razie jawiła się jako niedokończona rzeźba, której niedawno nadano kształt.

„Próżność, mein Lieber. Sprawia, że ponętne staje się nawet własne odbicie”.

Camilla wyrosła nagle za moimi plecami. Wiążąc mi białą muszkę wokół szyi, nakazała:

– Trzymaj włosy z tyłu. – Nałożyła mi na głowę czarny satynowy beret. – Olśniewająco – szepnęła. – Nie jestem już wcale pewna, czy chcę, żebyś mi towarzyszyła. Będziesz dla mnie poważną konkurencją.

– Naprawdę tak uważasz? – Odwróciłam się do niej. – Myślisz, że taki strój do mnie pasuje? – Choć wydawało mi się to prawie niemożliwe, byłam o tym przekonana. Chciałam jednak usłyszeć to z ust drugiej osoby.

– Nie domagaj się pochlebstw. Usiądź na łóżku, umaluję cię. – Camilla przyniosła kosmetyki, a ja w milczeniu patrzyłam w lustro. Nałożyła mi odrobinę różu na policzki i wybrała mocną szminkę, a potem użyła ciemnej kredki do oczu i zielonego cienia do powiek.

  – Idealnie – powiedziała z zadowoleniem. Po chwili zerknęła na moje stopy. –Brakuje tylko butów.

– Gerda… ma parę wingtipów – oznajmiłam.

Camilla skrzywiła się.

– No tak, oczywiście. – Machnęła na mnie. – Idź po nie. I weź jakieś pieniądze! – zawołała, kiedy ruszyłam do drzwi. – W Das Silhouette płaci się za prywatne boksy.

Dotarłam na górę i znalazłam buty Gerdy. Ponieważ okazały się na mnie za duże, wepchnęłam w nie nylonowe pończochy, a następnie podpięłam mankiety spodni i wyjęłam część pieniędzy, które odkładałam w skarpecie. Trzymałam tam napiwki od klientów teatru rewiowego. Ponieważ miały mi służyć tylko w nagłych przypadkach, ogarnęło mnie poczucie winy: to, co radził mi Herr Held, trudno było uznać za nagły przypadek. Wepchnęłam jednak pieniądze do kieszeni i w ostatniej chwili chwyciłam monokl, który założyłam sobie na lewe oko.

Uznałam, że skoro mam podjąć tak duże ryzyko, powinnam iść na całość.

 

 

 

 

ROZDZIAŁ SZÓSTY

 

Klub Das Silhouette przy Nollendorfplatz słynął z tego, że ściągali do niego najwięksi berlińscy ekscentrycy. Gerda nie znosiła tego lokalu, choć nigdy nie przekroczyła jego progu. O tym niezwykłym miejscu wiele opowiadała nam Camilla, która z zachwytem opisywała panującą tu krzykliwą, ekstrawagancką atmosferę: szalony amerykański jazz, który stał się ostatnio bardzo modny, lejący się strumieniami alkohol, wszechobecne używki takie jak opium, system lamp próżniowych zwiniętych w spirale na ścianach, nienasycony apetyt klientów otwartych na wszelkie typy doznań. Gerda, choć nigdy tam nie dotarła, natychmiast uznała ten kabaret za jedno z najgorszych miejsc w Berlinie – obskurną norę dla motłochu, w której nieustannie dochodziło do skandalicznych czynów i zachowań.

Przysadzisty mężczyzna pilnował rozświetlonego neonem wejścia i władczym gestem przywoływał osoby, które z jakiegoś powodu uznał za godne tego lokalu. Najwyraźniej widywał Camillę całkiem często, bo kiedy już udało nam się przepchnąć na początek kolejki, wyszczerzył zęby w uśmiechu, obrzucił mnie wzrokiem i zwrócił się do niej słowami:

– A kim jest ten uroczy kociak?

– To moja koleżanka – odrzekła Camilla. – Nie bądź niegrzeczny. Jest dziewicą.

– Już niedługo. – Mężczyzna zarechotał, po czym wskazał skórzaną kotarę. Przeszłyśmy przez nią i znalazłyśmy się w szatni. Camilla podała swoją etolę i parasol ładnej dziewczynie, która stała za kontuarem. Miała włosy splecione w warkocze ozdobione wstążkami i była ubrana w szkolną plisowaną spódniczkę, która od razu skojarzyła mi się z moim mundurkiem z Schönebergu. Kiedy jednak wydała Camilli numerek, uważniej jej się przyjrzałam i przekonałam się, że wcale nie stoi przede mną ładna dziewczyna… tylko prześliczny chłopak.

Puścił do mnie oko i zatrzepotał rzęsami, na których skrzyły się maleńkie koraliki.

– Chciałabyś oddać coś do szatni, Liebchen?

– Nie – wydukałam z pewnym trudem. Miałam wrażenie, że szminka przywarła mi do ust. – Nic. Danke.

– Baw się dobrze – powiedział, po czym odwrócił się, żeby powiesić etolę Camilli. Jego pruderyjna z pozoru spódniczka okazała się tak krótka, że wystawały spod niej nagie pośladki.

– Widziałaś jego rzęsy? – szepnęłam, kiedy schodziłyśmy po krętych schodach, mijając dziesiątki wiszących na ścianie plakatów. – Wiesz, ile czasu musiało zająć nałożenie tych ozdób?!

– Długie godziny – odpowiedziała Camilla, wyciągając z torebki papierośnicę i wkładając papieros do czarnego ustnika. – Tutejsze damy żyją dla tych nocy. Jeśli o zmierzchu nie wyglądają pięknie i oszałamiająco, w ogóle się nie zjawiają.

Damy, które były tak naprawdę chłopcami. Poznawałam zupełnie nowy świat i próbowałam się z nim możliwie szybko oswoić, choć kosztowało mnie to niemało wysiłku. W kabarecie unosił się gryzący, słodki zapach narkotyków, a pod sufitem obracały się lustrzane kule przypominające ogromne gałki oczne.

Serce zabiło mi szybciej. Oto znalazłam się wreszcie w świecie Ludmiły. Nie myślałam jednak o swojej postaci, tylko raczej o opowieściach, które tak fascynowały mnie w Weimarze – o odejściu starego porządku i nastaniu nowego. Tyle że w tym przypadku to, co nowe, okazało się szokujące i ekstrawaganckie. Zdecydowanie wykraczało poza wszelkie moje oczekiwania. Poznałam fantastyczną krainę, w której nic nie było takie, jakie się z pozoru wydawało. Zrozumiałam, że tego właśnie pragnęłam: świata pozbawionego zasad, świata, w którym mogłabym stać się kimkolwiek zechcę.

Kabaret pękał w szwach, goście tłoczyli się przy barze i siedzieli przy czarno-białych stolikach pod sceną przystrojoną tanimi bożonarodzeniowymi lametami. Kucający mężczyzna ze sztucznym biustem i przekrzywioną rudą peruką wykonywał właśnie jękliwym głosem piosenkę, którą rozsławiła gwiazda Café Megalomania, Rosa Valetti. Znałam piosenki Valetti. Jej lubieżne nagrania cieszyły się wielką popularnością: wychwalała w nich przewagę głębokiej kobiecej rozkoszy nad niecierpliwymi pchnięciami mężczyzny.

Camilla prowadziła mnie między stolikami, posyłając uśmiechy tym osobom, które witały się z nią i wypowiadały jej imię. Kiedy szłyśmy przez salę, zauważyłam w pewnej chwili wytwornego mężczyznę w białym smokingu. Siedział przy jednym ze stolików i uważnie nas obserwował. Wydawało mi się, że Camilla też go zauważyła, jednak rzuciła mu ostre spojrzenie, ostentacyjnie odwróciła wzrok i przyspieszyła.

– Chodźmy – oznajmiła krótko. – Moi znajomi muszą tu gdzieś być.

W smokingu czułam się z jednej strony niewidzialna, a z drugiej wydawało mi się, że skupiam na sobie wszystkie spojrzenia. Starałam się iść pewnym krokiem, ale po chwili musiałam już przeciskać się pomiędzy mizdrzącymi się chłopcami w skąpych peniuarach, podartych pończochach i wymiętych dziewczęcych majtkach. Jeden z nich uśmiechnął się do mnie i lekko uchylił poły materiału, odsłaniając pokaźną erekcję. To było szokujące – i komiczne, zwłaszcza w chwili, w której zobaczył, że się na niego gapię, i wyjął z majtek dildo, które wsadził sobie do ust, a następnie oblizał ze smakiem. Roześmiałam się: rozbawił mnie zarówno absurd tej sytuacji, jak i myśl, co powiedziałaby o tym wszystkim Mutti. Wyobrażałam sobie przerażenie, które ogarnęłoby ją w momencie, gdy uzmysłowiłaby sobie, że wspaniały naród formujący się podczas wizyt niedzielnych i nieustannie poddawany zbawiennemu wpływowi Händla może wybrać taką dekadencję. Jednak choć fascynowało mnie to miejsce, zaczęłam żałować, że nie zwierzyłam się Camilli z prawdziwego powodu mojej decyzji o towarzyszeniu jej tego wieczoru. Das Silhouette wyglądał na klub dla homoseksualistów i obawiałam się, że nie zdołam spotkać tu mężczyzny chętnego do…

Znieruchomiałam. Dotarłyśmy do części, w której znajdowały się prywatne boksy: kotary ozdobione cekinami służyły tu za prowizoryczne ściany. Niektóre powstałe w ten sposób „pomieszczenia” pozostawały zamknięte dla przybyszów z zewnątrz, w innych zaś ustawiono obite tapicerką siedzenia wokół stołów, na których piętrzyły się kieliszki, butelki i telefony. Siedziało tam wielu mężczyzn w idealnie dopasowanych marynarkach i jedwabnych koszulach ze spinkami przy mankietach. Krzyżując nogi, żywo gestykulowali, i przypuszczałam, że to również homoseksualiści. Dopiero po chwili bliżej im się przyjrzałam i zauważyłam, że są wśród nich również kobiety w męskich strojach. Niektóre miały na sobie smokingi takie jak mój. A kiedy jedna z nich, z brodą narysowaną aktorską szminką, bezwstydnie spojrzała mi w oczy, nagle wszystko zrozumiałam.

Camilla nie przypadkiem mnie tak ubrała. Myślała, że jestem lesbijską i że chcę jej towarzyszyć, żeby zdradzić Gerdę. Nie do końca się myliła.

Nieznajoma dała mi znak.

– Uwielbiam dżentelmenów w monoklach – zamruczała. – Wyglądają tak dumnie i stylowo...

Jej towarzysze w damskich przebraniach zachichotali i klepnęli w puste miejsce na jednej z kanap, dając znak, żebym do nich dołączyła. Kiedy się odwróciłam, zobaczyłam, że Camilla ruszyła już w inną stronę.

– Nie wstydź się. – Kobieta wstała. Miała na sobie ciemny garnitur i biały krawat, a czarne, niemal granatowe włosy zaczesała do tyłu. – Dołącz do nas. Nie chcesz się przekonać, czy pozwolę, żebyś wziął mnie od tyłu, Herr Monokl?

W tamtej chwili chciałam się o tym przekonać, a zanim zdążyłam się cofnąć, nieznajoma zastąpiła mi drogę. Była gibka i smukła, a jej dłonie zsunęły się powoli po moim smokingu, zatrzymując się na chwilę na piersiach.

– Jesteś tu nowa, prawda? – Jej oddech pachniał papierosami i miętą. – Nie widziałam cię tu wcześniej. Taki wdzięk… i takie cycki. Musisz koniecznie wypić z nami drinka.

Moje ubrania zdawały się rozpuszczać pod jej palcami. Chciałam wypić z nią drinka – i zrobić dużo więcej. Intrygowała mnie. Intrygowała mnie cała sytuacja, w której się znalazłam. K

,,Marlena. Błękitny anioł w garniturze" to opowieść o kobiecie niezwykłej, ambitnej i silnej, która odważyła się spełniać swoje marzenia i pomimo upływu wielu lat od jej błyskotliwej kariery w Hollywood nadal inspiruje. Książka jest hołdem dla tej wybitnej aktorki i warto ją przeczytać.

Powieść czyta się jednym tchem, ciekawie wprowadza w klimat epoki, szalone lata dwudzieste. Rewolucje obyczajowe to nie jest taki świeży temat jak nam się wydaje, to wszystko o czym dyskutujemy, co nas nurtuje i ekscytuje, działo się w Berlinie po Wielkiej Wojnie, pogrążony w kryzysie, upokorzony kraj zachłystywał się resztkami swobody. Z tej swobody umiała skorzystać Marlena, wyrwała się z domu i wstąpiła na drogę, która przed wojną byłaby niedopuszczalną, panienka z dobrego domu, na scenie??? Czy dokonała słusznych wyborów, czy zazdrościcie takiego życia? Oceńcie sami. Książkę czyta się dobrze i szybko. Świetna na niedzielne, wietrzne dni.

Książka Gortnera spodoba się fanom Marleny Dietrich, właśnie im najbardziej rekomenduję poszukanie tej powieści. Jeśli nie przepadacie za aktorką lub nie macie wyrobionej opinii, to należy potraktować tak wspaniałą publikację w formie (nad)zwyczajnej historii. Może wówczas zechcecie bliżej poznać Marlenę? Powinniście, namawiam — zasłużyła na wszelkie uznanie. Sama zamierzam sięgnąć po resztę twórczości pisarza, bo i jemu nie można odmówić talentu.

Po raz kolejny autor stanął na wysokości zadania. Ma niezwykły talent jeśli chodzi o wczuwanie się w żeńskie bohaterki swojej powieści. Widać, że wczuł się w Marlenę i włożył sporo serca w wykreowanie jej postaci. Co prawda parę rzeczy zostało nieco zabarwionych, ale kompletnie mi to nie przeszkadza. Uwierzyłam w tę historię i będę z niecierpliwością wyczekiwała kolejnej powieści Gortnera. Jedynym małym minusem było to, że nie zostały przetłumaczone obcojęzyczne kwestie. Nie wszyscy znają niemiecki czy francuski i niektórym czytelnikom może to trochę przeszkadzać. Poza tym nie mam żadnych zastrzeżeń. Historia wciąga, bohaterowie są wielowymiarowy, świat przedstawiony jest bardzo dobrze zbudowany. Polecam tę powieść nie tylko fanom Marleny Dietrich.

Marlena Dietrich to na pewno postać nietuzinkowa, która prowadziła bardzo interesujące i intensywne życie. W czasach młodości jej sposób na życie był bardzo potępiany, a wręcz niebezpieczny, gdy Hitler doszedł do władzy i zaczął głosić niechęć w stosunku do Żydów i homoseksualistów. Książka jest tak dobrze napisana i zbadana, że fakty i niewielka fikcja płynąca od autora fantastycznie się łączą. Gortner udowodnił w "Coco Chanel", a teraz tylko potwierdził, że potrafi rewelacyjnie wczuwać się w opisywane przez siebie osoby i nadawać im postać bardziej ludzką. Tworzy ciekawe dialogi, nie zanudza czytelnika, a najlepsze jest to, że opowiada historie prawdziwych kobiet.

Uważam, że każdy powinien zapoznać się z tą książką. Przede wszystkim stanowi ona wspaniałe przedstawienie losów Marleny Dietrich i zachęca do uczenia się historii. Naprawdę bardzo się cieszę, że zdecydowałam się sięgnąć po tę lekturę. Jestem pewna, że historia błękitnego anioła w garniturze zainteresuje Was i zainspiruje do bliższego poznania tej gwiazdy kina. 

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ