Dla młodzieży
#niewidzialna
KUP TERAZ

#niewidzialna

Sharon Huss Roat
brak opinii
Liczba stron: 336
ISBN: 9788327631107
Premiera: 2017-09-06

Offline Vicky Decker nie rzuca się w oczy. Jest przeciętna, chorobliwie nieśmiała, nie ma znajomych. Czuje się samotna.

Jako @Observi jest duszą towarzystwa. Wrzuca zdjęcia z imprez, kolorowe stories, na których jest roześmiana, wśród znanych ludzi. Ma coraz więcej followersów, zbiera tysiące lajków i komentarzy.

Na Instagramie jest gwiazdą, po raz pierwszy w życiu. W końcu może być tym, kim chce.

Fikcyjny profil dopracowuje w każdym szczególe. Uświadamia sobie, że mogłaby spędzić resztę życia, nie wychodząc z pokoju. Im bardziej jest popularna jako @Observi, tym lepiej rozumie, że w realnym świecie roi się od ludzi, którzy są równie #samotni i #niezauważani jak ona.

By pomóc im i sobie, musi pokazać światu swoją prawdziwą twarz. Czy zdobędzie się na odwagę i zacznie żyć naprawdę?

Stoję przy szafce i czuję, jak na moim podkoszulku wykwitają plamy potu. Przecież nikt tego nie zobaczy, zapewniam w duchu samą siebie. Nie pod gigantycznym swetrem, który włożyłam, ani pod niemal nieprzeniknioną gęstwiną moich włosów.

            Mimo to odciągam brudnożółtą dzianinę od pach. Rano mama rzuciła na mnie okiem i zdołała się powstrzymać od wypowiedzenia na głos tego, co zapewne sobie pomyślała – że nie zostanę miss popularności, przebrana za gigantyczny kleks musztardy diżońskiej.

            – Jesteś gdzieś tam w środku? – zażartowała tylko i umilkła, smarując kanapkę musztardą.

Jej wzrok wędrował od mojego swetra do musztardy i z powrotem.

            Taka jest subtelna.

            Mam świadomość, że w tym kolorze nie wyglądam najlepiej. Nie podkreśla barwy moich orzechowych oczu, nie pomaga wyróżnić się w tłumie. W zasadzie ten konkretny odcień brązowawej żółci doskonale pasuje zarówno do moich włosów, jak i do koloru ścian szkoły. Dlatego właśnie go noszę. Jeśli to, co zamierzam zrobić, pójdzie nie tak, jak trzeba, zdołam wtopić się w otoczenie i zniknąć, nim ktokolwiek zauważy.

            To moja najlepsza przyjaciółka Jenna zmusza mnie, żeby to zrobiła. Wczoraj wieczorem łączyłyśmy się przez FaceTime ze swoich pokojów – mojego tam gdzie zwykle, a jej w bardzo odległym stanie Wisconsin, gdzie obecnie mieszka. Jej mama dostała tam naprawdę dobrą pracę, więc cała rodzina przeprowadziła się w połowie sierpnia, parę tygodni przed początkiem naszej drugiej klasy liceum.

            – Martwię się o ciebie – powiedziała Jenna.

            Przesunęłam się na bok, więc teraz widziała tylko moją kotkę o imieniu Kat, zwiniętą w pręgowaną kulkę na łóżku.

            – Minęły dwa miesiące. – Jenna zbliżyła twarz do ekranu i wyszeptała: – Rozmawiałaś z kimkolwiek w ciągu tych dwóch miesięcy?

            – Z tobą – odparłam.

            – Z prawdziwym człowiekiem.

            – Ty nie jesteś prawdziwa?

            – Nie o to mi chodzi. – Przechyliła telefon i postawiła go na toaletce, żebym miała widok na jej nową sypialnię, którą od razu znienawidziłam. – Z prawdziwym człowiekiem, na żywo. Nie z rodzicami. Nauczyciele się nie liczą.

            Usiłowałam sobie przypomnieć, kiedy ostatnio odezwałam się do kogoś w szkole, poza mamrotaniem: „Sorry”, gdy ktoś na mnie wpadł, albo szeptaniem: „Na zdrowie”, kiedy uczeń obok mnie kichnął. W zasadzie odkąd pamiętam, gadałam wyłącznie z Jenną. W rozmowach z innymi to ona zawsze odzywała się w imieniu nas obu, nawet jeśli pytanie było skierowane do mnie. Ja się wahałam, a wtedy ona wyskakiwała z odpowiedzią. Tak to działało między nami. Za to ja sznurowałam jej buty. Byłam w tym lepsza, więc Jenna nigdy nie nauczyła się wiązać sznurówek. Teraz kupuje buty zapinane na pasek albo zamek błyskawiczny, i wsuwane.

            A ja z nikim nie rozmawiam.

            – Przecież wystarczy się przywitać – powiedziała Jenna. – Tak się przecież zaprzyjaźniłyśmy, pamiętasz? Powiedziałaś: „Hej”, a potem samo się potoczyło.

            – Miałam pięć lat – odparłam. – I nie wiedziałam, czym to grozi.

            – No to udawaj, że znowu masz pięć lat. – Roześmiała się. – Siedzisz po turecku na trawie i liżesz lody sorbetowe, kiedy dziewczynka z tragiczną grzywką wychodzi z domu po drugiej stronie ulicy. Wygląda tak, jakby ktoś obciął jej włosy maczetą. Przywitaj się z biedactwem.

            – To nie takie proste – westchnęłam. – Przecież mnie znasz.

            Jej twarz znowu pojawiła się na ekranie.

            – Znam cię doskonale i właśnie dlatego musisz to zrobić, inaczej przez resztę liceum będziesz samotna i nieszczęśliwa. Pewnie zaczniesz ukrywać się w kiblu.

            Naprawdę dobrze mnie znała.

            Dlatego właśnie obiecałam jej, że dzisiaj przywitam się z kimś w szkole. Tym kimś, kogo wybrałam, jest Hallie Bryce. Jej szafka sąsiaduje z moją, więc do Hallie na ogół dociera to, co zdołają wyprodukować moje struny głosowe. Nie będę musiała się wysilać ani do nikogo podchodzić.

            Odchrząkuję, żeby sprawdzić, czy moje gardło nadal działa, i w tym samym momencie zauważam idealny koczek Hallie, która sunie po korytarzu w moim kierunku. Natychmiast słyszę pulsowanie krwi w uszach.

            Hallie podchodzi do szafki i przykuca, żeby ustawić szyfr – a właściwie nie kuca, fachowe określenie tego, co robi, to grand plié, co przeczytałam na jej instagramowym koncie, gdzie zamieszcza jedynie baletowe zdjęcia (zwykle samej siebie na puentach w rozmaitych miejscach, w których zazwyczaj trudno natknąć się na baletnicę. Na drzewie. Na plaży. Na tle miejskich ruin). Nie obserwuję jej, to znaczy nie kliknęłam „Obserwuj” na Instagramie. Wolę kryć się w cieniu. Nie chodzi o nic strasznego, raczej o podziw z oddali. „Też bym tak chciała” – coś w te klocki.

            No więc robi to plié tuż obok, a ja muszę tylko wyartykułować jedno krótkie słowo i misja będzie wypełniona. Nawet nie wymagam od siebie wypowiedzenia: „Cześć”, już nie wspominając o czymś tak szalonym jak: „Co u ciebie?”. „Hej” wystarczy.

            Hallie zerka na mnie i unosi pięknie wykrojoną brew. Czeka, bo się na nią gapię. Wiem, że się gapię, ale nie mogę oderwać od niej wzroku ani nawet się poruszyć, ani zachować jak normalny człowiek.

Hallie ściąga brwi na kształt litery V i lekko przechyla głowę.

            – Mówiłaś coś? – pyta.

Doskonale wie, że nic nie powiedziałam, jest po prostu uprzejma.

            Wbijam wzrok w podłogę. Nie ma mowy o żadnym „hej”, teraz próbuję tylko uspokoić oddech.

             Hallie wzdycha, wstaje, zamyka szafkę i odchodzi, kręcąc piruety. No dobra, po prostu idzie, ale w ten swój baletowy sposób – obciągnięte palce, stopy na zewnątrz. Patrzę na nią i ciężar spada mi z serca. Gdy mój lęk się ulatnia, przez chwilę czuję ulgę, ale szybko zastępuje ją stan, który mogę określić jednym zdaniem: „Jestem do niczego”.

            Jedna prosta rzecz. Tylko tyle musiałam zrobić.

            Wędruję wzrokiem do wnętrza swojej szafki i zdjęcia przyklejonego do ściany z tyłu. Ja i Jenny stoimy na nim obok siebie. Mam na sobie jej różową sukienkę na ramiączkach, za ciasną, ale zdaniem Jenny idealną dla mnie. Uśmiechamy się szeroko, szczerząc zęby.

            Dotykam zdjęcia, bo to pomaga, sama nie wiem dlaczego. Jeszcze tylko siedem godzin i będę wracała autobusem do domu, pisząc wiadomości do Jenny. Przyznam się do porażki, ale i tak pozostaniemy przyjaciółkami. Powiedziała, że po jej przeprowadzce dzieląca nas odległość nie wpłynie na naszą przyjaźń. Skończymy liceum, razem pójdziemy na studia i razem zamieszkamy, jak planowałyśmy.

            Zamykam szafkę i ruszam na pierwszą lekcję, skupiona na tym, żeby się nie potknąć, nie oberwać plecakiem ani nie dać sobie wykłuć oka pałką do perkusji. To ostatnie zagrożenie jest jak najbardziej realne, bo przede mną idzie Adrian Ahn i wywija pałkami.

            Adrian to oficjalny gwiazdor rocka w liceum imienia Edgara H. Richardsona. Gra w zespole o nazwie East 48. Są nieźli, moszują i skaczą w tłum wydzierających się na całe gardło fanów. (Nie to, żebym ich widziała na żywo, ale wrzucają nagrania na YouTube). Adrian jest pół-Koreańczykiem i farbuje długie włosy na ciemnoczerwono. Dziś związał je w luźny kok i wetknął w niego ołówek. Coś takiego przejdzie tylko w jego wykonaniu.

            Gapię się na tył jego głowy (na pewno nie na tyłek, choć też jest niczego sobie). Właśnie się zastanawiam, co by się stało, gdybym wyciągnęła mu z włosów ołówek, kiedy Adrian niespodziewanie obraca się na pięcie i wyrzuca pałkę w powietrze. Zatrzymuję się gwałtownie, żeby na niego nie wpaść, co robi chłopak idący obok mnie. Zderza się z Adrianem i popycha go, uniemożliwiając mu złapanie pałki, która właśnie szybuje w powietrzu…

            I leci prosto w kierunku mojej twarzy. Odruchowo wyciągam rękę i łapię pałkę.

            – No, no! – odzywa się Adrian, gdy odzyskuje równowagę. – Niezłe oko.

            Mrugam, patrząc na pałkę w swojej wyciągniętej dłoni. OMG, złapałam pałkę Adriana Ahna. A on się do mnie odezwał. Mam szansę z kimś porozmawiać – i to z kimś, kto odezwał się do mnie pierwszy!

            – Hej – wyrzucam z siebie.

            Nic innego nie przychodzi mi do głowy, pewnie dlatego, że przez cały ranek powtarzałam to słowo, przygotowując się do powitania Hallie. Od razu wiem, że nie to powinnam powiedzieć.

            Dlatego oczywiście powtarzam:

            – Hej!

            – Tobie też hej – śmieje się Adrian.

            Stoimy na środku korytarza. Mijający nas uczniowie bez przerwy na mnie wpadają.

            – Mogę, hm, to zabrać?

Adrian wskazuje na pałkę w mojej dłoni, którą nadal trzymam wysoko nad głową, jak Statua Wolności. Szybko wyciągam ją w jego stronę.

            – Eee… tak. Masz tu swoją pałkę. Złapałam ją. Oczywiście w samoobronie. Można tym wydłubać oko. Ale proszę, jest twoja. Cieszę się, że mogłam pomóc.

            O Boże. „Cieszę się, że mogłam pomóc”? Naprawdę powiedziałam to na głos? Ten słowotok to okazjonalny skutek uboczny wiecznego milczenia – całkiem jakby mózg przechowywał każdą idiotyczną myśl i znienacka wymiotował wszystkimi naraz.

            Na domiar złego kończę te wywody radosnym:

            – Zmierzaj dalej i żyj dostatnio!

            Adrian znowu się śmieje.

            – Ty też, Spock.

            Nie wyjaśniam mu, że nie cytowałam Wulkanina Spocka, który mówił: „Żyj długo i dostatnio”, bo na szczęście mój mózg całkiem się wyłącza. W tej samej chwili porywa nas tłum uczniów.

            Dlatego w twoim życiu brakuje tego, co fajne, Vicky. Nie masz ani przyjaciół, ani szans na miłą rozmowę.

            Zamiast iść na historię, wpadam do najbliższej łazienki dla dziewczyn, usiłując zapanować nad nagłą falą nudności. Nic mi z tego nie wychodzi i wymiotuję do muszli, jedną ręką podtrzymując włosy, a drugą opierając o uchwyt na papier toaletowy.

            Dziewczyna, którą minęłam w biegu do kabiny, mówi: „Błe” i ucieka z łazienki. Spuszczam wodę i wpatruję się w muszlę, teraz czystą i szybko się napełniającą.

            Wzdrygam się, słysząc pukanie do drzwi. Odwracam głowę i widzę po drugiej stronie parę trampków Converse, z symbolem jin-jang wymalowanym permanentnym flamastrem na gumie na palcach. Uwielbiam ten symbol. Jenna i ja odkryłyśmy go latem przed siódmą klasą i został naszym prywatnym szyfrem. Bazgrałyśmy go wszędzie, podpisywałyśmy nim liściki. Ściągnęłyśmy z sieci emotkę z jin-jang, żeby przesyłać ją w esemesach. Nawet zrobiłyśmy sobie tymczasowe tatuaże, przysięgając uroczyście, że za kilka lat naprawdę się wytatuujemy.

            Właścicielka conversów z jin-jang pyta:

            – Nic ci nie jest?

            – W porządku! – krzyczę, zbyt głośno.

Dlaczego wrzeszczę?

            – Na pewno? – dopytuje się dziewczyna.

            – Tak – szepczę.

            Teraz za cicho. Zachowuję się jak wariatka. Nie zawsze było ze mną tak źle, a może było, tylko nie zauważyłam tego przed wyjazdem Jenny. To tak, jakby chodziło się po równoważni, kiedy ktoś trzyma cię za rękę i wszystko jest w porządku, i nagle ten ktoś niespodziewanie cię puszcza, a wtedy nie możesz się ruszyć.

            Dziewczyna w czerwonych conversach waha się przez chwilę, po czym odwraca się i wychodzi. Ocieram usta papierem toaletowym i znowu spuszczam wodę. Już za późno, żebym zdążyła na lekcję, więc wyciągam z plecaka chusteczkę dezynfekującą (zawsze mam zapas pod ręką) i czyszczę deskę sedesową, na której spędzę czas do następnej przerwy. Jeszcze nie było dzwonka, ale lada chwila go usłyszę, a na myśl o wejściu do sali po nim znów robi mi się niedobrze.

            Spóźnienie na lekcje znajduje się bardzo wysoko na Liście Grozy, czyli liście głupot, które mnie przerażają. Ułożyłam ją na początku roku i dodaję do niej kolejne punkty, gdy coś mnie denerwuje albo zawstydza, albo chcę zniknąć. Lista jest już tak długa, że zapamiętanie jej to rodzaj zabawy, jak wyrecytowanie wszystkich pięćdziesięciu stanów. Znajduje się na niej:

Zainicjowanie rozmowy

Spóźnienie na lekcję

Nawiązanie kontaktu wzrokowego

Zajęcie wyznaczonego miejsca

Samodzielny wybór miejsca do siedzenia

Powiedzenie jakiejś głupoty

Wywołanie do tablicy

Najszybsze napisanie klasówki

Najwolniejsze napisanie klasówki

Praca w grupach

Samodzielna prezentacja

Stołówka

Jedzenie przy ludziach

Wuef

Publiczne kichanie

 

Teraz mogę dodać do listy „Złapanie pałek” i „Niezłapanie pałek”. Jedno i drugie jest upokarzające.

            Po uzupełnieniu listy wyjmuję podręcznik do historii. Odkryłam, że jest dość duży, żeby przykryć deskę klozetową, dzięki czemu mogę siedzieć na czymś mniej obrzydliwym. Przez całą pierwszą lekcję uczę się do klasówki z matmy, która jest na następnej lekcji, co oznacza, że na szczęście nie będę musiała do nikogo się odzywać. Po prostu pochylę głowę i zajmę się pracą.

            Tak właśnie spędzam resztę dnia. Pochylam głowę. Idę na lekcje. Zajmuję się pracą. Słucham, ale nie przesadnie uważnie, więc unikam zainteresowania nauczycieli, którym wystarcza czasu tylko dla leni i kujonów. Ja jestem nierzucającą się w oczy szarą masą.

            Ostatni dzwonek rozlega się za dziesięć czwarta, czyli półtorej godziny później niż w poprzednim roku, bo nasza szkoła przestawiła się na nowy rozkład, który podobno odpowiada naturalnemu cyklowi snu nastolatków (co wynika z badań i faktu, że w zeszłym roku wszyscy spali na pierwszej lekcji). Za trzy czwarta siedzę w autobusie, tam gdzie zawsze, na miejscu nad kołem, gdzie nikt nie chce siedzieć. Wyciągam telefon, żeby napisać do Jenny.

 

Jesteś tam?

 

Nie uwierzysz, co się dzisiaj stało.

 

            Nie odpowiada od razu. Chociaż dzielą nas dwie strefy czasowe, lekcje Jenny kończą się dziesięć minut po moich, bo zaczynają się bladym świtem. Czekając, aż Jenna wsiądzie do autobusu i przeczyta wiadomość ode mnie, sprawdzam jej Instagram, ale nie ma nic nowego poza selfie z dzióbkiem, które wrzuciła wczoraj wieczorem.

 

Dziś zrobiłam z siebie strasznego głupka.

 

Rechoty pewnie było słychać aż w Wisconsin.

 

            Nadal cisza. Przeglądam jej zdjęcia na Instagramie, wizualny słownik min. Wczoraj było mrugnięcie, przedwczoraj wytrzeszczone w zdumieniu oczy. Jenna założyła konto po przeprowadzce do Wisconsin, żeby utrzymać ze mną kontakt. Teraz ma ponad stu obserwujących i lajki od zupełnie obcych ludzi.

            Obrzucam niechętnym wzrokiem komentarze intruzów i wracam do pisania.

 

Uch, naprawdę powinnam mieć szlaban na wychodzenie z domu.

 

Tak byłoby lepiej dla wszystkich.

 

Może powiem, że choruję na to coś, co wymaga przebywania w hermetycznie zamkniętym namiocie.

 

Jak dziewczyna z tamtej książki. Brak kontaktu ze światem zewnętrznym, tylko online. I żadnych przystojniaków pod moim oknem. (Nie okłamujmy się – i tak nie miałabym na nich co liczyć).

 

Zamierzam dalej bredzić o swojej przyszłości w izolatce, kiedy w końcu widzę dymek na ekranie.

 

Jenna

Ja Żyjesz!

Jenna OMG, co się stało?

Ja To upokarzające.

Jenna Opowiadaj.

Ja Obiecaj, że nie będziesz się śmiała.

Jenna Nie będę.

 

Niemal mogę sobie wyobrazić, jak to mówi, na siedzeniu obok, opierając się o mnie i nachylając, żeby lepiej słyszeć. Pisanie to nie to samo, wiadomo, ale przynajmniej Jenna jest gdzieś po drugiej stronie. Oddycham głęboko, żeby pozbyć się napięcia w mięśniach, i z detalami opisuję swoją okropnie nieudaną próbę przywitania się z Hallie Bryce.

 

Ja Hallie ma mnie teraz za kompletną idiotkę.

Jenna Nieprawda.

Ja Prawda, jestem pewna.

Jenna Nie jest taka. Jest bardzo miła.

Ja Nawet mili ludzie potrafią rozpoznać idiotę. A zresztą nie to jest najgorsze.

 

            Biorę głęboki wdech i opisuję jej katastrofę z Adrianem i pałkami. Słowotok. Statuę Wolności. Zmierzanie dalej i dostatnie życie.Kiedy kończę, wyskakuje dymek Jenny, ale wiadomość nie pojawia się przez całe wieki. Pewnie Jenna tak ryczy ze śmiechu, że nie może nic napisać, albo próbuje wymyślić, jak uprzejmie potwierdzić, że faktycznie jestem idiotką. W końcu:

 

Jenna Okej, to było niesamowite i niesamowicie śmieszne.

Ja Naćpałaś się?

Jenna Nie, poważnie. Adrian też pewnie uważa, że jesteś zabawna – nie śmieszna.

Ja Wątpię.

Jenna Złapałaś jego pałkę! To super.

Ja Kazałam mu ZMIERZAĆ DALEJ I ŻYĆ DOSTATNIO.

Jenna Wiem! Genialne.

Ja Jaja sobie robisz?

Jenna Mówię poważnie. Jesteś taka zabawna!

 

            Zapewnia mnie, że chodzi jej o moją bystrość i inteligencję, a nie o to, że wszyscy się ze mnie nabijają. Nie jestem przekonana. Czasem wydaje mi się, że Jenna nie zdaje sobie sprawy z tego, jak słabo radzę sobie z komunikacją, a to dlatego, że jestem głupia jak but. But, którego już jej nie sznuruję.Jenna jednak zawsze sprowadza mnie z poziomu „Jestem do niczego” na nieco bardziej bezpieczny poziom „Może nie jest tak źle, jak myślę”.

Jeszcze lepsze jest to, że odrywa mnie od moich problemów i wciąga do swojego świata, który jest o wiele bardziej interesujący niż mój.

 

Jenna Dzieciaki z tyłu autobusu się na mnie gapią.

Ja Chłopaki czy dziewczyny?

Jenna Jeden chłopak, dwie dziewczyny.

Ja Jak się gapią? Sympatycznie czy nie?

Jenna Nie wiem.

 

            Przez kilka minut obczajamy sytuację. Jenna mówi, że chłopak to przystojniak i chyba flirtuje. Dziewczyny też są ładne i chyba flirtują. Radzę jej przesunąć się na fotelu tak, żeby jej nie wiedzieli, ale w sumie przede wszystkim chodzi mi o to, żeby mieć ją tylko dla siebie.

            Piszę do niej najdłużej, jak się da, aż w końcu wysiadam z autobusu, idę do domu i siadam przy kuchennym blacie, żeby wypić owocowe smoothie zrobione dla mnie przez mamę. Gdy Jenna pisze, że musi kończyć, odpowiadam emotką ze smutną buźką. Ona wysyła mi cmokający i mrugający emotikon w kształcie serca, a ja jej jednorożca, tort i uniesione kciuki. To głupie, ale robimy tak od dwunastego roku życia i pierwszych telefonów. Jenna kończy jak zawsze symbolem jin-jang. W tej chwili z moim światem wszystko jest w porządku, całkiem jakby Jenna znowu stała obok równoważni, trzymając mnie za rękę, żebym nie spadła.

 

 

 

Rozdział 2

 

            Budzę się następnego ranka i widzę szeroki, radosny uśmiech na Instagramie Jenny, co uznaję za odpowiednik motywacyjnej pogadanki. Otagowała zdjęcie hasłami #przywitajsię #bądźsuper #masztowsobie. Klikam małe serduszko (pierwszy lajk!) i idę do kuchni na śniadanie. Mama zostawiła talerz świeżych croissantów. Jest środa, dzisiaj rano ćwiczy. Ojciec dopiero za godzinę wychodzi do biura, więc przywleka się do kuchni. Nalewa nam po kubku kawy, siada obok mnie i oboje jemy w milczeniu. Nigdy nie zmusza mnie do pogawędek, nawet nie zwraca uwagi na to, co mam na sobie. Dzisiejsza brązowa bluza z kapturem i kieszenią z przodu najwyraźniej nie kojarzy mu się z wystawą torbaczy w zoo, jak ostatnio mamie. Nawet jeśli tata myśli, że przypominam kangura, to nie dzieli się ze mną tym spostrzeżeniem.

            Lubię środy.

Spokój ojca towarzyszy mi w autobusie i w drodze do szkolnej szafki. Czuję się całkiem nieźle, udało mi się uniknąć na korytarzu i Hallie, i Adriana, ale gdy wchodzę na lekcję historii, ściska mnie w żołądku. Widzę nauczyciela na zastępstwie, co oznacza odczytanie listy. Nawet jeśli mam tylko burknąć jedno słowo, nie potrafię zdecydować, czy to ma być: „Jestem!”, czy: „Obecna!”.

            Zastanawiam się nad tym, kiedy zauważam, że chłopak obok mnie lekko się wychyla w kierunku mojego biurka. Jestem niemal pewna, że to ten, który wczoraj wpadł na Adriana i spowodował wypadek z pałką. Nazywa się Lipton Gregory. Słyszałam, jak wyjaśniał, że jego imię to panieńskie nazwisko matki i nie ma nic wspólnego z marką herbaty w torebkach. Dzieciaki i tak czasem nazywają go Torbaczem.

            Lipton odkasłuje, a ja leciutko odwracam głowę w jego stronę, nie nawiązując kontaktu wzrokowego.

            – Frankenstein – mówi.

            – Słucham? – Rzucam mu szybkie spojrzenie, po czym opuszczam wzrok na podłogę.

            – To, co wczoraj powiedziałaś do Adriana na korytarzu. „Zmierzaj dalej i żyj dostatnio”. –Stuka ołówkiem o blat. – To z Frankensteina, nie ze Star Treka.

            Rumienię się, zażenowana, że ktoś słuchał mojego bełkotu i jeszcze mnie cytuje. I pamięta to nawet po dwudziestu czterech godzinach.

            – No tak – mówię. – Frankenstein. Mary Shelley.

Najwyraźniej. Nie potrafię. Mówić. Pełnymi. Zdaniami.

– To ze wstępu, prawda? – Przesuwa palcem po ekranie komórki i czyta. – „Kazałam mojej ohydnej progeniturze zmierzać dalej i żyć dostatnio”. Mówiła o swojej książce.

            – No tak – powtarzam.

            – To nie Spock. – Lipton uśmiecha się do mnie, kiwając głową. – Mary Shelley.

            Właśnie w tym momencie uświadamiam sobie, że nauczyciel wykrzykuje moje nazwisko, którego najwyraźniej nie usłyszałam za pierwszym razem, gdy wypowiedział je normalnym tonem.

            – Decker! Vicky Decker!

            Nie mogę sobie przypomnieć, czy miałam powiedzieć: „Jestem”, czy „Obecna”, więc wywrzaskuję pierwsze słowo, które przychodzi mi do głowy:

            – Frankenstein!

            Klasa wybucha śmiechem, a ja czerwienię się jak burak i szybko poprawiam:

            – Jestem! Obecna!

            Wszyscy nadal się śmieją, kiedy po wywołaniu Jeremy Everling wrzeszczy: „Dracula!”. Potem Brandon Fischer mówi: „Wilkołak!”, a Ellie Good piszczy: „Mumia!”. I tak dalej, choć Lipton Gregory odpowiada grzecznie: „Obecny”.

            Wyśmiewania nie ma na mojej liście, bo to się rozumie samo przez się. Właśnie przez perspektywę wyśmiania cała reszta jest taka przerażająca. Zasłaniam twarz włosami i kulę się, jak najbardziej mogę, schowana za zeszytem.

            Nauczyciel wszystkich uspokaja, ale nie udaje mu się wyciszyć ryku w moich uszach, który od wyjazdu Jenny przed dwoma miesiącami jest coraz głośniejszy i częściej się pojawia. Przypomina armię odkurzaczy zombie, których nie da się wyłączyć. Otwieram podręcznik i udaję, że czytam pracę zadaną przez pana Braxleya, ale nie mogę się skupić. Nagle pojawia się przede mną złożona karteczka. Nie podnoszę wzroku, żeby sprawdzić, skąd się wzięła, to na pewno jakiś dowcip. Rysunek potwora Frankensteina ze śrubami w szyi i tak dalej. Powinnam zrzucić kartkę na podłogę albo schować w podręczniku.

            Wpatruję się w nią diabli wiedzą jak długo, kiedy słyszę, że Lipton odkasłuje. Zerkam na niego, a wtedy on kieruje spojrzenie na kartkę i potem na mnie.

            Aha.

            Rozkładam karteczkę, na której widnieje jedno słowo.

 

Przepraszam.

 

            Przez resztę lekcji trzymam ją w dłoni i usiłuję oczyścić umysł ze wszystkich dziwnych słów, które mogłabym nieumyślnie wyrzucić z siebie w odpowiedzi na ewentualne pytanie. Myślę wyłącznie o tym, że gdyby była tu Jenna, odpowiedziałaby za mnie. Usłyszałaby, jak nauczyciel wyczytuje moje nazwisko i odparłaby: „Obecna!”.

I nie byłoby żadnego Frankensteina.

 

            Powinnam była powiedzieć: „W porządku” albo przynajmniej uśmiechnąć się do Liptona za liścik z przeprosinami, ale przychodzi mi to do głowy dopiero wtedy, gdy siedzę na książce na muszli klozetowej i jem kanapkę. Ohyda, wiem, ale stołówka i ja chwilowo jesteśmy w separacji i poza łazienką nie mam dokąd pójść. Spędzam tu drugą lekcję, a potem dochodzę do wniosku, że równie dobrze mogę zostać aż do lunchu. Wchodzi dziewczyna w czerwonych conversach, więc szybko zasłaniam stopy plecakiem, żeby nie rozpoznała moich butów i nie pomyślała, że tu mieszkam. Nawet jeśli trochę tak jest.

            Po trzech godzinach boli mnie tyłek i zaczynam czuć się klaustrofobicznie. Perspektywa pozostania w kabinie wydaje się gorsza niż perspektywa wyjścia, wobec czego po następnym dzwonku zbieram rzeczy i idę na piątą lekcję, czyli na angielski. Czytamy razem Rok 1984, więc jest cicho i nikt na mnie nie patrzy, nawet Hallie Bryce, która siedzi dwa rzędy przede mną i jeden rząd w bok. Trzyma podręcznik na wysokości oczu,zamiast się nad nim garbić jak pozostali. Dwie dziewczyny za nią z prawej ją naśladują, siedząc sztywno z książkami w powietrzu i chichocząc, dopóki pani Day nie pośle im morderczego spojrzenia.

            Hallie chyba niczego nie zauważa albo ma to gdzieś. Po prostu czyta w tej nienagannej pozycji. Ideałów zapewne nie interesuje zdanie zwykłych ludzi.

            Jakieś pięć minut przed dzwonkiem drzwi się otwierają i jeden z uczniówpomagających w sekretariacie przynosi nauczycielce żółty świstek i ucieka.

            – Vicky Decker? – Pani Day omiata wzrokiem pokój.

Jej spojrzenie mnie omija, co zazwyczaj bardzo mi odpowiada. Tyle że teraz oznacza, że wszyscy muszą się do mnie odwrócić. Przypominają członków grupy pływaków synchronicznych, pokazujących osobęw środku formacji.

            – Vicky? – Pani Day macha na mnie żółtą kartką. – To dla ciebie.

            Dodaję do listy wręczanie żółtego świstka. To żenujące. Wstaję i idę do jej biurka, czując, jak palą mnie policzki. Po powrocie na miejsce czytam treść notatki napisanej przez panią Greene, szkolną psycholog. Wyznaczyła mi spotkanie jutro, kwadrans po dziewiątej. Dokładnie w środku pierwszej lekcji.

            Juhu.

 

            Jakoś udaje mi się dotrwać do końca ostatniej lekcji. Potem wpadam do autobusu, po czym opisuję Jennie cały okropny dzień.

            Bardzo długo nie odpisuje, dłużej niż zwykle. Zaczynam się przejmować, że coś jej się stało. Wypadek autobusu albo, co gorsza, dzieciaki z tyłu, o których wspomniała, postanowiły robić sobie z niej jaja. Może ukradły jej telefon, co oznacza… uch. Moje upokarzające teksty o Liptonie i Frankensteinie, i o spotkaniu z psycholożką przeczytał ktoś… kto nie jest Jenną.

 

JENNA? Jesteś tam?

 

            Czuję taką ulgę na widok „…”, że zbiera mi się na płacz. Wpatruję się w ekran i czekam. Podróż autobusem ma się ku końcowi, a ja trzymam telefon w obu dłoniach, jakby ściskanie go mogło przyśpieszyć nadejście wiadomości. W końcu na ekranie wyskakuje:

 

LOL

 

LOL? O co jej chodzi? Cofam wiadomości, zaniepokojona, że przeoczyłam coś śmiesznego. Może kiedy opisywałam jej ze szczegółami swój ponury dzień, napisała o czymś zabawnym, co ją spotkało? A może… może sama napisałam jakiś dowcip i wyleciało mi to z głowy?

            Ale nie. Nic nie ma.

            Ktoś trąca mnie w ramię.

            Podnoszę wzrok i, ups, jesteśmy pod moim domem. Chwytam plecak i gnam przez środek autobusu, po czym wyskakuję na chodnik. Autobus odjeżdża, a ja przez chwilę stoję nieruchomo, próbując uspokoić oddech, po czym ruszam po podjeździe do werandy od frontu. Plecak obija mi się o nogę. Mamy parterowy dom z szarym dachem. Mama pilnuje, żeby żywopłot był zawsze schludnie przycięty, rabaty nawiezione, wypielone ikwitnące stosownymi do pory roku barwami – obecnie to pomarańczowe i żółte chryzantemy, idealne kolory jesieni. Mama przejmuje się takimi drobiazgami, bo twierdzi, że dom jest do bólu przeciętny. Niski, skromny i przyćmiony przez piętrowych sąsiadów, takich jak stary dom Jenny, który stoi po drugiej stronie ulicy, na ukos od naszego. Staram się na niego nie spoglądać. Wydaje się pusty, choć mieszkają tam nowi lokatorzy.

            Komórka brzęczy mi w dłoni. To Jenna. Nie odbieram od razu, żeby nie pomyślała, że czekam na jej telefon, chociaż tak właśnie jest.

            – Hej.

            – Vicky. O Boże. – Nadal słychać rozbawienie w jej głosie.

            – To nie było śmieszne – mówię. – Ani trochę.

            Jenna parska śmiechem.

            – Szczerze mówiąc, trochę było. Frankenstein? Zaraz padnę.

            – Śmiejesz się ze mnie.

            – Śmieję się z tobą – twierdzi.

            – Skoro tak, to czy ja też nie powinnam się śmiać? Bo zdecydowanie się nie śmieję. – Krążę po podjeździe. – Zrobiłam z siebie totalną idiotkę, wszyscy się ze mnie nabijali. Jesteś jedyną osobą, z którą mogę o tym pogadać, a ty też się nabijasz.

            – Przepraszam – mówi Jenna. – Nie zdawałam sobie sprawy, że to cię tak przygnębiło.

            Jak mogła nie zdawać sobie sprawy? Zwykle wie, co czuję, nawet wcześniej ode mnie.

            Rzucam plecak na werandę i przysiadam na pierwszym stopniu.

            – Martwiłam się, że coś ci się stało w autobusie.

            – No tak… – odpowiada pogodnie. – Pamiętasz tamtego chłopaka, o którym ci wspomniałam?

            – Tego, który niesympatycznie na ciebie patrzył, z dwiema dziewczynami?

            – Pisałam, że nie jestem pewna, czy sympatycznie, czy nie – poprawia mnie. – Okazuje się, że dobrze. Poprosili mnie, żebym z nimi usiadła. On poprosił. Tristan.

            – Z tyłu autobusu?

            – Wiem, banał. Najfajniejsze dzieciaki siedzą z tyłu. Ale oni naprawdę są fajni.

            Zmuszam się do uśmiechu.

            – Opowiedz mi wszystko – proszę. – Zawsze lubiłam obserwać twoje życie.

            – Chyba obserwować? – śmieje się.

            – No tak, obserwować.

            Nieustannie robię błąd w tym słowie, bo wydaje mi się, że skoro mówi się „zerwać”, to powinno się też mówić „obserwać”. Powinnam lepiej to pamiętać, skoro nieustannie obserwuję życie innych.

            – Nic nadzwyczajnego. Podczas jazdy pytali, skąd jestem i tak dalej. Opowiedziałam im o tobie.

            – Naprawdę? – Mój puls przyśpiesza, gdy to słyszę. – I co mówiłaś?

            – Że się przyjaźnimy od przedszkola. Że bardzo za tobą tęsknię. Że bez ciebie nie potrafię zawiązać sznurowadeł. – Śmieje się. – Tristan mi nie wierzył, więc rozwiązał sznurowadła w swoich trampkach i zażądał, żebym mu pokazała.

            – Że nie potrafisz zawiązać sznurowadeł?

            – Tak – przytakuje. – Zwinęłam je w kulkę i wepchnęłam mu do skarpety.

            Śmieję się z dziwną ulgą.

             – Jestem prawie pewna, że więcej nie poproszą, żebym z nimi usiadła – dodaje Jenna. – Ale mam zdjęcie. Najwyraźniej autobusowe selfie są tu ostatnim krzykiem mody.

            – Ooo, pokaż!

            – Okej. Wyślę ci, jak tylko się rozłączymy.

            Rozmawiamy jeszcze przez chwilę, potem kończymy, a zdjęcie pojawia się w chwili, gdy wchodzę do kuchni. Jenna uśmiecha się na nim, jakby to był najbardziej niezwykły moment jej życia, a towarzyszą jej Superprzystojniak, Superlaska i Druga Superlaska.

            Powinno mnie cieszyć, że Jenna poznaje nowych ludzi, nawiązuje przyjaźnie. Chyba jestem okropnym człowiekiem, skoro tego nie chcę, ale dostrzegam tylko, jak szybko i bezproblemowo poradziła sobie beze mnie.

            W kuchni matka siedzi przy komputerze. Jest na Facebooku, gdzie spędza wolny czas, gromadząc miażdżące dowody na to, że nie jestem ani tak zdolna, ani godna podziwu jak dzieci każdego z jej znajomych. Widzi, że trzymam w dłoni telefon, i pyta:

            – Co u Jenny?

            – Okropnie – wyrzucam z siebie, w zasadzie nie wiem dlaczego.

            – Jak to? – Mama odwraca się od monitora i patrzy na mnie. – Co się stało?

            Nagle łzy napływają mi do oczu. Jeśli powiem jej prawdę – że Jenna zdobywa nowych przyjaciół i pewnie stracę to, na co czekam każdego dnia, czyli trzydzieści nędznych minut pisania z jedyną przyjaciółką – mama będzie litowała się nade mną bardziej niż zwykle.

            Odkasłuję i kłamię:

            – Ciężko jej w nowej szkole. Dzieciaki w autobusie są bardzo złośliwe.

            Mama wykrzywia usta w przesadnym grymasie.

            – Ooo, biedna Jenna.

            – Tak, żałuje, że się przeprowadzili. – Siadam przy blacie i obieram banana.

            Mama przygląda mi się tak, jakby jeszcze nigdy nie widziała nikogo jedzącego banana.

            – Wiem, że jest ciężko – mówi w końcu. – Może pomogłoby małe sąsiedzkie przyjęcie? Zaproszenie kolegów z klasy z rodzinami.

            – Żenada.

            – Nie, mogłoby być fajnie.

            Otwieram szeroko oczy, gdy dociera do mnie, że nie chodzi jej o Jennę.

            – Mamo, nie – jęczę.

            – No co?

            – Błagam, powiedz, że nie zaprosiłaś dzieciaków ze szkoły na przyjęcie.

Chyba nie muszę mówić, że imprezy też są na Liście Grozy.

            – To tylko taki luźny pomysł. Możemy zaprosić Everlingów i Robertę DiMarco z mojej pracy. Jej córka Marissa jest w przedostatniej klasie, prawda?

            Mama odwraca się do komputera, a na ekranie pojawia się wielkie zdjęcie Marissy DiMarco i stojących z nią w rządku dziesięciu innych pięknych dziewczyn w seksownych krótkich sukienkach i na ekstremalnie wysokich obcasach. Na następnym zdjęciu widnieją te same dziewczyny z partnerami na zjazd absolwentów – chłopak dziewczyna chłopak dziewczyna chłopak dziewczyna chłopak dziewczyna. Potem widzę tylko Marissę z partnerem, czyli Adrianem Ahnem minus pałki. Już zazdrościłam Marissie tego zdjęcia na Instagramie.

            – Wygląda na bardzo miłą…

            – Mamo…

            – Nie lubisz Marissy DiMarco? – Na jej twarzy maluje się ból, jakby mój brak uwielbienia dla Marissy DiMarco pogłębiał cierpienie matki spowodowane faktem, że nigdy nie stanę się Marissą DiMarco.

            – Może być – odpowiadam. – Ale nie chcę, żebyś na siłę szukała mi przyjaciół. Sama potrafię ich sobie znaleźć.

            Mama waha się i bierze głęboki wdech.

            – Oczywiście – mówi. – Wiem, że potrafisz.

            – Więc nie rób tego, okej?

            Lekko mruży oczy, a następnie powoli kiwa głową.

            – Sama potrafię sobie znaleźć przyjaciół – powtarzam.

            Nie przestaje potakiwać, ale widać, że ani trochę mi nie wierzy.

            – Tak w ogóle to wczoraj długo rozmawiałam z Adrianem Ahnem – dodaję. – I… z kolegami dziś na historii.

            – Poważnie? – Mama unosi brwi.

            – Tak, poważnie.

            Wstaje od komputera i idzie do zlewu, by pozmywać.

            – No to dlaczego ich nie zaprosisz? Możemy rozwiesić siatkę do badmintona. Poznacie się lepiej i…

            – Lepiej od razu mnie zabij.

            – Daj spokój, Vicky, od tego się nie umiera. – Zanurza patelnię w mydlinach i znowu się do mnie odwraca. – Po prostu chcę, żebyś więcej wychodziła i korzystała z życia. Co w tym złego?

            Nie ma nic bardziej przygnębiającego niż matka w średnim wieku, która odrywa się od Facebooka i zmywania, żeby zasugerować córce, że powinna korzystać z życia. Patrzę na nią spode łba, aż odwraca wzrok, a potem ciągnę plecak do pokoju, zamykam drzwi i padam na łóżko.

            Wyciągam telefon i znów gapię się na autobusowe selfie. Powiększam twarz Jenny, żeby skupić się na tym, jaka jest szczęśliwa. Próbuję udawać, że uśmiecha się tylko do mnie, jednak, co było do przewidzenia, przesuwam zdjęcie w prawo i w lewo, na twarze, które dały jej powód do szczęścia. Nowi przyjaciele dotykają się głowami, wypełniają kadr. Nawet gdybym tam była, zabrakłoby dla mnie miejsca i nie ma co za to winić tych superuroczych dzieciaków. Nie mam powodu czuć do nich niechęci, a jednak ją czuję. Są idealni. Są wszystkim, czym ja nie jestem.

Wlokę się do biurka, podłączam telefon do gniazdka USB w komputerze, żeby otworzyć zdjęcie w Photoshopie. Po chwili wypełnia cały ekran. Robię zbliżenie twarzy Superlaski o idealnej cerze. Nie mogę się powstrzymać i dorysowuję jej wąsiki, a potem łączę jej brwi w jedną. Superprzystojniak dostaje ode mnie w prezencie trądzik. Już chcę wyżyć się na Jennie i dorobić jej zeza, kiedy telefon brzęczy, bo wysłała mi wiadomość.

 

Strasznie tęsknię. Żałuję, że Cię tu nie ma.

 

            Prostuję się na krześle i zamykam oczy. Jest mi przykro i wstyd, znów czuję, że jestem do niczego. Wzdycham i piszę:

 

Ja też.

 

            Szybko usuwam wąsik, monobrew i pryszcze. Wyglądały realistycznie, ale przysięgam sobie w duchu, że odtąd będę wykorzystywała swoje photoshopowe umiejętności do czynienia dobra, nie zła. Dzięki temu wpadam na pomysł, jak przekonać matkę, że nie jestem całkiem beznadziejna, i uniknąć żenady na imprezie pod hasłem: „Błagam, zaprzyjaźnijcie się z moją córką”.

            Otwieram Photo Booth na komputerze i ustawiam się w takiej samej pozie jak Jenna na selfie. Potem szczerzę się tak, jakbym bawiła się najlepiej na świecie, i robię zdjęcie. Udaje się dopiero po kilku próbach – kiedy patrzę prosto w obiektyw, nie uśmiecham się zbyt szeroko, a za tło mam pustą ścianę, a nie zabałaganione regały.

Potem ostrożnie wklejam swoją twarz na twarz Jenny tak, że ona znika, a ja zajmuję jej miejsce i nieco poprawiam kontury, żeby lepiej pasowały do tła. Wygląda to jak… oczywisty fotomontaż. Za płasko i oświetlenie jest nie takie, jak trzeba. Na oryginalnym zdjęciu promienie słońca zza okna padają z boku na twarz Jenny, która lekko mruży oczy, no i są cienie.

            Próbuję ponownie. Rozsuwam zasłony i tak ustawiam przedmioty w pokoju, żeby rzucały cień na mój tors i ramiona, tak jak na zdjęciu. Kat usiłuje wskoczyć mi na kolana. Kilka razy zrzucam ją na łóżko, aż w końcu łapie aluzję i w nieskończoność ugniata moją poduszkę, na której kładzie się spać.

            Przed kolacją mam już swoje zdjęcie z nowymi przyjaciółmi Jenny. Oglądane na małym ekranie telefonu powinno zwieść matkę – jeśli nie będzie mu się zbyt uważnie przyglądała ani powiększała fragmentów.

            – Proszę. – Kładę telefon na blacie w kuchni i idę nakrywać do stołu.

            Mama bierze telefon, po czym szeroko otwiera oczy.

– Kto to?

            – Nowe dzieciaki z autobusu – mówię, po czym zabieram jej telefon, zanim zdąży przyjrzeć się zdjęciu jeszcze uważniej.

            Mama znowu próbuje na nie popatrzeć, więc macham jej nim przed nosem.

            – Czy to było dzisiaj? – Zerka na moją bluzę, tę samą co na zdjęciu.

            – Tak. Jedno z nich właśnie mi to przysłało.

            – Wydają się bardzo mili – mówi.

            W tym momencie tata wraca z pracy i pyta, kto jest bardzo miły.

            – Nikt – odpowiadam.

            W przeciwieństwie do mamy nie naciska, tylko z uśmiechem wzrusza ramionami, po czym siadamy do kolacji. To najmilszy moment całego dnia. Choć raz mama nie uważa mnie za kompletną frajerkę, a tata się cieszy, bo mama się cieszy.

            I chociaż wiem, że zdjęcie jest zmontowane, dobrze się czuję, widząc siebie wśród nowych przyjaciół.

Podsumowując. #niewidzialna to lekka, tajemnicza i pouczająca książka. Dzięki tej historii poznamy życie samotnej osoby, która po jednym łamiącym jej serce zdarzeniu osiąga siłę i chcę pomagać i zmieniać życie innych.
Powieść pokazuje jak niewiele trzeba aby pomóc drugiej osobie. Możemy udowodnić sobie, że nie jesteśmy sami z samotnością.
Pomimo kilku błędów i nudnych momentów książkę naprawdę warto przeczytać, ponieważ może nam pomóc oraz uświadomić czym jest samotność.

Amerykańska autorka stworzyła poruszającą i wartościową opowieść o samotności, przyjaźni, odkrywaniu własnej tożsamości i skomplikowanych relacjach międzyludzkich, która wzrusza, bawi i zachęca do refleksji. Ja ze swojej strony serdecznie zachęcam do sięgnięcia po tę pozycję, zwłaszcza nastoletnich czytelników i entuzjastów gatunku. Jestem pewna, że się nie zawiedziecie! ;)

"#niewidzialna" Sharon Huss Roat to książka poruszająca temat samotności, depresji, przyjaźni, odrzucenia i magii social media. To książka, która ujęła mnie za serce, a sprawiła to poniekąd postać Vikcy, którą autorka wykreowała niezwykle realistycznie. Jednak głębię historii stanowi jej przesłanie. Wokół nas żyje sporo osób, którzy borykają się z samotnością, a my ich nie dostrzegamy. Ale to także przesłanie dla samotnych, aby przezwyciężyli swoje lęki, które gromadzą się jedynie w ich głowach i zrobili ten mały, pierwszy krok w kierunku lepszego życia, zupełnie jak Vicky. Czy polecam tę książkę? Zdecydowanie tak! 

Po tej powieści nie spodziewałam się nie niczego konkretnego. Od samego początku byłam przekonana, że będzie to "zwykła młodzieżówka", która mnie ani nie zachwyci nie wiadomo jak, ani nie zniechęci. Szczerze przyznam, że bardzo się zdziwiłam, kiedy tylko zasiadłam do czytania, bo nie planowałam po kilku godzinach jej skończyć! Tak mnie w ciągła, że nie nie byłam w stanie jej odłożyć. Wraz z końcem byłam bardzo zawiedziona. Chciałam jeszcze! Nie zaprzeczę, że jest to typowa młodzieżówka. Bo jest nią w stu procentach, jednak swoją treścią porusza ważny temat. Samotność. Nie spodziewałam się, że powieść skierowana dla dzieci tak naprawdę, będzie miała prawdziwe przesłanie, a nie tylko bajkowy świat, gdzie nic nie jest prawdziwe, a każda postać jest szczęśliwa i ma piękne życie. 

Ze zwyczajnej książki, #niewidzialna stała się dla mnie powieścią, która w jednej z końcowych scen doprowadza do łez. Z zaskoczeniem muszą przyznać, że #niewidzialna to świetna powieść dla młodzieży, która z pewnością zachwyci również dorosłych. Co więcej może być bardzo pomocna w zrozumieniu świata, który dla starszych czytelników jest zupełnie obcy.

#niewidzialna, to książka młodzieżowa, jednak ani trochę nie należy jej umniejszać wagi, gdyż porusza ciekawą tematykę i niesie za sobą jakąś lekcję. Nie musimy być tak nieśmiali jak Vicky, by czuć się samotnym, ale też i nie każdy, kto wygląda na duszę towarzystwa, naprawdę nią jest. Autorka zwraca też uwagę na to, by nie skupiać się wyłącznie na sobie, ale też wyciągnąć pomocną dłoń do innych. A wszystko to, wraz z interesującą fabułą i kreacją bohaterów, daje nam świetną lekturę na wieczór, którą pochłoniemy szybko i bez zgrzytów. Nie spotkałam się też jeszcze z książką, w której byłby wątek dotyczący Instagrama, więc to dodatkowy plus, nawet jeśli nie wszystko było w nim zgodne z rzeczywistością.
Dla kogo? Oczywiście dla miłośników młodzieżówek, ale też i dla tych, którzy mają słabość do tego gatunku, ale w tym bardziej wartościowym wydaniu.
Ja się nie zawiodłam, mam nadzieję, że tak samo będzie i w Waszym przypadku! ;-)

#niewidzialna to lekka, piękna i warta opowiedzenia historia o nieśmiałości, samotności, ale też o przezwyciężaniu własnych słabości i ograniczeń. Uniwesalna i wciągajaca jak sam Internet. Warto ją zobaczyć i przeczytać!

#Niewidzialna przerwała moją trwającą już prawie dwa lata złą passę związaną z literaturą młodzieżową. Wcześniej niemal każde moje podejście kończyło się rozczarowaniem, jednak w przypadku tej powieści Sharon Huss Roat nie ma to miejsca. Jest natomiast podziw i zachwyt za podjęcie ciężkiego, jednak bardzo aktualnego tematu. (...) Podsumowując, #niewidzialna uświadamia nas w tym, jak wielu ludzi cierpi przez swój lęk przed obcowaniem z innymi ludźmi jednocześnie pragnąc kontaktu z drugą osobą.  #Niewidzialna sprawi, że zaczniemy zwracać uwagę na osoby, które zazwyczaj są pomijane. Nauczy nas, że zwykłe "hej" na przywitanie może "zrobić komuś dzień", podczas gdy nas to nic nie kosztuje. Jest to książka, którą polecić mogę każdemu, nie tylko młodszym czytelnikom, ponieważ problem samotności dotyczy ludzi w każdym wieku i w każdym kręgu kulturowym.

#niewidzialna to powieść o współczesnej nastolatce, która ukrywa własne problemy za tętniącymi życiem zdjęciami jej autorstwa. Sharon Huss Roat w ciekawy sposób przedstawiła historię Vicky i ukazała, iż zawsze warto podjąć próbę, aby pokonać własne słabości i obawy. Bohaterka zaczęła prowadzić walkę z nieśmiałością. Wystarczy zrobić pierwszy krok.

Książka porusza ciekawe i trudne tematy, z którymi pewnie większość z nas niejednokrotnie się zetknęła.  Może nie jest to bardzo wymagająca lektura, bo przecież to powieść młodzieżowa, ale jest to poruszająca opowieść o nieśmiałej dziewczynie, o jej problemach i próbach wyjścia z nich. O jej przyjaciołach, znajomych i nieznajomych, którzy są #samotni, czują się czasem #zapomniani. O sile internetu, dzięki któremu można zarówno zostać zniszczonym, jak i spróbować podnieść się na nogi. Dlatego serdecznie polecam #niewidzilną. Jest to naprawdę dobrze napisana, poruszająca, pełna trosk, ale także i humoru opowieść o samotności, o przyjaźni i o popularnych mediach społecznościowych, po skończeniu której nie będziecie w stanie tak zwyczajnie wrócić do własnego świata, zwłaszcza gdy zdacie sobie sprawę z tego, że jest dokładnie taki sam, jak ten Vicky.

Choć na przestrzeni książki akcja nie rwie do przodu jak galopujący koń, to ciągle coś się dzieje. Autorka potrafiła zainteresować nie tylko samymi wydarzeniami czy ważnym tematem, ale także  ciekawymi przemyśleniami bohaterki, czy bardzo przystępnym stylem pisania. (...) Najważniejszy aspekt książki - autorka poradziła sobie z nim śpiewająco. Zdawała sobie sprawę jak znaczący, ale i trochę zaniedbywany jest ten problem. Zrobiła wszystko, by jak najlepiej odwzorować sytuacje głównej bohaterki. Otwiera oczy na to, co zazwyczaj dzieje się tuż obok nas, ale nie chcemy lub nie widzimy tego. Także wkomponowanie w ten temat social mediów było bardzo dobrym krokiem. 

#niewidzialna to wyjątkowo mądra młodzieżówka, nie tylko dla młodzieży. Napisana lekkim stylem, bogata w życiowe wskazówki i rady, poruszająca naprawdę realne problemy. Nie mam jej nic do zarzucenia i myślę, że warto ją "zaobserwować".

(...) moim zdaniem powinnyście sięgnąć po "#niewidzialną" z kilku powodów. Po pierwsze to bardzo mądra młodzieżówka. Po drugie czyta się ją błyskawicznie. Po trzecie wątek miłosny jest uroczy i realistyczny. Po czwarte autorka poruszyła kilka trudnych i ważnych problemów. Po piąte poznacie masę świetnych bohaterów. Po szóste spędzicie fajnie czas z cudowną lekturą. Po siódme polecam!

#niewidzialna to powieść, którą powinien przeczytać każdy nastolatek, który na co dzień żyje pomiędzy światem rzeczywistym a tym wirtualnym. Ta książka może Was zmusić do zmiany sposobu myślenia i do zwrócenia większej uwagi na otaczających Was ludzi. To wszystko opakowane jest we wciągającą historię z wartką akcją. Polecam!

Książkę Sharon Huss Roat czyta się bardzo lekko i przyjemnie, choć momentami (a nawet często) bardzo denerwowało mnie zachowanie, głównej bohaterki, dopiero ostatnie rozdziały książki sprawi, że trochę ją polubiłam :P Książka jest bardzo prawdziwa, może nie jest to głęboka rozprawa nad wpływem mediów społecznościowych na ludzi, ale świetnie pokazuje jak bardzo instagramowe życie może różnić się od tego prawdziwego, i jak osoby wyglądające na szczęśliwe i lubiane, mogą okazać się odrzucone i samotne. Autorka stara się uświadomić czytelników jak wiele jest osób, które w social mediach starają się odnaleść akceptację, a zaraz jak wiele osób zastępuje prawdziwe życie tym online, które niejednokrotnie dla wielu okazuje się łatwiejsze, ponieważ nie wymaga kontaktu z innymi ludźmi. Książkę polecam przede wszystkim osobom, które lubią czytać młodzieżówki, ponieważ porusza ona przede wszystkim problemy nastolatków, większa część akcji rozgrywa się w jednej z amerykańskich szkół średnich, a jej głównymi bohaterami są licealiści.

Ta książka jest wyjątkowa przez to, że jest tak aktualna. Vicky jest wyolbrzymioną wersją każdego z nas. A #niewidzialna pokazuje nam, że w internecie łatwo udawać kogoś kim chcielibyśmy być, ale nim nie jesteśmy. Łatwo też zatracić swoją tożsamość, siebie. A przez to ludzie widzą w nas tylko to, co sami stworzyliśmy w internecie, gubiąc obraz nas prawdziwych. Myślę, że każdy powinien przeczytać "#niewidzialną". Młodzi ludzie na pewno odnajdą się na kartkach tej książki, ale i dorośli znajdą tutaj cząstkę dawnego siebie. 

Język, którym posługuje się autorka jest prosty i niesamowicie lekki, dzięki czemu powieść czyta się po prostu błyskawicznie. "#niewidzialna" to lektura, przy której skutecznie można się zrelaksować i zapomnieć o otaczającym nas świecie. Nie jestem pewna czy historia Vicky Decker na dłużej zostanie w mojej pamięci, ale na pewno nie żałuję czasu, który poświęciłam na jej poznanie. Czytając powieść stworzoną przez Sharon Huss Roat naprawdę spędziłam bardzo miło czas i kompletnie oderwałam się od rzeczywistości. Tego samego życzę wam i mam nadzieję, że to życzenie się spełni.

Jeśli więc macie ochotę przeczytać książkę, która będzie lekka, a jednocześnie z przesłaniem, to #niewidzialna od Sharon Huss Roat jest odpowiednim wyborem. Pozwoli wam przez kilka tygodni zamieszkać z Vicky i poznać, jak wygląda jej życie. Życie osoby samotnej, która nagle osiąga moc zmieniania życia innych. Przede wszystkim pozycja powinna spodobać się nastolatkom, jednak starszy czytelnik również nie powinien nudzić się przy zgłębianiu tej lektury.

#niewidzialna”, to lekka historia, przy której można odprężyć się po ciężkim dniu. Czasami bawi, czasami ściska za serce, jest ciekawa i szybko się ją czyta. Nie jest to płytka opowieść, o popularności w sieci, ale opowieść o głębokiej samotności i nieśmiałości, która blokuje normalne życie. Myślę, że będzie odpowiednia nie tylko dla nastolatków, ale również dla starszych czytelników. Z całą pewnością powinni przeczytać ją ci, którzy choć raz w życiu naśmiewali się z kogoś, tylko dlatego, że różnił się od nich samych. „#niewidzialna” może być podręcznikiem do nauki empatii. Polecam!

Bez zastanowienia sięgnęłam po tą książkę. Lubię motyw internetu i szkolne klimaty, aczkolwiek muszę zaznaczyć, że nie jest to na pewno książka dla wyrafinowanych i wymagających czytelników. Po książkę powinni się pokusić czytelniczy w wieku szkolnym. Autorka pokazuję jak bardzo młodzi ludzie, pragną za wszelką cenę być akceptowani i lubiani i jak bardzo internet daje nam tą możliwość. Kreowanie innej osobowości, niż jest się w rzeczywistości jest prostsze, niż ukazanie swojej naturalności, prawdziwej twarzy. Jest to nie lada wyczyn. Niestety nie każdy jest na tyle odważny i świadomy siebie, by wykonać ten ruch i wyjść poza szereg. Czy aby nie lepiej być sobą a niżeli kolejną kopią człowieka? Polecam książkę

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ