Dla młodzieży
Liberty. Jak zostałam szpiegiem
KUP TERAZ

Liberty. Jak zostałam szpiegiem

Andrea Portes
brak opinii
Liczba stron: 312
ISBN: 9788327631312
Premiera: 2017-08-16

Po raz ostatni widziano moich rodziców podczas strzelaniny na turecko-syryjskiej granicy, potem zaginął po nich ślad. Próbowali walczyć ze złem i zadbali, bym i ja chciała naprawiać świat. Dlatego gdy pewnego dnia do  restauracji weszło dwóch uzbrojonych facetów, zamiast siedzieć cicho, zaczęłam działać. Szybko ich unieszkodliwiłam i zapomniałam o sprawie, niestety ktoś obejrzał nagranie z monitoringu. Zwróciłam na siebie uwagę służb specjalnych, które zaproponowały mi układ – misja w Moskwie w zamian za informacje o rodzicach.

I oto stoję oszołomiona na placu Czerwonym i zastanawiam się, jak w tym wielkim mieście znajdę hakera, którego szuka kilka wywiadów i rosyjska mafia.

Jeśli to czytacie, trzymajcie za mnie kciuki.

Paige Nolan, od dzisiaj agentka Liberty

Chyba zapomniałam wam powiedzieć, że mam metr pięćdziesiąt siedem centymetrów wzrostu, szarobure włosy i skórę o barwie pomiędzy papierem a środkiem kartofla. Mam także pewną niedowagę, ponieważ cierpię na – jak to określili lekarze – „zaburzenia dysocjacyjne”, przez co nie zauważam, że mam ciało i że w związku z tym jestem zobowiązana owo ciało odżywiać.

A więc nie jestem duża. I wcale nie wyglądam na twardzielkę. No i na dodatek znalazłam się w samym środku Appalachów.

Toteż sobie wyobrażacie, jak oni na mnie patrzą.

Nie, żeby się śmiali.

Raczej z niedowierzaniem.

Raczej jakby mówili: „Co, do cholery, ta chudzinka tu wyprawia?”.

Albo: „Jaja sobie ze mnie robisz, laleczko?”.

Teraz już wszyscy na mnie patrzą. Matki. Kelnerki. Nawet dzieci. Malutkie dziecinne buzie nie odrywają ode mnie oczu. Muszę ich wszystkich chronić. Nie mam pojęcia, dlaczego czuję, że to mój obowiązek. Ale z jakiegoś powodu tak jest.

Z drugiej strony wydaje mi się, że to wcale nie dzieje się naprawdę. W chwili, gdy przemówiłam, wkroczyłam w alternatywny wszechświat.

– Czy to jakieś, kurde, żarty? – To Hamburger. On tu jest przywódcą.

– Panowie dżentelmeni, a używam tego słowa niezobowiązująco, prosiłabym, żebyście w obecności dzieci nie używali brzydkich słów. Wiele z nich nie ma jeszcze pięciu lat i nie powinniśmy ich narażać na słuchanie wulgaryzmów. A jeśli chodzi o istotę sprawy, to chcę, żebyście opuścili ten lokal.

– Naćpała się czy co? – Teraz odezwał się Hot Dog. Najwyraźniej mózg operacji.

– Liczę do trzech.

Kolej na Hamburgera.

– Ja mogę zaproponować trzy razy TOBIE, słodka tupeciaro. Co ty na to?

Wyciąga pistolet i celuje we mnie.

Rany, szybko poszło.

Odwracam się do Neda, menedżera.

– Widzisz, prawda? Napaść z bronią w ręku.

Ned przełyka z trudem ślinę. Odwracam się do bliźniaków odżywianych potrawami z grilla.

– Moja słodycz nie ma tu nic do rzeczy. Problem polega także na tym, że choruję na zaburzenia dysocjacyjne, więc kiedy celujesz we mnie, to tak, jakbyś celował w kogoś obcego. Rozumiecie?

Nie mają pojęcia, jak to rozumieć.

Kto by zresztą wiedział? Wyobraźcie sobie, że patrzycie na siebie z boku. Jakbyście byli muchą na suficie obserwującą właśnie siebie samych. Teraz więc, w przyjaznym środowisku Applebee’s pod Altooną, z tą wycelowaną we mnie bronią, naprawdę czuję się tak, jakbym obserwowała sama siebie.

– Daję wam ostatnią szansę na opuszczenie tego miejsca.

Nie ruszają się.

– Na pewno nie? Naprawdę nie chciałabym was poniżyć w obecności tych wszystkich ludzi. Choć prawdę mówiąc, poniżyliście się sami, wchodząc do Applebee’s z automatem.

– Zamknij się, do diabła, ty durna suko.

Od lufy do mojej twarzy jest pół metra.

– Aha, więc nie rezygnujecie z wulgaryzmów. No to posłuchajcie, jestem w głębi serca pacyfistką i…

– No nie, chrzań się, hipisówo.

– Zaczynam wobec tego liczyć. RAZ...

Menedżer i kelnerki wymieniają się spojrzeniami i znikają za kontuarem.

– DWA...

Matki przytulają dzieci, ściągając je do stolików.

– DWA I PÓŁ.

Faceci zaczynają chichotać. Uważają, że to śmieszne. Myślą, że gram na zwłokę.

Do trzech nie dochodzimy.

Gdyby Hamburger wiedział, co ryzykuje, nie trzymałby pistoletu tak blisko mnie. Bo był wystarczająco blisko, bym wyciągnęła dłoń, wyrwała pistolet, wykręciła mu rękę i wycelowała w niego, wykorzystując eskrimę, filipińską sztukę walki. O której on nie ma zielonego pojęcia. I najwyraźniej nie zdaje sobie sprawy, że ja o tym wiem.

No i spójrzmy prawdzie w oczy – wy też nie wiedzieliście, że o tym wiem. Nie chwalę się tą znajomością wszem wobec. To byłoby kompromitujące. Wystarczy jednak wspomnieć, że kiedy dorastałam, moja mama miała coś w rodzaju obsesji na punkcie tajskiego boksu, eskrimy, jujitsu i staroświeckiego już karate. A to oznacza, że ta obsesja się nam udzieliła.

To nie ich wina. Znaczy Hot Doga i Hamburgera.

Ja nie wyglądam na kogoś, kto ma czarny pas.

Hot Dog próbuje złapać mnie od tyłu, ale tak się składa, że dla mnie jest to idealna pozycja, by przerzucić go przez plecy i cisnąć z łoskotem na podłogę. Chciałabym wam uświadomić, że podczas ćwiczeń na macie wasz sparing partner zajmuje właśnie taką pozycję.

ŁUP.

Teraz do gry wchodzi AK-47. Spada na podłogę i, chwała Bogu, nie wypala. Chwytam to zagrożenie dla zdrowia w momencie, gdy Hamburger rusza na mnie na mnie całym ciężarem swoich mięśni stworzonych z opiekanego na grillu mielonego mięsa. Co może być odstraszające. Naprawdę. Chyba że wykorzystasz przeciwko niemu impet jego pasionego pączkami cielska i po prostu odczekasz, ile trzeba, by w ostatnim momencie błyskawicznie uskoczyć w bok, a on wtedy całym swoim ciężarem wyląduje na automacie z gumą balonową.

Trochę to dla niego upokarzające.

Gdyby te typki nie były takimi fiutami, byłoby mi ich żal. Nie zapominajmy jednak, kto przyniósł automaty AK-47 do Applebee’s, dobra?

Buźka Hamburgera ocieka krwią, bo uderzył w ostrą część automatu z gumą. Jego nos też nie wygląda dobrze. Choć i przedtem nie wyróżniał się urodą. Nadszedł doskonały moment, by złapać jego kałasza, co szczerze mówiąc, może się nie skończyć dobrze, bo Hamburger wpadnie wtedy w ślepą furię. W odbiciu na szklanej kuli z gumami widzę, że Hot Dog podnosi się z podłogi i zbliża do moich pleców.

Widzicie? Gdybym nie obserwowała tego z sufitu, byłabym w tej chwili nieźle przerażona.

Z pistoletem jest tak, że zawsze możesz użyć kolby. I ja to właśnie robię. Hot Dog pada znów na ziemię, krwawiąc. Hamburger jest nadal w stanie szoku. Hot Dog klnie pod nosem. Obaj wymachują rękami, leżąc na podłodze nieopodal wejścia do restauracji.

A więc stało się.

Obsługa, menedżer i matki – wszyscy na mnie patrzą. Jakbym przybyła tu z Plutona.

Nikt się czegoś takiego nie spodziewał.

Ciszę przerywa pięciolatek, ten w koszulce z Batmanem.

– Widziałaś, mamo? Ale to było świetne!

Matka uśmiecha się jakby z ulgą.

Wyciągam magazynki z pistoletu i kałasza, a potem wręczam to wszystko, oddzielnie amunicję, oddzielnie broń, Nedowi Flandersowi.

– No dobra, dzięki za toaletę – mówię. – A tak przy okazji to może byście zainstalowali tam suszarkę do rąk. To znacznie zredukowałoby koszty no i ograniczyło zużycie ręczników papierowych. Warto się nad tym zastanowić.

Przestępuję nad Hot Dogiem i Hamburgerem. Rzucam im w twarz ich oprawioną w plastik konstytucję, którą podniosłam z podłogi.

– Jestem pewna, że dziś George Washington byłby z was bardzo dumny.

I to wszystko, co napisała. Wychodzę, zostawiając za sobą Applebee’s pod Altooną, w stanie Pensylwania.

Jestem pewna, że zebrani tam ludzie odebrali to jak sen na jawie. Nie ma w tym nic złego, ponieważ, jak wiecie, odbieram to tak samo. To mój problem. Lub „kryzys (okazja)”, jak powiedziałaby mama.

Niezależnie od tego musiałam coś jednak zrobić.

Bo wiecie, nienawidzę broni.

A jedyna rzecz, której nienawidzę bardziej niż broni, to broń w miejscu, gdzie są małe dzieci.

Traktuję ten temat tak emocjonalnie zapewne z tego samego powodu, z jakiego cierpię na zaburzenia dysocjacyjne. Wszystko to odwołuje się do tej samej części mózgu, która chyba wysoce angażuje się w marzenia na jawie, obsesje i oczywiście wymyślanie najczarniejszych scenariuszy, co jest powszechnie określane jako zamartwianie się. To ta sama część. Widzicie, nie ma czegoś takiego jak darmowy lunch.

Ale co jest ważne teraz? No cóż, istotne jest to, że nie wiedziałam, że cały ten incydent był nagrywany. Nie miałam o tym pojęcia. A już na pewno nie zdawałam sobie sprawy z tego, że to jedno wideo zmieni bieg reszty mojego życia.

 

***

Wszyscy myślą, że oni nie żyją.

Chodzi o moich rodziców.

Chcę powiedzieć, że ludzie próbują być delikatni, oferują miłe słowa i wsparcie. Mówią mi, że trzeba mieć nadzieję. Mówią, że cuda się zdarzają. Jakieś takie gadki. Jeszcze nikt nie napomyka, że i dla mnie zaświeci kiedyś słońce. Ale jestem prawie pewna, że i na to przyjdzie pora. Wiecie, to już ponad rok. Toteż te przemowy zawierające słowa trzeba-mieć-nadzieję-że-żyją stają się coraz mniej przekonujące. Zwłaszcza w uszach tych, którzy je wypowiadają.

Gdyby moi rodzice po prostu przestali troszczyć się o ludzi, żadna z tych rzeczy by się nie wydarzyła. Gdyby stali się tacy jak reszta i nigdy nie zauważali niczego złego, nigdy nie patrzyli na to zło, a po prostu zajmowali się oglądaniem telewizji, internetu oraz ulubionymi rozrywkami, to... wtedy prawdopodobnie byliby zdrowi i bezpieczni. Siedzieliby wygodnie w kokonie wytworzonym przez nich samych.

Ale to do nich niepodobne.

Byli kiedyś w Stambule, u wydawcy. Tak, mieli w Turcji tego samego wydawcę. Jak się okazuje, Turcy mnóstwo czytają! Wtedy w Stambule odbywały się wielkie targi książki, na które wydawcy ich zaprosili, by podpisywali swoje książki, udzielili kilku wywiadów i tak dalej.

No, wiem. Są dość sławni. No, może raczej znani. Intelektualiści nigdy właściwie nie są sławni. Moja mama jest znana z tego, że napisała książkę o wielonarodowych korporacjach, na którą pod zmienionym nazwiskiem zbierała materiały, pracując w fabryce w Bangladeszu za dziesięć centów dziennie. Za tę właśnie książkę dostała National Book Award, z której jest bardzo dumna. Albo była dumna. W tej chwili pewnie nie jest już taka dumna, bo prawdopodobnie nie żyje.

Uuuh!

Owszem, wiem.

Ale po prostu trzeba stawić czoło faktom, nie?

No a mój tata? Jego książka pod tytułem „Rzeka do morza”, wykorzystywana jako podręcznik na uniwersytetach od Princeton do Berkeley, stała się w końcu ważną rozprawą na temat Izraela i Palestyny. Przyniosła mu nominację do nagrody National Book Critics Circle. (Ale jej nie dostał. W owym roku nagrodę za literaturę faktu zdobyła Isabel Wilkerson za „Ciepło innych słońc”. Ostra konkurencja.).

Ale w Stambule? Na tamtejszych targach książki? Moi rodzice byli niczym gwiazdy rocka.

I wszystko byłoby dobrze. Doskonale. Fajnie.

Gdyby nie...

Moja matka poznała tam kobietę, która martwiła się o siostrę. W Syrii. Ta siostra była zakonnicą w misji katolickiej na północ od Damaszku, w połowie drogi do Aleppo. Zamiast uciekać przed nieuchronnym nadejściem ISIS, ksiądz i zakonnice postanowili pozostać na miejscu wraz ze swą trzódką. Mimo że większość mieszkańców miasteczka to muzułmanie. Chodziło o to, że ich  zdaniem opuszczanie wiernych to zły uczynek. Ich obowiązkiem moralnym, nakazanym im przed Boga, było pozostanie na miejscu.

No więc oczywiście moja matka chciała przeprowadzić z nimi wywiad. Szlachetna sprawa. Zakonnica, ksiądz i wierni.

Zapewniła ojca, że podróż jest bezpieczna, ale on się uparł, że będzie jej towarzyszył. Nie mieli zamiaru jechać dalej niż Damaszek.

Nic więc dziwnego, że Damaszek to ostatnie miejsce, w którym byli widziani.

Często do tego wracam, w nocy przewracam się z boku na bok, próbując znaleźć jakiś trop, jakiś punkt zaczepienia. Brakujący kawałek. Może ta kobieta, którą mama spotkała podczas targów, była podstawiona. Może to była pułapka. Gdzie była ta misja katolicka? Kim były zakonnice? Czy jeszcze żyją? Czy ktokolwiek stamtąd jeszcze żyje? Gdzie są moi rodzice?

Czy kiedyś wrócą?

Czy jeszcze kiedyś ujrzę ogorzałą skórę mojego taty? Jego zapinaną na guziki koszulę khaki z epoletami, z kieszonki której zawsze wystawał mały notatnik? Jego rozsiane wszędzie włosy, szalony naukowiec w każdym calu. Czy jeszcze opowie mi jakiś głupi kawał? Czy nazwie mnie workiem kartofli i zarzuci mnie na plecy, mimo że powiem, że jestem już na to za stara i zawołam: „O Boże, tatusiu, naprawdę przestań!”.

A co z mamą?

O mamie myślę milion rzeczy, także o jej decyzji, by opowiedzieć tę historię w środku strefy wojny. Do tej pory przetrawiłam już na ten temat pięćset trzydzieści jeden myśli. Zostało mi jeszcze do przemyślenia tylko dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć tysięcy czterysta sześćdziesiąt dziewięć rzeczy!

Ale czy kiedykolwiek ją zobaczę? Jej długie wyblakłe jasne włosy, jej dziwaczne, źle dobrane stroje, jej szyk rodem z cyganerii, wzory od Mojave po Bombaj? Moja matka o ostrym jak brzytwa intelekcie i trafnych spostrzeżeniach. Taka właśnie była: zawsze najmądrzejsza i najdziwniejsza w grupie.

Najpierw ludzie uważali ją za idiotkę. Naprawdę. No bo widzieli mojego tatę, trochę od niej starszego, na co zresztą wyglądał, a to dlatego, że spędził całe lata na obszarze od Gazy do Wzgórz Golan. A potem ich wzrok wędrował na mamę, młodszą od taty i wyglądającą młodo. (Była próżna). Więc zakładano, że jest on kimś w rodzaju podstarzałego lowelasa, a ona chce go wykorzystać. Ale później... później... podczas rozmowy, raz czy dwa mama powiedziała coś takiego, że nie uważano jej już za głupią, lecz za geniusza. Zachowywała się przy tym skromnie. A jakiś czas później ktoś wspomni o jej słynnej książce, nagrodzonej National Book Award.

Gem, set, mecz.

Uwierzcie mi. Widziałam to ponad piętnaście razy. Właściwie można było według tego regulować zegarki.

Inną rzeczą, według której można było regulować zegarki, jest talent mojej mamy do gubienia rzeczy. Wszystkich. Czy potrafiła zapytać, gdzie są klucze, które właśnie trzymała w ręce? Zgadza się. Czy prosiła was, by pomóc jej znaleźć telefon, kiedy z nią przez ten telefon właśnie rozmawialiście? Zgadza się. A czy pytała, gdzie są jej okulary, kiedy miała je na nosie? Też się zgadza.

Przez całe życie nie spotkałam nikogo, kto byłby bardziej zapominalski czy roztrzepany niż moja mama. Ona nie jest zwykłym roztrzepanym profesorem. Bardziej przypomina profesora, który jest zbzikowany, ślepy i rozkojarzony. Oto przykład: moja mama za żadne skarby świata nie potrafi zrobić grzanki. Grzanki. Próbowała dziesięć razy i za każdym razem... grzanka wychodziła czarna. Ach, kroiła ją na kawałki. Potrafiła nawet pokroić ją na malutkie trójkąciki, ZANIM uświadamiała sobie, że grzanka jest spalona. A potem podawała ją nieszczęsnemu odbiorcy, najczęściej tacie i mnie. Otóż w tej właśnie chwili mama widzi swoją grzankę po raz pierwszy. Twoimi oczami. Taką, jak wygląda.

– O nie! – oświadcza mama wtedy. – Jak to się stało?

I mówi prawdę. Rzeczywiście jest zdumiona.

Doszło do tego, że musieliśmy z tatą schować toster.

– Proszę cię – powtarzał ojciec – już nie próbuj. Jest okej. Niczego nie musisz udowadniać. To tylko grzanka.

A mama odpowiada:

– Czy jesteś pewien, że to nie metafora symbolizująca moją miłość i zdolność stworzenia szczęśliwego i kochającego domu?

– Tak. To nie jest metafora symbolizująca twoją miłość i zdolność do stworzenia szczęśliwego i kochającego domu. Jesteś niesamowitą dziennikarką, matką i żoną. Ale spójrzmy prawdzie w oczy: grzanki nie są twoją specjalnością.

– Nie są moją specjalnością?

– Nie. Jesteś antygrzankowa.

Ojciec się uśmiecha, a mama odpowiada mu tym samym.

Ta chwila.

Chwile takie jak ta.

Bardzo mi ich brakuje.

No i tak to szło. Ojciec był szefem kuchni, a mama wymyślała różne śmieszne dekoracje dobrane do tematu. Kotlety po kijowsku? No to przy okazji pokażę wam matrioszki, te rosyjskie lalki! Meksykańskie święto Cinco de Mayo? Wobec tego znajdę wam piniatę[1]! Zróbmy papierowe kwiaty! Moja mama miała ten kretyński, lecz zachwycający sposób robienia wszystkiego z entuzjazmem. Rozwiesiła kiedyś tureckie lampiony. Wypożyczyła automat do popcornu. Znalazła sposób, by wyświetlić film na dużym ekranie na podwórku za domem. Raz nawet, nie żartuję, zatrudniła artystę błyskawicznie zmieniającego kostiumy. To było kretyńskie, lecz niewątpliwie przekomiczne.

Myślę, że ojciec właśnie to w niej kochał.

Przypominała promień światła.

Ojciec był łagodniejszy, poważniejszy, zrównoważony. Ona była trochę stuknięta. Wyobraźcie sobie Ruth Gordon w „Haroldzie i Maude”. Co, nie widzieliście tego filmu? To idźcie i obejrzyjcie go czym prędzej. Serio.

...

Czekam...

...

Okej, wróciliście? To dobrze. Miło was znowu widzieć. Skoro więc obejrzeliście Ruth Gordon w „Haroldzie i Maude”, to...

Widzieliście właśnie moją mamę.

Odnoszę wrażenie, jakby wszystkie okropne rzeczy w całym świecie objawiły się w niej w formie buntu przeciwko ciemności. Wyzywająca żywiołowość.

I dlatego sądzę, że ona żyje. Że musi żyć. Na świecie nie ma nic – żaden Bóg nie jest tak okrutny ani los tak bezduszny – co pozwoliłoby temu szczególnemu duchowi zginąć.

Nie mogę w jej śmierć uwierzyć.

Ale może po prostu oszukuję sama siebie.

Może oboje już nie żyją.

A może jestem głupia.

 

***

 

Wszyscy trzej moi chłopcy są zszokowani, że LexCorp przeprowadza rekrutację na kampusie.

Cóż, może nie są naprawdę moimi chłopakami. Może są to faceci, z którymi często się spotykam, ale w nic się nie angażuję. Wiecie, to dziwne mieć trzech chłopaków.

Któregoś dnia każdy z nich poślubi słodką panienkę, która będzie mówiła właściwe rzeczy, polubią ją teściowie, no i młoda para, razem z psem wabiącym się Spot, wprowadzi się do otoczonego białym płotkiem domku.

Ale to nie będę ja, skarbie.

Nie wiem, dlaczego to robię, dlaczego mam-trzech-niechłopaków, przychodzi mi na myśl jedynie to, że z jednej strony w ZWIĄZKUnie chcę mieć do czynienia z JEDNĄ osobą, a z drugiej strony śmiertelnie boję się być sama.  Kiedy jestem sama, różne myśli kłębią mi się w głowie. Kiedy jestem sama, wszystkie z tych zbyt potwornych rzeczy, które mogły się wydarzyć lub przydarzają mojej mamie i tacie, grożą zaanektowaniem mojej świadomości. To jest pierwszy problem.

A drugi? Pamiętacie, jak rozmawialiśmy o tych moich zaburzeniach dysocjacyjnych? Kiedy to widzę siebie nie z głębi siebie, lecz z innego miejsca? Zwykle z góry lub z jakiegoś kąta? No cóż, ta przypadłość jakoś odbija się bardzo niekorzystnie na związku w jego tradycyjnym pojmowaniu. Pamiętacie takie sceny z filmów, kiedy dziewczyny są bardzo przejęte, gdy podchodzi do nich chłopak i mówi coś miłego lub przytula je albo wręcza kwiaty? Jakby każda dziewczyna po prostu nie mogła się doczekać, aż na skutek dotyku, spojrzenia lub aprobaty najbliższego fajnego chłopaka przemieni się w pięknego motyla. No cóż, jestem przeciwieństwem tej dziewczyny. Na przykład kiedy chłopak niemal od razu chce mnie pocałować, natychmiast się w sobie kurczę. To mnie przeraża. Albo jeśli chłopak patrzy mi w oczy i mówi: „Chciałbym być z tobą bliżej”, reaguję, jakby zaczynał się film grozy. Boję się.

Nie chciałam taka być. Nie prosiłam o to.

To jest coś, co się w końcu stało z mnóstwa różnych powodów, które może zbadamy później i zrobimy na ten temat prezentację w PowerPoincie.

(Moglibyśmy także zrobić prezentację w PowerPoincie na temat tego, dlaczego prezentacje w PowerPoincie są takie nudne).

Ja w każdym razie żadnemu z tych chłopaków nie mogę nic zarzucić. Poważnie. To chodzi o mnie. Przeanalizowałam wszystko i ustaliłam, że problemem jestem ja.



[1] Piñata – bożonarodzeniowa zabawa w krajach latynoskich polegająca na strąceniu kuli wypełnionej przeważnie słodyczami (przyp. tłum.).

 

Jeśli chodzi o fabułę książki, jest ona dość oryginalna. Po tytule i okładce można spodziewać się czegoś innego. To duży plus, bo czytelnik zostaje zaskoczony jej wnętrzem. Mało tego – jest lekka i bardzo szybko się ją czyta, dlatego mogę ją polecić jako odskocznię od rzeczywistości lub „cięższych” lektur, nawet czytelnikom stroniącym zazwyczaj od tego typu literatury. Książka Andrei Portes daje możliwość przeżycia niesamowitej przygody w bardzo ciekawej aranżacji nie tylko miłośnikom powieści szpiegowskiej czy młodzieżowej, ale także tym, którzy szukają w książkach odpoczynku.

Książka jest napisana w ciekawy i wciągający sposób. Młodzi czytelnicy, do których jest adresowana, z pewnością będą pod wrażeniem historii o nastoletniej tajnej agentce. Autorka stosuje też ciekawy zabieg literacki, otóż Paige pełniąc rolę narratora w powieści, często zwraca się bezpośrednio do czytelnika, zadaje mu pytanie, prosi by coś obejrzał lub każe iść za sobą. Czytelnik poniekąd staje się więc również bohaterem całej historii, wszak jest w niej obecny, główna bohaterka z nim rozmawia i opowiada swoje przygody.

Jeżeli lubcie twórczość Andrei Portes i macie ochotę przeczytać coś lekkiego, zabawnego i relaksującego to śmiało możecie sięgnąć po "Liberty. Jak zostałam szpiegiem". To bardzo interesująca powieść młodzieżowa, z wątkiem szpiegowskim i aferą międzynarodową w tle. A na dodatek poznacie jedną z najbardziej szalonych, niepowtarzalnych i zabawnych agentek Stanów Zjednoczonych Panią Paige Nolan, która uwielbia szokować i filtrować!

Akcja książki toczy się wartko, ciągle coś się dzieje i nie ma czasu na nudę. Paige szybko wzbudza sympatię i potrafi zaskoczyć. Fabuła może nie jest specjalnie skomplikowana, ale jak na książkę dla młodzieży ten stopień skomplikowania jest w sam raz. Powieść powinna spodobać się wszystkim nastolatkom, którzy lubią czytać o szpiegach i przygodach. Polecam.

Liberty. Jak zostałam szpiegiem to prosta książka, która pozwoli Wam poznać od środka życie tajnego szpiega. Jest skierowana do młodszych czytelników, z pewnością spodoba się fanom serii Cherub. Andrea Portes miała ciekawy pomysł, dobrze go wykorzystała. Główna bohaterka jest zabawna, a dynamiczna akcja tej krótkiej książki sprawia, że pochłania się ją błyskawicznie.

Książkę czyta się szybko, rozdziały są tak krótkie, jakby autorka jak najszybciej chciała nam podać zakończenie. Pokazać jak w sprytny sposób zamieszała akcją i wydarzeniami prowadzącymi do wielkiego finału. A to jednak trochę nie o to chodzi. Myślę, że gdyby autorka przemyślała cały koncept jeszcze raz, może nawet odłożyła zarys książki na pół roku i dopiero ją na spokojnie dopracowała, byłoby znacznie lepiej i ciekawiej. Dostajemy lekką historię pędzącą na łeb na szyje, a ja jednak wolę wolniejsze przejażdżki.

„Liberty. Jak zostałam szpiegiem” to propozycja dla nastoletnich miłośników lekkich i zabawnych powieści w stylu Young Adult. Zalecam jednak ostrożność fanom  złożonych powieści szpiegowskich, gdyż Andrea Portes uprościła ten wątek  – pamiętajcie o tym, jeśli nie chcecie rozczarować się lekturą. 

Myślę, że „Liberty. Jak zostałam szpiegiem” to bardzo dobra powieść na jeden lub dwa dni. Mimo tematu porwania rodziców Paige (który mógłby zostać bardziej rozwinięty, może stanie się to w kolejnej części, o ile taka wyjdzie kiedyś?), nie jest to książka poruszająca dogłębnie serca. Nie zmienia to jednak tego, że książka jest przyjemna w odbiorze i potrafi wywołać uśmiech na twarzy Czytelnika.

Dlaczego warto sięgnąć po tę książkę? Bo "Liberty. Jak zostałam szpiegiem" to świetna pozycja na chłodne wieczory, gdy wreszcie mamy szansę odpocząć po trudach dnia codziennego i odbyć zasłużoną chwilę relaksu. To książka, która sprawi, że na twarzy czytelnika niejednokrotnie pojawi się uśmiech. I choć może nie jest zbyt realistyczna i życiowa - to nic, takie książki też czyta się dobrze. Polecam! 

Liberty to powieść, którą przeczytałam błyskawicznie i miałam przy tym wiele frajdy. Nie była poważna, nie była naukowa, a jednak... zagwarantowała mi wiele godzin rozrywki. Tak dobrze dawno się nie bawiłam, a jeszcze dawniej nie czytałam książki niepodobnej do niczego innego. Jak dla mnie... bomba!

Liberty. Jak zostałam szpiegiem, to lekka i przyjemna lektura dla młodzieży. Oczywiście dorośli miłośnicy takich książek też mogą ją przeczytać, ale nie powinni oczekiwać czegoś wybitnego, powieści, która zmieni ich życie w jakikolwiek sposób. To idealna lektura na zimne już wieczory. Tak do poduchy, w ramach relaksu po całym dniu ciężkiej pracy. Tej fizycznej i psychicznej. 

Liberty. Jak zostałam szpiegiem to książka, którą nazwałabym poprawiaczem humoru na jeden raz. Jest lekka i napisana w przyjemny sposób, czyta się szybko i wywołuje uśmiech na twarzy, jednak nie powoduje głębokich zachwytów. Będzie idealna na lekturę w podróży, z herbatą w zimniejszy wieczór, czy też jako plażowa lektura (kiedy już znowu nadejdzie lato), czyli wtedy, kiedy potrzebujemy czegoś niezobowiązującego, od czego wiele nie będziemy wymagać. Jeśli nastawisz się dokładnie na coś takiego - spędzisz miło czas i poprawisz sobie humor.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ