Powieść historyczna
Przeklęte diamenty

Przeklęte diamenty

brak opinii
Liczba stron: 336
ISBN: 9788327629609
Premiera: 2017-08-16

Kapitan Caleb Frobisher przypływa do Freetown, by kontynuować misję dwóch starszych braci. Wraz z grupą marynarzy dociera do ukrytej w dżungli kopalni diamentów. Czekając na pomoc z Londynu, obserwuje obóz, w którym są przetrzymywani ludzie przeznaczeni do niewolniczej pracy. Pewnego dnia poznaje piękną kobietę, Katherine Fortescue, byłą guwernantkę opiekującą się dziećmi w obozie. Zakochują się w sobie od pierwszego wejrzenia. Caleb zrobi wszystko, by uwolnić Katherine.

Stephanie Laurens

Stephanie Laurens to australijska powieściopisarka urodzona w Cejlonie. Jej książki to głównie romanse historyczne. W Polsce znana jest m.in. z powieści o rodzie Cynsterów. Ma doktorat z biochemii i wraz z mężem prowadziła badania nad rakiem. Na emeryturze poświęciła się jednak pisaniu.

Caleb Frobisher niestrudzenie przedzierał się przez mroczną dżunglę. Za nim gęsiego podążało dwudziestu czterech towarzyszy. Nikt się nie odzywał – upiorna cisza sprawiała, że wędrowcy mieli nerwy napięte do granic. Pod gęstym baldachimem drzew panowała tak wielka wilgoć, że wydawało się, jakby maszerowali pod wodą, jakby ciężkie powietrze wręcz oblepiało ich ciała.

– Do diaska! – wydyszał Phillipe Lascelle idący tuż za Calebem. – To musi być już niedaleko.

– Do południa jeszcze mnóstwo czasu – mruknął Caleb. – Nie powiesz mi chyba, że usychasz z pragnienia.

Phillipe prychnął.

Caleb i jego drużyna podążali szlakiem niewiele lepszym od ścieżki wydeptanej przez zwierzęta – wciąż musieli nurkować pod liśćmi palm i uchylać się przed niskimi, oplecionymi przez pnącza gałęziami.

Gdzieś przed nimi znajdował się obóz handlarzy niewolników i Caleb miał nadzieję, że wkrótce go odnajdą. Lecz choć solennie obiecywał sobie, że podczas tej misji będzie postępował zgodnie z planem – chciał bowiem udowodnić wszystkim bez wyjątku, a zwłaszcza swojej rodzinie, że można mu powierzyć tak poważne zadanie – skłonność do podejmowania ryzyka okazała się silniejsza. Zgodnie z mapą sporządzoną przez jego brata Roberta powinni byli wybrać drogę od zachodu, Caleb jednak, przestudiowawszy położenie obozu – Siedliska Kale'a – uznał, że lepiej będzie, jeśli nadejdą od północy. Z notatek Roberta wywnioskował, że handlarze mogą się spodziewać gości z zachodu i prawie na pewno od tej strony wystawią czujki. Nie była to więc najlepsza droga dla kogoś, kto zamierzał ich zaatakować.

A taki był – co chyba oczywiste – ich cel. W końcu co innego dwudziestu pięciu silnych i uzbrojonych po zęby mężczyzn mogłoby robić w tym zapomnianym przez Boga i ludzi miejscu?

Trzy dni temu Caleb na swoim „Księciu” i Phillipe na „Kruku”, korzystając z nocnego przypływu, wślizgnęli się do estuarium. Trzymając się północnego brzegu, z dala od szlaków prowadzących do Freetown, pożeglowali w głąb zatoki Tagrin, by uniknąć wykrycia. Według informacji Roberta Eskadra Zachodnioafrykańska powinna akurat znajdować się w porcie, toteż Caleb wolał uniknąć konieczności tłumaczenia się ze swoich poczynań wiceadmirałowi Deckerowi.

Wyrzucili kotwicę na południowym krańcu zatoki, w miejscu, które zdaniem Caleba znajdowało się dokładnie na północ od Siedliska Kale'a. Według mapy Roberta od obozu dzieliło ich wiele kilometrów przez dżunglę. Caleb nie miał pojęcia, czy w tym miejscu da się ją przebyć, jednak informacje, które zdobył od tubylców zamieszkujących pobliską wioskę, napawały optymizmem. Phillipe miał talent do języków – kolejny znakomity powód, by mieć go u swego boku – szybko więc nawiązał przyjazne stosunki z miejscową starszyzną. Tubylcy słyszeli, że w głębi dżungli znajduje się obóz handlarzy niewolników, i z radością wskazali drużynie Caleba ścieżkę, która – jak twierdzili – wiodła w pobliże owego obozu. Niestety, nic nie wiedzieli na temat kopalni ani żadnego podobnego przedsięwzięcia w okolicy. Mieszkańcy wioski nie mieli też pojęcia, jak się nazywa przywódca handlarzy, Caleb mógł więc tylko mieć nadzieję, że nie natrafią na jakieś inne obozowisko. Wyruszyli w drogę poprzedniego dnia rano – Frobisher zostawił na żaglowcach szczątkową załogę, ze sobą zaś zabrał najsilniejszych i najbardziej doświadczonych ludzi. Zajęcie obozu nie będzie łatwe, zwłaszcza jeśli handlarze niedawno kogoś schwytali.

Obracając tę myśl w głowie, zastanawiał się, co zrobi, jeżeli okaże się, że w obozie oprócz handlarzy są też jeńcy.

Wtem, niemal nie wierząc własnym oczom, dostrzegł wśród gęstwiny jasny blask – prześwit, przez który wdzierało się światło dnia, rozpraszając wszechobecny mrok.

Wąska ścieżka, którą szli, urwała się nagle, wychodząc na szerszy, lepiej utrzymany i najwyraźniej uczęszczany szlak.

Caleb zatrzymał się i uniósł dłoń, a idący za nim mężczyźni zastygli w bezruchu. Nasłuchiwał przez chwilę. Pomruk ludzkich głosów był bardzo słaby, ale jednak słyszalny.

Phillipe nachylił się i szepnął:

– Jesteśmy jakieś dwadzieścia, dwadzieścia pięć metrów od obozu.

Caleb pokiwał głową.

– Ta droga prowadzi pewnie do kopalni.

Szybko rozważył wszystkie możliwości. Choć Phillipe był bardziej doświadczonym dowódcą, czekał w milczeniu na decyzję Caleba – to była misja przyjaciela. Jeszcze jeden powód, dla którego Caleb lubił mieć go u boku.

– Powiedz reszcie – wyszeptał – że zakradniemy się bliżej pod osłoną drzew i zobaczymy, co się uda wywęszyć. Nikt nie może wiedzieć, że tu jesteśmy.

Phillipe odwrócił się i przekazał rozkaz. W skład oddziału wchodziło trzynastu ludzi Caleba i dziesięciu członków załogi „Kruka”. A ponieważ Caleb i Phillipe współpracowali ze sobą już wcześniej, ich ludzie się znali. Nie było powodu, by wątpić, że będą działać jak zgrana drużyna.

Rozejrzawszy się po raz ostatni, Caleb zaryzykował i ostrożnie wyszedł na drogę. Ruszył przed siebie i zatrzymał się tuż przed zakrętem. Zamiast iść dalej dobrze wydeptanym szlakiem, bezszelestnie wślizgnął się w zarośla. Po cichu dotarł w pobliże prześwitu i bardzo powoli ruszył na zachód. A gdy dostrzegł kępę palm o rozłożystych liściach tuż na skraju polany, ukucnął i pod ich osłoną podkradł się bliżej. Zerknął za siebie i zobaczył, że Phillipe podąża za nim. Reszta oddziału przykucnęła w cieniu drzew.

Caleb zaczął przyglądać się osadzie. Znał jej rozkład z opisu Roberta: budynki były ustawione w kształcie podkowy z dużym, przypominającym koszary barakiem pośrodku i czterema mniejszymi po bokach. On sam i jego ludzie znajdowali się na wprost koszar, co oznaczało, że drogę prowadzącą do Freetown powinni mieć po prawej. Szlak, który przed chwilą opuścili, znajdował się po lewej od głównego budynku. Była też jeszcze jedna ścieżka, według Roberta nieużywana – zaczynała się na prawo od koszar i biegła w głąb dżungli.

Stwierdziwszy zgodność rozkładu obozowiska z mapą, którą miał w głowie, Caleb skupił się na ludziach kręcących się po terenie i zgromadzonych przy głównym palenisku.

Phillipe usadowił się obok i obaj zaczęli nasłuchiwać przytłumionych rozmów.

Po chwili Francuz szepnął:

– Ten tam, olbrzym, zachowuje się jak przywódca, ale nie pasuje do opisu.

Caleb spojrzał na potężnie zbudowanego wysokiego mężczyznę.

– To pewnie ten, który dowodził ludźmi Kale'a w kolonii – stwierdził. Po chwili dodał zamyślony: – Ciekawe, że tu jest.

– Chciałeś powiedzieć, że dobrze się składa – poprawił go Phillipe. – Jeśli zlikwidujemy wszystkich, jest szansa, że nikt nie zastąpi Kale'a.

Caleb pokiwał głową.

– To prawda. Nie wydaje się, żeby mieli jakichś jeńców. Drzwi do mniejszych chat są otwarte, a nie zauważyłem, żeby ktoś był w środku.

– Ja też nie.

Caleb się skrzywił.

– Kale'a tam nie ma. Ciekawe, czy siedzi w koszarach. A jeśli tak, to ilu ludzi ma ze sobą.

Phillipe wzruszył ramionami.

I właśnie wtedy jeden z mężczyzn kręcących się koło wielkiego kotła, który wisiał nad paleniskiem, podniósł głowę, spojrzał w stronę koszar i zawołał:

– Gulasz gotowy!

Chwilę później drzwi koszar się otworzyły i Caleb wyszczerzył zęby w uśmiechu na widok żylastego, niezbyt wysokiego mężczyzny z twarzą oszpeconą szramą, który wyłonił się w towarzystwie trzech innych.

– Co za szczęśliwy zbieg okoliczności – mruknął Phillipe.

Nadszedł jeszcze jeden człowiek – od strony szlaku wiodącego do Freetown. Caleb trącił przyjaciela i kiwnął głową w stronę nowo przybyłego.

– Widzisz? Mieli czujkę.

Phillipe obrzucił mężczyznę badawczym spojrzeniem.

– Chyba był sam. Wygląda na to, że niezbyt poważnie traktują możliwość zjawienia się nieproszonych gości.

– Ja też tak myślę.

– Co w sumie daje trzynastu.

Caleb pokiwał głową, nie odrywając wzroku od sceny przy palenisku. Kale z cynowym talerzem pełnym gulaszu usiadł na kłodzie i zaczął jeść. Po chwili już wszyscy mężczyźni siedzieli na balach otaczających palenisko.

Ledwie zdążyli przełknąć pierwszy kęs, gdy ich uwagę – a także uwagę Caleba, Phillipe'a i ich drużyny – przyciągnął głuchy odgłos kroków na ścieżce wiodącej z północy. Tej, o której Caleb sądził, że prowadzi do kopalni. Tej samej, którą opuścił ze swoją drużyną raptem kwadrans temu.

Po chwili w obozie zjawiło się czterech mężczyzn – sądząc po ubiorze, handlarzy niewolników, najwyraźniej członków kompanii Kale’a. Pozdrowili przywódcę i przywitali się z resztą.

– A więc udało się wam bez przeszkód odprowadzić naszych gości? – Słowa te zostały wypowiedziane charakterystycznym zgrzytliwym głosem, który potwierdzał tożsamość Kale'a.

Przywódca czwórki uśmiechnął się szeroko.

– Tak jest! Dubois przesyła podziękowania. Mówił, że potrzebuje więcej ludzi. Koniecznie mężczyzn. Co najmniej piętnastu.

Kale zaklął szpetnie.

– Z rozkoszą bym mu ich dostarczył, gdyby tylko te łajdaki z kolonii pozwoliły nam robić to, co umiemy najlepiej. – Odchrząknął, pokręcił głową i zajął się jedzeniem. – Jego wysokość Dubois będzie musiał jakoś sobie radzić z tymi ludźmi, których możemy mu dać. – Machnął ręką, zapraszając nowo przybyłych. – Siadajcie i jedzcie. Zasłużyliście.

Czterech mężczyzn z wdzięcznością usłuchało.

Handlarze jedli w milczeniu. Gdyby nie to, że Caleb uparł się, aby jego drużyna zjadła solidne śniadanie, zanim opuścili tymczasowe obozowisko, z pewnością poczułby się teraz głodny. Nie lubił jednak walczyć o pustym żołądku, a był przekonany, że dziś odnajdą Siedlisko Kale'a.

– No to mamy siedemnastu – mruknął Phillipe. – Nie będzie łatwo. – Sprawiał wrażenie zadowolonego.

Caleb zerknął na marynarzy z „Kruka” i po raz kolejny pogratulował sobie, że przezornie poprosił Phillipe'a, by do niego dołączył. Dzień drogi od Southampton okazało się, że jeden z głównych zbiorników na wodę pitną na „Księciu” przecieka. Caleb, zdecydowany za wszelką cenę unikać niepotrzebnego ryzyka, wybrał nieco okrężną trasę przez Wyspy Kanaryjskie. Jeszcze zanim zacumował w porcie Las Palmas, dostrzegł charakterystyczny czarny kadłub „Kruka”. W czasie gdy zbiornik reperowano i ponownie napełniano, a załoga „Księcia” organizowała dodatkowe zaopatrzenie, Caleb spędził wieczór w towarzystwie starego przyjaciela. Dowiedziawszy się zaś, że kapitan „Kruka” siedzi w porcie bezczynnie, zaproponował, by do niego dołączył. Nie ukrywał, że misja nie przyniesie żadnych łupów ani zapłaty, ale Phillipe, tak jak Caleb, był uzależniony od przygód. Ten samotny korsarz niegdyś pływał pod banderą francuską – dla Napoleona. Wojna z Francją jednak już od dawna należała do przeszłości, na morzu zaś polityka znaczy mniej niż wieloletnia przyjaźń, zwłaszcza że ta opierała się na typowej dla obu niefrasobliwości i brawurze.

W opinii Caleba dwudziestu pięciu ludzi było właśnie tym, czego potrzebował, by zlikwidować Kale'a, a wraz z nim jego proceder. Handlarze niewolników będą walczyć na śmierć i życie, a on nie chciał stracić żadnego ze swoich ludzi. Dwudziestu pięciu przeciwko siedemnastu... Powinno się udać.

W drodze do Las Palmas Frobisher zarzucił pomysł, by zostawić Kale'a w spokoju i tylko przemknąć się północnym szlakiem z Siedliska do kopalni. Wprawdzie jego zadanie polegało na tym, by zlokalizować kopalnię, dowiedzieć się jak najwięcej na jej temat i przekazać informacje do Londynu, ale myśl, że cały czas miałby Kale'a za plecami, wydawała się mało kusząca. Co więcej, gdyby Caleb wrócił do Londynu, nie likwidując obozowiska, musiałby to zrobić ktoś inny, komu rozkazano by dokończyć misję. Żaden dowódca z prawdziwego zdarzenia nie zaatakowałby kopalni, gdyby Kale wciąż tkwił w swoim obozie i w każdej chwili mógł nadciągnąć z posiłkami.

Handlarzy niewolników trzeba było jednak pozbyć się w taki sposób, by nie wzbudzić podejrzeń ludzi, którzy za tym stali – owych „łajdaków”, o których wspomniał Kale – i nie zaalarmować Dubois ani nikogo innego w kopalni.

– Wszyscy razem zajęci jedzeniem – mruknął Phillipe. – Gdybyśmy przybyli wcześniej, to byłby dobry moment, żeby zaatakować.

Caleb wzruszył ramionami. Jeszcze nie tak dawno pewnie by się zdecydował na pochopny atak, teraz jednak – i w najbliższej przyszłości – zamierzał postąpić tak jak każdy odpowiedzialny dowódca. Niemal słyszał głosy trzech starszych braci pouczających go, by się nie spieszył, tylko obmyślił plan dający jego ludziom przewagę w walce, która z pewnością zamieni się w krwawą łaźnię.

Caleb, Phillipe i wszyscy w ich drużynie doskonale wiedzieli, że będą musieli wybić całą bandę. I łatwo było im na to przystać, jako że mieli do czynienia z handlarzami żywym towarem, z niegodziwcami, którzy sprzedawali w niewolę mężczyzn, kobiety i dzieci. Ludzie zgromadzeni wokół paleniska zaliczali się do najgorszych szumowin.

Kale przełknął ostatnią łyżkę gulaszu i spojrzał na olbrzyma, na którego wcześniej zwrócił uwagę Phillipe.

– Rogers, ty i twoi ludzie możecie teraz odpocząć. Po południu wyruszycie do kolonii. Jeśli się okaże, że nie ma żadnych wieści od Muldoona, żadnych wskazówek, na kogo możemy zapolować, użyj własnego rozumu. Rozejrzyj się, czy nie ma jakichś zabłąkanych marynarzy. Przynajmniej Dubois się ucieszy.

Rogers wyszczerzył zęby i zasalutował.

– Zobaczymy, co się uda znaleźć.

Phillipe przysunął się do Caleba i wyszeptał mu do ucha:

– Musimy zaatakować, zanim Rogers opuści obóz.

– Właśnie zjedli główny posiłek – odpowiedział przyjaciel. – Gulasz. Ciężkostrawny. W tym upale za godzinę będą półprzytomni.

Phillipe zamrugał  i na jego twarzy pojawił się przebiegły uśmiech.

Kilka minut później, gdy Kale wraz z trzema podkomendnymi wrócił do koszar, a reszta handlarzy podzieliła się na grupki i cicho gawędziła, Caleb klepnął Phillipe'a w ramię i ostrożnie przekradł się w miejsce, gdzie czekała reszta drużyny.

Phillipe podążył jego śladem. Na znak dowódcy wycofali się głębiej w dżunglę.

Szczęśliwie napotkali naturalny prześwit, gdzie wszyscy mogli się pomieścić. Większość oddziału taszczyła ze sobą worki marynarskie i plecaki, w których znajdowały się namioty i zapasy. Caleb zaczekał, aż je zrzucą, po czym dał znak i wszyscy przykucnęli w kręgu. Spojrzał na twarze swoich ludzi i dostrzegł na nich oczekiwanie. Ich spokojny wzrok zdradzał zaufanie – do niego i jego zdolności przywódczych. Wszyscy mieli okazję walczyć pod jego komendą, a marynarze z „Księcia” pływali razem z nim od lat.

– Oto, w jaki sposób się do tego zabierzemy.

Żadnej brawury. Odpowiedzialnie. Ze stosowną dbałością o bezpieczeństwo drużyny i powodzenie przedsięwzięcia.

Jasno i zwięźle wyłożył im swój zamysł, który w gruncie rzeczy opierał się na zasadzie „dziel i rządź”. Chętnie skorzystał z pewnych sugestii Phillipe’a. Wystarczyło mniej niż pół godziny, by udało im się stworzyć plan, który wszyscy powitali z entuzjazmem.

– No dobra. – Caleb rozejrzał się, patrząc każdemu w oczy. – Do dzieła. Wszyscy na miejsca i czekajcie na mój znak.

Drużyna podzieliła się na dwójki i trójki. Część ruszyła na zachód, część na wschód, by okrążyć cały obóz.

Gdy zostali tylko we dwóch, Phillipe pochylił głowę w geście uznania i rzucił:

– Dobra robota.

Caleb wiedział, że przyjacielowi nie chodzi o plan, tylko o sposób, w jaki rozdzielił mniej doświadczonych ludzi. Spośród dwudziestu pięciu tylko pięciu marynarzy z „Księcia” i pięciu z „Kruka”, tak samo jak on i Phillipe, zawsze potrafiło wybrnąć z tarapatów. Wzruszył ramionami.

– Po prostu chcę, żebyśmy wszyscy uszli z życiem i zważywszy na klimat, jak najmniej poranieni.

Mieli wprawdzie ze sobą rozmaite medykamenty, jednakże w tropikach zawsze istniało niebezpieczeństwo infekcji.

– Lepiej chodźmy na miejsce.

Ze względu na dystans pistolety będą bezużyteczne – kula mogłaby trafić kogoś z ich drużyny – dlatego musieli walczyć wręcz. Obaj z Phillipe'em sięgnęli do boku, żeby poluzować broń w pochwie. Sprawdzili też przytwierdzone do ciała noże.

Zadowolony Caleb wskazał miejsce, z którego wcześniej obserwowali obóz. Razem z Phillipe'em mieli oczywiście zająć najniebezpieczniejszą pozycję. Zamierzali poprowadzić natarcie, wdzierając się do obozu od otwartej strony podkowy i zadając przy tym przeciwnikowi jak najdotkliwsze straty.

Dwóch kolejnych członków drużyny miało zaatakować od ich prawej i lewej strony. Inni wypadną z gęstwiny otaczającej koszary i spomiędzy mniejszych budynków.

Zadaniem obu bosmanów: Cartera z „Księcia” i Reynauda z „Kruka” – którzy z powodu masywnej budowy byli zbyt powolni w walce na pałasze, za to siłą dorównywali zapaśnikom – było powstrzymanie Kale'a i jego towarzyszy, by nie włączyli się zbyt szybko do walki.

– Jakie to szczęście, że Kale zabrał ze sobą trzech ludzi – mruknął Phillipe, gdy pędzili na pozycję ukrytą wśród ogromnych liści palm.

– Byle tylko został tam jeszcze przez kilka minut. – Caleb zerknął na drugi koniec obozu i się uśmiechnął. – Carter jest już na miejscu.

– Reynaud też. – Phillipe spojrzał przyjacielowi w oczy. – Kiedy tylko będziesz gotów.

Caleb poczuł, że na twarz wypływa mu szelmowski uśmiech.

– Teraz!

Zerwali się na równe nogi i pędem ruszyli do obozu. Skoczyli na dwóch ludzi wylegujących się na kłodach i załatwili ich, zanim tamci zdążyli się podnieść. Bez litości, bez zmiłowania. Łotry nie zasłużyły na honorową walkę.

Tymczasem reszta handlarzy zdążyła się poderwać z pniaków. Nie zdołali jednak doskoczyć do obu kapitanów, bo musieli się bronić przed pozostałymi członkami drużyny.

Caleb wyprostował się i zerknął ponad głowami walczących, aby upewnić się, że wszystko idzie zgodnie z planem.

Na długo przedtem, zanim zabrzmiał pierwszy okrzyk ostrzegający Kale'a, co się dzieje, Carter i Reynaud zdążyli wdrapać się na galerię biegnącą wzdłuż koszar i rzucić przed drzwi naręcze grubych polan. Dołączyło do nich jeszcze dwóch innych ludzi Caleba, gotowych zaatakować, gdy tylko Kale i jego towarzysze wybiegną – i wywrócą się na polanach.

Caleb zaklął, gdy jeden z handlarzy ruszył w jego kierunku, wywijając kordem. Nie mógł obserwować sceny na galerii.

Brzdęk!

Ostrza korda i pałasza się spotkały. Caleb odepchnął napastnika i natychmiast na niego natarł. Handlarz był niższy od mierzącego ponad metr osiemdziesiąt Frobishera i wychudzony, toteż siła i większy zasięg rąk szybko przyniosły Calebowi zwycięstwo. Napastnik upadł, oczy uciekły mu w głąb czaszki. Caleb wyszarpnął pałasz z jego piersi i odwrócił się.

W obozie trwała zażarta walka. Zgodnie z przewidywaniami handlarze bili się zaciekle. Na ziemi leżało wiele ciał, jednak z tego, co Caleb mógł się zorientować, byli to bandyci. Jego ludzie zdobyli już galerię i to dawało im znaczącą przewagę.

Nigdzie jednak nie było widać Kale'a.

Kolejny handlarz rzucił się na Caleba, znów musiał więc zająć się napastnikiem. Trwało to dłużej, niż się spodziewał – wróg był doświadczony, a także wyższy i silniejszy niż większość jego kompanów. Udało mu się nawet skaleczyć Frobishera w przedramię. Caleb oprzytomniał w jednej chwili: nie walczył z dżentelmenem. Wymierzył przeciwnikowi kopniaka, zbijając go tym z pantałyku, i wbił mu obcas w brzuch. Handlarz zgiął się wpół i po chwili już nie żył.

Caleb okręcił się na pięcie i gorączkowo zaczął rozglądać się za swoimi ludźmi. Instynktownie wyczuwał, że coś jest nie tak.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ