Powieść obyczajowa
Biuro Podróży Samotnych Serc. Kierunek: Chile
KUP TERAZ

Biuro Podróży Samotnych Serc. Kierunek: Chile

brak opinii
ISBN: 9788327628428
Premiera: 2017-06-14

Georgia i Ben otrzymują zaskakującą propozycję: występ w reality show, w którym mogą wygrać duże pieniądze i zareklamować swoje Biuro Podróży Samotnych Serc. Muszą tylko jechać do Chile i – drobiazg! - pokonać kilka par uczestniczących w konkursie.

Georgia ma wątpliwości, czy jest gotowa wystawiać związek z Benem na widok publiczny. Ale przecież mogą potraktować ten wyjazd jako długo wyczekiwany wspólny urlop.

Czeka ich przygoda życia. Jednak na chilijskich pustkowiach i górskich szlakach ich związek zostanie poddany niejednej próbie.  

 

BRIDGET JONES Z PLECAKIEM ZNOWU W PODRÓŻY

Katy Colins

Katy Colins to dziennikarka i blogerka, której książki odzwierciedlają bezpośrednio jej własne doświadczenia. Seria „Biuro podróży samotnych serc” to powieści, które powstały po tym, jak Katy rozstała się z narzeczonym, rzuciła wszystko i zaczęła podróżować. Jej blog podróżniczy notwedordead.com zdobył dużą popularność.

Młodziutka kelnerka z misternie splecionym w kłos warkoczem również robiła maślane oczy do mojego towarzysza. Gdy wreszcie odeszła, by przekazać nasze zamówienie, Rahul rozpiął marynarkę i nachylił się ku mnie.

– Co u Bena?

Zakrztusiłam się winem i zaczęłam kaszleć.

– Przepraszam. Ehm. Wszystko super. – Ale to nie była cała prawda.

Ben nic mi nie powiedział o wieczorze spędzonym w towarzystwie zachwycającej Alice, a ja nie wiedziałam, jak go o to zapytać i nie zdradzić, że przeprowadziłam własne śledztwo.

Rahul wybawił mnie z zakłopotania, bo zaczął opowiadać o modelce Marli, z którą się umawia.

– Nie masz pojęcia, jak bardzo chciałem wreszcie iść na lunch z dziewczyną, która ma wilczy apetyt – wyznał.

– Przyjmuję to jako komplement – oznajmiłam, chrupiąc chlebek grubo posmarowany solonym masłem, ale nagle uświadomiłam sobie, ile ma kalorii.

– Prosto z serca – roześmiał się Rahul. – Marli jest świetną dziewczyną i miło spędzamy czas, ale… – puścił do mnie oko – …umawianie się z modelką wymaga wyrzeczeń.

– Biedaku – powiedziałam z pełnymi ustami. – Poczekaj, zaraz ci otrę łzy.

– Wiem, wiem – parsknął. – Biedny ja. Nie miałem pojęcia, ilu poświęceń wymaga utrzymanie linii. Powtarzam jej, że odrobina węglowodanów po szesnastej nie zmieni jej w ciągu nocy w grubaskę, ale ona nie słucha. – Wytarł usta serwetką i napił się wody. – Ale pragnienie skonsumowania argentyńskiego steku bez wyrzutów sumienia to tylko jeden z powodów naszego spotkania. Mam dla ciebie ekscytującą propozycję. – I znów błysnął zębami w uśmiechu.

– Tym razem bez sadhu, proszę – jęknęłam. Kiedy byliśmy razem w Indiach, Rahul namówił mnie, żebym poprosiła o błogosławieństwo trzech niemal gołych ascetów. Zamiast mnie oświecić mądrością gromadzoną przez lata wyrzeczeń, jeden z tych długowłosych staruchów splunął mi flegmą pod nogi. Czyny mówią głośniej niż słowa.

– Hej, przecież w tym właśnie kryło się błogosławieństwo! – roześmiał się Rahul. – Może to jest tajemnicą twego sukcesu? Święty sadhu i jego gwarantująca powodzenie wydzielina.

– Może. – Przewróciłam oczami. – Ale mów, co to za propozycja?

– Jak wiesz, oprócz oprowadzania wycieczek po Bombaju jestem rozchwytywanym producentem telewizyjnym.

– No. – Umoczyłam kawałek chleba w smakowitej oliwie. Kropla tłuszczu spłynęła mi po brodzie.

– W związku z tym uczestniczę w naradach na temat programów, na które chcemy kupić licencję.

– Mhm… – Nie bardzo rozumiałam, do czego zmierza, zajęta zmywaniem z bluzki tłustej plamki.

– O jednym programie mówi się szczególnie dużo. Nazywa się Nieustraszeni podróżnicy. – Zrobił pauzę. – Ty i Ben byliście jego inspiracją.

– Czekaj! Co? – Oderwałam wzrok od plamy na bluzce. Pogorszyłam sprawę, zamiast ją naprawić. Rahul roześmiał się szczerze na widok mojej głupawej miny.

– Trochę cię wcześniej oszukałem, ale bez złych intencji. Nie musiałem pytać, jak firma, bo od pewnego czasu mój zespół obserwuje Biuro Podróży Samotnych Serc. Podziwiam wasz rozwój, szczególnie po artykule w „Daily Times”.

– Co ty właściwie kombinujesz?

– Nie rób takiej miny. – Podniósł ręce. – Nie ma w tym nic złego. Wasza historia podsunęła nam pomysł, żeby nakręcić telewizyjny show o parach, które pracują razem w branży turystycznej i są na dobrej drodze, by  odnieść spory sukces. To mają być prawdziwe opowieści o jasnych i ciemnych stronach łączenia relacji osobistych z biznesowymi, pokazane na tle różnych egzotycznych miejsc. Sama rozumiesz: inspiracja dla widzów. – Popił winem swą tyradę. – Ty i Ben byliście naszym natchnieniem, iskrą, od której się wszystko zaczęło.

– Dobrze już, dobrze. – Zaczerwieniłam się. Nigdy nie byłam dla nikogo natchnieniem.

– Show pokaże nie tylko to, co wynika z mieszania życia prywatnego z zawodowym, ale też, w jaki sposób podróżowanie zmieniło życie tych par, bo przecież wszyscy nasi bohaterowie pracują w branży turystycznej albo dużo podróżują w sprawach biznesowych. – Przerwał i posłał serdeczny uśmiech kelnerce, która postawiła przed nami talerze i oddaliła się, kołysząc zalotnie biodrami, czego Rahul już nie zauważył, bo pożerał wzrokiem kawał krwistego mięsa przed sobą.

– Brzmi ciekawie! – pochwaliłam. – A jedzenie wygląda bardzo apetycznie.

– Prawda? – Niechętnie podniósł wzrok znad smakowicie pachnącej nieżywej krowy i przeniósł go na mnie. – O czym to ja… No właśnie, przejdę do pointy. Wątek podróży będzie bardzo istotny, bo najbliższy odcinek filmujemy w Ameryce Południowej, zdaje się, że w Chile.

– Och. Kiedy można go będzie zobaczyć? Rzadko oglądam telewizję, ale dla tego programu zrobię wyjątek.

– Georgio. – Rahul roześmiał się serdecznie. – Nie mówię ci o tym, żebyś  o g l ą d a ł a  ten odcinek. Chcemy, żebyście oboje z Benem w nim  w y s t ą p i l i.

– Co? – Zamarłam z widelcem w ręku.

– Producent chce was zaangażować razem z trzema innymi parami. W zamian za dzielenie się przed kamerą swoimi doświadczeniami będziecie mieli w pełni fundowaną wycieczkę do Chile. Do tego po drodze będzie kilka zabawnych konkurencji, a zwycięska para dostanie nagrodę pieniężną!

– Cha, cha, cha. Dowcipniś z ciebie – zachichotałam. – Czekaj. Mówisz serio?

Jakoś go nie rozśmieszyłam.

– Rahul, mówisz poważnie? Chcesz, żebyśmy z Benem wystąpili w programie telewizyjnym?

Pokiwał głową. Przestałam się wachlować rękami i zdusiłam chichot.

– Ehm. Sama nie wiem…

– Pomyśl o tym, jaki rozgłos zyska Biuro Podróży Samotnych Serc! Wyobraź sobie te nagłówki gazet… „NIEUSTRASZENI PODRÓŻNICY PODBIJAJĄ ŚWIAT”.

Pokusa była wielka.

– Twoja historia jest naprawdę inspirująca. Zamieniłaś negatywne doświadczenie w osobisty sukces; znalazłaś miłość i receptę na powodzenie w biznesie. Od tamtego artykułu wiele osób w tym światku chciałoby się na tobie wzorować, poznać twój sekret.

– Nie ma w tym żadnego sekretu – prychnęłam bez zastanowienia. – Ciężka praca, determinacja i poświęcenie, oto cała tajemnica. – Przypomniał mi się nagle ten okres, gdy Serena nas okradła, a wycieczka do Indii omal nie doprowadziła do bankructwa i wyglądało na to, że straciliśmy z Benem wszystko – nawet siebie nawzajem.

– Ludzie uwielbiają takie historie jak wasza; najlepiej się sprzedaje happy end. Zaufaj mi. W dodatku oboje za friko pojedziecie do Ameryki Południowej, a to magiczny kontynent. Wyjeżdżaliście razem jako para?

Pokręciłam głową. Czy Marie i Shelley nie doradzały mi czegoś podobnego?

– Zakładając czysto hipotetycznie, że się zgodzę, co mielibyśmy robić? – O matko, nie wierzę, że już mnie prawie namówił. Ciekawe, czy na planie będzie fryzjer i kosmetyczka?

– Oczywiście, czysto hipotetycznie. – Puścił do mnie oko i przycisnął rękę do szerokiej piersi. – Po pierwsze, musicie przyjechać do Londynu, gdzie w studiu nagramy wywiady. Spotkacie producentów programu, usłyszycie więcej o pomyśle, poznacie pozostałe pary i będziecie mogli podjąć ostateczną decyzję.

– Wiesz, kim są inni uczestnicy? – spytałam, przeżuwając kęs.

– Jeszcze nie potwierdzili. Ty i Ben jesteście na czele, bo wasza historia stanowiła inspirację dla całego reality show, ale lista potencjalnych uczestników jest długa, bo pomysł zapowiada się obiecująco. Właśnie dlatego chciałem się z tobą spotkać jak najprędzej, żebyście mieli czas do namysłu. Czy ty wiesz, jaka tam jest pogoda? Gdyby ktoś zafundował mi wycieczkę do ciepłego, słonecznego kraju, w dodatku wyjazd dla dwojga, ani chwili bym się nie zastanawiał.

Miał rację. Huragan Bertha działał mi na nerwy. Propozycja Rahula brzmiała niemal za dobrze, żeby była prawdą. Darmowy wyjazd do Ameryki Południowej w zamian za kilka wywiadów telewizyjnych, kręconych na piaszczystej plaży podczas lekcji salsy. Och, a może pozwolą mi nosić spódnicę do flamenco, a Ben przebrałby się za ognistego hiszpańskiego macho. Ale oczywiście bez złotych łańcuchów i owłosionej klaty.

Kiedy już skończyliśmy jeść, o mało nie wylizaliśmy talerzy. Rahul dał znać wpatrzonej w niego kelnerce, że chce zapłacić za lunch. Wyglądało na to, że wściekła Bertha uspokoiła się na chwilę, nawet ciężkie ciemne chmury się rozwiały.

– Przemyśl propozycję, Georgio, i oddzwoń – powiedział Rahul, całując mnie w policzek. Znów poczułam drogą wodę kolońską. – Niewiele osób ma taką szansę. A ty, bardziej niż ktokolwiek, powinnaś rozumieć, jak ważne jest wykorzystywanie okazji.

Z roztargnieniem kiwnęłam głową.

– Czas na mnie. Odezwij się, im prędzej, tym lepiej. – Pożegnaliśmy się i rozeszliśmy w przeciwne strony.

Miałam już wracać do biura, gdy spostrzegłam, że zostawiłam w restauracji parasolkę. Co prawda na razie nie padało, ale w każdej chwili mogło się to zmienić. Cofnęłam się i wtedy spostrzegłam, że tuż obok wejścia do lokalu jest galeria sztuki.

Na wystawie wisiały kolorowe malowidła, podświetlone reflektorkami, wydobywającymi z obrazów jaskrawe żółte i pomarańczowe plamy. Wszystkie trzy najwyraźniej namalował ten sam artysta. Na jednym obrazie pomarszczona uśmiechnięta Peruwianka  obejmowała za szyję lamę. Na drugim piersiasta tancerka z niesamowitym afro, odziana tylko w skąpy, naszywany cekinami karnawałowy kostium, barwny jak pawi ogon, wyginała się w ognistej sambie na paradzie w Rio. Trzeci i największy obraz przedstawiał miejski krajobraz z domkami tak kolorowymi, jakby wyjęto je z pudła dziecięcych klocków; podpisano go kanciastą czcionką: Valparaiso, Chile.

Przycisnęłam nos do szyby, żeby przeczytać informację na niewielkiej plakietce.

 

Kolekcja Jose Vasqueza powstała pod wpływem podróży artysty po Ameryce Południowej, jako próba zapisania niezwykłego bogactwa barw, widoków i klimatów tej fascynującej części świata.

 

Nie umiałam powstrzymać uśmiechu. Oto znak od losu.

Sięgnęłam do torebki po komórkę i wybrałam numer Bena. Odpowiedział po kilku sygnałach.

– Hej, śliczna, jak ci minął lunch? Przyniesiesz mi jakieś resztki?

– Sorry, żadnych resztek, ale jest coś lepszego.

– Naprawdę? Co cię tak ucieszyło?

– Zaproponowano nam darmowy wyjazd do Ameryki Południowej! – pisnęłam.

Choć pracowaliśmy w branży turystycznej, rzadko zdarzały nam się sponsorowane podróże czy gratisy, jeśli nie liczyć reklamowych zawieszek do walizek lub okładek na paszporty, które upychałam w dolnej szufladzie biurka. Wieczne pióro z napisem Przed podróżą ubezpiecz się na życie też jakoś nie miało dla mnie większego znaczenia, w przeciwieństwie do dzisiejszej niespodziewanej oferty.

– Co takiego? – Zaśmiał się niepewnie.

– Rahul pracuje w stacji telewizyjnej, która chce nas wysłać do Chile. Kręcą program o parach pracujących razem w branży turystycznej. Powiedział, że telewizja pokrywa wszystkie koszty, będziemy mieli czas na zwiedzanie, a w zamian musimy udzielić im paru wywiadów! – Chyba dobrze streściłam jego propozycję? W każdym razie do tego się sprowadzała.

– Chyba za dużo wypiłaś. – Ben zaczął się śmiać. – Chcesz z nas zrobić gwiazdy małego ekranu?

Pokiwałam głową, nie odrywając wzroku od zachwycających obrazów na wystawie.

– Tak! – wykrzyknęłam, gdy sobie uświadomiłam, że mnie nie widzi. – Jak ci się to podoba? Będziemy reklamować naszą firmę, a jednocześnie wyjedziemy na pierwsze wspólne wakacje. Jestem pewna, że Rahul powiedział, że filmowania będzie niewiele, skończymy je w jeden dzień, a później będziemy podróżować dla przyjemności!

Po drugiej stronie zapadła cisza, jakby Ben się zastanawiał. Słychać było tubalny śmiech Conrada.

– Ben? Słyszysz mnie?

– Tak, tak, przepraszam, G. Hm, ho, ho! Brzmi świetnie i nie chcę wyjść na marudę, ale jak sobie wyobrażasz prowadzenie biznesu, gdy oboje jednocześnie wyjedziemy z kraju?

Miał rację. Spuściłam nos na kwintę. Rahul zaraził mnie huraoptymizmem.

– Program powstanie z nami czy bez nas, mają całą kolejkę uczestników. Jeśli się nie zgodzimy, nasza strata – powiedziałam. – Mamy Conrada. Jestem pewna, że poradzi sobie przez dwa tygodnie. Pomyśl o darmowej reklamie! Zresztą na początek zaprosili nas do Londynu na pierwsze spotkanie. Bez zobowiązań. Możemy się jeszcze wycofać. Poznamy szczegóły… – Zabrakło mi argumentów i przygryzłam wargę. Ben, daj się namówić.

– Och, no dobrze – westchnął wreszcie. – Pojedziemy i posłuchamy, co tam wymyślili.

– Iiiiii! Hura! – Wykonałam taniec radości.

– Z tobą trudno się nudzić – roześmiał się. – Wracaj już do biura, zanim zmienię zdanie.

Rozłączyłam się i natychmiast zadzwoniłam do Rahula z dobrą wiadomością. Czeka nas fantastyczna przygoda, już to czułam.

 

 

Fanaberie, czyli ekstrawaganckie zachcianki

 

Kiedy już zgodziliśmy się rozważyć propozycję Rahula i pojechać do Londynu na spotkanie z producentami programu telewizyjnego, zaczęło mnie prześladować wspomnienie rozmowy z Marie i Shelley. Wyjazd do Chile byłby idealną okazją, żeby wreszcie spokojnie porozmawiać. Mogłabym się upewnić, że mamy podobne plany na przyszłość i wszystko między nami działa jak w szwajcarskim zegarku. Może Ben wykorzysta wyjazd na oświadczyny? Skoro jest przekonany, że jesteśmy na to gotowi, chyba powinien? Najwyższy czas, żebym w końcu poznała jego rodzinę.

Rano, kiedy już byliśmy niemal gotowi do wyjścia, rzuciłam mimochodem, że w Londynie powinniśmy odwiedzić jego tatę. Ben poznał moich rodziców, zdążyli go szczerze polubić, ale ja czułam, że zostałam w tyle. Marie i Shelley zapewniały, że Ben zachowuje się pod tym względem jak typowy mężczyzna i powinnam się dostosować do jego tempa – im dłużej nie wiem o nim wszystkiego, tym dłużej trwa romantyczne zauroczenie. Od chwili, gdy odkryłam pierścionek zaręczynowy, wszystko się zmieniło. Tamtego wieczoru u Marie uświadomiłam sobie, że muszę poznać odpowiedzi na wszystkie pytania, zanim będę gotowa na ślub.

Kiedy rano przy myciu zębów bąknęłam coś o wizycie u jego taty, Ben chrząknął tylko niezobowiązująco: „Hm, być może”, jednak zachmurzył się przy tym - a może mi się tylko wydawało? Po doświadczeniach z rodziną Alexa miałam skłonność do paranoi na punkcie krewnych. W rodzinie Bena nie ma psycholi, powtarzałam sobie. Zaufaj mu. Znasz jego matkę chrzestną Trishę i kochasz ją, więc jeśli pozostali członkowie rodziny choć trochę ją przypominają, wkrótce poznasz najbardziej czarujących ludzi pod słońcem!

Po przyjeździe do Londynu złapaliśmy taksówkę i dotarliśmy na czas do studia telewizyjnego w Hoxton. Czułam przyjemne podniecenie na myśl o tym, co mnie czeka. Nigdy nie byłam na nagraniu programu w telewizji. Marie jako aktorka udzieliła nam mnóstwa cennych rad. Dyskretna elegancja bez prążków i jaskrawych kolorów, powiedziała. Dreptałam teraz w czarnych szpilkach po brukowanym dziedzińcu siedziby producenta, mieszczącej się w dawnych stajniach. Buty mnie obcierały, ale wyglądały oszałamiająco i pasowały do dzianinowej sukienki w kolorze butelkowej zieleni.

Ben prezentował się superszykownie w wełnianym płaszczu i wydzierganym na drutach szaliku, który podkreślał kolor jego oczu. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, znajdziemy się pod gorącym słońcem i pozbędziemy się licznych warstw ciepłej odzieży, a ja będę mogła ściągnąć rajstopy grubości 100 DEN, które chroniły mnie przed odmrożeniami.

– Damy przodem. – Ben otworzył przede mną ciężkie wrota dawnej stodoły.

Dygnęłam i zachichotałam. Nagle znaleźliśmy się w ogromnym pomieszczeniu, gdzie wszystko było w ruchu.

Wszędzie można było zobaczyć niezwykle zajętych ludzi; siedzieli w niskich boksach przylegających do jasno oświetlonych korytarzy. Telefony dzwoniły. Ludzie się przekrzykiwali, na ogromnych ekranach tańczyły trzy pomarańczowe dziewczyny w mikroskopijnych kostiumach bikini. Cofnęłam się o krok i wpadłam na Bena, który również gapił się na to wszystko z otwartymi ustami.

Rahul powiedział, że program będzie przygotowywany przez niskobudżetową ekipę producencką. Spodziewałam się paru osób i rozmowy przy kawie. Nie wiedziałam, że wpadniemy w sam środek medialnego odpowiednika rozkrzyczanej nowojorskiej giełdy przy Wall Street. Trzech ponurych kamerzystów w czarnych T-shirtach i przydeptanych tenisówkach warknęło na nas, że blokujemy przejście, podczas gdy z drugiej strony przeciskała się młoda dziewczyna, mniej więcej w wieku Kelli, próbując nie upuścić tacy zastawionej filiżankami z kawą i herbatą. Grupka hipsterów z identycznym zarostem, w czerwonych muszkach, z pasją stukała w klawiaturę swoich lśniących maców.

– Ben? Myślisz, że dobrze trafiliśmy? – Chciałam tylko, żeby mnie objął i zapewnił, że jest okej. Nie miał jednak czasu na reakcję, bo w tej chwili podbiegł do nas uśmiechnięty grubasek i podetknął mi pod nos różową pulchną łapkę.

– Niech zgadnę… – Pokręcił paluchem, na którym miał wytatuowany zakręcony wąsik. – Georgia… – Gdy przytaknęłam, jego gładko wygolona twarz rozjaśniła się w uśmiechu, przez co nagle stał się podobny do Jokera z nadwagą. – Wiedziałem! W takim razie to musi być… – Przyłożył palce do skroni i zastanowił się. – Ben?

– Cześć, tak. To ja. – Głos Bena brzmiał niżej i bardziej męsko niż zazwyczaj, w przeciwieństwie do piskliwego tonu człowieczka podrygującego przed nami i klaszczącego w łapki jak hiperaktywna foka albo uczestnik programu Grasz czy nie grasz, który trafnie wytypował, w którym pudle kryje się ćwierć miliona funtów.

– Fantastycznie! Witam was, witam. Mam na imię Blaise. Rahul tyyyyyle mi o was opowiadał! – Oddalał się i przyzywał nas, kiwając głową. Spojrzeliśmy na siebie nerwowo i ruszyliśmy razem, żeby się nie rozdzielać. Blaise odwrócił się do mnie i teatralnym szeptem zadał pytanie: – A tak między nami. Niezłe ciacho z tego Rahula, co? – Udał, że mdleje z wrażenia, i otarł czoło, a potem zachichotał piskliwie.

– Och. No, właśnie – wyjąkałam.

Ben jeszcze nie spotkał naszego adonisa i nawet go nie uprzedziłam, czego ma się spodziewać. Wiedziałam, że ma do mnie pełne zaufanie, ale wolałam nie wystawiać go na próbę, mówiąc, że spotykam się z piekielnie seksownym hinduskim bóstwem. Przynajmniej nie omieszkałam wspomnieć, że coś między nami kiedyś  zaiskrzyło, a Ben nie zająknął się ani słowem, że Alice była jego dziewczyną.

Na szczęście Blaise przestał się ślinić na wspomnienie o Rahulu i zaczął machać jak maniak do kobiety po drugiej stronie sali. Nie speszyło go, że rozmawiała przez telefon. Wrzasnął głośno:

– Mam tu Georgię i Bena!!! Pamiętasz, porzucona narzeczona i jej nowy facet!

– Nie o tym mieliśmy rozmawiać – obruszyłam się, ale Blaise spojrzał na mnie z niekłamanym zdziwieniem.

– Coś pokręciłem, skarbie? Nie zaczęłaś prowadzić biura podróży po tym, jak narzeczony  u c i e k ł  sprzed ołtarza?

Wymówił to słowo, jakby wypluwał żądło osy.

– To prawda – przyznałam – ale nie w tej sprawie tu przyszliśmy.

Nie miałam odwagi spojrzeć na Bena. Epitet „nowy facet” był upokarzający i niesprawiedliwy wobec mojego życiowego i biznesowego partnera. To drugi mózg kryjący się za sukcesem Biura Podróży Samotnych Serc. Było mi przykro, że został potraktowany lekceważąco przez tego kretyna, i postanowiłam się na nim odegrać.

– Zamierzchłe historie z mojego życia osobistego nie mają nic wspólnego z naszym udziałem w programie. Rahul powiedział, że najważniejsze będą sprawy biznesowe i dzielenie się doświadczeniem z widzami – stwierdziłam kategorycznie, choć wesołek nie przestawał się maniakalnie uśmiechać jak zawodowy błazen.

– Ma się rozumieć! Jasne. – Zamachał rękami. - Szybko, szybko, trzeba was przygotować. Anna zajmie się Benem.

Jak spod ziemi wyrosła prześliczna blondynka w obcisłej sukience, z lśniącymi włosami obciętymi na boba. Zagarnęła Bena jednym ruchem opalonej dłoni, w której trzymała podkładkę na dokumenty. Nie zdążyłam nawet życzyć mu powodzenia ani dowiedzieć się, co mamy w planie, bo Blaise doprowadził mnie korytarzem do ciemniejszego i spokojniejszego gabinetu.

– Jesteśmy na miejscu – oznajmił i spojrzał na swój plastikowy zegarek. Zanim zdążyłam się odezwać, puścił do mnie oko i zamknął za sobą drzwi.

– Georgia? – rozległ się za mną nieznany męski głos z miękkim szkockim zaśpiewem. Podskoczyłam i odwróciłam się gwałtownie. Głos dochodził zza dużego biurka w kształcie nerki, zastawionego gigantycznymi ekranami komputerowymi. Siedział tam mężczyzna po pięćdziesiątce i spoglądał na mnie znad drucianych oprawek okularów. Miał szpakowatą brodę, kryjącą życzliwy uśmiech, i bardziej przypominał poczciwego dziadka niż londyńskiego hipstera. – Usiądź, proszę.

Szerokim gestem wskazał dwie sofy i podniósł się zza biurka, żeby zająć miejsce na jednej z nich.

– Zaproponowano ci herbatę?

Pokręciłam głową i nadal stałam jak wryta.

– Ach, te dzieciaki – westchnął, unosząc oczy do nieba. – Bardzo cię przepraszam. Żadnych manier. Nie znają się na niczym, co nie jest bajerancką aplikacją albo nie jest opatrzone hasztagiem. – Pokręcił głową i podniósł słuchawkę telefonu.

Poczułam przypływ sympatii do tego dziwacznego faceta w kraciastej koszuli i dżinsach.

– Dano, możesz nam przynieść… – zawiesił głos i spojrzał na mnie.

– Herbatę. Bez cukru. – Wreszcie odzyskałam głos.

– Dwie filiżanki herbaty bez cukru. Dziękuję. – Odłożył słuchawkę i ponownie wskazał na kanapy. – Usiądź, to chwilę zajmie. Zdejmij płaszcz. Pogoda pod psem, prawda? Dzięki Bogu, śnieg stopniał szybciej, niż się spodziewaliśmy. Chyba zapomniałem się przedstawić! Mam na imię Jerry. – Wyciągnął do mnie dużą rękę o szorstkiej skórze. Jak dłoń robotnika, pomyślałam, nie jak miękka, kluchowata dłoń Blaise’a.

– Cześć. Jestem Georgia. Miło mi cię poznać. Przepraszam, że na chwilę mnie zamurowało, ale nigdy  nie byłam w studiu telewizyjnym i nie wiedziałam, czego się spodziewać. – Niezgrabnie zdjęłam płaszcz.

Jerry roześmiał się i niespodziewanie zaczął przypominać mi Rahula. Tych dwóch pewnie świetnie się dogaduje.

– Witam cię w głównej siedzibie producenta medialnego Na Żywo TV. Na klepisku, jak nazywam centralne pomieszczenie, przez które przechodziłaś, mieści się reklama i marketing, dział handlowy, grafika komputerowa i cała reszta, którą się nie zajmuję. Pracuję w telewizji od trzydziestu lat, możesz mi wierzyć, na początku wcale nie przypominała tego cyrku. – Pogładził brodę i westchnął. – Wszystko się zmienia. – Rozległo się pukanie i w drzwiach stanęła kobieta w moherowym swetrze z wyhaftowanymi na biuście śladami psich łap. Jerry wziął od niej dwie parujące filiżanki. – Dziękuję, Dano.

Zarumieniła się i zniknęła w głębi korytarza.

– Jestem jednym z producentów. Uznałem, że dobrze będzie się poznać przed programem. Dzisiaj gościmy ciebie i Bena, chcemy wam przybliżyć założenia projektu i wyjaśnić, dlaczego nam zależy na waszym udziale. Rahul zapewnił mnie, że zdążył z grubsza streścić nasze plany, ale wolę się upewnić, że wszystko zrozumiałaś i akceptujesz, zanim podpiszesz kontrakt. – Jerry podał mi filiżankę i wziął notes. – Rozmawiamy z każdym z osobna, w ten sposób wszyscy są zadowoleni. Właśnie dlatego Ben został zaproszony do innego pokoju. Wkrótce do nas dołączy.

Niepewnie skinęłam głową; akurat teraz bardzo mi brakowało trzeźwej rady Bena. Nie możesz się mazgaić. To nie przystoi nieustraszonej podróżniczce, pomyślałam szybko.

– Rahul też tu będzie? – upewniłam się, dmuchając na herbatę.

– Nie pracuje przy tym projekcie. Uczestniczy w kręceniu innego programu. W tej sprawie był tylko posłańcem.

Na mojej twarzy musiało odmalować się rozczarowanie. Dobrze się rozumieliśmy z Rahulem i miałam nadzieję, że to on będzie moim przewodnikiem na szlakach telewizyjnego świata, a nie Jerry, choć wydawał się czarujący. Potrzebowałam przyjacielskiego wsparcia, zwłaszcza że występ przed kamerą w Indiach sprawił mi pewne problemy.

– Rozumiem – bąknęłam. – A co z pozostałymi uczestnikami? Rahul wspominał, że będziemy mogli ich poznać.

– Nic z tego, dopóki kontrakty nie zostaną podpisane. – Jerry pokręcił głową. – Nie mogę wyjawić, z kim pertraktujemy. Mogę tylko powiedzieć, że po zakończeniu programu będziecie mieli sześcioro nowych przyjaciół. – Uśmiechnął się.

– Była też mowa o nagrodzie pieniężnej? – Zaczerwieniłam się lekko.

– Sponsorzy zgodzili się przeznaczyć okrągłą sumkę dwudziestu pięciu tysięcy funtów dla pary, która wygra najwięcej konkurencji, w nadziei, że te pieniądze zostaną zainwestowane w rozwój firmy, ale oczywiście decyzja będzie należała do zwycięzców.

– Super! – Zanim skończył, już widziałam te pieniądze na koncie Fundacji Samotnych Serc, którą utworzyliśmy z Benem, żeby pomagać dzieciom ulicy w Indiach. Przy okazji przyda nam się trochę pozytywnejreklamy, podpowiedział rozum. – O jakich konkurencjach mowa?

Książka może wydawać się lekka, lecz tak naprawdę taka nie jest. Porusza mnóstwo ważnych i niełatwych tematów. Uczy o tym, że w związku należy rozmawiać, mówić o swoich oczekiwaniach. Serdecznie polecam całą niesamowicie interesującą serię "Biuro Podróży Samotnych Serc". 

Powieść Katy Colins to jednak nie tylko podróż do Chile. To także opowieść o pracy wykonywanej z prawdziwej pasji, o przyjaźni aż po grób oraz o miłości, która może nie zawsze bywa jak z bajki, ale o którą mimo wszystko warto walczyć. „Biuro Podróży Samotnych Serc” to powieść bardzo dynamiczna – wiele w niej zwrotów akcji i niepewnych momentów – dlatego, czytając uważnie, nie sposób się z nią nudzić i… bardzo trudno się od mniej oderwać! Szczerze polecam!

Nareszcie, jest kolejna część mojej ulubionej serii, na lato w podróż, ale i w hamaku w ogródku, czy na kanapie… bo książki Katy Colins to cudowny relaks, bez względu na to gdzie jesteś. (...) Znów są przygody i cudna egzotyczna sceneria, a lekka narracja, sprawia że nie chce nam porzucać jej stron ani na moment. Relaks zapewniony.

Nie chciałabym, żeby „Kierunek: Chile” był finałem tej zachwycającej podróży Georgii. Ta książka z pewnością wzbudza najwięcej emocji, bowiem stanowi idealnie wyważoną literaturę podróżniczą i romans w połączeniu z bardzo przyziemnym poczuciem humoru. Sytuacje, których nie chciałby przeżyć nikt z nas i podróże, jakich każdy chciałby doświadczyć. Wszystko to z cudownymi postaciami, które każdy chciałby poznać i zaprzyjaźnić się z nimi. Dużo tutaj atrakcji, dużo niespodzianek, ale przede wszystkim wciągających opowieści, które zaintrygują każdego i sprawią, że nie będzie chciał się oderwać od lektury.

Każda kobieta, która ma ochotę na niezobowiązującą lekturę, powinna sięgnąć po "Biuro Podróży Samotnych Serc". Odwiedźcie również bloga autorki: http://www.notwedordead.com. Niesamowita kobieta, tryskająca energią i entuzjazmem! Wzór dla każdej kobiety ze złamanym sercem. Polecam!

Bardzo lubię tę serię Katy Colins. To powieść idealna na długie letnie wieczory lub do poczytania w trakcie wypoczynku. Pozwala oderwać myśli od tego co nas otacza i skupia naszą uwagę tylko i wyłącznie na tym, co ciekawego jeszcze spotka naszą główną bohaterkę. Mam nadzieję, że Katy Colins stworzy jeszcze wiele książek z przygodami Georgii Green!

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ