Powieść historyczna
  Niespokojne serca
KUP TERAZ

Niespokojne serca

brak opinii
Liczba stron: 352
ISBN: 9788327629531
Premiera: 2017-06-28
Tłumaczenie: Agnieszka Walulik
Opracowanie graficzne okładki: Robert Dąbrowski

Po latach wypełniania dyplomatycznych zadań i tajnych zleceń dla brytyjskiej korony kapitan Robert Frobisher postanawia zostać w Londynie i znaleźć sobie żonę. Jednak znowu otrzymuje pilny rozkaz. Musi dotrzeć do Freetown i ustalić położenie obozu handlarzy niewolników.

Tymczasem we Freetown panna Aileen Hopkins usiłuje odnaleźć swego brata Willa, oficera marynarki, który zaginął w tajemniczych okolicznościach. Frobisher, zachwycony odwagą i urodą Aileen, chce jej pomóc. Ruszają razem w drogę, zdecydowani stawić czoło bezlitosnemu przeciwnikowi. Mogą polegać wyłącznie na sobie nawzajem.

Stephanie Laurens

Stephanie Laurens to australijska powieściopisarka urodzona w Cejlonie. Jej książki to głównie romanse historyczne. W Polsce znana jest m.in. z powieści o rodzie Cynsterów. Ma doktorat z biochemii i wraz z mężem prowadziła badania nad rakiem. Na emeryturze poświęciła się jednak pisaniu.

            Robert skinął głową. Zastukał palcami w podłokietnik fotela, rozmyślając o wszystkich informacjach przekazanych przez Declana i Edwinę, suchych komentarzach Wolverstoneʼa oraz nielicznych uwagach Melvilleʼa.

            – No dobrze – rzekł. – Przekonajmy się, czy wszystko zrozumiałem. Zniknęło kolejno czterech oficerów na służbie, a ponadto co najmniej cztery młode kobiety i nieznana liczba innych mężczyzn. Do wszystkich zaginięć doszło na przestrzeni około czterech miesięcy. W tych kilku przypadkach, o których poinformowano gubernatora Holbrooka, zbagatelizował on sprawę, sądząc, że zaginieni ruszyli szukać szczęścia w dżungli lub gdzie indziej. Mniej więcej w tym samym czasie zniknęło także siedemnaścioro dzieci z biedoty, lecz Holbrook twierdzi, że to zwykłe dziecięce ucieczki i że nie ma się co dopatrywać w tym żadnych niepokojących działań. W tej chwili nie jesteśmy w stanie stwierdzić, czy Holbrook usiłuje wyciszyć te zniknięcia, ponieważ sam jest w nie uwikłany, czy też jego postępowanie wynika z jakichś zupełnie niewinnych pobudek. Wiemy jednak, że lady Holbrook niewątpliwie jest zamieszana w sprawę i że najprawdopodobniej nie zastanę jej w kolonii. Muszę więc sprawdzić, czy sam Holbrook wciąż trwa na stanowisku. Jeśli tak, możemy założyć, że jest niewinny – Robert uniósł brew i spojrzał na Wolverstoneʼa. – Zgadza się?

            Książę przytaknął.

            – Nie poznałem Holbrooka osobiście – dodał – ale z tego, czego zdołałem się dowiedzieć, nie sprawia wrażenia człowieka, który mógłby brać w tym udział. Może jednak należeć do tego typu urzędników, którzy nie podejmują działań, póki nie staną oko w oko z faktami i póki nie zmuszą ich do tego okoliczności.

            Robert dodał tę informację do układanki, która powstawała w jego głowie, i mówił dalej:

            – W przypadku zaginionych dorosłych mamy podstawy przypuszczać, że są oni na jakiejś zasadzie wybierani i że proces selekcji związany jest z udziałem w nabożeństwach miejscowego kapłana Obo Undoto. Nie wiemy natomiast, w jaki sposób giną dzieci, poza tym że nie ma to związku z kaznodzieją.

            – Nie mamy nawet pewności, że dzieci porywane są przez tych samych ludzi i w tym samym celu, co dorośli – wtrącił Declan.

            – Lecz zważywszy na to, że poza mężczyznami giną także młode kobiety – dodała Edwina – istnieje prawdopodobieństwo, że wszyscy zaginieni, i dorośli, i dzieci, są w jakiś sposób… wykorzystywani. – Wysunęła do przodu podbródek. – Przez tych samych nikczemników.

 

            – Bez względu na to, czy dzieci zabierane są w to samo miejsce – kontynuował Robert – zarzuty kapłanki (a wszystkie jak dotąd okazały się uzasadnione, więc można założyć, że jest godna zaufania) wyraźnie wskazują, że poszukiwania należy zacząć od Undoto i jego nabożeństw.

            Nikt nie zanegował tych słów. Po sekundzie namysłu Robert mówił dalej, zwracając się do Declana i Edwiny:

– Jeśli dobrze zrozumiałem, to za bezpieczne źródła informacji uważacie kapłankę wodun Lashorię, wielebnego Hardwickeʼa, a bardziej nawet jego żonę, starego marynarza imieniem Sampson oraz Charlesa Babingtona.

            Oboje pokiwali głowami.

– To potencjalni sojusznicy i mogą być skłonni do pomocy w zdobyciu dalszych informacji – powiedział

 Declan, po czym popatrzył bratu w oczy. – Zwłaszcza Babington. Moim zdaniem interesuje się jedną z zaginionych kobiet ze względów osobistych, ale nie miałem okazji dokładnie go wypytać. Dysponuje on jednak środkami, które mogą okazać się przydatne.

            Melville odchrząknął.

            – Jest jeszcze wiceadmirał Decker. Nie mamy powodu przypuszczać, że jest zamieszany w jakiekolwiek pokątne działania w kolonii. – Spojrzał z niezadowoleniem na Declana, po czym zwrócił się do Roberta: – Dałem pańskiemu bratu list, który upoważniał go do zażądania wsparcia marynarki. Zdaje się, że jego treść była dość ogólnikowa, więc sądzę, że i pan będzie mógł z niego skorzystać.

            – Decker był na morzu w trakcie mojego pobytu – wyjaśnił Declan. – Nadal mam ten list. Przekażę ci go – rzekł do Roberta.

            Robert nie dał się zwieść obojętnemu głosowi brata; jemu też nie było spieszno, by zwracać się o pomoc do Deckera. Więcej nawet, miał nadzieję, że podczas jego wizyty w kolonii wiceadmirał nadal będzie na morzu.

            – Tak czy inaczej – stwierdził Wolverstone – to ważne, byś w trakcie swego pobytu nie uczynił nic, co mogłoby zawiadomić przestępców o zainteresowaniu władz. Musimy chronić życie porwanych; nikt z nas nie chce nawet wyobrażać sobie sytuacji, w której poślemy misję ratunkową tylko po to, by znalazła ciała. Nie możemy być pewni, kto z władz kolonii jest w to zamieszany ani komu można zaufać, toteż wszystkie twoje działania muszą być tajne.

            Robert skinął krótko głową. Im więcej słyszał i im więcej o tym myślał, tym bardziej utrzymanie sprawy w tajemnicy zdawało mu się najmądrzejszą strategią.

            – Tak więc, kapitanie – podsumował energicznie Melville – musi pan udać się do Freetown, podążyć tropem, który wytyczył pański brat, i dowiedzieć się wszystkiego o tym nikczemnym spisku.

            Wyraz twarzy Pierwszego Lorda stanowił mieszankę buty i czegoś przypominającego błaganie. Polityk najwyraźniej nie czuł się swobodnie w sytuacji, nad którą nie miał żadnej kontroli.

            Zanim jednak Robert zdążył odpowiedzieć, Wolverstone odezwał się cichym głosem:

            – W zasadzie nie. – Popatrzył młodzieńcowi w oczy. – Nie możemy cię prosić, byś dowiedział się wszystkiego.

            Kątem oka Robert zobaczył, jak na twarzy Melvilleʼa pojawia się rozczarowanie. Pierwszy Lord wbił spojrzenie w księcia, który w tej kwestii zasadniczo był jego mentorem.  

            Jakby nie zdając sobie sprawy z urażonych uczuć wicehrabiego, Wolverstone ciągnął:

            – Z tego, co powiedział twój brat i czego dowiedziałem się ostatnio od innych osób, wynika, że jeśli porywaczami są handlarze niewolników, to powinni mieć we Freetown jakiś obóz, gdzie przetrzymują więźniów, póki nie uzbierają tylu, by przekazać ich zleceniodawcy. Obóz niemal na pewno znajduje się poza granicami kolonii, gdzieś w dżungli, może nawet dość daleko. – Tu Wolverstone spojrzał na Declana, który pokiwał głową z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Wracając spojrzeniem do Roberta, książę mówił dalej: – Oznacza to, że ukończenie misji w zaledwie dwóch etapach jest wysoce nieprawdopodobne. Będziemy musieli podjąć jeszcze dalsze kroki, by zdobyć wszystkie konieczne informacje, nie zdradzając się jednocześnie przed porywaczami. Twój brat… a także lady Edwina – tu książę skinął głową w jej kierunku – dostarczyli nam pierwszych, kluczowych wskazówek. Odkryli, że nabożeństwa Undoto stanowią część planu porywaczy, i skierowali nas na trop handlarzy niewolników. Potwierdzili też, że w sprawę uwikłane są osoby wysoko postawione w kolonii. O tym nie wolno nam zapominać. Jeśli zamieszana była w to lady Holbrook, niemal z pewnością będą też inni.

            Spojrzenie Wolverstoneʼa powędrowało do Melvilleʼa, który mimo przygnębionej, a nawet naburmuszonej miny nawet nie próbował się wtrącać.

            – Dlatego więc – ciągnął książę – twoja misja polegać będzie na potwierdzeniu związku handlarzy niewolników z Undoto i wyśledzeniu, gdzie znajduje się obóz. Oto twoje rozkazy. Masz znaleźć ich bazę i wrócić, by złożyć raport. Nawet jeśli by cię kusiło, nie wolno ci podążyć za tropem. – Wolverstone na chwilę zamilkł. – Rozumiem, że najprawdopodobniej nie będzie ci łatwo zastosować się do tego polecenia. Ja sam nie znajduję w nim żadnej przyjemności. Ale jeśli mamy zaplanować operację ratunkową, musimy poznać położenie obozu. Jeśli pójdziesz dalej i sam dasz się schwytać… Mówiąc wprost, nie stać nas na to przez wzgląd na zaginionych. Jeśli ktoś cię uprowadzi, nie dowiemy się o tym aż do powrotu twojej załogi. A kiedy to się stanie, będziemy tak samo dalecy od rozwiązania sprawy jak teraz. Ani odrobinę nie zbliżymy się do informacji potrzebnych, by uratować porwanych.

            Wolverstone zerknął na Melvilleʼa i wrócił spojrzeniem do Roberta.

            – Prowadzenie misji etapami może się wydawać dość żmudne, lecz zagwarantuje stałe postępy, a porwani zasługują z naszej strony na dołożenie wszelkich starań, by ich uwolnić.

            Robert popatrzył w oczy księcia. Minęły dwie sekundy. Skinął głową.

            – Znajdę obóz handlarzy i dostarczę wam tę informację.

            Prosto. Bezpośrednio. Nie widział żadnych powodów, by się spierać. Skoro musiał popłynąć z tą misją do Freetown, cieszył się, że wyznaczono mu tak jasny i konkretny cel.

            Wolverstone skłonił głowę.

            – Dziękuję. Zostawimy cię, byś mógł się przygotować.

            Wicehrabia Melville wstał, a w ślad za nim cała reszta.

            – Kiedy statek może być gotów do wypłynięcia? – spytał, wyciągając do Roberta rękę, którą ten uścisnął.

            – Za kilka dni.

            Podczas gdy wszyscy się żegnali i przemieszczali w stronę wyjścia, młodzieniec już zastanawiał się nad logistyką.

            – Poślę Trójząb do Southampton – odezwał się – by zaopatrzyć go w tamtejszych składach. Sądzę, że w ciągu trzech dni powinienem móc postawić żagle.

            Melville wydał z siebie krótkie „Hm!”, lecz nic nie powiedział. Po jego minie Robert wnosił, że Pierwszy Lord przejmuje się sytuacją we Freetown bardziej nawet niż Wolverstone.

            Ale też na księciu nie spoczywał w tym wypadku ciężar odpowiedzialności, podczas gdy Melville… O ile Robert się orientował, ta sprawa mogła zaważyć na politycznej, a być może też towarzyskiej karierze Pierwszego Lorda Admiralicji.

            Wrócił do salonu i zajął fotel naprzeciwko sofy. Po odprowadzeniu swych nieoczekiwanych gości do drzwi Declan i Edwina dołączyli do niego.

            Kiedy na powrót usiedli, powiódł po nich wzrokiem.

            – No dobrze. A teraz opowiedzcie mi resztę.

            Jak się spodziewał, oboje mieli mu do powiedzenia o wiele więcej o mieszkańcach Freetown, o tych wszystkich, którzy odegrali choć niewielką rolę w ich śledztwie, o niebezpieczeństwach czyhających w dzielnicy biedoty, a także o wielu innych rzeczach, które mogły się okazać przydatne, a nawet kluczowe, podczas pobytu w kolonii.

            Mijały godziny, lecz żadne z nich nawet nie zwróciło na to uwagi.

            Kiedy zegary wybiły pierwszą, przenieśli się do jadalni, aby kontynuować rozmowę przy obiedzie. Robert uśmiechnął się szeroko na widok wnoszonych półmisków.

            – Dziękuję – zwrócił się do Edwiny. – Na statku nie karmią źle, ale miło zjeść przyzwoity posiłek, kiedy ma się po temu okazję.

            W końcu wrócili do salonu. Po omówieniu dogłębnie wszystkich faktów i wniosków przeszli do najważniejszej kwestii, to jest celu tych dziwnych porwań.

            Robert rozparł się niedbale w fotelu, wyciągnął długie nogi, krzyżując je w kostkach, i oparł brodę o koniuszki złożonych palców.

            – Mówiliście, że jako pierwszy zniknął Dixon. Jest on uznanym inżynierem, więc jeśli wybrano go przez wzgląd na te powszechnie znane talenty, faktycznie sugerowałoby to, że nasi złoczyńcy najprawdopodobniej zamierzają zbudować kopalnię.

            Declan, wyciągnięty na sofie obok Edwiny, pokiwał głową.

            – W każdym razie to byłoby najbardziej logiczne w tamtych warunkach.

            – A co tam się wydobywa? – spytał Robert, patrząc w niebieskie oczy brata. Bardzo szanował jego znajomość surowców i warunków geograficznych. – Znasz te strony lepiej niż ja. Co byś podejrzewał?

            – Złoto i diamenty – rzekł Declan, splatając palce z palcami Edwiny.

            – Zakładam, że nie jedno i drugie naraz, więc co byś obstawiał?

            – Jeśli miałbym iść o zakład, wybrałbym diamenty.

            – Dlaczego?

            Declan wydął usta i spojrzał na Edwinę.

            – Zastanawiałem się, dlaczego porywacze postanowili uprowadzać kobiety i dzieci; do czego mogły im być potrzebne? Dzieci często wykorzystuje się w kopalniach złota, by zbierały fragmenty wykruszonej rudy. W kopalni diamentów przydałyby się do tego samego. Ale kobiety? W wydobywaniu złota nie odgrywają, o ile mi wiadomo, żadnej roli. Lecz przy diamentach? – Ściskając żonę za rękę, popatrzył na Roberta. – Diamenty w tych okolicach wymieszane są z inną rudą. Wykruszenie ich z kamienia to delikatna praca. Chodzi nie tyle o precyzję, ile po prostu o drobne palce. Młode kobiety o dobrym wzroku mogłyby czyścić nieociosany kruszec, by zmniejszyć rozmiar i wagę kamieni. Produkt końcowy nie traciłby w ten sposób na wartości, ale zajmowałby mniej miejsca i łatwiej byłoby go przemycić, chociażby pocztą. – Declan umilkł na chwilę. – Gdybym musiał zgadywać, powiedziałbym, że nasi porywacze wpadli na rudę diamentów i chcą wydobyć ich jak najwięcej, nim ktoś inny się o tym dowie.

 

***

 

            Później tego samego dnia w tawernie położonej przy wąskiej uliczce na zachodnim krańcu Water Street we Freetown – była to okolica uczęszczana przez pracowników biurowych, sklepikarzy i inne, nieco uboższe warstwy – pewien osobnik, odziany znacznie zamożniej niż pozostali klienci, usiadł z kuflem piwa przy stole w dalekim kącie słabo oświetlonej sali.

            Drzwi się otworzyły i do środka wszedł inny człowiek. Pierwszy mężczyzna podniósł wzrok. Przyglądał się, jak nowo przybyły, również odziany lepiej niż przeciętni bywalcy tawerny, kupuje piwo i rusza w kierunku jego stołu.

            Skinęli sobie głowami, ale nic nie powiedzieli. Nowo przybyły przysunął sobie stołek i usiadł, po czym pociągnął z kufla. Do jego uszu dotarł dźwięk otwieranych drzwi, lecz zwrócony był plecami do wejścia, toteż nie widział, kto wchodzi. Popatrzył na pierwszego mężczyznę.

            – To on?

            Tamten kiwnął głową.

            Czekali w milczeniu. Przybyły zaopatrzył się w piwo, podszedł do nich, postawił kufel na porysowanym blacie i przyciągnął sobie stołek.

            – Zetrzyj z twarzy tę nieszczęsną minę winowajcy – powiedział drugi mężczyzna, unosząc kufel i pociągając łyk piwa.

            – Łatwo ci gadać. – Trzeci, młodszy od pozostałych, również się napił. – Wy nie pracujecie bezpośrednio pod swoimi wujami.

            – Tu nas przecież nie zobaczy, prawda? – powiedział drugi. – Siedzi teraz w forcie. Na pewno w tej chwili skrzętnie sprawdza inwentarz.

            – Boże… oby nie. – Najmłodszy mężczyzna aż się wzdrygnął. – Ostatnie, czego nam trzeba, to żeby się zorientował, ilu rzeczy brakuje.

            Pierwszy, który dotąd przysłuchiwał się w milczeniu, uniósł brew.

            – To raczej niemożliwe, prawda?

            Młodszy westchnął.

            – Nie, raczej nie. – Wbił spojrzenie w kufel. – Uważałem, żeby nic, co zabraliśmy, nie trafiło do ksiąg rachunkowych. Nie da się wykryć, że coś zniknęło, jeśli zgodnie z księgami nigdy tego nie było.

            Pierwszy mężczyzna wygiął usta w chłodnym uśmiechu.

            – Dobrze wiedzieć.

            – To nieważne. – Drugi wbił spojrzenie w pierwszego. – Co to za gadanie o lady H? Słyszałem w kancelarii, że dała nogę.

            Pierwszy mężczyzna zaczerwienił się pod opalenizną. Jego dłonie zacisnęły się na kuflu.

            – Powiedziano mi, że wyjechała odwiedzić krewnych. O ile mi wiadomo, to może być prawda. Więc owszem, zniknęła, ale ponieważ nie ma pojęcia o moim udziale w operacji, nie uznała za stosowne mi się tłumaczyć. Rozpytałem trochę, oczywiście nie wprost, lecz podobno nawet Holbrook nie wie, kiedy wróci.

            – Więc pewnie straciliśmy możliwość sprawdzania naszych potencjalnych ofiar? – Drugi mężczyzna zmarszczył brwi.

            – Owszem – odpowiedział pierwszy – ale nie to mnie najbardziej martwi. – Przerwał, by napić się piwa, po czym odstawił kufel i mówił dalej: – Wczoraj słyszałem od Dubois, że Kale stracił dwóch z trzech ludzi, których wysłał do domu gubernatora po jakąś damę wskazaną przez lady H.

            Trzeci mężczyzna zrobił zdziwioną minę.

            – Kiedy to było?

            – Wedle moich rachunków piętnaście nocy temu. Trzy dni przed wyjazdem lady H. Spędziłem tamten wieczór na rozprawianiu się z depeszami, więc nic o tym wtedy nie słyszałem. – Pierwszy mężczyzna przerwał, po czym ciągnął odrobinę niepewnie: – O ile zdołałem się zorientować, chodziło o żonę Frobishera, lady Edwinę, która tamtego wieczoru przyszła się zobaczyć z lady H. Ale nie mogę być pewien, że to właśnie ją kazano zabrać Kaleʼowi, a nie widzę sensu w nadmiernym wypytywaniu pracowników gubernatora. Według Dubois Kale mówił, że kobieta, którą zabrali jego ludzie, była nieprzytomna, gdyż podano jej środek usypiający. Jedyne, co mógł powiedzieć ten, który przeżył, to że miała złote włosy. Poszli jak zwykle we trzech, owinęli ją w dywan i wynieśli przez dzielnicę biedoty, ale zaatakowało ich czterech ludzi, podobno jacyś marynarze. Zabili dwóch z ludzi Kaleʼa i odbili kobietę. Ten trzeci uciekł, ale potem zawrócił i poszedł za nimi do portu. Widział, jak wsiadają do łódki i odpływają, ale w mroku nie mógł zobaczyć, do którego statku dobili.

            Drugi mężczyzna nadal wpatrywał się w kufel ze zmarszczonymi brwiami.

            – Jeśli dobrze pamiętam, statek Frobishera stał tamtej nocy w porcie. Następnego dnia już go nie było. Musieli wypłynąć z poranną falą.

              Pierwszy prychnął.

            – Mówiono, że to była ich… to jest Frobishera i lady Edwiny… no więc to była ich podróż poślubna. Ponoć wybierali się w odwiedziny do krewnych w Kapsztadzie. Jeśli to prawda, to nawet jeżeli kobietą uśpioną przez lady H rzeczywiście była lady Edwina (a w takim razie Bóg jeden wie, czemu ta durna baba w ogóle się na nią porwała), nie sądzę, byśmy usłyszeli jeszcze o tej sprawie.

            Trzeci mężczyzna wbił w niego spojrzenie.

            – Ale… przecież Frobisher na pewno złoży jakąś oficjalną skargę u Holbrooka.

            Pierwszy wyszczerzył zęby w uśmiechu.

            – Bardzo wątpię. Lady Edwina to córka księcia, wysoko postawiona w londyńskim towarzystwie. Doprawdy nie wyobrażam sobie, by Frobisher chciał przyciągać uwagę do faktu, że jego małżonka znalazła się w rękach typów pokroju ludzi Kaleʼa, sama, w nocy, w ciemnej uliczce. Nie jest to informacja, którą chciałby rozpowszechniać o własnej żonie.

            – To prawda. – Drugi mężczyzna pokiwał głową. – Odzyskał ją i wygląda na to, że nie stała jej się żadna krzywda. Na tym poprzestanie. – Przerwał, po czym dodał: – Gdyby Frobisher miał zamiar narobić rabanu, poszedłby i walnął pięścią w biurko Holbrooka, zamiast opuszczać miasto. Nie zrobił tego, więc zgadzam się… sprawa zamknięta. – Rzucił spojrzenie na trzeciego. – Nie ma się czym przejmować.

            Pierwszy mężczyzna wsparł brodę na dłoni.

            – Nie musimy się też chyba obawiać, że lady H komukolwiek nas wyda – rzekł. – Ma do stracenia o wiele więcej niż my. Jedynym powodem, dla którego zgodziła się na propozycję Undoto, były pieniądze. Tylko na tym jej zależało. A jeśli naprawdę próbowała uśpić i posłać do Kaleʼa lady Edwinę, to doskonale rozumiem, dlaczego wolała się ulotnić po jej ucieczce. Też bym tak zrobił. A jeżeli to wszystko prawda, to i dla nas lepiej, że się stąd zabrała… Lepiej, żeby jej tu nie było, kiedy ktoś zacznie zadawać niezręczne pytania na ten temat, o ile w ogóle do tego dojdzie.

            – Ona i tak wie zbyt mało, żeby ściągnąć na nas kłopoty – mruknął drugi mężczyzna.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ