Powieść obyczajowa
Nic do stracenia. Wreszcie wolni
KUP TERAZ

Nic do stracenia. Wreszcie wolni

brak opinii
Liczba stron: 366
ISBN: 9788327629586
Premiera: 2017-05-24

Ojciec Anny Spencer zostaje wybrany na prezydenta Stanów Zjednoczonych. Od tej pory Anna przestaje być anonimową nastolatką i coraz trudniej chronić jej prywatność. Ashton Taylor ma więc jeszcze bardziej skomplikowane zadanie. Niebawem odbędzie się proces prześladowcy Anny, Cartera Thomasa, który marzy tylko o tym, jak ją odzyskać. Anna ufa Ashtonowi i zaczyna wierzyć w jego miłość, chociaż nadal jest pewna, że nie zasługuje na szczęście. Jednak zanim się okaże, czy mogą być razem, będą musieli walczyć o życie. 

Kirsty Moseley

Kirsty Moseley kocha czytać od najmłodszych lat. Swoje pisarskie umiejętności odkryła gdy przyłączyła się do internetowej społeczności pisarzy-amatorów. Jej samodzielnie wydana książka "The boy who sneeks in my bedroom window" zdobyła rzesze fanów i wysokie miejsce w rankingu Goodreads’ Choice Awards na najlepszą książkę dla młodzieży 2012 roku. Jej druga powieść "Always you" została wydana kilka miesięcy później.

 

– Panno Spencer, co pani sądzi o wyborze ojca na prezydenta?

            Anna pojaśniała uśmiechem, który mógł łamać serca.

            – To wspaniałe. Pracował na to wyjątkowo ciężko, a jego program jest wart poparcia. Jestem z niego niesamowicie dumna.

            – Panno Spencer, kto pani dzisiaj towarzyszy? – zapytał następny dziennikarz.

            Zesztywniałem, bo nie spodziewałem się, że ktoś w ogóle zwróci na mnie uwagę. Byłem nikim. Anna roześmiała się i pociągnęła mnie za rękę, więc musiałem zrobić pół kroku do przodu i stanąć obok niej.

            – To mój chłopak, Ashton Taylor – odpowiedziała, uśmiechając się do mnie.

            Nie potrafiłem powstrzymać uśmiechu. Byłem taki dumny, słysząc te słowa wydobywające się z jej ust, nawet jeśli były nie do końca prawdą. Mój chłopak, Ashton. Uwielbiałem to.

            – Jak długo jesteście razem? – zapytał szybko kolejny dziennikarz, wykorzystując pytanie poprzednika.

            – Rok i trzy miesiące. – Anna skłamała bez zastanowienia. To właśnie mówiliśmy ludziom na uczelni, więc musiała podtrzymać tę wersję.

            – Czy będzie pani pracowała w administracji ojca? – padło następne pytanie.

            Pokręciła przecząco głową w odpowiedzi.

            – Nie, właściwie to jeszcze studiuję.

            Żołądek podszedł mi do gardła. Ścisnąłem ostrzegawczo jej dłoń, błagając ją w myślach, żeby nie drążyła tego tematu. Podczas omawiania możliwych scenariuszy dotyczących sytuacji, kiedy ludzie się dowiedzą, kim była, poinstruowałem ją, żeby nie zdradzała szczegółów ze swojego życia. Szczęściem nie rozwodziła się nad tym, więc odetchnąłem z ulgą. Czekało nas jeszcze pytanie od ostatniego dziennikarza, którym okazała się kobieta, a potem będę mógł zaprowadzić ją do środka i przestać się zamartwiać o jej bezpieczeństwo. Oboje spojrzeliśmy wyczekująco na dziennikarkę.

            Kobieta uśmiechnęła się.

            – Jak to jest, kiedy chodzi się na randki z córką przyszłego prezydenta?

            Anna roześmiała się, a ja uśmiechnąłem się nerwowo. Nie miałem pojęcia, dlaczego ta baba marnowała na mnie swoje pytanie. Nie przygotowałem się na taką sytuację, postanowiłem więc powiedzieć prawdę.

            – Szczerze mówiąc, byłem trochę onieśmielony, kiedy zabrała mnie do domu, żeby przedstawić rodzicom – zażartowałem. Anna roześmiała się, podobnie jak połowa nadal nagrywających nas dziennikarzy. – A tak poważnie, to najpiękniejszy okres w moim życiu. Ona jest czymś najcudowniejszym, co mogło mnie spotkać – powiedziałem uczciwie. Skinąłem głową i pocałowałem ją w czoło.

            Oczy Anny błyszczały szczęściem i radością, gdy uśmiechnęła się do mnie, wyraźnie poruszona moimi słowami.

            Reginald ponownie zjawił się przed nami.

            – W porządku. Tylko po jednym pytaniu i na tym koniec. Panna Spencer i pan Taylor chcą teraz wejść do środka i wziąć udział w uroczystości. – Wskazał ręką drzwi, więc szybko pociągnąłem Annę w ich kierunku, szczęśliwy, że mamy to za sobą.

            Odprężyłem się, kiedy znaleźliśmy się w środku. Kątem oka spostrzegłem Deana, wślizgującego się za nami do budynku. Skinął mi dyskretnie głową, dając znać, że wszystko jest w porządku.

            – To było wariactwo – wymamrotałem, obejmując ją w pasie i przyciągając do siebie.

            – Wiem, ale najważniejsze, że to już za nami. – Westchnęła głęboko z wyraźną ulgą. Wskazała głową na tablicę ustawioną w foyer hotelu wskazującą drogę do sali balowej, gdzie odbywało się prywatne przyjęcie. – To chyba tam – powiedziała cicho i wsunęła dłoń w moją rękę.

 

Określenie „formalne przyjęcie” nie do końca oddaje wytworność imprezy, na której się znalazłem. Obiad okazał się wyśmienity, ale dania były mikroskopijne, dlatego cieszyłem się, że zjadłem wcześniej kanapkę. Po obiedzie wygłoszono kilka przemówień, ludzie składali życzenia urodzinowe ojcu Anny i opowiadali historie, jak i kiedy go poznali, albo przytaczali dowcipne anegdoty o tym, co zrobił albo powiedział w czasie trwania ich przyjaźni. To było miłe i serdeczne. Oczywiście ponieważ Anna była niepełnoletnia, a ja udawałem, że też nie mam dwudziestu jeden lat, wznosiliśmy toasty bezalkoholowym szampanem.

            Ostatecznie mowy dobiegły końca i zaczął grać big-band. Uśmiechnąłem się, bo chciałem uciec od sztywniaków, siedzących z nami przy stole.

            – Zatańczysz? – spytałem Annę.

            Uśmiechnęła się, szczęśliwa, i skinęła głową.

            – Jasne – odpowiedziała, biorąc mnie za rękę.

            Wstałem, z prawdziwą dumą zaprowadziłem ją na parkiet i przytuliłem do siebie.

            – Jesteś niesamowita, wiesz? – wyszeptałem. Nie chodziło mi tylko o to, jak wyglądała tego wieczoru. Miałem na myśli również i to, jak się zachowywała, z gracją i wdziękiem, kiedy najprawdopodobniej nie znosiła tego wszystkiego i uwagi, którą przyciągała. W tej chwili byłem z niej niesłychanie dumny.

            Uśmiechnęła się.

            – Ty też nie jesteś najgorszy – drażniła się ze mną i mocniej ścisnęła moje ramiona.

            Taniec z Anną sprawił, że poczułem się, jakbym był najważniejszym mężczyzną na świecie. Zauważyłem, że niektórzy faceci z sali patrzyli na nią niczym sępy. Uśmiechnąłem się do siebie bardzo zadowolony, mocniej objąłem ją w talii i wirowaliśmy wokół parkietu.

            Po kilku piosenkach podszedł do nas jej ojciec, uśmiechając się serdecznie. Tego wieczoru wyglądał na prezydenta w każdym calu. Obecność przy nim była dla mnie zaszczytem. Był naprawdę niezwykle inteligentnym człowiekiem, który na pewno dobrze się przysłuży krajowi.

            – Co powiecie na odbijanego? – zapytał.

            Nie chciałem jej odstępować ani na krok tego wieczoru. A tak naprawdę ‒ nie chciałem jej już nigdy odstępować przez resztę mojego życia.

            Anna wzruszyła ramionami.

            – Nie mam nic przeciwko temu, skoro chcesz zatańczyć z Ashtonem. Pójdę i napiję się czegoś w tym czasie – zażartowała.

            Obaj z jej ojcem roześmieliśmy się.

            Cofnąłem się, kiedy zapraszająco wyciągnął do niej rękę. Anna wzięła głęboki wdech, położyła jedną dłoń na jego ręce, a drugą na jego ramieniu. Uśmiechnąłem się z dumą i wróciłem do stolika. Sączyłem wodę, ale nawet na chwilę nie spuszczałem jej z oka. Ojciec Anny wyglądał na najszczęśliwszego i bardzo dumnego człowieka, kiedy prowadził córkę po parkiecie.

            Piosenka dobiegła końca. Senator pochylił się i pocałował córkę w czoło. To zadziwiające, ale nie wzdrygnęła się i nie cofnęła, jak to widziałem w przeszłości. Brzydziła się wtedy wszelkimi formami okazywania uczuć i bliskości z innymi ludźmi. Senator Spencer podniósł wzrok i nasze spojrzenia się spotkały. Skinął mi lekko głową. Miał tego wieczoru sporo spraw na głowie, musiał bez wątpienia rozmawiać z wieloma osobami, więc ich taniec był prawdopodobnie ograniczony tylko do tych kilku minut. Uśmiechnąłem się i ruszyłem w ich kierunku.

            Usłyszałem końcówkę rozmowy.

            – Wiem, że przez moje nowe zajęcie będzie ci trudno, i przepraszam cię za to. Ale cieszę się, że masz jego. To naprawdę dobry chłopak – powiedział cicho senator Spencer.

            Zwolniłem, żeby dać im czas na dokończenie tej wymiany zdań. Miałem wrażenie, że ten „chłopak” to właśnie ja.

            – Wszystko w porządku, tato. Jestem z ciebie naprawdę dumna – odpowiedziała Anna.

            Ojciec aż pojaśniał.

            – Dziękuję ci, Annabelle. To dla mnie bardzo wiele znaczy – Nie mogłem dłużej czekać. Stanąłem przy niej, a ona natychmiast przytuliła się do mnie. Uśmiechnąłem się i objąłem ją delikatnie w talii. Senator uśmiechnął się do mnie, zanim przeniósł spojrzenie na córkę. – Nie zobaczymy się jutro, bo wcześnie rano lecimy z mamą do Nowego Jorku, dlatego proszę, żebyś się z nami pożegnała, zanim stąd wyjdziesz dziś wieczorem, dobrze? – Anna uśmiechnęła się i skinęła głową. – Dziękuję za taniec, córeczko – dodał jeszcze bardzo zadowolony.

            Anna roześmiała się.

            – Nie ma za co, panie prezydencie.

            Odpowiedział uśmiechem.

            – Potrwa trochę czasu, zanim się do tego przyzwyczaję – oświadczył, kręcąc głową i wyglądając na zakłopotanego. Obrócił się do mnie, wyciągnął rękę i uśmiechnął ciepło. – Opiekuj się moją małą dziewczynką – poprosił.

            Nie musiał mnie o to prosić, bo byłem gotów opiekować się Anną po wieczność, jeśli tylko by mi na to pozwoliła.

            – Oczywiście, proszę pana – obiecałem. Kiwnąłem głową i mocniej ująłem Annę w pasie. Wymieniliśmy uścisk dłoni. W chwili gdy senator odszedł, ruszyłem z nią do tańca, zadowolony, że znowu trzymam ją w ramionach. Usta aż mnie świerzbiły, żeby ją pocałować. Tego wieczoru wyglądała olśniewająco. Nie miałem dość jej bliskości. – Przypuszczam, że nie mogę cię pocałować, kiedy twoi rodzice patrzą – wyszeptałem, z góry wiedząc, że odpowiedź będzie brzmiała „nie”.

            Pokręciła głową i puściła do mnie oko.

            – Chyba nie usłyszałam końcówki.

            – Aha, tak właśnie myślałem – powiedziałem, starając się pokazać, jak bardzo czułem się rozczarowany tym, że nie mogę jej pocałować.

            Rozejrzała się po sali i nagle zesztywniała. Jej dłoń zacisnęła się mocniej na moim ramieniu, wpiła paznokcie w moją rękę, którą trzymała w tańcu. Ja również zesztywniałem, bo nie miałem pojęcia, co albo kto wywołał u niej taką reakcję. Kiedy miałem się obrócić, zmieniła pozycję i pochyliła głowę tak, żeby nie było jej widać. Kimkolwiek był ten, na kogo patrzyła, nie chciała, żeby go zobaczył.

            – O Boże, tu jest rodzina Jacka.

            Nie wątpiłem, że znowu przeżyje załamanie, jak w czasie ostatniego spotkania z matką Jacka. Przytuliłem ją serdecznie.

            – Chcesz stąd wyjść?

            Milczała. Wolno poluzowała uścisk rąk, ramiona się jej odprężyły.

            – Właściwie nic mi nie jest – powiedziała, najwyraźniej zdumiona własną reakcją. W jej oczach wyczytałem, że mówiła prawdę i rzeczywiście czuła się dobrze mimo konfrontacji z rodziną Jacka. Czy w końcu pogodziła się z jego śmiercią? I jest już gotowa iść naprzód?

            – Na pewno? – spytałem, wpatrując się w nią uważnie.

            – Tak. Prawdę mówiąc, chciałabym się z nimi przywitać.

            Czułem, jak narasta we mnie duma. Właściwie to byłem gotów skakać do góry, żeby to uczcić i odprawić taniec zwycięstwa, bo bez wątpienia wychodziła z żałoby.

            Odsunęła się i ruszyła zdecydowanym krokiem w kierunku stolika w głębi sali. Poszedłem za nią z bijącym sercem.

            – Dobry wieczór. Nie miałam pojęcia, że tu będziecie, bo podeszłabym znacznie wcześniej, żeby się przywitać – powiedziała Anna, uśmiechając się radośnie do nich, gdy dotarliśmy do stolika.

            Rozejrzałem się szybko, rejestrując wszystkich, którzy przy nim siedzieli. Kiedy mój wzrok spoczął na młodym blondynie, zrobiło mi się niedobrze. To był Michael, brat Jacka. Ostatnim razem straciła panowanie nad sobą właśnie z powodu jego podobieństwa do brata. Może jeszcze go nie spostrzegła? Przeniosłem spojrzenie na Deana, który się przyglądał tej scenie z oczami wielkimi jak spodki. Najwyraźniej oczekiwał, że Anna w każdej sekundzie może się załamać.

            Mężczyzna o jasnych włosach, prawdopodobnie po czterdziestce, wstał i uśmiechnął się serdecznie do Anny.

            – Cześć. Wyglądasz pięknie, Anno – powiedział i mocno ją uścisnął.

            – Dzięki, Steve – odpowiedziała i obróciła się, gdy matka Jacka wstała z miejsca. – Miło cię znowu widzieć. Minęło sporo czasu.

            Kobieta objęła ją i przytuliła. Na pewno bardzo ją lubiła i martwiła się o nią.

             – Stanowczo za dużo czasu – wyszeptała.

            Rozpaczliwie usiłowałem przypomnieć sobie jej imię, ale daremnie.

            – To jest Ashton Taylor – powiedziała Anna z uśmiechem, wskazując na mnie.

            Facet, którego nazwała Steve’em, uśmiechnął się do mnie.

            – Racja, tak, słyszeliśmy o nim. Studiuje razem z tobą?

            – Ten sam – potwierdziła Anna.

            Wyciągnąłem do niego rękę.

            – Miło pana poznać – przywitałem się uprzejmie.

            Uśmiechnął się ponownie, ściskając mi mocno dłoń.

            – I nawzajem. Mów mi Steve – odpowiedział, machając lekceważąco ręką. Skinąłem głową. Wyglądał na sympatycznego gościa.

            Instynktownie zesztywniałem, kiedy Michael zerwał się z krzesła. Był tak bardzo podobny do Jacka, że to aż przerażało. Przyzwyczaiłem się do wyglądu Jacka, bo w sypialni Anna trzymała jego fotografię – choć nie stała już na szafce nocnej. Przeniosła ją na jedną z półek, a na szafce stanęło zdjęcie przedstawiające Annę, mnie i moich przyjaciół z Los Angeles zrobione w jednym z barów.

            – Cześć, Michael ­– przywitała się z nim Anna.

            Zmarszczyłem brwi kompletnie zbity z tropu i spojrzałem na Deana, który wyglądał na równie oszołomionego. Nie miałem pojęcia, co się działo. Nie tak wyobrażałem sobie podobne spotkanie.

            Michael uściskał ją i szepnął jej coś do ucha, a ona zachichotała w odpowiedzi. Kiedy odsunęli się od siebie, chłopak wskazał młodą dziewczynę, siedzącą przy stoliku.

            – To moja dziewczyna, Lisa. Liso, to jest Anna – przedstawił je sobie nawzajem.

            ­ – Cześć, miło cię poznać – powiedziała Anna.

            Lisa wstała. Wyglądała na trochę wystraszoną, prawdopodobnie spokojem Anny, otoczeniem, celebrytami i ogromnym luksusem przyjęcia.

            – Cześć. Bardzo mi się podoba twoja sukienka – powiedziała, patrząc na Annę z lekką zazdrością. To, że była zazdrosna, wcale mnie nie zdziwiło. Suknia Anny była zabójcza i sprawiała, że wyglądała jak supermodelka prosto z wybiegu.

            Anna skinęła lekko głową.

            – Wiem, że jest ekstra, prawda? A widziałaś moje buty? Uwielbiam je – odpowiedziała z ożywieniem, unosząc do kolan skraj sukni. Mama Jacka i Lisa z podziwem wpatrywały się w jej buty. Zauważyłem, że Michael również patrzył, ale dam głowę, że nie potrafiłby powiedzieć, jakiego były koloru­ – patrzył na jej nogi, w taki sam sposób jak ja.

            – Przepiękne – powiedziała matka Jacka, głęboko wciągając powietrze.

            – Wiem. Będę musiała zwrócić sukienkę i buty, ale coś czuję, że przez przypadek zaginą gdzieś w walizce – oświadczyła Anna.

            – Też bym je zgubiła – zaśmiała się Lisa.

            Anna pokiwała głową, opuszczając suknię.

            – Naprawdę się cieszę, że was widzę. Teraz idę potańczyć, ale jeszcze zajrzę tu do was przed wyjściem.

            Matka Jacka wyciągnęła rękę i dotknęła delikatnie twarzy Anny.

            – Świetny pomysł, kochanie. Tęskniłam za tobą.

            Anna skinęła smutno głową, zanim wsunęła dłoń w moją rękę, i pociągnęła lekko w kierunku parkietu, machając jednocześnie ręką ponad ramieniem rodzinie Jacka.

            Patrzyłem na nią podejrzliwie, kiedy oplotła mi szyję ramionami. Mimo wszystko wyglądała na szczęśliwą, a ja nie potrafiłem tego zrozumieć.

            – ­Naprawdę dobrze się czujesz? – upewniłem się.

            Ściągnęła usta i zastanawiała się nad odpowiedzią przez kilka sekund. W końcu skinęła głową, najwyraźniej trochę zaszokowana własnymi emocjami.

            – Właściwie, to czuję się świetnie. Pewnie dziwnie to wygląda, ale naprawdę.

            Poczułem się szczęśliwy, bo być może, ale tylko być może, naprawdę pogodziła się z jego śmiercią... i może trochę się do tego przyczyniłem.

            – To wspaniale. To naprawdę wspaniale, dziewczynko – powiedziałem, gładząc ją po nagich plecach, przez co ręka zaczęła mnie lekko mrowić. Byłem z niej taki dumny, że z trudem powstrzymywałem się, żeby jej nie unieść do góry i nie zakręcić się z nią w kółko. Rzeczywiście Jack stał się dla niej przeszłością, a ona najpewniej nawet nie zdawała sobie z tego sprawy.

            Przetańczyliśmy w milczeniu jeszcze kilka piosenek, zanim położyła mi głowę na ramieniu i głęboko westchnęła. Przesunąłem dłoń z pleców i dotknąłem jedwabistych włosów. Serce mi zamarło, bo wiedziałem, jaka jest tego przyczyna. Wróciły do niej wspomnienia związane z Jackiem.

            – Co jest nie tak? – spytałem szeptem, pochylając głowę.

            Mocniej objęła mnie ramionami i zaczęła mówić, przytulając twarz do mojej szyi:

            – Wszystko w porządku. Po prostu świetnie się dzisiaj z tobą bawię.

            Więc to nie było westchnienie ze smutku. To było westchnienie zadowolenia. Serce zaczęło mi bić dwa razy szybciej.

            – Ja też świetnie się z tobą bawię – odpowiedziałem, dotykając nosem jej włosów i wdychając ich zapach.

            Przyjęcie zaczęło powoli zbliżać się do końca. Stałem za Anną, kiedy żegnała się z rodziną Jacka, obiecała, że będzie w kontakcie i przy następnej wizycie w mieście na pewno ich odwiedzi.  Potem poszukała rodziców.

            Skinąłem na Deana, który natychmiast ruszył w kierunku drzwi i czekał tam na nas. Wyszliśmy z sali balowej hotelu i przeszliśmy przez foyer do windy. Stało przed nią dwóch agentów Secret Service, których pamiętałem z domu nad jeziorem. Szybko nas do niej wpuścili.

            Gdy winda wznosiła się do naszego piętra, zrobiło mi się trochę niedobrze. Nie zostawałem z Anną na noc. Pokoje zostały zawczasu zarezerwowane i zmiana wyglądałaby dziwnie. I tak agenci ochrony mieli spać dwa piętra niżej niż rodzina senatora Spencera. Służbę rozpoczynali nocni ochroniarze. Bałem się tej części dnia. Kiedy nie miałem Anny obok siebie, wariowałem z niepokoju. Natychmiast zaczynały mnie wtedy prześladować myśli o Carterze, a spędzenie nocy osobno było jeszcze gorsze, bo wiedziałem, że on się jej przyśni, i nie mogłem zrobić nic, żeby temu zapobiec.

            Starałem się nie pokazywać po sobie niepokoju, kiedy odprowadzałem ją do pokoju hotelowego.

            – Mogę wejść i sprawdzić twój pokój? – zapytałem, bo musiałem wiedzieć, że będzie tam bezpieczna. Byłem pewny, że pokój jest w porządku, bo przez cały dzień pilnowali go ochroniarze, ale nie zasnąłbym, gdybym nie przekonał się o tym osobiście. Pomyślałem przez chwilę, że może rzeczywiście jestem nadopiekuńczy, tak jak bez przerwy powtarzała.

            – Jasne – powiedziała, wyglądając na rozbawioną, kiedy wciągnęła mnie do środka.

            Oczy zrobiły mi się wielkie z wrażenia na widok luksusu, który tam panował. Apartament składał się z kilku pomieszczeń. Weszliśmy do dużego salonu z gigantycznym telewizorem wiszącym na ścianie i cudownie miękkimi sofami. W jednym z zakątków urządzono coś na kształt niewielkiej kuchni. Anna opadła na aksamitną sofę, kiedy poszedłem do sypialni, zajrzałem pod łóżko i do szafy, a potem do łazienki, żeby sprawdzić, czy nikt się tam nie ukrywał. Usatysfakcjonowany wynikiem kontroli wróciłem i usiadłem obok niej. Ta sytuacja mnie wykańczała. Nie byłem w stanie uspokoić nadszarpniętych nerwów.

            Czekałem w milczeniu, aż zacznie mnie objeżdżać za traktowanie jej jak dziecko, ale nie zrobiła tego. Popatrzyła na mnie jedynie z wyrazem zrozumienia w oczach.

            – Ashtonie, nic mi nie będzie. Przestaniesz się wreszcie zamartwiać?

            Westchnąłem. Żałowałem, że to niemożliwe.

             – Wiem, że nic ci nie będzie. Niepokoi mnie tylko, że mogą cię dręczyć koszmary, kiedy nie będzie mnie obok ciebie – przyznałem. – No i będzie mi ciebie brakowało w łóżku – dodałem, uśmiechając się słabo.

            Anna też się roześmiała.

            – I mnie będzie cię brakowało w łóżku. Może też nic mi się nie przyśni. Nigdy nie wiadomo. Od trzech miesięcy nie śniły mi się żadne koszmary. Może ustały na dobre? – Wyglądała jednak na osobę, która nie wierzy w ani jedno wypowiedziane przez siebie słowo.

            – Mam taką nadzieję. Jeśli sprawy potoczą się w złym kierunku, zadzwoń do mnie – poprosiłem. – Przyjdę do ciebie, jeśli będziesz mnie potrzebowała.

            Uśmiech otuchy pojawił się na jej ustach.

            – Nic mi nie będzie, a jeśli coś pójdzie nie tak, zadzwonię – zapewniła mnie.

            Westchnąłem, bo musiałem iść.

            – No to zostawiam cię, śpij dobrze. I spotkamy się na śniadaniu? – zapytałem z nadzieją w głosie.

            Skinęła głową.

            – Aha – odpowiedziała, a ja pocałowałem wewnętrzną stronę jej dłoni, kiedy odprowadzała mnie do drzwi. Wskazała głową ochroniarza, który siedział na krześle przy drzwiach. Po zmianie jej postawy zorientowałem się, że go nie lubiła. Uśmiechnąłem się i pokręciłem głową. Ona rzeczywiście miała problem z ochroniarzami.

             – W takim razie dobranoc, Anno – wyszeptałem, wpatrując się w jej twarz i modliłem się w duchu, żeby chciała, bym z nią został, nie przejmując się opinią ochrony ani rodziców.

            – Dobranoc, Ashtonie. – Pokręciła głową z uśmiechem rozbawienia. Obróciłem się do agenta pilnującego drzwi, sięgnąłem do kieszeni po kawałek kartki, na której napisałem numer mojej komórki.

            – To mój numer. Gdyby w nocy były jakieś kłopoty z Anną, proszę o telefon. Nieważne, o której godzinie – powiedziałem, podając mu karteczkę.

            Agent uśmiechnął się kpiąco.

            – Myślę, że sobie poradzę z kłopotami Annabelle – odpowiedział z sarkazmem w głosie, patrząc na mnie jak na trzylatka.

             Odsunąłem na bok złość, która we mnie zakipiała.

            – Posłuchaj, jestem pewny, że sobie poradzisz, ale pracuję z nią od trzech miesięcy. Jeśli będzie miała koszmary, zadzwoń do mnie, dobrze? – Złość narastała we mnie ponownie z każdą sekundą.

            – Pieprzyć to, stary. Jeśli będzie miała koszmary, to jej sprawa. Masz wolną noc, wykorzystaj to, bo i tak pewnie płacą ci grosze za jej niańczenie – powiedział i arogancko wzruszył ramionami.

            Ręka aż mnie świerzbiła, żeby zetrzeć mu z ryja ten impertynencki uśmieszek, ale przełknąłem złość i starałam się nadać głosowi normalne brzmienie.

            – Jak się nazywasz? – zapytałem.

            – Mike. – Uśmiech zniknął mu z twarzy.

            Najwyraźniej mój głos nie zabrzmiał tak uprzejmie, jakbym tego chciał.

            – No więc, Mike, jeśli jutro się dowiem, że miała złą noc, a ty do mnie nie zadzwoniłeś, będziemy mieli wielki, kurwa, problem. Rozumiesz, co do ciebie mówię? – warknąłem, patrząc na niego wyzywająco.

            Zamrugał oczami, bo moje słowa wreszcie do niego dotarły.

            – Dobrze, jeśli tego chcesz – odpowiedział, wziął karteczkę ode mnie i schował do kieszeni.

            – Dzięki. Cieszę się, że się rozumiemy – powiedziałem i popatrzyłem na niego z góry przez kilka sekund, zanim pojechałem na swoje piętro. Złość buzowała we mnie, gdy rozpamiętywałem, co powiedział ten pozbawiony uczuć palant, i byłem pewny, że nie zasnę. Gdy dotarłem do pokoju, który dzieliłem z Deanem, przekonałem się, że Dean był już w łóżku i głośno chrapał.

            Rozebrałem się, wsunąłem do łóżka, wiedząc, że czeka mnie bezsenna noc, bo zamartwiałem się o dziewczynę, w której byłem beznadziejnie zakochany.

 

Rozdział drugi

 

Anna

 

Drzwi pokoju hotelowego cicho się zatrzasnęły. W chwili gdy zostałam sama, już za nim tęskniłam. Nie miałam najmniejszej ochoty spędzać nocy w samotności. Skłamałam, zapewniając go, że nie będą mi się śniły koszmary, bo wiedziałam, że to nieprawda. Najprawdopodobniej czekała mnie paskudna noc, ale pocieszałam się, że to tylko osiem godzin, a potem znowu go zobaczę.

            Westchnęłam i poszłam do sypialni, zdjęłam sukienkę, którą mama wypożyczyła specjalnie na ten wieczór. Uśmiechając się do siebie, włożyłam buty na dno torby podróżnej, żeby je zatrzymać – nie było szans, żebym je oddała. Założyłam piżamę, na którą składały się szorty i podkoszulek Ashtona, i weszłam pod kołdrę do zimnego łóżka. Dziwnie się czułam, leżąc samotnie, łóżko wydawało mi się za duże, miałam zbyt wiele miejsca na nogi i nikt mnie nie przygniatał. Zaśmiałam się cicho i zaczęłam wspominać miniony dzień.

            Świetnie się bawiłam i choć wszystko miało się zmienić, nie oddałabym tego wieczoru za żadne skarby świata. Widok Ashtona w smokingu podsunął mi wiele tematów do fantazjowania. Przypomniałam sobie wyraz jego twarzy, gdy schodziłam po schodach. Sposób, w jaki na mnie spojrzał, sprawił, że serce żywiej mi zabiło. Nie miałam najmniejszych wątpliwości, że wszyscy obecni tam celebryci nawet nie mogli się z nim równać. Był niezaprzeczalnie najseksowniejszym facetem na sali. Westchnęłam z zadowolenia i naciągnęłam podkoszulek Ashtona na nos, żeby czuć jego zapach, kiedy będę zasypiała, mając nadzieję, że to powstrzyma koszmary.

 

Przyciskam się mocniej do ściany i modlę w duchu, żeby mnie nie zauważył. Wiem, że zapłacę za nieposłuszeństwo, mimo to stoję tam w bezruchu, zamiast wrócić biegiem na podwórze i udawać, że nie ruszyłam się z miejsce, w którym kazał mi czekać.

            Zerkam zza rogu na salon i widzę Cartera stojącego tyłem do mnie. Ktoś przed nim klęczy.

             – Błagam, przepraszam, to się więcej nie powtórzy – prosi jakiś wielki mężczyzna głosem łamiącym się ze strachu.

            – To za mało, Mario. Straciłem dwa miliony zainwestowane w kokę, bo nie potrafiłeś, kurwa, utrzymać kutasa w spodniach wystarczająco długo, żeby dokonać wymiany! – warczy Carter. Głos ma stanowczy, słychać w nim złość. Odsuwa się na bok i widzę faceta klęczącego na podłodze. Rozpoznaję jego twarz, ale nic o nim nie wiem. Carter trzyma przede mną w sekrecie swoje interesy. Carter ma w ręku broń, swój ulubiony srebrny pistolet z rękojeścią wykładaną kością słoniową. Woli go od innej broni. Często mi to powtarza. Wzrok Maria pada na mnie przez ułamek sekundy, a ja zamieram. Carter, widząc, że coś odwróciło uwagę Maria, obraca się i patrzy na mnie. Złość maluje mu się na twarzy, ale po chwili maskuje ją wyrazem czułości.

            – A co ty tu robisz, księżniczko? – pyta, przywołując mnie do siebie gestem.

            Przełykam ślinę.

            – Przepraszam, Carter. Musiałam iść do łazienki – wyjaśniam przepraszającym tonem. Podchodzę do niego i biorę za rękę, którą do mnie wyciągnął.

            – W porządku. Usiądź sobie, ja już kończę – poleca mi, wskazując na kanapę.

            Ponownie przełykam ślinę i posłusznie siadam. Mario garbi plecy, gdy jego napięcie słabnie. Najwyraźniej myśli, że jest bezpieczny, kiedy ja tu jestem, bo wydaje mu się, że Carter nie zabije go na moich oczach. Oczywiście nie zna Cartera zbyt dobrze.

            – Przepraszam, szefie, to się już nie powtórzy – jęczy Mario.

            Carter kiwa głową w odpowiedzi, unosi pistolet i celuje Mariowi między oczy.

            – Wiem – oświadcza i pociąga za cyngiel.        

            Krzyczę, kiedy rozlega się strzał, i usiłuję odwrócić wzrok, ale nie mogę. To najohydniejsza i najbardziej przerażająca rzecz, jaką w życiu widziałam. W jednej chwili połowa twarzy Maria znika, zastąpiona krwawą, miękką, poszarpaną masą. Ciało drga przez chwilę, a potem zwala się na podłogę z głuchym hukiem.

            Carter dotyka mojej twarzy. Ledwie mogę oddychać.

            – Księżniczko, powiedziałem ci, żebyś zaczekała na mnie na zewnątrz. – Pochyla się i całuje mnie w policzek.

            – Ja... wiem... ja... przepraszam – dukam.

            – Nie ma sprawy. I tak już się za tobą stęskniłem – mruczy, a jego palce rozpinają suwak mojej sukienki. Kiedy zsuwa mi z ramion ramiączka i całuje po szyi, nie potrafię skupić się na niczym innym poza kałużą krwi pod martwym ciałem. – Hm, jesteś taka kurewsko gorąca. Kocham cię – szepcze i popycha mnie lekko, żebym położyła się na kanapie. Rozpina guziki dżinsów i ściąga spodnie, zanim się na mnie położy. – Kochasz mnie? – pyta i podciąga mi sukienkę do góry.

            Kałuża krwi jest teraz tak wielka, że niemal sięga dywanu. Kiedy się zastanawiam, ile krwi mogło jeszcze w nim zostać, ostry ból przeszywa mnie w okolicy żeber. Zachłystuję się powietrzem i usiłuję złapać oddech.

            – Pytałem, czy mnie kochasz? – powtarza Carter, naciskając na siniaki, które już mam na klatce piersiowej.

            – Oczywiście, że cię kocham – kłamię szybko. Mówiąc te słowa, czuję się, jakby mi ktoś wyrywał serce, choć powtarzam je codziennie od sześciu miesięcy.

            – To dobrze – szepcze, rozsuwając mi nogi i moszcząc się między moimi udami. Kiedy nogi Maria nagle drgają, krzyczę, patrzę na trupa szeroko otwartymi oczami i wiem, że tej nocy będzie mi się śnił nowy koszmar.

            – To normalne – mówi Carter szybko. Chwyta moją brodę kciukiem i palcem wskazującym, obraca moją twarz ku sobie i miażdży mi usta pocałunkiem.

            Kiedy, jak codziennie, wykorzystuje moje ciało, żeby się zaspokoić, widzę jedynie drgające nogi trupa i jego martwe oko wpatrzone w sufit. Ciemna kałuża krwi zaczyna powoli krzepnąć na płytkach posadzki.

            W końcu szczytuje i pada na mnie, przygniatając mnie swoim ciężarem. Przestaje dyszeć, a krew z trupa niemal dociera do skraju drogiego, beżowego dywanu. Carter zaczyna skubać zębami płatek mojego ucha.

            – Tak bardzo cię kocham, księżniczko.

            Jestem odrętwiała i pozbawiona emocji. Prawie nie czuję bólu między nogami, w miejscu, w którym zaspokajał swoje chore pożądanie.

            – Myślałem o czymś wcześniej, wiesz? – Odsuwa się ode mnie i uśmiechając się, patrzy na mnie, jego oczy błyszczą podekscytowaniem. – Myślę, że powinniśmy się pobrać.

            Mam sucho w ustach. Brakuje mi słów.

            Delikatnie gładzi mnie po policzku.

            – Annabelle Thomas. Może jutro pojedziemy do Las Vegas – sugeruje, znowu się do mnie uśmiechając.

            Niczego nie czuję. W środku jestem martwa. Naprawdę jest mi wszystko jedno, czy wyjdę za niego, czy nie, bo i tak nie mam na to żadnego wpływu.

 

            Krzyk. Ktoś krzyczy. Usiadłam gwałtownie na łóżku i dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że to ja. Macając ręką za sobą, chwytam poduszkę i zasłaniam nią twarz, żeby stłumić krzyk, który powoli słabnie. Nie chciałabym, żeby któryś z ochroniarzy wpadł do mojego pokoju i zobaczył mnie w takim stanie, nie chciałam też, żeby Ashton dowiedział się rano, że miałam koszmar. Łzy bezradności popłynęły mi po twarzy. Oddychałam głęboko, żeby się uspokoić. Serce waliło mi jak młotem. Po czasie, który wydawał mi się wiecznością, moje ciało zaczęło powoli wracać do normalności. Mięśnie rozluźniły się, przestałam zaciskać szczęki, łzy obeschły. Zerknęłam na zegar i przekonałam się, że była dopiero trzecia nad ranem. Jęknęłam, przekręciłam się na bok i mocno zacisnęłam powieki w nadziei, że zasnę.

 

            – Potrzebujemy tylko dowodów tożsamości i macie sprawę załatwioną – mówi facet w okienku od strony Cartera.

            Carter szczerzy się w uśmiechu i ściska mi kolano. Uśmiecham się automatycznie, bo wiem, że tego ode mnie oczekuje. Bierze swoje prawo jazdy i mój fałszywy dowód, wyrobiony przez Jacka, żebym mogła wejść do klubu, i przekazuje mężczyźnie razem z plikiem banknotów.

            Wpatruję się we własne paznokcie i skubiąc bezmyślnie skórkę, wywołuję krwawienie. Kiedy samochód rusza po kilku minutach, beznamiętnie podnoszę wzrok. Stało się to, co musiało się stać. Wzięliśmy ślub w kaplicy dla zmotoryzowanych w Las Vegas. Carter nie ufa mi i nie chce, żebym wysiadła z samochodu, dlatego znalazł miejsce ceremonii, gdzie praktycznie nie było kontaktu z innymi ludźmi.

            Podjeżdżamy do następnego okienka, stoi w nim facet w białej todze. Kiedy coś mówi, nie mogę się na tym skupić i znowu bezwiednie skubię skórkę z boku paznokcia. Ostry ból w nadgarstku odrywa mnie od tego zajęcia. Patrzę w dół i widzę, że to Carter ściska mnie za rękę, wbijając mi paznokcie w skórę.

            – Powtarzaj za panem, księżniczko.

            Patrzę na mężczyznę w okienku i nawet mi do głowy nie przychodzi, żeby prosić o pomoc. Gdybym to zrobiła, Carter by go zastrzelił – powtórzył mi to kilka razy w drodze do tego miejsca.

            Powtarzam za nim słowa.

            – Ja, Annabelle Spencer, biorę sobie ciebie, Cartera Thomasa, za męża. Ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz że cię nie opuszczę aż do śmierci. – Kiedy wypowiadam te słowa modlę się o to ostatnie, o śmierć, żeby szybko zabrała mnie albo jego. W tym momencie jest mi wszystko jedno, kto to będzie.

            Nic nie czuję. Kiedy straciłam chłopaka, coś bardzo złego się ze mną stało. Nic mnie już po prostu nie obchodzi, nic nie ma znaczenia. Nawet bólu już nie odczuwam tak jak kiedyś. Czasami tęsknię za bólem, bo mogłam na nim skupić myśli i dlatego prowokowałam Cartera, żeby mnie bił. Ale teraz nawet ten ból nie trwa wystarczająco długo.

            Carter uśmiecha się, a ja przyklejam do twarzy fałszywy uśmiech, kiedy wypowiada swoją kwestię do mnie i wsuwa mi na palec złotą obrączkę, która wygląda na drogą. Przyglądam się jej bez żadnych emocji. Jest wysadzana dookoła maleńkimi brylancikami i prawdopodobnie kosztowała więcej niż samochód, w którym siedzimy.

            – A teraz ogłaszam was mężem i żoną. Może pan pocałować pannę młodą – mówi wesoło mężczyzna, zupełnie nieświadomy mojego koszmaru na jawie, z którego nie mogę się wyrwać.

            Carter wydaje z siebie pomruk triumfu, chwyta mnie i mocno całuje. Odsuwa się ode mnie po kilku sekundach, uśmiechnięty od ucha do ucha. Jeszcze nie widziałam go tak szczęśliwego.

            – Teraz oficjalnie jesteś moja, pani Thomas.

 

            Zachłysnęłam się powietrzem i usiadłam. Spociłam się tak bardzo, że całe łóżko było mokre, a pościel kleiła mi się do ciała. Z jakiegoś powodu bolała mnie ręka. Zapaliłam światło i przyjrzałam się lewej dłoni. Była tak mocno zaciśnięta w pięść, że paznokcie wbiły się w skórę, wywołując krwawienie. Jęknęłam, wstałam i głęboko wciągnęłam powietrze. Zakręciło mi się w głowie, dlatego musiałam przytrzymać się łóżka, żeby zachować równowagę na miękkich nogach. Myśl o tym, że moim mężem był człowiek, przez którego straciłam kontrolę nad własnym życiem, doprowadzała mnie do obłędu. Nikomu o tym nie powiedziałam, nawet rodzicom. I nie zamierzałam tego zmienić.

            W głębi serca wiedziałam, że to małżeństwo nie było zawarte zgodnie z prawem. Miałam szesnaście lat i posługiwałam się sfałszowanym dowodem tożsamości. Bez trudu mogłabym je anulować, ale to oznaczałoby, że musiałabym powiedzieć o nim ludziom, a tego nie chciałam robić. Nie mogłam o tym rozmawiać, nie byłam w stanie opowiedzieć nikomu, przez co przeszłam, nie wydobyłabym z siebie słowa o wstrętnych rzeczach, które mi wyrządził. Nie miałam w sobie tyle siły, żeby popatrzeć rodzicom w oczy i powiedzieć, że wyszłam za niego za mąż. Nie mogłam prosić ich o pomoc w unieważnieniu tego związku, bo nie zniosłabym ich pełnego litości, przerażonego spojrzenia. Dlatego zagrzebałam to w sobie głęboko, a jedyne ujście, jakie miały emocje z tym związane, znajdowało się w koszmarnych snach. Ukryłam wstyd i strach i nigdy ich nie ujawniłam. Przenigdy.

            Kiedy przestało mi się kręcić w głowie, poszłam do łazienki i włożyłam rękę pod strumień zimnej wody, żeby zmyć krew, a potem owinęłam ją ręcznikiem, by zatamować krwawienie. Spojrzałam w lustro nad umywalką. Zmarszczyłam brwi, widząc swoje odbicie. Tusz do rzęs rozmazał się pod przekrwionymi oczami, byłam blada i spocona. Obmyłam twarz zimną wodą. Tak dobrze mi to zrobiło, że nabrałam ochoty na długi prysznic.

             Dochodziła dopiero piąta rano, ale nie chciałam wracać do spania, nie zniosłabym kolejnego koszmaru. Założyłam dżinsy i podkoszulek, wzięłam iPoda i skierowałam się do drzwi pokoju. Na korytarzu stał Mike i wyglądał na zdziwionego.

            – Annabelle? Wszystko w porządku? – zapytał, marszcząc czoło.

            Skinęłam głową, obeszłam go i ruszyłam do windy.

            – Jasne. Chcę się po prostu przejść. Nie martw się, nie wyjdę z hotelu. – Pomachałam mu ręką.

            Jęknął, stanął obok mnie i nacisnął guzik windy.

            – Ale nie sama – oświadczył obojętnym tonem.

            Nie zawracałam sobie głowy protestem. Wiedziałam, że byłby daremny. W chwili gdy się zjawiła winda, weszłam do środka, nacisnęłam guzik lobby i ignorowałam jego obecność.

            Nieszczęściem dla mnie z powodu wczesnej godziny salon i spa były jeszcze zamknięte, więc mogłam jedynie usiąść w lobby i czegoś się napić, podczas gdy Mike stał oparty o ścianę sześć metrów ode mnie.

            Po trzech kawach zrobiła się wreszcie godzina siódma i hotel zaczął powoli budzić się do życia. Ludzie schodzili na śniadanie, nocna zmiana szła do domów, zastępowana przez dzienną.

            Nowy barman nie przestawał zerkać na mnie z rodzajem ekscytacji. Uśmiechnęłam się ciepło, kiedy podał mi kolejną kawę, której nie zamawiałam. Miał pod pachą gazetę.

            – Przepraszam, czy mogę prosić o autograf? – zapytał trochę nerwowo.

            Wybuchnęłam śmiechem.

            – Mój autograf? Ale po co?

            Uśmiechnął się, zbity z tropu.

            – Pani jest córką przyszłego prezydenta, prawda?

            Skinęłam głową, marszcząc czoło.

            Wyszczerzył zęby w kolejnym uśmiechu, wyjął gazetę spod pachy i podał mi.

            – Jest pani w całej gazecie.

            Zachłysnęłam się powietrzem, wyjmując mu gazetę z ręki. Serce podeszło mi do gardła.

            – Nie wierzę. Naprawdę?

            Skinął głową.

            – Naprawdę. Na pierwszej stronie, a potem jeszcze na czwartej, piątej, szóstej i siódmej – oświadczył przejęty.

            Zaczęłam kartkować gazetę z zapartym tchem. Na pierwszej stronie było duże zdjęcie rodziców pozujących na czerwonym dywanie. Tuż pod ich fotografią byłam ja z Ashtonem. Usiadłam z powrotem na krześle oszołomiona.

            – Mogę ją przeczytać? – zapytałam, szybko omiatając tekst oczami.

            – Oczywiście. A kiedy pani skończy, podpisze się pani na niej dla mnie? – zapytał.

            Skinęłam głową, nadal nie bardzo wiedząc, co powiedzieć. Obrócił się na pięcie i na sztywnych nogach wrócił za bar. Serce waliło mi jak młotem.

            Szybko przeczytałam artykuł. Wszystko dotyczyło przyjęcia z okazji urodzin ojca. Podano też skrócone menu i opisano dekorację sali balowej. Następne parę stron poświęcono głównie celebrytom obecnym na przyjęciu i temu, w co kto był ubrany. Kolejną stronę wypełniały zdjęcia przedstawiające mnie z Ashtonem. Nagłówek nad nimi głosił: „Annaton” ‒ nowa para celebrytów.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ