Powieść obyczajowa
Eleanor Oliphant ma się całkiem dobrze
KUP TERAZ

Eleanor Oliphant ma się całkiem dobrze

Gail Honeyman
brak opinii
Liczba stron: 352
ISBN: 9788327628688
Premiera: 2017-05-24

Eleanor Oliphant ma się całkiem dobrze. Skończyła trzydzieści lat, jest filologiem klasycznym, ale pracuje w księgowości, oszczędzając każdego pensa. Nosi niezniszczalny bezrękawnik, ma stały harmonogram posiłków i niechętnie rozmawia z kolegami z pracy. Uwielbia zakupy w Tesco i swoją jedyną roślinę doniczkową. Mówi to, co myśli, a wszyscy uważają ją za wariatkę. Prowadzi samotne życie, bo nie pasuje nigdzie i do nikogo.

Pewnego dnia poznaje w pracy nowego informatyka, Raymonda, który niezrażony stara się z nią zaprzyjaźnić. Oboje przychodzą z pomocą Sammy’emu, starszemu mężczyźnie, który zasłabł na ulicy. Nieoczekiwana życzliwość, troska i serdeczność nowych znajomych sprawią, że Eleanor dowie się o sobie paru rzeczy, które zmienią jej życie.        

 

Wzruszająca i zabawna powieść o dziewczynie, która w dzieciństwie zdołała przeżyć wielką traumę, ale nie bardzo wie, jak po niej żyć.  

Kiedy ktoś mnie pyta, czym się zajmuję – taksówkarze, asystentki dentystyczne – odpowiadam, że pracuję w biurze. Przez prawie dziewięć lat nikt nie chciał wiedzieć, w jakim biurze ani co tam robię. Nie wiem, czy powodem jest to, że idealnie odpowiadam wyobrażeniu pracownika biurowego, czy to, że kiedy ludzie słyszą określenie „praca w biurze”, sami dopowiadają sobie resztę – kobieta powielająca dokumenty, mężczyzna stukający w klawiaturę. Wcale się nie skarżę. Jestem zadowolona, że nie muszę wdawać się w fascynujące zawiłości księgowania faktur. Gdy mnie tam przyjęto, pytana o zatrudnienie, za każdym razem mówiłam, że pracuję w firmie graficznej, ale wtedy wszyscy zakładali, że jestem pracownikiem kreatywnym. Zaczął mnie nużyć widok ich obojętniejących twarzy, gdy wyjaśniałam, że pracuję na zapleczu, nie używam cienkopisów ani wyrafinowanych programów komputerowych.

            Zbliżam się do trzydziestki, a pracuję tam od dwudziestego pierwszego roku życia. Bob, właściciel, przyjął mnie niedługo po otwarciu firmy. Chyba było mu mnie żal. Miałam dyplom filologa klasycznego i żadnego doświadczenia zawodowego, o którym warto by wspomnieć. Przyszłam na rozmowę o pracę z podbitym okiem, kilkoma wybitymi zębami i złamaną ręką. Może wyczuł wtedy, że nie mogę liczyć na nic innego niż słabo płatna praca biurowa, że nie odejdę i oszczędzę mu trudu związanego z koniecznością szukania kogoś nowego. Może zorientował się także, że nie wezmę urlopu, aby wyjechać w podróż poślubną, ani nie pójdę na macierzyński. Sama nie wiem.

 

            W biurze zdecydowanie panuje system kastowy; kreatywni to gwiazdy filmowe, a reszta – aktorzy drugiego planu. Patrząc na nas, łatwo określić, do której kategorii się zaliczamy. Szczerze mówiąc, ma to po części związek z płacą. Pracownicy biurowi zarabiają żałosne pieniądze, więc nie stać ich na modne fryzury i dziwaczne okulary. Ciuchy, muzyka, gadżety – chociaż projektanci rozpaczliwie chcieliby uchodzić za niezależnych wolnomyślicieli, z uporem maniaka noszą mundurki. Grafika mnie nie interesuje. Jestem urzędniczką w księgowości. Mogłabym wystawiać faktury na cokolwiek: broń, flunitrazepam, orzechy kokosowe.

            Chodzę do pracy od poniedziałku do piątku, na wpół do dziewiątej rano. Przysługuje mi godzinna przerwa na lunch. Kiedyś przynosiłam własne kanapki, ale jedzenie w domu ciągle psuło mi się przed zużyciem, więc teraz kupuję coś na mieście. W piątki zawsze wyskakuję do Marks & Spencer, co przyjemnie wieńczy tydzień pracy. Siadam z kanapką w pomieszczeniu socjalnym, czytam gazetę od pierwszej do ostatniej strony, a potem rozwiązuję krzyżówki. Kupuję „Daily Telegraph”, nie dlatego, że szczególnie lubię tę gazetę, ale ponieważ ma najlepsze hasła kalamburowe. Nie rozmawiam z nikim – gdy już kupię „kanapkę dnia”, przeczytam gazetę i rozwiążę obie krzyżówki, godzina na lunch się kończy. Wracam za biurko i pracuję do piątej trzydzieści. Jazda do domu autobusem zajmuje mi pół godziny.

            Robię sobie kolację i jem ją, słuchając w radiu The Archers. Przeważnie przyrządzam makaron z pesto i sałatę – jeden rondel i jeden talerz. Jako dziecko czułam się jak na kulinarnym rollercoasterze, w tych latach karmiono mnie zarówno przegrzebkami z ręcznego połowu, jak i mrożonym filetem z dorsza. Po wnikliwym rozważeniu politycznych i socjologicznych aspektów żywienia doszłam do wniosku, że jedzenie zupełnie mnie nie interesuje. Lubię to, co jest tanie, łatwe do zdobycia i przetworzenia, a jednocześnie dostarcza potrzebnych do życia składników odżywczych.

            Po umyciu naczyń czytam książkę, a czasami oglądam telewizję, jeśli jest w niej coś, co poleca „Telegraph”. W środy zwykle (cóż, zawsze) mniej więcej przez piętnaście minut rozmawiam z mamą przez telefon. Około dziesiątej kładę się do łóżka, przez pół godziny czytam, a potem wyłączam światło. Przeważnie nie mam kłopotów z zasypianiem.

            W piątki po pracy nie idę od razu do autobusu; zamiast tego udaję się do Tesco Metro za rogiem i kupuję pizzę margaritę, chianti i dwie duże butelki wódki Glen’s. Po powrocie do domu jem pizzę i piję wino. Później strzelam sobie wódkę. W piątki niewiele mi potrzeba, tylko kilka głębszych. Zazwyczaj budzę się na kanapie około trzeciej nad ranem i wlokę się do łóżka. W ciągu weekendu wypijam resztę wódki; rozkładam to na dwa dni, żeby nie być ani pijana, ani trzeźwa. Do poniedziałku mam dużo czasu.

            Mój telefon dzwoni rzadko – kiedy już zadzwoni, aż podskakuję – i zwykle są to ludzie, którzy pytają, czy nie sprzedano mi jakiegoś trefnego ubezpieczenia. Syczę wtedy: „Wiem, gdzie mieszkasz”, a potem delikatnie, bardzo delikatnie się rozłączam. W moim mieszkaniu od roku nie było nikogo z wyjątkiem fachowców z administracji; nie wpuszczam za próg żadnych ludzkich istot, chyba że chodzi o odczyt stanu licznika. Pewnie pomyślicie, że tak się nie da żyć, prawda? A jednak się da. Przecież żyję, no nie? Chociaż często mam wrażenie, że mnie tu nie ma, że jestem wytworem własnej wyobraźni. Są takie dni, kiedy czuję się tak luźno związana z ziemią, że łączące nas więzy wydają się cienkie jak nitki babiego lata czy waty cukrowej. Mógłby je przerwać silniejszy powiew wiatru i odleciałabym jak puch z dmuchawca.

            Te więzy wzmacniają się nieco od poniedziałku do piątku. Ludzie dzwonią do biura w sprawie linii kredytowych, przysyłają e-maile dotyczące umów i wycen. Koledzy, z którymi siedzę w pokoju – Janey, Loretta, Bernadette i Billy – zauważyliby, gdybym się nie zjawiła. Po kilku dniach (często się zastanawiam ilu) zaczęliby się niepokoić, że nie powiadomiłam ich o chorobie – to do mnie takie niepodobne – i wydobyliby z teczki personalnej mój adres. W końcu chyba zadzwoniliby na policję, prawda? Czy policjanci wyważyliby drzwi do mieszkania? Znalazłszy mnie, zasłoniliby twarze, powstrzymując mdłości od smrodu? Koledzy w biurze mieliby o czym gadać. Nie lubią mnie, ale przecież nie życzą mi śmierci. Tak mi się w każdym razie wydaje.

 

            Wczoraj poszłam do przychodni. Mam wrażenie, że nie byłam tam od wieków. Tym razem trafiłam na młodego lekarza, bladego faceta o rudych włosach. Byłam z tego zadowolona. Im są młodsi, tym lepiej wykształceni, a to korzystne. Nie znoszę, gdy w rejestracji kierują mnie do starej doktor Wilson; ma około sześćdziesiątki i nie wyobrażam sobie, żeby wiedziała zbyt wiele o najnowszych lekach i najświeższych odkryciach medycznych. Ledwie umie obsługiwać komputer.

            Ten młody lekarz, podobnie jak większość z nich, mówił, nie patrząc na pacjenta; czytał moją kartę na ekranie i przewijając ją, uderzał w klawisz z coraz większą zaciętością.

            – Co tym razem pani dolega, pani Oliphant?

            – Ból w plecach, panie doktorze – odpowiedziałam. – To męka.

Wciąż na mnie nie spojrzał.

            – Jak długo to trwa? – zapytał.

            – Od paru tygodni – odparłam.

            Skinął głową.

            – Chyba wiem, co go powoduje – podjęłam – ale chciałam zasięgnąć pańskiej opinii.

            Przestał czytać i wreszcie na mnie popatrzył.

            – A co go według pani powoduje?

            – Chyba piersi, panie doktorze.

            – Piersi?

            – Tak – potwierdziłam. – Zważyłam je. Ważą prawie trzy kilo... to znaczy, razem, nie każda osobno! – Zaśmiałam się. Patrzył na mnie poważnie, bez wesołości. – To duży ciężar do dźwigania, nie sądzi pan? – zagadnęłam. – Gdybym przywiązała panu do piersi trzy kilogramy żywego ciała i kazała z nimi chodzić przez cały dzień, rozbolałyby pana plecy, no nie?

            Przyjrzał mi się, a potem odchrząknął.

            – Jak... jak je pani...?

            – Na wadze kuchennej – wyjaśniłam, kiwając głową. – Umieściłam na niej jedną. Nie ważyłam obu, założyłam, że każda ma mniej więcej taki sam ciężar. Nie jest to może naukowe podejście, ale...

            – Przepiszę pani kolejne leki przeciwbólowe – powiedział, pisząc na komputerze.

            – Tylko tym razem silniejsze – rzuciłam stanowczo – i większą ilość. – Próbowali mnie zbyć aspiryną w małych dawkach. Potrzebowałam skuteczniejszych medykamentów. – Czy może pan także przepisać mi tamten środek na egzemę? W okresach stresu czy ekscytacji wyraźnie mi się pogarsza.

            Nie zaszczycił mojej uprzejmej prośby odpowiedzią, tylko kiwnął głową. Żadne z nas nie odzywało się do czasu, gdy drukarka wypluła recepty, które mi wręczył. Ponownie spojrzał na ekran komputera i wrócił do pisania. Zapadła niezręczna cisza. Jego talenty towarzyskie pozostawiały wiele do życzenia, zwłaszcza że w swoim zawodzie miał kontakt z ludźmi.

            – To do widzenia, panie doktorze – powiedziałam w końcu. – Bardzo dziękuję, że poświęcił mi pan czas. – Ale on zupełnie nie zwrócił uwagi na mój ton. Wciąż był zajęty pisaniem. To jedyna wada tych młodych lekarzy; nie mają podejścia do pacjenta.

 

            To było wczoraj rano, w innym życiu. Dzisiaj, później, gdy jechałam do pracy, autobus przemieszczał się sprawnie. Padało i wszyscy wyglądali żałośnie, skuleni w płaszczach, zaparowując szyby porannymi kwaśnymi oddechami. Codzienność przezierała przez krople deszczu na oknie, jej zapach sączył się wśród woni wilgotnych ubrań i przemoczonych butów.

            Zawsze szczyciłam się tym, że umiem funkcjonować sama. Jestem jedynym ocalałym rozbitkiem – nazywam się Eleanor Oliphant. Nie potrzebuję nikogo – w moim życiu nie ma wielkiej pustki; w puzzlach, jakie ono stanowi, nie brakuje żadnego elementu. Tak przynajmniej zawsze sobie powtarzam. Ale minionego wieczoru znalazłam miłość swojego życia. Kiedy zobaczyłam go wchodzącego na scenę, po prostu wiedziałam. Miał na głowie stylowy kapelusz, ale nie to do mnie przemówiło. Nie – taka płytka nie jestem. Był ubrany w trzyczęściowy garnitur, z odpiętym ostatnim guzikiem przy kamizelce. Prawdziwy dżentelmen zostawia ostatni guzik niezapięty, tak zawsze mówiła mama – to jedna z oznak, których należy szukać, charakteryzująca wyrafinowanego, eleganckiego mężczyznę z odpowiedniej klasy, o odpowiedniej pozycji towarzyskiej. Ta jego piękna twarz, głos... wreszcie ktoś, po tak długim czasie, kogo można ze sporą dozą pewności uznać za „materiał na męża”.

            Mama będzie zachwycona – pomyślałam.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ