Thriller / Sensacja / Kryminał
Epidemia
KUP TERAZ

Epidemia

brak opinii
Liczba stron: 320
ISBN: 9788327625380
Premiera: 2017-03-15

W Chicago młody mężczyzna skacze z osiemnastego piętra luksusowego hotelu. W Alabamie młoda kobieta napełnia kieszenie kamieniami i wchodzi do rzeki. Dwa samobójstwa, dwie sprawy dla lokalnej policji. Jednak gdy okazuje się, że zmarli byli nosicielami zmutowanego wirusa, śledztwo przejmuje FBI i wywiad wojskowy.

Przydzielona do sprawy agentka Maggie O’Dell nawiązuje współpracę z Ryderem Creedem, wyspecjalizowanym ratownikiem. W toku śledztwa trafiają na ślad głęboko zakonspirowanego spisku, który może doprowadzić do zagłady. Zegar tyka, czasu jest coraz mniej, a przeciwnik wynalazł skuteczną metodę zarażenia ogromnej liczby ludzi. Jutro może być za późno… 

Alex Kava

Pochodząca z Silver Creek w Nebrasce Alex Kava, a właściwie Sharon Kava, to uznana autorka thrillerów psychologicznych. Wiele z jej książek gościło na listach bestsellerów. Zaczęła pisać bardzo wcześnie, jednak jedynie brat rozumiał i podzielał jej fascynację literaturą. Rodzice nie tylko jej nie wspierali, wręcz próbowali zniechęcić do czytania książek. Nie wierzyli, że ktokolwiek jest w stanie utrzymać się z pisania. Po ukończeniu college’u w 1982 Alex założyła firmę graficzną specjalizującą się we współpracy z sektorem reklamowym. Następnie od 1992 pracowała w swej dawnej szkole jako szefowa PR. Jednak po czterech latach zrezygnowała z tej posady i poświęciła się wyłącznie karierze literackiej. Jej powieści szybko zyskały uznanie. Są podbudowane rzetelną wiedzą psychologiczną, a także znajomością procedur policyjnych, co dodaje im wiarogodności. Chociaż są fikcją literacką, często impulsem do ich napisania stały się prawdziwe zbrodnie. Opierając się na konkretnych zdarzeniach, Kava konstruuje prawdopodobne rozwinięcia rzeczywistych, dotąd niewyjaśnionych wątków danego śledztwa. Słusznie uważa, że taka metoda pisarska pomaga jej uzyskać rys autentyzmu, tak bardzo ceniony przez czytelników. Nieważne, o jak okrutnych, podszytych szaleństwem zbrodniach czytamy. Jeżeli uwierzymy autorce, pozwolimy się wciągnąć w jej mroczny świat. Razem z nią próbujemy odpowiedzieć na pytanie, czy zło jest nieodłączną cechą ludzkiej natury i dlaczego niektórzy z nas tak łatwo przekraczają granicę, za którą rozpościera się mrok.

Alex Kava nadal mieszka w Nebrasce. Udziela się w wielu stowarzyszeniach literackich, zwłaszcza tych zrzeszających twórców thrillerów. Jest członkiem Mistery Writers of America oraz Sisters In Crime – która zrzesza wyłącznie kobiety. Ma dwa psy.

Chicago

 

Tony Briggs zakaszlał, plując krwią, po czym wytarł usta rękawem koszuli. Niedobrze, chociaż nie było aż tak źle, by sobie nie poradził. Bywało z nim już gorzej, o wiele gorzej. A jednak go nie uprzedzili, że tak paskudnie się rozchoruje. Zaczynał podejrzewać, że dranie wpuścili go w niezły kanał.

Napisał SMS-a o treści:

Wpakowałem się w niezłe gówno.

I szybko nacisnął „Wyślij”, żeby się nie rozmyślić.

W instrukcji nie było punktu, który kazałby mu wysyłać podobne wiadomości, nie przewidywała tego także umowa, ale miał to gdzieś. Co z tego, jeśli szpicle się dowiedzą. Co mogą mu zrobić? I tak już czuł się jak wrak. Naprawdę nie mogli zrobić nic takiego, by poczuł się gorzej.

Wrzucił telefon do kosza na śmieci razem z kilkoma ulotkami, które zebrał w ciągu dnia. Pokonał trasę, którą wybierały zwiedzające miasto rodziny, gdy zjawiały się tu podczas wakacji. W jego przypadku przypominało to raczej prezent od organizacji charytatywnej, która specjalizuje się w spełnianiu tak zwanych ostatnich życzeń. Ty razem była to „Ostatnia w życiu podróż, wszystkie wydatki z góry opłacone”.

Na tę myśl zaśmiał się, co zakończyło się kolejnym atakiem kaszlu, a kropelki krwi wylądowały na ekranie plazmy, a nawet na ścianie za telewizorem. Nie lubił zostawiać po sobie śladów i przysparzać pracy hotelowym sprzątaczkom, ale było już za późno. Poza tym wedle instrukcji przez cały dzień miał dotykać wszystkiego, co możliwe. W myśli powtórzył listę: kontakty, przyciski w windzie, restauracyjne menu, piloty, poręcze schodów.

Wcześniej tego ranka w McDonaldzie – przed atakiem kaszlu, zanim temperatura wystrzeliła do góry i miał jeszcze dość odwagi, a także apetyt – po raz pierwszy poczuł cień niepokoju. Wziął tacę i zatrzymał się przy ladzie z przyprawami.

Dotykaj tyle powierzchni, ile tylko się da.

Takie otrzymał polecenie. Zarazki są w stanie przeżyć na twardej powierzchni do osiemnastu godzin. Niewykluczone, że wiele w życiu schrzanił, lecz nadal potrafił trzymać się instrukcji.

O tym właśnie myślał, gdy poczuł, że ktoś stuka go w łokieć.

- Hej, proszę pana, może mi pan podać dwie słomki?

Dzieciak miał sześć, może siedem lat, na nosie kujonki w grubych czarnych oprawach, za ciężkich do drobnej twarzy. Wciąż je poprawiał, pewnie weszło mu to w krew. Natychmiast przypomniał Tony’emu najlepszego przyjaciela, Jasona. Dorastali razem od szóstego roku życia. Chodzili do tej samej szkoły, grali w tej samej drużynie piłkarskiej, razem wstąpili do wojska. Razem też wrócili z Afganistanu, obaj w taki czy inny sposób doświadczeni. Tony był sportowcem, a Jason mózgowcem. Już jako sześciolatek był bezczelnym mądralą, jednak nie odstępował Tony’ego na krok.

Okularnik.

„Co teraz robisz?”. To mogłoby być motto młodego Jasona, bo wciąż zadawał to pytanie Tony’emu.

W podstawówce był taki czas, kiedy Jason naśladował wszystko, co zrobił Tony. W średniej szkole Jason nabrał dość ciała, by razem z Tonym grać w drużynie piłkarskiej, i wstąpił do armii pewnie tylko dlatego, że Tony o tym marzył. I proszę, dokąd ich to zaprowadziło.

Tony odsunął od siebie wyrzuty sumienia. Nagle, w tej właśnie chwili, pomyślał z nadzieją, że być może Jason nigdy się nie dowie, jaki z niego wielki tchórz.

- Proszę pana. – Dzieciak czekał z wyciągniętą ręką.

Tony już sięgał po cholerny pojemnik ze słomkami, aż raptem jego ręka znieruchomiała kilka centymetrów od celu.

- Sam sobie weź pieprzone słomki – powiedział do chłopca. – Nie jesteś kaleką.

Odwrócił i odszedł, nie biorąc dla siebie słomki ani serwetki, nie dotykając absolutnie niczego na całej pieprzonej ladzie. Prawdę mówiąc, zabrał tacę i wyszedł, pchnąwszy drzwi ramieniem, żeby ich też nie dotykać ręką. Wrzucił tacę i jedzenie do najbliższego pojemnika na śmieci. Dzieciak tak go wkurzył, że potrzebował prawie godziny, by ruszyć w dalszą drogę.

Teraz, po powrocie do hotelowego pokoju, pot strużkami zalewał mu twarz. Tym samym rękawem, którym wytarł usta, ocierał czoło.

Spodziewał się gorączki. Był zaskoczony, że widzi jak przez mgłę.

Nie, to było coś więcej niż nieostre widzenie. Czuł, że mniej więcej przez ostatnią godzinę miał halucynacje. Zdawało mu się, że w holu John Hancock Center widzi swojego sierżanta od musztry, ale po odwiedzeniu punktu widokowego na dziewięćdziesiątym czwartym piętrze wieżowca dostał takich nudności, że nie miał siły tego zweryfikować. Ale choć nękały go mdłości i ledwie trzymał się na nogach, i tak pamiętał, by dotknąć wszystkich przycisków, zanim wysiadł z windy.

Był też zażenowany.

Przypuszczalnie jego umysł na skutek tego, co lekarze nazwali pourazowym uszkodzeniem mózgu, nie był już taki sam jak kiedyś. Za to Tony był dumny, że zachował sprężyste silne ciało, podczas gdy wielu jego kumpli wróciło bez rąk czy nóg. Jednak teraz zmęczenie dało się we znaki mięśniom, a oddech wręcz sprawiał ból.

Raptem Tony usłyszał jakieś kliknięcie. Dźwięk rozległ się za jego plecami, jakby ktoś otwierał drzwi.

Przed wejściem do pokoju znajdowała się niewielka wnęka z minibarkiem i ekspresem do kawy. Musiałby jednak przejść przez cały hotelowy apartament, by przekonać się, co to za hałas.

- Jest tam kto? – spytał, podnosząc się z krzesła.

Czy znów miał halucynacje, czy też jakiś cień naprawdę się poruszył?

Nagle wszystko zawirowało i przechyliło się na prawo. Tony oparł się o wózek obsługi hotelowej. Zamówił go zgodnie z instrukcjami swoich aniołów stróżów, gdy tylko wrócił do pokoju. Nieważne, że niczego nie był w stanie przełknąć. Na sam zapach truskawek w żołądku mu się przewracało.

Nikogo tam nie było.

Może to przez gorączkę wpada w paranoję. Miał wrażenie, jakby od środka płonął. Musi się ochłodzić, nabrać świeżego powietrza.

Otworzył balkonowe drzwi i natychmiast zadrżał. Mały cementowy balkon miał balustradę z kutego żelaza, pewnie był to jeden z oryginalnych elementów, które hotel postanowił zachować podczas renowacji. Takie małe coś z dawnych lat, co dodawało mu uroku.

Świeże powietrze sprawiło Tony’emu ulgę, choć zaatakowało zimnem powiewem spocone ciało. Ale to dobrze, znów czuł, że żyje. Uśmiechnął się. Zabawne, że niemal zdychając, człowiek czuje, że żyje. W Afganistanie kilka razy znalazł się o krok od śmierci, i dobrze pamiętał tę ulgę, gdy okazało się, że nadal żyje.

Wyszedł w noc. Głowę miał wciąż za ciężką, choć odrobinę przestało się w niej kręcić. No i w końcu był w stanie oddychać, nie plując krwią.

Słuchając szumu i hałasu miasta dochodzących z dołu, zdał sobie sprawę, że gdyby chciał to zrobić, nic by go nie powstrzymało. Od powrotu do domu wiele razy rozważał własną śmierć, ale akurat czegoś takiego nigdy sobie nie wyobrażał.

Nagle zdał sobie sprawę, że byłoby tak samo, jak skacząc z Herculesa C-130.

Tyle że bez spadochronu.

Z osiemnastego piętra świat w dole wyglądał jak miniatura świata. Samochody jak miniaturowe modele samochodów. Takie, jakimi bawili się z Jasonem. O które walczyli. Którymi się wymieniali. Które były ich wspólną własnością.

W tym właśnie momencie dopadła go druga fala nudności.

Może wcale nie musi tego dokończyć. Już przestało mu zależeć, czy dostanie od nich obiecaną zapłatę. Może nie było jeszcze za późno, by udać się do szpitala. Pewnie jakoś by mu pomogli, coś zaaplikowali. Potem pojedzie do domu. Istnieją łatwiejsze sposoby na zarobienie kilku dolców.

Gdy zaczął się odwracać, poczuł pchnięcie. To nie był wiatr, tylko jakieś silne dłonie. Cień, to dłonie cienia.

Tony zaczął bezładnie wymachiwać rękami, by odzyskać równowagę.

Kolejne pchnięcie.

Chwycił się balustrady, ale już był wychylony, a metal boleśnie wbijał się w krzyż. Przed oczami migotało światło. Czuł się jak w tunelu aerodynamicznym. Zewsząd otaczało go zimne powietrze.

Nie będzie drugiej szansy. Już spadał.

 

Park Narodowy Conecuh

Na północ od granicy stanów Alabama i Floryda

 

T-shirt przykleił mu się do pleców. Ryder Creed odnosił wrażenie, że zamiast butów turystycznych ma na nogach cementowe bloki umazane czerwoną gliną. Powietrze robiło się cięższe, wilgotne i duszne, zapach sosen mieszał się z wonią spoconego Creeda i zdyszanego psa. W głębi lasu nawet ptaki były inne, i tylko wwiercający się w pień drzewa dzięcioł zakłócał nieustanne bzyczenie komarów.

Creed pomyślał z ulgą, że włożył koszulę z długim rękawem, a na szyi zawiązał chustkę, podobnie zresztą jak na szyi Grace. Materiał nasączony był specjalną miksturą wymyśloną przez jego partnerkę w interesach Hannę, która gwarantowała, że substancja będzie odstraszać wszelkie owady i robale. Żartowała nawet, że gdyby dodała jeszcze jeden składnik, to zapewne ochroniłaby ich również przed wampirami.

Za parę godzin w lesie zapadnie noc, a na granicy Alabamy i Florydy, na tej głębokiej prowincji – jak mawiano, w krainie zapomnianej przez Boga i ludzi - istniało dość powodów, żeby zagubiony tu człowiek uwierzył w istnienie wampirów. Kudzu, to agresywne pnącze, wspinało się na drzewa i oplatało je tak gęsto, że wyglądało jak zielona sieć. W niektórych miejscach promienie słońca nie były w stanie przedrzeć się przez łodygi i gęste listowie.

Niegdyś wydeptana ścieżka szybko zarastała roślinnością i stawiała opór wędrowcowi. Kolczaste wino zaczepiało o nogawki Creeda, który martwił się, że mogło też kaleczyć łapy Grace. Zaczął się zastanawiać, czy dobrze zrobił, zabierając ze sobą niedużego teriera zamiast jakiegoś większego psa, ale Grace była jego najlepszym tropicielem. Podekscytowana kolejną przygodą, skakała radośnie i bez trudu przemykała między wysokimi sosnami, które rosły tak gęsto, że Creed co rusz musiał robić uniki.

Do zachodu słońca została niespełna godzina, mimo to agent federalny z Atlanty, wciąż nękany wątpliwościami, zasypywał Creeda pytaniami typu:

- Na pewno nie potrzebuje pan więcej psów?

Agent Lawrence Tabor już kilka razy zauważył, że Grace to suka „niewielkich rozmiarów” i jest „dość mizerna”. Creed słyszał też, jak szeptem mówił do szeryfa Wyliego, że „labradory i owczarki niemieckie są najlepszymi psami tropicielami, jestem tego pewien”.

Creed zdążył do tego przywyknąć. Wiedział, że większość funkcjonariuszy nie spodziewa się kogoś takiego jak on ani takich tropicieli jak jego psy. Zajmował się nimi i szkolił od ponad siedmiu lat. Prowadził firmę K9 CrimeScents i miał listę gotowych do pracy psów. Jednak ludzie wciąż oczekiwali kogoś starszego od Creeda i psów większych niż jego psy.

Grace, brązowo-biała suka rasy Jack Russell terier, należała do jego najmniejszych psów. Gdy Creed ją znalazł, była strasznie wychudzona, sama skóra i kości, brzuch wisiał od karmienia szczeniąt. Została porzucona przed długim podjazdem posesji Creeda. Prawdę mówiąc, miejscowi nabrali zwyczaju podrzucania niechcianych psów na skraju jego dwudziestohektarowej posiadłości. Grace nie była pierwszą suką, którą właściciel porzucił, bo był zbyt skąpy, żeby ją wysterylizować.

Hannie bardzo się to nie podobało, że ludzie wykorzystywali miękkie serce jej partnera w interesach. Nikt jednak – nawet Hanna – nie rozumiał, że uratowane przez Creeda psy przemieniały się w jego najlepszych tropicieli. Podczas szkolenia talent to tylko jeden z czynników, innym była więź z treserem. Uratowane przez Creeda psy darzyły go bezwarunkowym zaufaniem i były niewyobrażalnie lojalne. Chętnie się uczyły i bardzo chciały go zadowolić. Grace należała do prymusów.

- Praca z kilkoma psami równocześnie może stworzyć duże problemy – odparł w końcu agentowi. – Psy ze sobą rywalizują, dlatego musielibyśmy sobie radzić z fałszywymi alertami, z błędnie wskazanym terenem poszukiwań. Proszę mi wierzyć, że jeden pies to więcej niż dość.

Przez wzgląd na Grace, Creed mówił rzeczowym tonem. Pies doskonale wyczuwa emocje człowieka, potrafi ocenić jego nastrój, dlatego zawsze starał się nad sobą panować, kiedy tacy goście jak agent Tabor zaczynali go wkurzać.

Wciąż się zastanawiał, po co Tabor w ogóle się tu pojawił, ale zachował to pytanie dla siebie. Creed nie należał do którejkolwiek ze służb porządku publicznego. Zatrudniono go do konkretnej roboty, nie miał więc żadnego interesu w tym, by kwestionować jurysdykcję czy angażować się w irytującą rywalizację, w którą często wdawali się miejscowi i federalni oficjele.

- Nie wydaje mi się, żeby uciekła tak daleko – stwierdził szeryf Wylie.

Mówił o młodej kobiecie, której właśnie poszukiwali. To w tym celu zorganizowali wyprawę. Creed zdał sobie sprawę, że także szeryf zaczął kwestionować jego ocenę sytuacji, choć już wiele razy mieli okazję razem pracować.

Creed zignorował ich na tyle, na ile był w stanie, i skoncentrował uwagę na Grace. Słyszał, że jej oddech przyśpieszył. Zaczęła iść z uniesionym nosem. Mocniej ścisnął smycz. Grace najwyraźniej wkroczyła w tak zwany stożek zapachu, choć Creed nie miał pojęcia, czy to już to. Na razie czuł tylko zapach rzeki, ale to nie ona przyciągnęła uwagę psa.

- Kiedy zniknęła? – spytał szeryfa.

- Przedwczoraj wieczorem.

Creed został poinformowany, że Izzy Donner jest dziewiętnastoletnią narkomanką, która leczy się z nałogu i usiłuje wrócić do normalnego życia. Zapisała się do college’u, a nawet zaplanowała z przyjaciółmi wycieczkę do Atlanty, na którą niecierpliwie czekała. Creed wciąż nie do końca rozumiał panikę jej rodziny. Uważał, że dwudniowa nieobecność w domu młodej dziewczyny, i to dziewczyny z trudną przeszłością, to nic nadzwyczajnego.

- Proszę mi jeszcze raz powiedzieć, na jakiej podstawie sądzi pan, że uciekła do lasu – dociekał Creed. - Jest pan pewien, że nie została porwana wbrew własnej woli?

Gdyby dziewczyna została porwana, obecność agenta federalnego byłaby bardziej usprawiedliwiona. Wylie i Tabor wymienili się spojrzeniami, co umocniło Creeda podejrzeniach, że coś przed nim ukrywają.

- Jakie to ma znaczenie? – spytał w końcu agent federalny. – Jeśli pański pies jest tak dobry, jak pan utrzymuje, to tak czy owak powinien ją znaleźć, prawda?

- To ma znaczenie, bo w razie porwania będzie też zapach innej osoby.

- Ktoś dał nam cynk przez telefon – przyznał Wylie, a Tabor natychmiast zgromił go wzrokiem, nakazując się zamknąć.

Zanim Creed zdążył zadać kolejne pytanie, Grace mocniej pociągnęła za smycz. Oddychała coraz szybciej, poruszała nozdrzami i wąsami. Creed wiedział, że kieruje się w stronę rzeki.

- Zwolnij trochę, Grace – powiedział.

Żaden treser nie lubi mówić swojemu psu, żeby zwolnił, ale czasami pęd i energia do tego stopnia nim zawładną, że wpada na niebezpieczny teren. Creed słyszał opowieści o psach, które do krwi otarły sobie łapy, tak były skupione i tak podniecone poszukiwaniem zapachu, którego znalezienie wiązało się z nagrodą.

Grace nie przestawała ciągnąć, a długonogi Creed starał się dotrzymać jej kroku. Omal nie potknął się o splątane wino, kiedy Grace przeskakiwała nad leżącymi na ziemi gałęziami, naciągając smycz do granic wytrzymałości. Starał się za nią nadążyć i nie wypuścić z rąk smyczy.

Dopiero w tym momencie Creed zauważył, że agent Tabor i szeryf Wylie szli w pewnej odległości za nim. Nie odwracał się, ale słyszał ich stłumione głosy, w tym przerywniki-bluzgi, gdy starali się ominąć kolczaste krzewy.

Wreszcie Grace zwolniła, a potem się zatrzymała, nerwowo wciągając w nozdrza powietrze. Creed widział i słyszał znajdującą się jakieś półtora metra dalej rzekę. Obserwował suczkę i czekał. Nagle pies podniósł wzrok i spojrzał mu w oczy.

To był ich sygnał. Creed wiedział, że pies nie usiłuje określić kierunku, w którym powinni się teraz udać, nie oczekuje też na jego polecenia. Grace mówiła mu, że znalazła cel. Że dokładnie wie, gdzie on się znajduje, ale nie chce podchodzić bliżej.

Coś było nie tak.

- O co chodzi? – spytał szeryf.

On i Tabor byli zdyszani i trzymali się w bezpiecznej odległości.

- Myślę, że ona jest w wodzie – oznajmił Creed.

- Co ma pan na myśli, mówiąc, że jest w wodzie? – spytał trochę bezmyślnie Tabor.

Ale Wylie od razu zrozumiał ten prosty przekaz.

- O kurde – zaklął cicho.

- Grace, zostań – powiedział Creed do psa i puścił smycz.

Nie musiał nawet wydawać tego polecenia. Suczka była wystraszona, patrząc na nią, Creed poczuł ucisk w żołądku.

Trzymając się gałęzi, żeby się nie pośliznąć, brnął gliniastym błotnistym brzegiem. Nie wiedział, że Wylie, starszy już mężczyzna, podąża jego śladem, dopóki nie usłyszał, że z głośnym sapnięciem wstrzymał oddech w tym samym momencie, kiedy sam dojrzał ciało dziewczyny.

Oczy miała otwarte, patrzyła do góry, w niebo. Jej kurtka, wciąż zapięta, wydęła się jak balon, dzięki czemu górna połowa ciała unosiła się na powierzchni wody, podczas gdy dolna sięgała piaszczystego dna. W tym miejsca rzeka Blackwater liczyła sobie zaledwie jakiś metr głębokości. Woda, choć miała kolor herbaty, była czysta. Nawet w blaknącym słońcu Creed widział, że kieszenie kurtki dziewczyny są czymś obciążone.

- A to skurwiel – rzekł Wylie za jego plecami. – Mamy myśleć, że napchała sobie do kieszeni kamieni i weszła do rzeki.

Alex Kava stworzyła przerażającą wizję świata zaatakowanego przez wirusy. Nie jest to oryginalny pomysł na powieść, bo kilka o tej tematyce czytałam, lecz naprawdę dobrze wykorzystany. Przyznam, ze początek książki nieco mi się ciągnął, lecz w 1/3 akcja ruszyła z kopyta i pochłonęłam ją w jedno popołudnie. Czyta się znakomicie, a Autorka zaskakuje nas i myli tropy. Jeśli lubicie dobre thrillery, napisane wartkim językiem, to Epidemia na pewno wam się spodoba. Jej atutem jest niezwykły realizm i świetnie skonstruowana fabuła. Polecam!

Polecam tę książkę wszystkim, którzy lubią thrillery i tematykę związaną z bronią biologiczną oraz zagrożeniem jakie ona stwarza dla całej ludzkości. Mimo, że zaczęłam czytać od środka serii, było to bardzo miłe spotkanie z twórczością autorki. Wszystko było jasne i bezproblemowo połapałam się we wszystkim. Nie pozostaje mi nic innego jak zachęcić do sięgnięcia po „Epidemię” Alex Kavy.

„Epidemia” to typowy thriller, umiejący wciągnąć wszystkich miłośników gatunku. Jest to trzeci tom, jednak można go śmiało czytać bez znajomości poprzednich dwóch książek. Ja świetnie się bawiłem czytając o śledztwie prowadzonym przez Rydera Creeda i Maggie O’Dell. Powieść może nie wyróżnia się niczym specjalnym od innych książek tego gatunku, co nie znaczy, że jest to powieść zła. Co to, to nie. Cykl prezentuje się całkiem nieźle i jak najbardziej jest godzien polecenia, za sprawą ciekawej intrygi i barwnych bohaterów. Polecam.

Książka czyta się bardzo przyjemnie, szybko i bez większych trudności. Nie trzeba mieć ogromnej wiedzy z zakresy biologii, by zrozumieć o czym mowa. Ciekawie poprowadzona akcja jednak nieco kuleje na samym końcu. Ze strachem patrzyłem na rozwój wydarzeń oraz to jak mało stron zostało do końca lektury. (...) Jeśli ktoś interesuje się chorobami zakaźnymi i ma ochotę na lekką, przyjemną lekturę, to "Epidemię" mogę polecić z czystym sercem

Książka nie okazała się idealna, nie brakowało jej wad, może czegoś w niej zabrakło, ale nie można nie zauważyć, że powieść jest doskonałą lekturą na zrelaksowanie się i spędzenie miłego wieczoru. „Epidemia” to dobra książka poruszająca ważną kwestię, bardzo aktualną we współczesnym świecie.

Nie powiem – obawiała się odrobinę, że tym razem coś mi w powieści Kavy nie spasuje. Na szczęście autorka ponownie stanęła na wysokości zadania i oddała czytelnikom wspaniałą powieść. Ja się nie zawiodłam. Czytało się świetnie i w tempie dla mnie, szczególnie teraz, iście ekspresowym. Myślę, że i wam Epidemia przypadnie do gustu, szczególnie jeśli wcześniej mieliście już okazję zapoznać się z twórczością autorki. Jak dla mnie super. Zdecydowanie polecam.

Alex Kava ponownie stanęła na wysokości zadania. Szybka akcja, której tok zmienia się i przyspiesza z każdą przewracaną stroną. Niesamowicie zagmatwana w pozytywnym tego słowa znaczeniu fabuła, która zaskakuje na każdym kroku. Mnóstwo bohaterów, którzy wprowadzeni są w odpowiednim momencie by za chwilę ustąpić miejsca następnym, powoduje, że czytelnik nie gubi się w postaciach.

"Epidemia" to powieść, która z pewnością warto przeczytać. To dobry kryminał mówiący o zagrożeniach współczesnego świata i odpowiedzialności człowieka za własne czyny.  Alex Kava nie boi się mówić o tematach tabu. Pisze o tym, co aktualne, a jednocześnie trudne i kontrowersyjne. Potrafi przy tym zatrząść ludzkim sumieniem i zmusić do refleksji. 

Epidemia to pierwsza książka Alex Kavy jaką miałam okazję czytać. Pierwsza i myślę, że nie ostatnia. Autorka potrafi zaciekawić czytelnika i nie przestaje przyciągać do samego końca. (...) dla mnie okazała się ona godna przeczytania i polecam ją dalej.

Książkę czyta się jednym tchem. Trzyma w napięciu od początku do końca. Cała jej akcja rozgrywa się zaledwie w ciągu 8 dni, ale podczas tego tak krótkiego czasu ważą się losy milionów istnień ludzkich i toczy się dramatyczna walka z upływającymi cennymi minutami. (...) Doskonała lektura. Bardzo polecam!

To książka dla osób, które lubią kiedy dużo się dzieje, jest dynamicznie, intensywnie, mocno, strasznie, zagadkowo, to książka dla fanów kryminałów z dreszczykiem.

Alex Kava ma szczególny dar do pisania thrillerów, bowiem jej styl i język pozwalają na szybkie przeczytanie każdego tytułu. Nie ma tam zbędnych fragmentów, niepotrzebnych opisów, bezcelowych dialogów.

Duży nacisk pisarka położyła na wyczuwanie przez psy chorób i niebezpieczeństwa, jakie może im przy tym grozić. Choć może wydawać się to tylko wymysłem autorki, kilka rzeczy, o których wspomniała w książce, dzieje się naprawdę. W przyszłości z chęcią zapoznam się z innymi powieściami autorki.

„Epidemia”, to trzecia już powieść z udziałem Rydera Creeda. Czy udana? To zależy czego oczekujecie od książki. Jeśli poszukujecie bezkompromisowej akcji, ciekawego tematu oraz dreszczyku emocji, jest to pozycja zdecydowanie dla Was. Jeżeli natomiast, podobnie jak autorka, jesteście miłośnikami psów, podziwiacie ich pracę w służbie ludziom, wówczas... też jest to idealna dla Was książka! Fanów twórczości Alex Kavy nie trzeba w ogóle namawiać. W końcu mamy kolejną odsłonę przygód naszych ulubionych bohaterów. 

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ