Powieść obyczajowa
Droga do serca
KUP TERAZ

Droga do serca

brak opinii
Liczba stron: 240
ISBN: 9788327623942
Premiera: 2017-02-22

Właściciel rancza, Cane Kirk, stracił na wojnie w Zatoce coś więcej niż dłoń. Zgubił sens życia. Teraz pije na umór i wdaje się w bójkę z każdym, kto stanie mu na drodze. Tylko piękna Bodie Mays działa na niego jak balsam i ratuje go z licznych opresji.

Wkrótce sama potrzebuje pomocy, ale boi się wyznać Cane’owi prawdę. Jak mogłaby zaufać komuś tak szalonemu i nieodpowiedzialnemu? Kiedy jednak milczenie wpędza ją w jeszcze większe kłopoty, Cane rusza jej na ratunek. Wie, że tej szansy na szczęście nie może zmarnować.

Diana Palmer
Diana Palmer, a właściwie Susan Spaeth Kyle napisała pierwszą powieść w 1979 roku. Wcześniej przez szesnaście lat pracowała jako dziennikarka w dziennikach i tygodnikach. Wydała ponad dziewięćdziesiąt książek, które przetłumaczono na wiele języków. Zdobyła siedmiokrotnie nagrodę Waldenbooks National Sales, czterokrotnie B. Dalton National Sales Award, dwukrotnie BookRack National Sales Award i wiele innych (Lifetime Achievement Award, Affaire de Coeur, RWA). Jest członkinią wielu towarzystw i zrzeszeń – Native American Rights Fund, American Museum of Natural History, National Cattlemen’s Association, Archeological Institute of America, Planetary Society, Georgia Conservancy, Georgia Sheriff’s Association i wielu organizacji dobroczynnych. Od 1972 roku jest żoną Jamesa Kyle’a, z którym ma jednego syna. W wieku czterdziestu pięciu lat wróciła na uczelnię, by uzupełnić wykształcenie. Ukończyła historię, archeologię i filologię hiszpańską. Namówił ją do tego mąż, który porzucił karierę urzędnika, ukończył studia informatyczne i założył firmę komputerową. W 1998 roku porzucił ten zawód i poświecił się karierze sportowej. Zdobył liczne nagrody i medale na lokalnych, krajowych i międzynarodowych zawodach w strzelaniu do rzutków. W wolnym czasie Susan uprawia ogródek, czyta książki z dziedziny archeologii i antropologii, słucha muzyki. Uwielbia iguany.

Bolinda Mays nie mogła skupić się na czytaniu podręcznika biologii. Nie spała dobrze, martwiąc się o dziadka. Miał dopiero sześćdziesiąt lat, ale nie był całkiem zdrowy i miał kłopot z opłacaniem rachunków.

Wróciła na weekend z college’u w Montanie, chociaż podróż w obie strony jej poobijaną, starą półciężarówką była kosztowna. Na szczęście praca w sklepie w czasie wolnym od nauki pozwalała jej uciułać parę groszy na odwiedziny u dziadka.

Był początek grudnia, ale w przyszłym tygodniu, jeszcze przed świętami, czekały ją egzaminy semestralne. Bolinda wiedziała, że niedługo pogoda się pogorszy, a ojczym znów zagroził, że wyrzuci dziadka z domu. Domu, który jeszcze niedawno należał do jej matki. Jej przedwczesna śmierć sprawiła, że dziadek został na łasce człowieka, który maczał swoje brudne paluchy we wszystkich ciemnych sprawkach w Catelow w Wyoming.

Bolinda z trudem zapłaciła za używane podręczniki potrzebne jej do nauki, a teraz jakimś cudem będzie musiała spłacić także zaległości w rachunkach ukochanego dziadka. Media są okropnie drogie, pomyślała ze smutkiem, a biedak już musi wybierać między zakupem świeżych warzyw i owoców a lekami na nadciśnienie. Przez chwilę zastanawiała się nad poproszeniem o pomoc Kirków. Jednak Cane – ten, którego znała najlepiej – nie miał powodów, by ją lubić. Niełatwo byłoby prosić go o pieniądze, nawet gdyby się odważyła.

Właściwie sporo jej zawdzięczał, skoro broniła przed nim mieszkańców niewielkiego Catelow, leżącego w pobliżu Jackson Hole. Cane stracił część ręki w walkach na Środkowym Wschodzie. Do domu wrócił odmieniony, zgorzkniały i pełen nienawiści do ludzi. Odmówił rehabilitacji oraz pomocy psychologa, uciekł w alkohol i zaczął szaleć.

Co parę tygodni demolował lokalny bar. Jego bracia, Mallory i Dalton, płacili za szkody znajomemu właścicielowi, który na razie powstrzymywał się od zgłaszania tych aktów wandalizmu policji. Jednak tak naprawdę jedyną osobą, która mogła uspokoić Cane’a, była Bolinda, lub Bodie, jak nazywali ją przyjaciele. Dla mężczyzn mógł być niebezpieczny, a Morie, młoda żona Mallory’ego, była onieśmielona w jego obecności.

Bolinda jednak go rozumiała, choć miała ledwie dwadzieścia dwa lata, podczas gdy on trzydzieści cztery. Dzieliła ich spora różnica wieku, która jakoś nigdy nie wydawała się mieć znaczenia. Cane rozmawiał z nią jak z kimś równym sobie, i to o sprawach, o których wcale nie musiała wiedzieć. Traktował ją jak swojego kumpla.

Wcale nie wyglądała jak facet, chociaż nie mogła pochwalić się szczególnie imponującym biustem. Miała niewielkie piersi, które zupełnie nie przypominały balonów z magazynów dla panów. Zdawała sobie z tego sprawę, ponieważ Cane spotykał się kiedyś z modelką pozującą dla jednego z takich pism i nie omieszkał opowiedzieć Bodie tego wszystkiego ze szczegółami. Była to kolejna krępująca rozmowa, której po wytrzeźwieniu zapewne nie pamiętał.

Bolinda pokręciła głową, starając się skupić na nauce. Westchnęła i przeczesała palcami krótkie, kręcone ciemne włosy. Jej jasnobrązowe oczy śledziły ilustracje ze szczegółami ludzkiej anatomii, ale mózg nie chciał współpracować. W przyszłym tygodniu czekał ją nie tylko pisemny, ale i ustny egzamin z tego przedmiotu, i nie chciała być jedyną studentką, która schowa się pod ławkę, kiedy profesor zacznie zadawać pytania.

Przekręciła się na brzuch i ponownie spróbowała skoncentrować się na książce, kiedy usłyszała melodyjkę. Przypominała muzyczny motyw ze Star Treka, który miała ustawiony jako dzwonek w telefonie.

– To do ciebie, Bodie! – zawołał dziadek z drugiego pokoju.

– Kto to?! – odkrzyknęła, wstając z podłogi.

– Nie wiem – odparł, podając wnuczce telefon wyłowiony z kieszeni jej kurtki.

– Dzięki – mruknęła, przykładając słuchawkę do ucha. – Halo?

– Panna Mays?

– O nie. Nigdzie nie jadę! – burknęła, zaciskając zęby, kiedy zorientowała się, kto dzwoni. – Uczę się do egzaminów!

– Proszę. – W głosie dzwoniącego pojawił się błagalny ton. – W barze grożą, że wezwą policję, i chyba tym razem naprawdę tak zrobią. Prasa będzie miała używanie…

– Niech to szlag! – zaklęła po chwili ciężkiego milczenia.

– Darby obiecał panią przywieźć – dodał kowboj z nadzieją. – Właściwie powinien już czekać pod domem.

Bodie podeszła do okna i rozchyliła żaluzje. Czarna furgonetka z rancza Kirków stała na jej podjeździe z pracującym silnikiem.

– Bardzo proszę – powtórzył kowboj.

– No dobrze – burknęła, rozłączając się w połowie jego pełnego ulgi podziękowania.

Po drodze do drzwi chwyciła kurtkę, torebkę i włożyła kozaki. Rafe Mays, widząc, co wnuczka robi, zacisnął usta.

– Powinni ci za to płacić.

– Niedługo wrócę – obiecała, wychodząc.

 

Kiedy wsiadła do furgonetki, Darby Hanes, wieloletni zarządca rancza Kirków, posłał jej przepraszający uśmiech.

– Wiem, co sobie myślisz, i przepraszam, ale tylko ty jesteś w stanie cokolwiek z nim zrobić. Niemal rozniósł bar, a właściciele mają dość cotygodniowej szopki – westchnął, wyjeżdżając na drogę. – Wczoraj wieczorem umówił się na randkę w Jackson Hole, i sądząc po jego dzisiejszym zachowaniu, spotkanie źle się skończyło.

Bodie nie odpowiedziała. Nie chciała słuchać o dziewczynach Cane’a. A wyglądało na to, że miał ich na pęczki mimo swojej niepełnosprawności. Nie żeby to robiło jej jakąkolwiek różnicę. Cane pozostanie Cane’em niezależnie od wszystkiego. Kochała go. Kochała go od ukończenia liceum, kiedy podarował jej bukiet różowych – jej ulubionych – róż i flakonik drogich kwiatowych perfum. Pocałował ją wtedy. Oczywiście jedynie w policzek. Jak całuje się siostrę. Bodie nie tylko była sąsiadką Kirków, ale też ich częstym gościem. Jej dziadek pracował na Rancho Real, dopóki pozwalało mu na to zdrowie. Musiał odejść mniej więcej wtedy, kiedy Cane w czasie drugiej wojny w Zatoce trafił na bombę, która urwała mu lewą dłoń i niemal pozbawiła go życia.

Cane miał słabość do Bolindy, co wyszło na jaw rok temu; okazało się, że dziewczyna ma niemal czarodziejską moc uspokajania go, gdy wpadał w pijacki amok. Odtąd to ją wzywano, żeby sprowadziła go do domu z kolejnej popijawy.

Był taki moment, kiedy Cane poszedł na terapię, otrzymał protezę i powoli zaczynał przystosowywać się do nowego życia. Wszystko nagle wzięło w łeb z nieznanych nikomu przyczyn, a Cane zaczął swoje wyprawy do barów. Wysoką cenę za jego wybryki, i to dosłownie, płacili bracia.

Cane otrzymywał miesięczną wypłatę z wojska, ale nikt nie był w stanie przekonać go, żeby ubiegał się o rentę. Kiedy nie pił, pracował na rodzinnym ranczu, jeździł na pokazy bydła z kowbojem, który oprowadzał za niego byki, i zajmował się logistyką oraz marketingiem. Współpracował także z hodowcami bydła w regionie i śledził zmiany w prawie. Ostatnio jednak rzadko bywał trzeźwy.

– Wiadomo, co się stało? – zapytała Bodie.

Darby wiedział o wszystkim, co działo się na Rancho Real, czyli na Królewskim Ranczu, tłumacząc z hiszpańskiego. Taką nazwę nadał mu po 1800 roku pierwszy właściciel, pochodzący z Valladolid na północny zachód od Madrytu.

Kowboj prychnął, zerkając na zmarzniętą Bodie. Było jej zimno, nawet mimo palta i włączonego w samochodzie ogrzewania.

– Domyślam się, ale jeśli Cane dowie się, że ci powiedziałem, będę musiał poszukać sobie innej pracy.

– Pewnie dziewczyna powiedziała coś o jego ręce – odgadła i spuściła oczy, skubiąc saszetkę umieszczoną na biodrze, której używała zamiast torebki.

– Też tak sądzę – przytaknął Darby. – Jest bardzo drażliwy na tym punkcie. A już myślałem, że mu się poprawiło.

– Poprawi mu się, kiedy wróci na terapię psychiczną i fizyczną.

– Szkoda tylko, że on nie chce nawet o tym rozmawiać. Zamknął się w sobie.

– To wprawdzie nie fizyka teoretyczna, ale i tak widać twój analityczny umysł – powiedziała z uśmiechem, bo niewiele osób wiedziało o wykształceniu Darby’ego.

– Daj spokój. Zajmuję się bydłem.

– W ciągu dnia, ale założę się, że wieczorami rozmyślasz o jednolitej teorii pola.

– Tylko w czwartki – poddał się ze śmiechem. – Przynajmniej mój kierunek studiów nie wymagał ode mnie latania z łopatą i kopania dziur w ziemi w całym kraju.

– Nie czepiaj się archeologii – mruknęła. – Kiedyś znajdę brakujące ogniwo i będziesz mógł się chwalić, że znałeś mnie, zanim stałam się sławna. Nie ma nic uwłaczającego w uczciwej pracy.

– Przy wykopywaniu kości – rzucił ironicznie.

– Można się z nich wiele dowiedzieć.

– Podobno. No, jesteśmy na miejscu – oznajmił Darby, zatrzymując wóz pod barem na uboczu, który ostatnio upodobał sobie Cane.

Przed barem wisiał znak stopu, który późną nocą lokalni amatorzy alkoholu traktowali jako tarczę strzelniczą. Teraz widać było jedynie pierwszą i ostatnią literę znaku. Dwie środkowe były kompletnie zatarte.

– Będą musieli go wymienić albo odnowić – zauważyła Bodie.

– Po co zużywać metal i farbę, skoro wszyscy wiedzą, co tu jest napisane? Znów go podziurawią jak sito. Niewiele tu lepszych rozrywek.

– Boję się, że możesz mieć rację.

Na niewielkim parkingu stały tylko dwa samochody, najprawdopodobniej należące do pracowników. Każdy przy zdrowych zmysłach ulatniał się, kiedy pijany Cane zaczynał kląć i rzucać czym popadnie.

– Zaczekam z włączonym silnikiem, na wypadek gdyby komuś jednak przyszło do głowy wezwać szeryfa.

– Cane się z nim przyjaźni – przypomniała mu.

– Ale to nie powstrzyma Cody’ego Banksa od zapuszkowania go, jeśli ktoś oskarży go o napaść albo pobicie – westchnął. – Prawo jest prawem, niezależnie od przyjaźni.

– Pewnie tak. Może pobyt w areszcie nauczyłby go rozumu.

– To już było grane – potrząsnął głową kowboj. – Mallory zostawił go w celi na całe dwa dni. Potem wpłacił kaucję, a Cane wyszedł, pojechał prosto do tej samej knajpy i ponownie ją zdemolował.

– Spróbuję go nieco okiełznać – obiecała.

Bodie wysiadła z furgonetki, stanęła przed barem i nerwowym gestem przeczesała krótkie ciemne włosy. Skrzywiła się paskudnie, zanim pchnęła drzwi i weszła.

Bar wyglądał jak po przejściu tornada. Poprzewracane stoliki, porozrzucane krzesła, jedno znalazło się za ladą wśród okruchów szkła. Kiedy uderzył ją zapach whisky, uznała, że ta wyprawa Cane’a będzie słono kosztować.

– Cane?! – krzyknęła.

– Bodie? Dzięki Bogu! – zawołał człowiek w hawajskiej koszuli, wyglądając zza baru.

– Gdzie on jest? – zapytała, a barman wskazał toaletę.

Poszła w tamtą stronę i niemal dostała drzwiami, kiedy Cane otworzył je z impetem. Jego wyjściowa kowbojska koszula była poplamiona krwią. Zapewne jego własną, sądząc po stanie nosa i szczęki. Zmysłowe usta miał spuchnięte i rozcięte i również sączyła się z nich krew. Gęste, ciemne, lekko falujące i krótko przycięte włosy były w nieładzie, a czarne oczy zaczerwienione. Jednak nawet w tym stanie był tak przystojny, że mocniej zabiło jej serce. Był wysokim mężczyzną o szerokich barkach i szczupłej talii. Długie, umięśnione nogi kryły się w obcisłych dżinsach, a duże stopy w kowbojskich butach, które mimo niefrasobliwego traktowania nadal lśniły. Miał trzydzieści cztery lata, ale kiedy patrzył na nią z miną skarconego uczniaka, wydawał się dużo młodszy.

– Dlaczego zawsze ściągają ciebie? – zapytał z wyrzutem.

– Ze względu na moją zdolność poskramiania rozszalałych tygrysów? – podpowiedziała ze wzruszeniem ramion.

Cane najpierw zamrugał, a potem wybuchnął śmiechem.

Bodie podeszła i ujęła jego wielką dłoń w swoje drobne ręce. Miał poobijane i otarte do krwi kłykcie.

– Mallory się wścieknie – westchnęła.

– Mallory’ego nie ma w domu – odparł scenicznym szeptem i wyszczerzył zęby w uśmiechu. – Pojechał razem z Morie do Luizjany obejrzeć byczka. Do jutra nie wrócą.

– Tank też się raczej nie ucieszy – zauważyła, używając przezwiska Daltona, najmłodszego z braci.

– Tank niczego nie widzi poza niemymi westernami z Tomem Mixem, które tak uwielbia. Jest sobotni wieczór, więc zrobił prażoną kukurydzę, wyłączył telefon i wgapia się w telewizor.

– Powinieneś robić to samo, zamiast demolować bary – mruknęła.

– Mężczyzna musi mieć jakąś rozrywkę, dziecinko – bronił się Cane.

– Ale nie taką – oznajmiła twardo. – Idziemy. Biedny Sid ma przez ciebie masę sprzątania.

Sid wyszedł zza baru. Choć był potężny i jego wygląd wzbudzał respekt, trzymał się z daleka od Cane’a.

– Dlaczego nie możesz zabawiać się tak w domu, Cane? – zapytał z wyrzutem, oceniając skalę zniszczeń.

– Bo mamy pełno cennych bibelotów w oszklonych szafkach – odparł przytomnie. – Mallory by mnie zabił.

Sid rzucił mu kwaśne spojrzenie.

– Kiedy pan Holsten zobaczy rachunek za szkody, możesz się spodziewać wizyty…

Cane wyjął z kieszeni portfel, a z niego pokaźny plik setek, które wręczył barmanowi.

– Daj mi znać, jeśli to nie wystarczy.

– Wystarczy, ale nie o to chodzi! – zawołał zdesperowany Sid. – Dlaczego nie pojedziesz zabawiać się w barach w Jackson Hole?

– Bodie miałaby tam za daleko i zostałbym aresztowany, zanim by dotarła.

– I tak powinno się stać!

Oczy Cane’a zwęziły się w szparki, kiedy podszedł bliżej Sida. Rosły mężczyzna natychmiast się cofnął.

– Dajcie spokój – mruknęła Bodie, ujmując rękę swojego kłopotliwego sąsiada. – Przez was obleję biologię. Uczyłam się do egzaminów!

– Biologię? Myślałem, że studiujesz archeologię – zdziwił się Cane.

– Tak, ale trzeba zdać dodatkowe przedmioty, a to jeden z nich. Nie mogę już dłużej zwlekać. Muszę dostać zaliczenie w tym semestrze.

– Aha.

– Do zobaczenia, Sid. Mam nadzieję, że niezbyt prędko – dodała z uśmiechem.

– Dziękuję, Bodie. – Barman również zdobył się na uśmiech. – Szczególnie za… – Urwał i wymownie wskazał Cane’a. – Zresztą sama wiesz.

– Wiem – przytaknęła.

Wzięła Cane’a pod rękę i wyprowadziła z baru.

– Gdzie masz kurtkę? – zapytała.

– Chyba w wozie – odparł, mrugając, kiedy uderzyło go lodowate powietrze. – Ale nie potrzebuję. Wcale nie jest mi zimno – zaprotestował bełkotliwie.

– Można zamarznąć!

– Ale ja jestem gorącokrwisty – oznajmił, rzucając jej znaczący uśmiech.

– No chodź, Darby czeka – mruknęła Bodie, wznosząc oczy do nieba. – Ja pojadę twoim autem na ranczo. Gdzie masz kluczyki?

– W prawej przedniej kieszeni dżinsów.

– Podasz mi je? – zapytała.

– Nie.

– Cane! – skarciła go, zaciskając usta.

– Musisz ich sama poszukać.

Bodie zerknęła na Darby’ego.

– O nie – zaprotestował Cane, nakrywając kieszeń dłonią. – Jemu nie pozwolę tu grzebać.

– Cane!

– Nie!

– Niech ci będzie!

Odsunęła jego dłoń i zanurzyła rękę w kieszeni. Kiedy wymownie jęknął, zaczerwieniła się po same uszy, wyrywając gwałtownie rękę z zaciśniętymi w niej kluczykami. Miała nadzieję, że nie dostrzegł zakłopotania, w jakie wprawił ją ten niemal intymny dotyk. W tej samej chwili Cane przysunął się do niej tak blisko, że jej drobne piersi otarły się o jego szeroki tors.

– To było miłe – wymruczał, zanurzając twarz w jej włosach. – Ładnie pachniesz – dodał, przyciągając ją mocno.

Bodie aż się zachłysnęła.

– Tobie też się to podoba, prawda? – szepnął. – Chciałbym zdjąć koszulę i poczuć twoje piersi na nagiej skórze…

Bodie odskoczyła od niego jak oparzona.

– Zamknij się! – wykrztusiła.

– Jak śmiesz! – przedrzeźniał ją Cane piskliwym głosem. – Ależ z ciebie mała cnotka – zaśmiał się gardłowo. – Już ja znam studencką brać. Podfruwajki sypiają, z kim popadnie, uradowane, że antykoncepcja jest za darmo.

Bodie nie odpowiedziała. To był stereotyp, w który święcie wierzyło wielu ludzi, ale nie zamierzała dyskutować z Cane’em, który najwyraźniej dążył do kłótni, podpuszczał ją. Jednak nigdy dotąd nie robił tego w ten sposób. Flirtował z nią, a na Bodie jego słowa robiły za duże wrażenie, żeby mogła się czuć bezpiecznie.

– Wsiadaj – mruknęła, popychając go na siedzenie obok Darby’ego. – I zapnij pas! – dodała rozkazującym tonem.

– Ty to zrób – poprosił z przebiegłą miną i pijackim uśmiechem.

Bodie zaklęła, a potem znów się zaczerwieniła i przeprosiła.

– Nie musisz przepraszać – wtrącił Darby. – Jestem tak samo sfrustrowany.

– Nie jadę z tobą – oznajmił Cane w odwecie i wysiadł mimo protestów Bodie.

A kiedy Darby również wysiadł i spróbował go wepchnąć z powrotem, stanął w pozycji do walki. To przypomniało obojgu, że Cane ma czarny pas azjatyckich sztuk walki.

– Och, niech ci będzie. Możesz wsiąść do swojego samochodu, a ja poprowadzę – ustąpiła w końcu rozzłoszczona Bodie.

Cane uśmiechnął się szeroko, gdy tylko postawił na swoim. Spotulniał i grzecznie wsiadł do auta, zapinając pas.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ