Powieść obyczajowa
Miłośniczki Czekolady i ślub
KUP TERAZ

Miłośniczki Czekolady i ślub

1 opinia
ISBN: 9788327621276
Premiera: 2016-11-09

Słodsza od czekolady jest tylko miłość!

 

Dziewczyny z Klubu Miłośniczek Czekolady już się cieszą na ślub roku, ale życie jak zwykle mnoży przeszkody…

Lucy musiała odejść z pracy w kawiarence Czekoladowe Niebo. Czy powinna skorzystać z pomocy dawnego narzeczonego - osoby absolutnie niegodnej zaufania? Nadia ma wreszcie szansę na miłość, ale związek z Jamesem oznacza dla niej wyjazd z Londynu. Autumn nie może się doczekać niezwykle ważnego spotkania ze swoim dzieckiem, którego nie widziała od wielu lat, ale pojawiają się nieoczekiwane komplikacje. Chantal wiele przeszła, w końcu znalazła szczęście, lecz  złe wieści wywrócą jej świat do góry nogami.

 

W trudnych chwilach jak zwykle niezawodna okazuje się przyjaźń i… duża 

Carole Matthews

Carole Matthews to popularna brytyjska pisarka, znana z pełnych humoru powieści dla kobiet. Na swoim koncie ma 27 powieści, z których wiele znalazło listach bestsellerów "Sunday Times" i "USA Today". Jej książki wydano w 31 krajach i sprzedano w liczbie 4,5 miliona egzemplarzy. W Polsce znana jest z powieści takich jak „Z tobą lub bez ciebie” i „Na dobre i na złe”. Największą popularność przyniosła jej seria o Klubie Miłośniczek Czekolady. 

W Londynie zawsze masz twixa pod ręką, przynajmniej w promieniu trzydziestu metrów. To najprawdziwszy fakt. A oto dowód: jeden twix znajduje się właśnie teraz i właśnie tutaj, w moim biurku. W trzeciej szufladzie od dołu. Schowany z tyłu w lewym rogu. Jest wpół do pierwszej i od godziny słyszę jego syreni śpiew.

Trzymam się i nie reaguję. Mam powód. Bardzo istotny. Ja, Lucy Lombard, miłośniczka wszystkich czekoladowych pyszności, jestem teraz osobą szczęśliwie zaręczoną, a to oznacza, że jestem na diecie. Żadna kobieta nie chce kroczyć do ołtarza w ślubnej sukni, słysząc za sobą stłumione chichoty gości: „Ale wielki tyłek!”.

Wzdycham ze szczęścia. Mam w nosie dietę. Nie jestem taką kretynką, żeby się nią przejmować. Szczęście mnie rozpiera, bo niedługo wyjdę za mąż za miłość mojego życia, Aidena „Najdroższego” Holby’ego. Po idiotycznie lokowanych uczuciach –  i jednym porzuceniu przed ołtarzem – niejaki Marcus Canning jest najlepszym dowodem obu tych rzeczy – jestem zaręczona z wyjątkowym przystojniakiem, który w dodatku jest miły, kochający, świetnie gotuje, lubi zwierzęta, a co ważniejsze, przymyka oczy na moje wyskoki, przywary i aż się pali, żeby mnie poślubić, do tego stopnia, że parę kilo więcej kochanego ciała pod suknią panny młodej nie ma dla niego znaczenia. Hm…

Właśnie. I dlatego pora na twixa.

– Lucy.

Gwałtownie wyciągam rękę z szuflady. Mój szef. Jak zwykle krzywi się z cierpiętniczą pogardą.

– Przyniosłaś dane z księgowości, o które prosiłem? – warczy.

– Ach. – Jakoś mi to wyleciało z głowy. – Nie.

– Przepraszam, że przerywam ci myślenie o niebieskich migdałach. Kolejny raz. Te dane są mi raczej potrzebne.

Chociaż jestem nowa w Green Information Technology (GIT, jak mówią pracownicy), to przekonałam się już, że pan Robert Simmonds chętnie wygłasza sarkastyczne uwagi. Trzeba przyznać, że czasem ma powód.

– Przepraszam. Bardzo przepraszam. – Prawdę mówiąc, prosił mnie o te nieszczęsne dane wieki temu, ale kompletnie zapomniałam. Jestem taka zajęta wyszukiwaniem w internecie weselnych upominków, że nie mam głowy do niczego innego. Skłaniam się ku serduszkom z czekolady dla każdego gościa. A może lepsze będą spersonalizowane czekoladowe lizaki? Jak myślicie? Trudny wybór. Mój szef bębni palcami w blaszaną szafkę na dokumenty. Pan Simmonds lubi udawać, że jest wyluzowanym hipisem. Na lunch przynosi sobie wegetariańskie sałatki. Ale jaki tam z niego hipis. W gruncie rzeczy jest starym zrzędą, który histeryzuje z byle powodu. Nosi na co dzień garnitur i krawat, gdy wszyscy w biurze przychodzą do pracy w wytartych dżinsach i sportowych koszulach. Moje niefrasobliwe podejście do obowiązków jaskrawo kontrastuje z jego sztywną pedanterią. Jesteśmy tragicznie niedobraną parą. Powinnam to przedyskutować w agencji pracy tymczasowej, która mnie tu przysłała.

Zerkam tęsknie na ekran komputera i czekoladowe upominki dla weselnych gości. Bębnienie się nasila.

– Mam ci wydać polecenie na piśmie?

– Och, jasne. – Koniec marzeń o moim weselu i czekoladzie. – Już lecę.

Z teatralnym westchnieniem (całkowicie zbędnym) pan Simmonds – bo nigdy nie nazwę go Robem – wraca do swojego pokoju. Ta firma podobno troszczy się o środowisko naturalne na całej planecie i takie tam inne modne rzeczy, ale ma w nosie własnych pracowników.

Niechętnie wstaję zza biurka; przejdę się do księgowości. Mogłabym do nich zadzwonić, ale mały spacer stanowi jakieś urozmaicenie przeraźliwie nudnego dnia i pozwoli mi spalić trochę kalorii. Nie będę miała wyrzutów sumienia, gdy sięgnę po kolejnego twixa.

Na pożegnanie otwieram szufladę i spoglądam tęsknie na batonik.

– Czekaj na mnie, dziecinko – grucham. – Mamusia zaraz wróci.

Ruszam przed siebie… ale dokąd właściwie idę? Aha, księgowość.

Pracuję w Zielonej IT od trzech miesięcy. Tyle czasu minęło, odkąd wspomniany wcześniej Marcus Canning – mój piekielny były narzeczony i nałogowy krętacz – kupił najlepszą w całym Londynie kafejkę i zarazem sklep z czekoladą, czyli Czekoladowe Niebo. To była moja świątynia, mój dom, moje życie. Jakimś niezwykłym zrządzeniem losu zostałam jego menedżerką. Byłam w tym diabelnie dobra. Więcej, po prostu niezastąpiona. A potem, jak w najgorszym koszmarze, właściciele sprzedali kawiarnię mojemu eksnarzeczonemu, temu podłemu draniowi, i nie miałam wyboru, musiałam ją opuścić. A wierzyłam, że będę stała za ladą Czekoladowego Nieba do końca świata i jeden dzień dłużej. Tymczasem przyszedł Marcus i wszystko popsuł.

Przysięgłam sobie, że nie przekroczę progu mojej ukochanej kafejki, dopóki Marcus będzie jej właścicielem. Dotrzymałam słowa, moja stopa tam nie postała. To już trzy miesiące. Na samą myśl dostaję zawrotów głowy. Przez cały ten czas my, dziewczyny z Klubu Miłośniczek Czekolady – Chantal, Nadia, Autumn i ja – błąkamy się po drogach i bezdrożach północnego Londynu jak nomadowie. Kiedy zostałyśmy podstępnie pozbawione naszego ulubionego koczowiska, zaczęłyśmy się spotykać w różnych innych, pozostawiających wiele do życzenia i zdecydowanie mniej czekoladowych lokalikach w całej stolicy, aby zaspokoić nasze żądze. Za każdym razem przekonywałyśmy się, że żadne inne miejsce nie może się równać z Czekoladowym Niebem. Nic dziwnego, że popadam w depresję.

Miesiące ciągną się niemiłosiernie, a ja tkwię w ponurej ślepej uliczce, jaką jest praca na zastępstwo. Prawdę powiedziawszy, mam wrażenie, że i tutaj trzymają mnie z litości. Firma, dla której pracuję, teoretycznie powinna być wspaniała. Ratowanie naszej planety jest ostatnio bardzo modne, prawda? Problem w tym, że jako sekretarka na zastępstwo nie dostaję żadnych ambitnych zadań. Zero satysfakcji z pracy. Więc wyłączam mózg zaraz po zajęciu miejsca za biurkiem. A kiedy już mam robotę, nawalam na całej linii. Błędne koło.

Jestem na cenzurowanym, od kiedy składając w PowerPoint ważną prezentację na temat antropogenicznych wpływów na środowisko naturalne, z którą mój szef miał wystąpić przed jakimiś grubymi rybami z przemysłowych środowisk menedżerskich, przeplotłam ją licznymi zdjęciami sukien ślubnych. Doprawdy, nie mam pojęcia, jak to się stało. Większość słuchaczy uznała to za śmieszną pomyłkę. No dobrze, niektórzy się pośmiali. Jednak był ktoś, kogo to wcale nie rozbawiło. Ech. Ale mówiąc między nami, jego prezentacja była śmiertelnie nudna.

Praca w GIT ma swoje dobre strony. Na przykład  − elegancki biurowiec. To gigantyczny nowoczesny drapacz chmur znajdujący się tuż nad rzeką przy moście Blackfriars – pierwszorzędna lokalizacja. Wnętrza pełne optymistycznych malowideł i nowoczesnych designerskich foteli. Przeszklone ściany wpuszczają mnóstwo światła, w słoneczny dzień jest jak w piecu, więc na okrągło działa klimatyzacja. Moim zdaniem – choć nikt mnie o zdanie nie pyta – to nie jest szczególnie dobre dla środowiska. Zdaje się, że łatwiej pouczać innych ludzi, jak oszczędzać energię, niż zadać sobie trochę trudu i zrobić to samemu. Za to udało mi się dyskretnie przesunąć biurko bliżej okna i mogę do upojenia podziwiać widok na Tamizę.

Wymykam się z biura, żeby pan Simmonds nie miał szansy wrócić i poczęstować mnie kolejną porcją zjadliwej ironii. Zazwyczaj nie tracę humoru w obliczu przeciwności, dziś jednak jestem nieswoja i niespokojna.

Na korytarzu nie ma nikogo. Opieram się rękami o szklaną ścianę, przytulam policzek do chłodnej szyby. Marzec, na dworze jeszcze zimno. Jednak dzisiejszy dzień jest jednym z tych, które zapowiadają nadejście wiosny. Tamiza połyskuje srebrzyście, a na drzewach wzdłuż nabrzeża pojawiły się pierwsze zielone pąki. Niebo ma obiecującą błękitną barwę.

Spoglądam na rzekę i ławeczkę w dole, trzy piętra niżej. Podrywa się z niej jakiś człowiek i macha do mnie.

– Marcus? – Odskakuję od okna i opieram się plecami o przeciwległą ścianę. Jestem pewna, że to on. A może mam halucynacje z powodu niedoboru czekolady?

Moja komórka wydaje odgłos. Ping. Spoglądam nieufnie na esemes.

Hej, Lucy! Niespodzianka. M xx

 

Zbieram się na odwagę i wyglądam przez okno. Wzrok mnie nie zawiódł, Marcus we własnej osobie macha do mnie z dołu.

 

A kysz, odpowiadam.

Czekam, pisze. Zejdź i pogadaj ze mną.

 

Gapię się, a on otula się płaszczem i zasiada na ławce. Jest gotów tam zamarznąć. Kiedy się uprze, nic go nie powstrzyma, póki nie postawi na swoim. Będzie tak warował całymi dniami, aż do niego zejdę. Znam Marcusa jak zły szeląg: w pojedynku z nim nie mam szans. Zawsze to ja pierwsza dawałam za wygraną.

Ciężko wzdychając, idę na dół. Wychodzę przez bramkę prosto na marcowy chłód. Marcus na mój widok prostuje się i uśmiecha triumfalnie. Bryza od rzeki zmierzwiła jego jasne włosy. Ma na sobie elegancki szary garnitur i czarny kaszmirowy płaszcz. Jak zwykle jest zabójczo przystojny. Oto mężczyzna, który niejeden raz złamał mi serce. Muszę o tym pamiętać.

– Nie mam ci nic do powiedzenia – oświadczam zdecydowanie.

– Możemy to załatwić przy kawie? – pyta. – Pozwolisz, że postawię ci lunch?

Lunch. W brzuchu mi burczy. Rzucam okiem na zegarek. Zdaje się, że to już pora na moją południową przerwę. Coś w tym rodzaju.

– Przynajmniej mnie wysłuchaj – prosi Marcus.

Zwraca na mnie z błagalnym wyrazem swoje błękitne oczęta. Te same, które kiedyś tak bardzo kochałam. Te same, które (jego zdaniem) zawsze mnie skłonią do poddania się jego woli. Ha! Nie dzisiaj, Marcusie Canning. Jestem uodporniona na twoje żałosne sztuczki.

– Nie ma nic, co chciałabym od ciebie usłyszeć – powstrzymuję go, unosząc rękę. Gadaj zdrów.

– Kocham cię – zaczyna Marcus.

– Nie wygłupiaj się. Chyba nie siedziałeś w tym zimnie tylko po to, żeby mi wyznać wieczną miłość. – Trzęsę się z zimna, więc Marcus podrywa się i narzuca mi na ramiona swój płaszcz.

– Nie poradzę sobie bez ciebie – zaczyna.

– Emocjonalnie czy fizycznie? – Wydymam wargi.

– Pod żadnym tym względem. – Posyła mi uwodzicielski chłopięcy uśmiech.

– Przestań, Marcusie. To już na mnie nie działa. – Ale moje głupie serce wciąż pamięta, jak bardzo go kochało. Były chłopak jest jak ulubiona biała bluzka z brązową plamą po czekoladzie, której niczym nie udało się wywabić, a jednak tak trudno się z nią rozstać.

– Pół godziny – kusi. – Jesteś mi to winna.

– Nie jestem ci nic winna.

Mimo moich protestów Marcus bierze mnie za rękę i ciągnie za sobą w kierunku mostu.

– To może zmienić twoje życie.

– Jakoś nie wierzę.

– Przynajmniej mnie wysłuchaj.

Opieram się, bardziej na pokaz. Strasznie chcę wiedzieć, co się dzieje w Czekoladowym Niebie pod moją nieobecność. Mam nadzieję, że będzie mnie błagał na klęczkach, żebym wróciła.

O tym nie ma mowy. W żadnym wypadku.

A jednak chcę posłuchać jego skomleń.

– Och, Marcusie – wzdycham i idę z nim posłusznie.

Wiem, że to błąd, i jeszcze na pewno tego pożałuję.

 

ROZDZIAŁ DRUGI

 

         – Myślałem, że coś zjemy w Tower – mówi Marcus.

– Nie. – Zatrzymuję się jak wryta. – Żadnego Tower.

– To rewelacyjna knajpa – upiera się.

– Właśnie dlatego do niej nie pójdziemy. – Byłam w niej na pierwszej prawdziwej randce z Najdroższym i nie chcę sobie zatruć tamtych wspomnień. Wystarczy, że spadłam ze schodów i złamałam nogę. – Myślisz, że dobre jedzenie i wino zmiękczą mnie na tyle, że stanę się plasteliną w twoich rękach? Grubo się mylisz.

– Zarezerwowałem stolik – przyznaje ze skruchą Marcus.

– Zadzwoń i odwołaj. – Doprawdy, za kogo on mnie ma? Myśli, że tak łatwo mną manipulować?

– W porządku. Będzie, jak chcesz, Lucy.

Wygląda żałośnie, ale nie ustępuję.

– Zjemy coś na szybko. Najlepiej kanapkę. Mam mnóstwo pracy. – To mi przypomina, że byłam w drodze do księgowości.

Marcus niechętnie odwołuje rezerwację. Widać po nim, że uważa mnie za despotkę. I dobrze. Jeszcze ci pokażę, na co mnie stać, Marcusie Canning.

Idziemy wzdłuż South Bank, aż natykamy się na niewielką kawiarnię należącą do dużej sieci. Będzie idealna. Jest w niej wystarczająco banalnie i obskurnie, żeby nic mnie nie zachwyciło. Na każdym stoliku można znaleźć ślady po poprzednich klientach.

– Naprawdę chcesz tu coś zjeść?

– Tak.

– Zajmij stolik. – Marcus wzdycha z rezygnacją. – Co ci przynieść? Kawę?

– Kawę i coś niskokalorycznego. Jestem na diecie.

Rechocze głośno.

– Właśnie, że tak!

Zrzucam z ramion płaszcz Marcusa i zaczynam sprzątać. Zbieram opakowania po kanapkach i chipsach na zalaną herbatą tacę i odstawiam ją na sąsiedni stolik. Potem czekam, wyłamując sobie palce.

Marcus wraca, ustawia przede mną latte i talerzyk z gigantyczną porcją czekoladowego ciasta.

– Mówiłam: coś niskokalorycznego.

– W takim razie pożeraj wzrokiem.

– Jestem na diecie. Serio.

– Wyglądasz rewelacyjnie. Podobają mi się dziewczyny o kobiecych kształtach.

– Wiem, wiem, lubisz, gdy dziewczyna ma czym oddychać – mówię zgryźliwie. O ile dobrze pamiętam, właściwsza byłaby liczba mnoga. Marcus nie przepuścił żadnej spódniczce, gdy z nim byłam. – Reszta to tylko dodatek.

– Och, Lucy. – Śmieje się. – Potrafisz być okrutna.

Nie dość okrutna, myślę.

Podczas gdy Marcus krząta się, rozstawiając talerzyki i filiżanki z kawą, rzucam okiem na moje odbicie w szybie wystawowej. Byłam pewna, że po wygnaniu z Czekoladowego Nieba bez wysiłku skurczę się do rozmiaru osiem. Ale nic z tego. Jestem krąglejsza niż zwykle. Zdaje się, że od Bożego Narodzenia, gdy znalazłam się na bruku, szukałam pociechy w nieumiarkowanym jedzeniu. Ale kto by tego nie robił?

Kiedy Marcus kupił Czekoladowe Niebo, straciłam najlepszą pracę na świecie i nic, nawet batonik Bounty zagryzany czekoladką Cadbury, nie mogło mnie pocieszyć. Trudno być seksbombą, skoro niedługo zamienię się w pękatą beczkę. A przecież żadna kobieta nie chce być tłustą panną młodą, prawda? Żadna z nas nie chce się toczyć do ołtarza u boku mężczyzny swych marzeń. Na ślubie zamierzam być szczupła, wiotka i powabna, w tej sprawie jestem niezłomna.

– Odchudzam się, bo wychodzę za mąż – przypominam Marcusowi.

– Aha. – Z namysłem miesza kawę. – Za jak-mu-tam? Nadal na tapecie?

– Tak, Marcusie. Oczywiście.

– Nic się nie zmieniło?

– Nie. Kocham Aidena, a on kocha mnie. Termin zaklepany. Miejsce wybrane. Zaproszenia rozesłane. – To akurat nie do końca prawda, ale trudno.

– Ja jeszcze nie dostałem.

– I nie licz na to.

– Przez sentyment dla starych dobrych czasów? – Posyła mi powłóczyste spojrzenie.

– Nie. Jesteś ostatnią osobą, którą chciałabym widzieć na swoim ślubie.

– Gdy ostatnio poszliśmy razem na ślub, mówiłaś co innego.

– Wtedy byłeś panem młodym, Marcusie. A ja panną młodą. Czyżbyś zapomniał, że dałeś nogę sprzed ołtarza?

– Nigdy mi tego nie darujesz, prawda? – Zasępia się, a ja się śmieję, jakby mnie to już nie dotyczyło.

– Owszem, nigdy nie zapomnę i nigdy ci nie wybaczę. – Mimo woli przypominam sobie, jak Marcus mnie porzucił, i robi mi się niedobrze. To był najgorszy moment mojego życia, a trzeba przyznać, że mam w czym wybierać. Ale tym razem będzie inaczej. Najdroższy to nie Marcus. Niebiosom niech będą dzięki.

Biorę widelczyk i bawię się ciastem czekoladowym na talerzu. Jeśli je zjem i zapomnę o batoniku w szufladzie, na jedno wyjdzie. Mogę zjeść połowę. Ani okruszka więcej. Wpadam na pomysł, żeby kupić suknię ślubną o numer mniejszą. Do tego czasu zeszczupleję. Przecież wszystkie panny młode tracą na wadze. Mam jakieś trzy miesiące na to, żeby zrzucić z siedem kilo. Da się zrobić. Od jutra się głodzę.

Hm. Ciasto jest pyszne. Ma wilgotną, lekko gąbczastą konsystencję, nasączone jest polewą czekoladową i rozpływa się w ustach – nie spodziewałam się deseru takiej jakości w dość przeciętnej kawiarni. Marcus uśmiecha się.

– O co chodzi? – pytam.

– Wróć, Lucy – mówi żarliwie. – Czekoladowe Niebo cię potrzebuje. Ja cię potrzebuję. Bez ciebie nic nie jest takie samo. To miejsce stworzone dla ciebie.

Z całą brutalną uczciwością przyznaję: jego jęki są muzyką dla moich uszu.

– Kupiłem ten lokal dla ciebie. Miałem nadzieję, że będziesz dalej prowadzić kawiarnię. To był mój jedyny cel.

Wierzę mu. Nie ściemnia. Ale nie jestem głupia. Miał nadzieję, że w pakiecie z Czekoladowym Niebem kupuje także mnie.

– Kto ją teraz prowadzi?

– Zatrudniłem menedżera.

– Kobietę? – pytam, choć domyślam się odpowiedzi.

– No cóż… Tak.

– Ładną?

– Nie, skądże. Jest Francuzką. Brzydka jak grzech śmiertelny. Okropna jędza.

Akurat.

Robi do mnie maślane oczy. Wyciąga rękę i nawija sobie pukiel moich włosów na palec.

– Wróć – żebrze. – Wróć do mnie.

– Łapy przy sobie. – Walę go po ręce, ale to go wcale nie peszy.

– Nie ma takiego podejścia do klientów jak ty, Lucy. Brakuje jej wizji i zapału. Bez ciebie Czekoladowe Niebo straciło ducha. Znasz się na tym biznesie jak nikt inny. Urodziłaś się do tego.

Święta prawda. W moich żyłach płynie czekolada. Nie zostałam stworzona na tymczasową sekretarkę humorzastego i (wbrew nazwie firmy) niezbyt ekologicznego szefa.

Nagle przytomnieję. O rany! Księgowość! Marcus mnie zagadał i zupełnie zapomniałam.

W tej samej chwili dzwoni moja komórka. O wilku mowa. Pan Simmonds.

– Halo – mówię przyciszonym głosem, jakbym właśnie była w księgowości, a nie w hałaśliwej kawiarni.

– Gdzie ty właściwie się podziewasz, Lucy? – indaguje mnie surowo mój przełożony. – W końcu sam poszedłem do księgowości po wydruki. Twierdzą, że cię tu nie widzieli.

– Musiałam wyskoczyć na momencik. Wracam za pięć minut – obiecuję. Potem przypominam sobie, że muszę jeszcze przejść, a raczej przebiec mostem na drugą stronę rzeki. – Może za dziesięć.

– Zatem przyjmij do wiadomości, że nie musisz się fatygować – syczy. – Zadzwonię do agencji i poproszę o kogoś, komu zależy na pracy. Zwalniam cię.

Rozłącza się, a ja patrzę z otwartymi ustami na komórkę. Kiedy podnoszę wzrok, widzę, że Marcus szczerzy się od ucha do ucha.

 

ROZDZIAŁ TRZECI

 

My, dziewczyny z Klubu Miłośniczek Czekolady, siedzimy w banalnej knajpie niedaleko Strandu. Ja trzymam w garści kanapkę z szynką, która wygląda, jakby była zrobiona z plastiku, Nadia niechętnie patrzy na drugiej świeżości naleśnik faszerowany kurczakiem, Autumn z kwaśną miną macza biszkopt w letnim cappuccino, a Chantal – horror nad horrorami – skubie liść sałaty. Zaraz zemdleję z wrażenia.

– Spójrzcie na naszą paczkę – mówię. – Jesteśmy wszystkie członkiniami założycielkami Klubu Miłośniczek Czekolady, a na stole nie ma nic, co miałoby w sobie choć kawałeczek naszego ulubionego specjału. Co się z nami dzieje? Gdzie się podziała misja spożywania czekolady pod każdą postacią i w każdej sytuacji?

– Bez Czekoladowego Nieba nic nie jest takie samo – mruczy smutno Autumn.

– Ale przecież to jest nasza racja bytu, czyli jak mówią Francuzi − raison d’être.

– Lucy ma rację – popiera mnie Nadia.

– Co tu robi sałata? – pytam, nakręcając się coraz bardziej.

Chantal, krzywiąc się, spogląda na swoją zieleninę.

– Najbardziej bezsensowna pasza pod słońcem – pouczam. – Nawet króliki jej nie lubią.

– Nie chodzi o sałatę, prawda, Lucy? – Chantal jak zwykle trafia w sedno. – Jesteś zawiedziona, że kolejna kawiarnia okazała się nieciekawym miejscem bez duszy.

– Masz rację. – Uchodzi ze mnie całe ożywienie. – To nie Czekoladowe Niebo.

– Jest w porządku – mówi Nadia. Rozglądamy się. To McCafé. Mogłaby być w każdym miejscu na kuli ziemskiej. Pastelowe różowe ściany, twarde krzesła, panele podłogowe. Ani śladu przytulnych brązowych kanap i foteli. A co ważniejsze, niewiele czekoladowych deserów. Prawdę mówiąc, nie ma żadnego. Nawet brownie.

Trudno uwierzyć, ale naleśniki podają bez polewy czekoladowej.

Patrzę po twarzach moich najdroższych przyjaciółek. Nasza przyjaźń zrodziła się ze wspólnego umiłowania czekolady. Spotykałyśmy się codziennie w Czekoladowym Niebie, najdoskonalszym spośród czekoladowych przybytków. Śmiałyśmy się, płakałyśmy, plotkowałyśmy i objadałyśmy czekoladą. A teraz jesteśmy bezdomne.

Mimo wszystkiego, co nas podzieliło, Marcus był przekonany, że przyjmę jego warunki, jakby nic się wcześniej nie stało. Więcej, uważał, że będę wręcz wniebowzięta! Ale przecież nie mogłam, za skarby świata, pracować dla Marcusa. Złapałby mnie znów w swoją sieć, a na to nie mogłam pozwolić. Bardzo długo trwało – dłużej, niż chciałabym się przyznać – zanim się w nim odkochałam. Dlatego nie chcę mieć pretekstu do bliskich z nim kontaktów, żeby nie wystawiać się na pokusy.

I z tego powodu tułamy się teraz po różnych beznadziejnych kawiarniach, a w moim wypadku – także po pracach bez przyszłości. Nie wiem, co bym zrobiła w tym depresyjnym okresie swego życia, gdyby nie dziewczyny z Klubu. Już dawno przestały być zwykłymi przyjaciółkami i stały się siostrami, których nigdy nie miałam.

Chantal Hamilton jest z nas najstarsza i zazwyczaj najmądrzejsza. Właśnie rozwodzi się z mężem, Tedem, a chociaż pozostają na przyjacielskiej stopie, jest to dla niej ciężkie przeżycie. Ma rozkoszną córeczkę, Lanę, którą wszystkie uwielbiamy. Wcześniej pracowała jako dziennikarka w piśmie o architekturze prezentującym brytyjskie rezydencje. Teraz siedzi w domu, bo nie chciała na długie godziny zostawiać niemowlęcia pod opieką nianiek. Może to się zmieni, gdy rozwód zostanie orzeczony. Lana niedługo skończy rok, sama nie wiem, kiedy ten czas zleciał.

Autumn Fielding jest najmłodszą członkinią Klubu, gorącą wyznawczynią Matki Ziemi. Jest optymistką, idealistką i pewnie lepiej by się odnalazła w Zielonej IT niż ja. Kazałaby im wyłączyć klimatyzację. Zmusiłaby gderliwego pana Simmondsa do uśmiechu. Tak mi się wydaje. Zazwyczaj jest spokojna i wyluzowana, ale ostatnio ma wiele na głowie. Patrzę na nią z czułością, gdy potrząsa swoimi rudymi lokami.

Cóż mam powiedzieć o Nadii Stone? Jest pięknością o karmelowej skórze i apetycznie zaokrąglonych kształtach, z grzywą czarnych lśniących włosów. Jej synek, Lewis, ma już cztery lata. Przeszła ciężki okres po śmierci męża, gdy borykała się ze wszystkim w pojedynkę. Zdaje się, że ostatnio w jej życiu pojawił się ktoś, kto przywrócił blask jej cudnym orzechowym oczom.

No i wreszcie ja, najskromniejsza w Klubie, Lucy Lombard, do usług. Przekroczyłam trzydziestkę, wciąż jestem panną, ale już niedługo. Mam nadwagę, miotam się między euforią a depresją i nieustannie popadam w tarapaty. Jestem także lojalna, niezawodna w przyjaźni i kocha mnie najwspanialszy mężczyzna na ziemi. Wiele rzeczy mi się nie udaje, ale trzeba przyznać, że Czekoladowe Niebo pod moją ręką kwitło. Naprawdę.

– Popatrzcie tylko, co właściwie jemy. – Łypię niechętnie na kanapkę z szynką. Mierzę wzrokiem sałatę na talerzu Chantal. – Trudno z tego czerpać siłę do życia.

– Straciłam ładnych kilka kilogramów, od kiedy przestałyśmy chodzić do Czekoladowego Nieba. – Chantal gładzi się po płaskim brzuchu. – Wróciłam do wagi sprzed ciąży.

To prawda, że Chantal powoli odzyskuje dawny szyk. Teraz, kiedy dziecko jest starsze, przestała sobie obcinać grzywkę kuchennymi nożyczkami i nie obgryza paznokci, tylko chodzi do manikiurzystki. Ma nienagannie wymodelowane, błyszczące włosy, a paznokcie połyskują perłowym lakierem. Podejrzewam, że spory wpływ na tę przemianę ma czarujący Jacob Lawson, który na dobre zagościł w życiu naszej przyjaciółki.

– Nie chcę ci sprawiać przykrości, ale czy nie powinnaś popracować nad własną talią, Lucy?

– To smutny rezultat szukania pociechy w jedzeniu – narzekam. – Takie miejsca nie są naszym duchowym domem. – Macham ręką, bo nieadekwatność otoczenia bije w oczy. – Powinnyśmy przesiadywać w Czekoladowym Niebie.

– Bojkotujemy je ze względu na Marcusa – zauważa Nadia.

– Sama tego chciałaś – wtrąca Autumn. – A my cię popieramy w stu procentach – dodaje szybko.

– Włóczymy się od jednej niezbyt przytulnej kawiarni do drugiej, szukając czegoś, co zaakceptujesz, bo nie chcesz mieć do czynienia z Marcusem – zauważa Chantal. – Pamiętasz?

– Ach. – Wszystkie głowy zwracają się do mnie. Waham się, jak im to powiedzieć. Mogę sobie wyobrazić ich reakcję.

Czekają w skupieniu na moje rewelacje.

– Właściwie… spotkałam się z nim na lunch.

– Och, Lucy – jęczą jednym głosem.

– O co chodzi? Wcale tego nie planowałam. Pojawił się niespodziewanie pod biurem i błagał, najdosłowniej błagał, żebym wróciła dalej prowadzić kafejkę.

– Ale się nie zgodziłaś?!

– Noooo…

– Lucy! – Ogólne zgorszenie.

– Dzisiaj straciłam pracę. Kolejny raz. – Wzdycham, bo dociera do mnie, że znów jestem bezrobotna. Wgryzam się w nieapetyczną kanapkę. Smakuje jak trociny. Niczego nie kompensuje. Cóż ja wygadywałam za bzdury? Najchętniej położyłabym się na podłodze i zapłakała.

– Za co tym razem?

– To wina Marcusa. Miałam załatwić coś ważnego w księgowości, tymczasem on namówił mnie, żebyśmy poszli na lunch.

Patrzą na mnie oniemiałe.

– Prosił, żebym wróciła do pracy w Czekoladowym Niebie.

Wszystkie kręcą głowami.

– Nie powiedziałam, że się zgadzam. – Chociaż każda cząstka mego jestestwa krzyczała gromko „Tak!”.

– Marcus od rana do wieczora, jak ty byś to wytrzymała? – pyta Chantal. – Przykleiłby się do ciebie jak guma do żucia. To by się nie skończyło na Czekoladowym Niebie, Lucy. Sama wiesz, jaki jest.

– Potrzebuję forsy. – Zaczynam obgryzać skórki. – Ślub za pasem, próbujemy z Aidenem domknąć budżet, ale wydatki rosną, a przecież to dopiero początek. Jak mam sobie poradzić, skoro nie mam pensji?

Wymieniają niespokojne spojrzenia i nie bez powodu. Wiedzą, że jeśli chodzi o Marcusa, jestem jak płatek śniegu, który spadł na kaloryfer.

– Jeśli tam wrócę, dodatkowy bonus czeka na nas wszystkie. Nie będziemy musiały zdzierać butów w poszukiwaniu stosownego miejsca na spotkania. Odbijemy swój stary teren, wrócimy na wygodne kanapy.

– Pokusa jest wielka – mówi Nadia. – To zrozumiałe, że rozpaczliwie pragniesz tam wrócić, ale czy rozważyłaś, za jaką cenę?

– Muszę się naradzić z Najdroższym – wzdycham. – Zobaczę, co on na to powie.

– Miejmy nadzieję, że uda mu się przemówić ci do rozumu – stwierdza Chantal.

– Wróć do agencji – radzi Nadia. – Poproś, żeby ci znaleźli inną pracę. Mogę zapytać w moim biurze obsługi klienta, czy nie szukają pracowników. Mamy nieustanną rotację.

– Daj spokój, to katorga – mówię. Nadia pracuje tam krótko, a już nienawidzi swojej pracy.

– Masz rację – przyznaje ponuro.

– Nie śpieszmy się – wtrąca swoje trzy grosze Autumn. – Lucy kocha Czekoladowe Niebo. Zresztą wszystkie mamy do niego sentyment. Może jest jakiś sposób, żeby mogła tam wrócić?

– To prosta droga do nieszczęścia – ostrzega Chantal. – Zachowaj dystans, Lucy. Masz nieuleczalną słabość do Marcusa.

– Nieprawda – protestuję. – Już mi przeszło. Daję słowo.

Patrzą z wyraźnym niedowierzaniem.

– Być może – mówi pojednawczo Chantal, ale ma sceptycyzm wypisany na twarzy. – Jednak trudno ufać Marcusowi. Wszystkie to wiemy. A ty najlepiej, Lucy.

Ma rację. Marcus zawsze umiał owinąć mnie sobie wokół małego palca. Nie powinnam nawet rozważać pracy dla niego. Prawda?

 

ROZDZIAŁ CZWARTY

 

Opuszczam Kawiarnię Do Kitu numer dziewiętnaście, wskakuję do metra i jadę się spotkać z Najdroższym w miejscu, które sobie upatrzyliśmy na uroczystość ślubną. Umówiliśmy się z organizatorem uroczystości ślubnych, żeby omówić nasze oczekiwania. I mimo że jadę w niesamowitym ścisku, a ludzie depczą mi po nogach albo wsadzają w oko darmową gazetę „Metro”, rozpiera mnie radość na myśl o chwili, gdy mój ukochany i ja zostaniemy mężem i żoną. Kocham go i jedyną chmurką na niebie mojego szczęścia jest obawa, żebym niczego nie zepsuła.

No właśnie: powinnam mu powiedzieć, że wyleciałam z pracy. Kolejny raz. Obym tylko nie wywinęła innego numeru.

Jak na skrzydłach pędzę z metra w stronę wejścia do parku, gdzie mamy się spotkać. Golders Hill Park ze swoją bujną zielenią drzew jest jednym z moich ulubionych miejsc w Londynie. Stanowi oazę spokoju na tle wielkomiejskiego rejwachu i pośpiechu. Wystarczy przekroczyć bramę, by przenieść się do innego świata. Nasze ciasne mieszkanko w Camden nie ma żadnego ogródka, więc przychodzimy do parku tak często, jak się da, obserwujemy zmieniające się pory roku, zimą robimy sobie szybkie, energetyczne przechadzki, zakończone filiżanką gorącej czekolady, latem lenimy się na trawie, czytając książki albo słuchając muzyki z lodami w ręku. Bardzo chcę wziąć tu ślub.

Mój ukochany opiera się o mur przy kutej bramie, oczy ma przymknięte, ramiona założone na piersi, wystawia twarz na promienie chłodnego popołudniowego słońca. Serce mi trzepoce na jego widok. Przyszedł prosto ze swojego biura w Tardze, wciąż ma na sobie elegancki garnitur i wygląda po prostu zabójczo. Jest wysoki, ciemnowłosy, filmowo przystojny i za każdym razem myślę, że przerasta mnie klasą o głowę. Nie tylko wygląda jak klasyczny amant, ale mam pewność, że mogłabym rzucić mu serce do stóp bez obawy, że je zdepcze. Nawet przez nieuwagę. Nigdy się nie zachowa jak osobnik, którego imienia nie chcę nawet wspominać.

Podchodzę na paluszkach i całuję go w policzek. Otwiera oczy i uśmiecha się na mój widok.

– Witaj, Ślicznotko. Miałaś dobry dzień?

– Częściowo – mówię wymijająco. Chcę powiedzieć mu o tym, że nie mam pracy, bez robienia dramatu z całej sprawy i w stosownym momencie. Zalewa mnie fala czułości, więc wsuwam dłoń w jego dużą, mocną rękę. – Gotowy?

– Oczywiście – odpowiada z filuternymi błyskami w oku. – A ty?

– Nigdy nie byłam szczęśliwsza. – Korzystam z okazji i całuję go raz jeszcze, po czym wchodzimy do parku.

Yvette, organizatorka przyjęć, jest przemiłą osobą; pokazuje nam różne miejsca, gdzie mogłaby się odbywać ceremonia ślubna. Mocno ściskam rękę Najdroższego. Przechodzimy przez ogrodzony murkiem ogród, a pierwsze wiosenne kwiaty pochylają główki przy delikatnym wietrze. Moglibyśmy brać ślub bardziej uroczyście przy oczku wodnym w Hill Garden Shelter albo w Rotundzie – pawilonie na wzgórzu. Oba miejsca są na swój sposób prześliczne.

Yvette najwyraźniej ma doświadczenie z narzeczonymi, które chichoczą, zachwycają się albo wybrzydzają, w każdym razie pozwala mi obejrzeć każdy detal i wygłosić wszystkie możliwe uwagi, podczas gdy mój ukochany stoi cierpliwie i tylko się uśmiecha z wyrozumiałością. Organizatorka wymienia plusy i minusy różnych rozwiązań, pokazuje, gdzie stalibyśmy podczas wypowiadania przysięgi małżeńskiej, a gdzie siedzieliby nasi goście. Co chwila coś zapisuje albo fotografuje. Uroczystość będzie skromna – tylko najbliższa rodzina i przyjaciele. I wystarczy. Już raz, z Marcusem, planowałam wielką kościelną uroczystość i miałam koronkową suknię ślubną. Tym razem nie chcę powtórki z rozrywki. Teraz przynajmniej mam pewność, że Najdroższy nie zostawi mnie przed ołtarzem i nie wystawi na pośmiewisko przed setką gości.

Aiden to zupełnie inny sort. Szlachetny kaszmir w zestawieniu z poliestrem Marcusa.

Yvette zabiera nas w ostatnie miejsce. To Belvedere – ukryta w gąszczu zieleni kaplica z gotyckimi kolumnami, otoczona ogrodami, które zapierają mi dech w piersi. Bajkowa sceneria: wokół kwitnące drzewka glicynii, krzaki jaśminu i róż obsypane pączkami. Pnącza obrastają smukłe kolumienki i kutą żelazną bramę. Rozciąga się stąd piękny widok na cały park.

– Och, Aidenie – wzdycham. – Co o tym sądzisz?

– Wspaniałe miejsce. Bardzo mi się podoba.

– Naprawdę?

– Przerasta moje oczekiwania. Ale liczy się to, czego ty chcesz, Ślicznotko.

– To jest TO. – Ja również jestem oszołomiona.

Mam wrażenie, że znalazłam się na planie filmowym. Klasyczna elegancja z nutą szaleństwa. Widzę kamienny balkon, z którego zwieszają się powojniki i dzikie wino. Zwietrzały kamień, pociemniały ze starości, mógłby opowiedzieć niejedną historię. Każde miejsce, które pokazała nam Yvette, jest piękne na swój sposób i wszystkie mi się podobają, ale ostatnie mnie zachwyciło. Autumn będzie ze mnie dumna – jest w stylu bohemy.

– Pewnie koszmarnie drogo? – pytam.

Organizatorka podaje cenę, całkiem rozsądną, zwłaszcza w zestawieniu z innymi propozycjami. A jednak nadal bardzo wysoką jak na naszą kieszeń.

– Klient odwołał czerwcową rezerwację – wyjaśnia Yvette. – Muszą się państwo szybko zdecydować, bo jutro rano spotykam się z inną parą, która może być zainteresowana.

Nie zniosę, jeśli inni nowożeńcy zajmą moje miejsce. Oczywiście wiem, że piękny ślub to nie wszystko. Naprawdę ważne jest to, co przychodzi później. I nie mam na myśli weselnego tortu. A jednak chcę, aby ten dzień był cudowny. Biorę ślub raz w życiu, wszystko ma grać jak w szwajcarskim zegarku.

Yvette wręcza wizytówkę, życzy wszystkiego najlepszego i daje nam czas na przemyślenie decyzji.

Kiedy już sobie poszła, Najdroższy i ja rozglądamy się jeszcze przez kilka minut.

– Czy chcemy zaklepać to miejsce? – pyta.

– Tak! Chcemy! – odpowiadam entuzjastycznie.

– Na takie deklaracje przyjdzie pora przed ołtarzem – przekomarza się Aiden.

Rzucam mu się w ramiona.

– Wymarzone miejsce. Już sobie wyobrażam, jak bierzemy tu ślub. Stać nas?

– Z trudem, ale sobie poradzimy.

– Jeśli zamiast wystawnego obiadu urządzimy piknik, będzie taniej.

– Jesteś pewna, że nie chcesz wynająć sali w hotelu?

– Zrobimy to po swojemu. Zabawnie i oryginalnie. Powiesimy hamaki, posadzimy gości na kocach rozłożonych na trawie. Wynajmiemy gitarzystę, który będzie brzdąkał nastrojowe melodie.

– Brzmi świetnie. A co zrobimy, jeśli zacznie padać?

–  Można się tam schować. – Pokazuję palcem. – A poza tym dzień naszego ślubu będzie słoneczny. Jeśli pojawią się obłoczki, nawet one będą nam życzyć szczęścia.

– Ja jednak kazałbym gościom na wszelki wypadek zaopatrzyć się w parasole. – Uśmiecha się i całuje mnie czule. – Jesteś niepoprawną optymistką i dlatego cię kocham.

– Zapomniałam przedyskutować z tobą pewien drobiazg.

– Mam się niepokoić? – Najdroższy marszczy brwi.

– Trochę – przyznaję.

– A już myślałem, że wszystko idzie jak z płatka. – Powstrzymuje westchnienie. – Chyba się nie sfotografowałaś na golasa z kolejnymi nieznajomymi facetami?

Nigdy mi tego nie zapomni. Na swoją obronę powiem, że miałam na sobie bieliznę i pomagałam Nadii pozbyć się obleśnego szwagra, pozując do fotek, które miały go skompromitować. Idealny plan. Nie przewidziałam tylko pewnych nieoczekiwanych komplikacji. Aiden nie powinien był zobaczyć zdjęć na ekranie mojego komputera. To jasne. A jednak zobaczył.

– Nie połknęłaś żadnych brylantowych pierścionków?

To był kolejny z najczarniejszych momentów w naszej historii (związany z poprzednim). Mówiąc oględnie, poprzednie oświadczyny Najdroższego nie przebiegły tak gładko. Połknęłam pierścionek zaręczynowy ukryty w czekoladce. Ale trzeba przyznać, że był to nie najmądrzejszy pomysł. Mój Najdroższy powinien przewidzieć, że rzucę się na czekoladę. Na pogotowiu wszyscy byli dla mnie bardzo mili. Może zaprosić pielęgniarza na ślub?

– Chyba nie wpędziłaś w tarapaty swojego pracodawcy? Jeszcze.

– Ach – mówię najbardziej oględnie, jak potrafię. – Może najpierw pójdziemy na kawę i ciastka?

– Oj, Lucy – wzdycha z rezygnacją. Prowadzę go do najbliższej kawiarni, układając po drodze wyznanie.

Siadamy naprzeciwko siebie na tarasie, chociaż słońce dało już za wygraną. Po filiżance cappuccino z pianką i kawałku tortu Aiden sprawia wrażenie odprężonego, więc owijam się płaszczem i zaczynam:

– To wcale nie była moja wina…

– Jak zwykle, Ślicznotko. – Śmieje się niezbyt szczerze.

Poznałam Aidena, gdy był moim przełożonym w Tardze, więc świetnie zna moje pracownicze niedostatki.

– Nie jestem stworzona na sekretarkę.

– Wielu szefów w Londynie przekonało się o tym na własnej skórze.

Strzelam focha, ale trudno bronić straconej sprawy. Nie urodziłam się do pracy w biurze.

– Wiem, że tęsknisz za Czekoladowym Niebem. – Bierze mnie za rękę.

– Jeszcze do tego przejdziemy. – W ustach mi zaschło ze zdenerwowania.

– Tylko nie mów, że to kolejna intryga Marcusa. – Najdroższy gniewnie kręci głową.

– Hm… Do pewnego stopnia. – Nie ma co kryć, prędzej czy później by mnie wyrzucili. To kwestia czasu. Marcus był tylko katalizatorem.

– Miałem nadzieję, że już nigdy nie stanie nam na drodze. Chyba przyznasz, Lucy, że bez niego życie było dużo spokojniejsze.

– Wiem. – Mogę tylko przytaknąć. Ale teraz Marcus wrócił. Wyskoczył jak diabełek z pudełka. – Pojawił się dziś w porze lunchu – wyznaję. – Przyszedł prosić, żebym wróciła do Czekoladowego Nieba.

– A ty, oczywiście, odmówiłaś.

– No, tak…

– A teraz nie jesteś pewna, czy dobrze zrobiłaś.

– Świetnie sobie radziłam z prowadzeniem kafejki. To chyba jedyna rzecz, którą robię lepiej niż inni. Obecna menedżerka jest beznadziejna.

Ukochany patrzy na mnie bez przekonania.

– Ona się nie sprawdza – powtarzam. – Marcus oferuje mi poprzednie stanowisko.

– Powrót tam stanowi poważne zagrożenie, Lucy – ostrzega mnie Aiden. – Marcus wskoczy z butami w sam środek naszego związku. Taki ma cel.

– Myślę, że się zmienił.

Najdroższy parska śmiechem. I ma rację. Marcus się nigdy nie zmieni. Nawet ja to rozumiem, a przecież potrafię być zaślepiona, gdy chodzi o niego.

– Ale czy przynajmniej nie powinnam tego rozważyć? Pobieramy się, a wesela są kosztowne, nawet gdy będziemy kontrolować wydatki. Jak sobie poradzimy, jeśli nie będę pracować?

– Niech cię o to głowa nie boli – odpowiada sucho mężczyzna mego życia.

– Możemy przesunąć ślub – proponuję, choć to ostatnie, co chciałabym zrobić. – Pobrać się kilka miesięcy później.

– Nie – upiera się Aiden. – Od razu zarezerwujemy miejsce. Znajdziemy pieniądze. Jutro zadzwonisz do agencji. Z pewnością coś ci zaproponują. – Patrzy na mnie poważnie. – Wiem, że kiedyś kochałaś Marcusa…

– To było dawno.

– Wiem też, że kochasz Czekoladowe Niebo. Czujesz się zagubiona, ale znajdziesz inną pracę. Taką, w której nie będziesz zależna od niego. Nie możesz tego zrobić, Lucy.

– Wiem. – Rozum podpowiada mi to samo, ale serce mówi zupełnie co innego.

 

ROZDZIAŁ PIĄTY

 

Chantal wyjęła pocztę. Zanim otworzyła dużą beżową kopertę, wiedziała już, czego się może spodziewać, mimo to oparła się o blat kuchenny. A więc się stało. Pierwsza partia papierów rozwodowych od Teda.

Kolejne etapy następowały w piorunującym tempie. Zapłacili jakiemuś wziętemu adwokatowi mnóstwo pieniędzy za sprawne przeprowadzenie procedury rozwodowej i teraz szybko dzielili majątek małżeński. Bo na co właściwie czekać? Łączyła ich jedynie córeczka, Lana. Dla jej dobra oboje zamierzali zachować cywilizowane relacje, a poza tym, mówiąc całkiem szczerze, chociaż Chantal zdążyła się odkochać w Tedzie, to jednak zachowała dla niego mnóstwo ciepłych uczuć. Traktowali się z życzliwością i tak powinno być. Jeśli się postarają, uda im się pozostać przyjaciółmi. Rozwód w białych rękawiczkach zdarza się rzadko, zwłaszcza wtedy, gdy w grę wchodzą prawnicy i podział obowiązków rodzicielskich, ale oboje pilnowali, żeby nie wywoływać konfliktów. Chantal sama nie wiedziała, czy fakt, że Ted znajduje się kilka tysięcy kilometrów stąd, w Nowym Jorku, ułatwia im sprawę, czy wręcz odwrotnie.

Ted przeprowadził się do Stanów, aby podjąć nową pracę i zacząć nowe życie ze swoją kochanką, a jej byłą przyjaciółką, Stacey, i ich córką, Elsie. Relacje między dorosłymi były bardzo skomplikowane. Ted spłodził Elsie, gdy na krótko rozstał się z Chantal, a ona włożyła wiele wysiłku, by włączyć drugą kobietę i jej dziecko do swej rodziny. Może trochę przesadziła. Zaprzyjaźniła się ze Stacey, tymczasem ona przez cały czas potajemnie kontynuowała romans z Tedem, chociaż oboje zapewniali, że jest dawno skończony.

Pod pewnymi względami wciąż jej brakowało Stacey, gdyż były do siebie podobne. Poza tym Elsie, przyrodnia siostra Lany, była rozkosznym dzieciaczkiem. Chantal chciała, żeby dziewczynki miały dobry kontakt ze sobą, razem się bawiły i cieszyły ułożonym, stabilnym życiem rodzinnym. Ostatnio jednak zaczęła myśleć, że to utopia. Od czasu do czasu rozmawiała ze Stacey, gdy dzwoniła do Teda w sprawie Lany lub, częściej, w sprawach rozwodowych. Ile razy natrafiały na siebie po drugiej stronie słuchawki, wymieniały uprzejmości, ale nie było w tym dawnej serdeczności i bliskości. Czasem Chantal się zastanawiała, jak Stacey odnajduje się w Nowym Jorku. Niby twierdziła, że znakomicie, ale któż może wiedzieć, jaka jest prawda. Rzadko widywała Teda pochłoniętego nową pracą, więc była całymi dniami sama z małym dzieckiem w obcym mieście. Cóż, nikt jej nie obiecywał życia usłanego różami.

To już problem Stacey: jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz. Dystans między nimi – fizyczny i emocjonalny – utrudniał wyciągnięcie pomocnej dłoni. Chantal żywiła do dawnej przyjaciółki urazę – nie tyle za odebranie rodzinie Teda, ile za nieszczerość i kłamstwa w sprawie łączących ich uczuć. Stacey najwyraźniej czuła się winna, ale nie robiła nic, aby poprawić ich stosunki. No cóż, z takim podejściem zostanie sama.

– Nieźle, moja mała – powiedziała Chantal do Lany, usadowionej w wysokim krzesełku. – Masz nową fryzurę?

Dziecko przez parę minut próbowało samo jeść jogurt z kubeczka. Wydawało się, że spuściła Lanę z oczu tylko na moment, żeby przeczytać warunkowy wyrok sądu, a w tym czasie większość jogurtu wylądowała na włosach małej, które teraz sterczały na wszystkie strony, nie mówiąc już o papce w nosie, w uszach i na krzesełku. Chantal delikatnie wyjęła łyżeczkę z tłustej łapki, żeby zapobiec dalszym zniszczeniom. Córeczka uśmiechnęła się dumnie, wyraźnie z siebie zadowolona.

– I co my teraz z tobą zrobimy? – Całe szczęście, że zbliżała się pora kąpieli.

Samotne macierzyństwo nie jest łatwe. Na szczęście Chantal nie musiała się martwić o pieniądze, oboje z Tedem je mieli. Teraz stopniowo wyzbywali się wspólnych posiadłości, a Ted był bardzo szczodry przy podziale. Nie takie historie słyszała od znajomych. Zazwyczaj rozwód oznaczał zaciętą walkę o podział majątku. Ted zachowywał się wyjątkowo przyzwoicie. Może miał wyrzuty sumienia. Porzucił przecież nie tylko Chantal, ale i małą córeczkę, gdy przedłożył karierę w Nowym Jorku nad regularny kontakt z Laną.

Dziecko gruchało z ożywieniem i gadało samo do siebie. Patrząc na nią, Chantal zastanawiała się, czy nadejdzie taki dzień, gdy córka zacznie mieć do niej pretensję, że rodzice się rozstali, zamiast szukać sposobu na ocalenie rodziny. Zależało jej tylko na szczęściu dziecka.

Wkrótce rozejrzy się za jakimś zajęciem, na razie wystarczały jej alimenty przy rozsądnym ograniczeniu wydatków. Mogła spokojnie cieszyć się macierzyństwem i pomyśleć o tym, w jaki sposób pogodzić je z pracą zawodową bez uszczerbku dla małej. Dziennikarstwo, jakie uprawiała wcześniej, było zbyt wymagające. W ostatniej pracy musiała sporo podróżować, a przy małym dziecku nie wchodziło to w rachubę. Może uda jej się znaleźć pracę, którą można wykonywać w domu, zdalnie przez internet. Trzeba o tym koniecznie pogadać z chłopakiem Autumn, Milesem, który jest informatycznym guru.

Ostatnio nieustannie była zmęczona, a chociaż zamierzała stracić kilka kilogramów, to jednak nie spodziewała się, że nastąpi to tak szybko. Ubrania dosłownie z niej spadały. Powinna pomyśleć o witaminach na wzmocnienie albo ziołowych herbatkach energetyzujących. Od paru tygodni chodziło jej to po głowie.

Do pokoju wszedł Jacob i serce zabiło jej szybciej. Włosy wciąż miał mokre, wyszedł spod prysznica. Cóż to za piękny mężczyzna, tak fizycznie, jak duchowo.

– Lepiej się czujesz?

– Miło jest zmyć z siebie cały dzień – powiedział. Z wdzięcznością przyjął kieliszek wina podany przez Chantal. – Tego mi było trzeba. – Objął ją i wtulił twarz w jej szyję. Rozkosznie jest w jego ramionach. Jacob i Lana są najbardziej przytulaśnymi istotami na świecie. – A jak ty się dziś czujesz?

– Ciągle zmęczona, choć udało mi się zdrzemnąć po południu razem z Laną. – Na ogół rzadko jej się to zdarzało, bo zwykle podczas drzemek Lany próbowała zrobić coś pożytecznego, ale ostatnio coraz bardziej potrzebowała snu. Może jeszcze wróci dawna energia.

– Dzwoniłaś do lekarza?

– Nie chcę mu zawracać głowy. Pewnie wszystkie matki niemowlaków uskarżają się na przemęczenie.

– A jednak byłbym spokojniejszy, gdybyś zasięgnęła porady. To do ciebie niepodobne. – Jacob wyglądał na zmartwionego. – Masz ostatnio nadmiar stresów w życiu. Czy nie mówi się, że rozwód wysysa siły jak odkurzacz?

– Przeprowadzki również są stresogenne, a jedna nas czeka w najbliższej przyszłości – odparła.

Wkrótce zostanie sfinalizowana sprzedaż domu, a one z Jacobem zamieszkają razem. Chantal kupiła domek z tarasem przy niewielkiej, spokojnej ulicy, w dzielnicy, do której przywykła podczas małżeństwa z Tedem. Ta część północnego Londynu była przyjemna i modna, z mnóstwem atrakcji w najbliższej okolicy – a chociaż ze względu na Lanę rzadko wychodziła z domu, to jednak miło było pomyśleć, że wszystko ma pod ręką. Czasem się zastanawiała, jak czuje się Jacob, znienacka rzucony w sam środek rodzinnego zamętu, ale nigdy się nie skarżył. Spisywał się na medal jako zastępczy ojciec dla Lany, a dziecko było zbyt małe, żeby zauważyć zamianę tatusiów – smutne to, ale prawdziwe.

Zdecydowali się zostać parą podczas świąt Bożego Narodzenia, na które Chantal zaprosiła wszystkich swoich przyjaciół i specjalnie w tym celu wynajęła wiejską posiadłość w rejonie Lake District. Organizacja świąt zajęła jej trochę czasu, ale przyjaciółki z Klubu Miłośniczek Czekolady spisały się na medal i przyjechały wszystkie. Stara farma okazała się doskonałym miejscem, pomieściła wszystkich miłośników śnieżnej zimy, ognia płonącego w kominku i przyjemnego nicnierobienia. Jako że wiadomość o jej rozstaniu z Tedem rozeszła się wcześniej, Nadia zaprosiła Jacoba jako niespodziankę dla przyjaciółki. Prawdą jest, że Chantal od dawna podkochiwała się w Jacobie, co nie sprzyjało rozwiązaniu kryzysu w małżeństwie. Teraz wreszcie mieli okazję być razem.

Choć wiszący nad nią rozwód nie pozwolił się w pełni zrelaksować, wspólny wypad na święta okazał się strzałem w dziesiątkę. Tam, z dala od londyńskich problemów, wyznali sobie z Jacobem uczucia i zakochali się w sobie po uszy. Wcześniej pozwalali sobie jedynie na potajemne spotkania i ukradkowe gesty. W wiejskiej głuszy odkryli, że są dla siebie stworzeni.

– Zrobię obiad – powiedziała Chantal.

– Umieram z głodu. W porze lunchu wypiłem tylko szybkie espresso. – Jacob zajmował się organizowaniem imprez. Firma pochłaniała cały jego czas. Zdarzało się, że miał zajętych kilka wieczorów tygodniowo i weekendy, choć starał się delegować obowiązki na swoich pracowników.

– Nie wiem, co znajdę w lodówce, ale mam nadzieję, że będzie to jadalne. – Odwróciła się i nagle przeszył ją ostry, paraliżujący ból na wysokości piersi.

– Dobrze się czujesz?

– To zakwasy. – Rozmasowała klatkę piersiową. – Lana robi się bardzo ciężka. Może naciągnęłam jakiś mięsień. Nic takiego.

– Obiecaj, że jutro zadzwonisz do lekarza.

– Bardzo trudno zarezerwować wizytę. Musiałabym zacząć dzwonić o ósmej rano i robić to przez godzinę, żeby się wreszcie przebić przez wszystkich oczekujących. Można wyzdrowieć, zanim człowiek dostanie się do lekarza, albo paść trupem na miejscu.

– Przynajmniej spróbuj.

– Obiecuję. – Powiedziała to na odczepnego, ale w tej chwili ból przeszył ją znowu i pomyślała, że jednak Jacob ma rację.

 

ROZDZIAŁ SZÓSTY

 

Autumn mocno ściskała rączkę Flo i obydwie zaczęły gwałtownie mrużyć oczy, gdy wyszły z ciemnego kina na jaskrawe dzienne światło. Córeczka Milesa podśpiewywała piosenkę, która stanowiła motyw muzyczny filmu. W ciągu tych miesięcy spędzonych z Milesem Autumn obejrzała więcej filmów z księżniczkami niż swoich ulubionych komedii romantycznych czy wyrafinowanych artystycznych dzieł, w których uprzednio gustowała. Niewielka cena za bycie w związku z takim kochającym i dobrym mężczyzną jak Miles Stratford.

Miała wrażenie, że przez całe życie szukała kogoś takiego. Kochał ją w sposób, o którym wcześniej mogła tylko marzyć. Ich relacje były pełne spokoju i ciepła. Żadnych histerii ani huśtawek nastroju, żadnego obchodzenia się z nieprzewidywalnym partnerem jak z jajkiem. Świetnie się rozumieli, wyznawali ten sam system wartości, mieli podobne zainteresowania. Nawet jeśli to brzmi nudno, było między nimi mnóstwo żaru i płomienia tam, gdzie to konieczne. Autumn uśmiechnęła się do siebie.

– Co cię rozbawiło? – spytał Miles.

– Pomyślałam, jaką jestem szczęściarą. – Wsunęła mu rękę pod ramię.

– A ja sądziłem, że cieszysz się, bo księżniczka znalazła swoją prawdziwą miłość, nawet jeśli jej wybranek okazał się wielkim ogrem.

– To także – przyznała.

W najbliższej restauracji zjedli lunch. Było to przyjemne miejsce, choć niezbyt wyrafinowane, ale Flo dostała kredki i obrazki do kolorowania, więc była przeszczęśliwa. Wręczono jej jeszcze balonik – nie ma lepszego upominku, gdy się ma niespełna cztery lata.

Autumn obserwowała Milesa z córką, gdy zajęli miejsce przy stoliku pod oknem.

– Piesek musi być różowy, tatusiu – upierała się Flo.

– Różowy to świetny kolor dla psa – przytaknął Miles. – Szkoda, że tak rzadko się widzi różowe psiaki.

Mrugnął do Autumn nad głową małej, która kolorowała zawzięcie, pomagając sobie wysuniętym językiem. Dziewczynka była przemiłym dzieckiem, bardzo podobnym do swego taty. Miała te same brązowe oczy, gęste rudawobrązowe włosy i piegi na nosie. Jak dwie krople wody. Autumn zdążyła ją pokochać równie mocno jak Milesa.

Z przyjemnością patrzyła, jak serdecznie Miles odnosi się do swojej córki – była jego oczkiem w głowie. Autumn wiedziała, że nie jest mu łatwo być rodzicem na przychodne, ale dobrze sobie z tym radził. Pierwszy mężczyzna, o którym pomyślała, że świetnie się nadaje na ojca. Chciałaby kiedyś mieć z nim dzieci. Nic dziwnego, że myślami błądziła przy własnej córce i znowu za nią zatęskniła.

Autumn zaszła w ciążę jako czternastolatka, a jej rodzice zmusili ją do oddania niemowlęcia do adopcji. Nie było dnia, żeby nie żałowała swojej uległości. Dopiero ostatnio postanowiła działać i zaczęła poszukiwać córki przez agencje adopcyjne.

Nie przyszło jej do głowy, że i Willow może jej szukać, a jednak, zupełnie niespodziewanie, przed świętami odezwała się do niej agencja Szukamy Rodzin. Oznajmili, że córka chciałaby się z nią skontaktować. Myślała, że serce wyskoczy jej z piersi ze szczęścia. Wyobrażała sobie łzawe pojednanie, ostrożne zbliżenie i szczęśliwe zakończenie jak w hollywoodzkich filmach. Może oglądała zbyt wiele komedii romantycznych. W życiu sprawy nie toczą się tak gładko.

Do tej pory nie udało jej się spotkać z córką. Była w stałym kontakcie z Eleanor z agencji Szukamy Rodzin. Pośredniczyła ona między Autumn a matką adopcyjną Willow, Mary Randall. Kilka razy rozmawiały przez telefon i nawet wyznaczyły już datę spotkania. Jednak Willow wycofała się w ostatniej chwili. Przypominało to zabawę w kotka i myszkę. Mary Randall niechętnie traktowała cały ten pomysł, zdaniem Eleanor obawiała się, że Willow jest za młoda na podejmowanie tak ważkich decyzji. A chociaż Eleanor zapewniała Autumn o swojej życzliwości i chęci doprowadzenia do spotkania, wcale się z tym nie spieszyła. Radziła Autumn cierpliwie czekać na bardziej sprzyjający moment. Autumn nie miała wyboru, musiała powściągnąć emocje, aż Willow będzie gotowa. Nie chciała spłoszyć córki, naciskając na nią. To ostatnie, czego potrzeba nastolatce. Dała jej znać, że bardzo tęskni i zawsze znajdzie dla niej czas, gdy Willow się zdecyduje.

Sięgnęła do torebki i włączyła komórkę, wyciszoną na czas filmu. Było kilka nieodebranych połączeń: od Lucy, Nadii i, o dziwo, od Eleanor.

– Muszę zadzwonić. Pani z agencji usiłowała się ze mną skontaktować. – Nie umiała ukryć optymizmu. – Wyskoczę na zewnątrz. Wrócę, zanim przyniosą jedzenie.

– Trzymam kciuki! – zawołał za nią Miles.

Stojąc na chodniku, wybrała numer. Miała serce na ramieniu, jak zwykle, gdy rozmawiała z Eleanor. Zawsze się bała, że córka zerwie ich niepewny kontakt.

– Cześć, Eleanor – powiedziała. – Wcześniej nie mogłam rozmawiać.

– Mam dobre wieści. Dzwoniła Mary z propozycją spotkania.

– Naprawdę?

– Nie denerwuj się tak – poradziła Eleanor, a Autumn zdała sobie sprawę, że wstrzymuje oddech. – Wygląda na to, że tym razem jest naprawdę zdecydowana.

– Czas i miejsce nie grają roli. Dostosuję się do nich.

– Wybierają się do Londynu – powiedziała Eleanor. – Oczekują, że zaproponujesz miejsce spotkania. Sugeruję przyjemną kawiarenkę, może w muzeum.

– Znam idealne miejsce. – Czekoladowe Niebo jest wprost stworzone na taką okazję. Wcześniej trzeba tylko urobić Lucy, żeby nie miała pretensji, gdy przyjaciółka zawędruje na terytorium wroga, ale kafejka jest idealnym miejscem na spotkanie z Willow i jej adopcyjną matką. Jeśli Willow odziedziczyła po niej geny, od razu pokocha Czekoladowe Niebo.

– Trzymam za ciebie kciuki – dodała Eleanor.

– Dziękuję. Mam nadzieję, że się uda.

Autumn wracała do restauracji jak na skrzydłach. Tym razem będzie inaczej.

– Dobre wieści? – zapytał Miles.

– Eleanor aranżuje kolejne spotkanie. Tym razem jest przekonana, że uda mi się spotkać z córką.

– Sercem jestem z tobą.

– Pozostaje mi czekać i zdać się na Opatrzność. – Autumn rozumiała, że dla nastolatki to niezwykle trudny krok. Próbowała sobie wyobrazić, jak by się czuła na miejscu córki. Bardzo chciała jej wytłumaczyć okoliczności swojej decyzji sprzed lat. – Więcej nic nie mogę zrobić.

Wkrótce będzie mogła zobaczyć Willow, przytulić ją, zapewnić o swojej miłości.

Pomimo wielu dramatycznych losów na kartach tego tomu Klubu Miłośniczek Czekolady to jednak powieść jest taka radosna i niejednokrotnie wywołuje uśmiech na twarzy. A dużym plusem jest fakt, że czyta się ją bardzo lekko, a ona sama daje lekcję na przyszłość.
Więc jeśli tak jak ja pomyśleliście sobie, że książka jest słodka jak czekolada i traktuje nieco o banalnych problemach, to na pewno tak jak ja pozytywnie się rozczarujecie.

Trochę żałuje, że z dziewczynami z Klubu Miłośniczek Czekolady spotkałam się dopiero teraz, ale wiem że muszę to szybko nadrobić. Jeżeli tak jak w moim przypadku książka "Miłośniczki Czekolady i ślub" jest waszą pierwszą z tej serii, to nie martwcie się bo wszystko jest świetnie wyjaśnione i nie wymaga znajomości poprzednich tomów. Ja książkę tą polecam absolutnie wszystkim, jest po prostu świetna. Spędziłam przy niej bardzo miły czas i mam nadzieję, że jeszcze kiedyś przeczytam dalsze losy głównych bardzo barwnych bohaterek.

Nie chcąc zdradzać co czeka dziewczyny w kolejnym już tomie ich przygód pozwolę sobie po prostu zachęcić do przeczytania pozycji. Jeśli jeszcze nie znasz losów Klubu Miłośniczek Czekolady to zmień to. Jeśli masz możliwość to usiądź z zapasem czekolady pod ręką tuż koło kominka i daj się otulić wyjątkową atmosferą - radości, flirtu, ale i dramatu.

Fabuła powieści jest prosta, poukładana i spokojnie nabiera tempa. Przypomina scenariusz typowo kobiecego serialu, takiego z dużą ilością miłości i wielką przyjaźnią.  Autorka pisze prostym i przyjemnym stylem. Porusza kilka ważnych motywów, jednakże nie są one bardzo szokujące i są przedstawione w jasnych kolorach. Wydaje mi się, że Matthews jest realistką, ponieważ nie naciąga żadnych faktów i kiedy się czyta, to fabuła ma czysty i wyraźny wydźwięk. (...) książkę polecam w szczególności kobietom, które zauroczone są w miłosnych historiach. Jest to również świetna propozycja na świąteczny prezent dla cioci, mamy czy też babci.

Jest to prosta, lekka i przyjemna powieść, w sam raz na długi zimowy wieczór.

(...)jest to przeurocza, pełna ciepła powieść, w której nie zabrakło problemów i schodów do pokonania. Ukazuje siłę prawdziwej kobiety, która mimo upadków się nie poddaje i stale dąży do celu, a opoką w tym wszystkich jest jej mężczyzna. Jest to współczesna, romantyczna opowieść, w sam raz na zimowe wieczory, gdy za oknem prószy śnieg, a Dziadek Mróz już puka do drzwi. Nie jest przesłodzona, nierealistyczna, co jest jej zdecydowanym plusem, ponieważ łatwiej jest wejść czytelnikowi w buty bohaterów i darzyć ich sympatią. Jedyne czego żałuję to to, że nie przeczytałam poprzednich tomów oraz że wcześniej nie zapoznałam się z twórczością tej autorki, która idealnie buduje zdania, byśmy z łatwością wgryźli się w temat. Jej optymistyczne podejście do tematów trudnych pozwala nabrać nadziei, że nie wszystko w życiu musi być ciężkie, czarne i niewdzięczne.

Zakochałam się w tej serii. Od pierwszego wejrzenia, a konkretnie od pierwszego tytułu: Klub miłośniczek czekolady. Czy nie brzmi to cudownie? Jak dla mnie wręcz bajecznie. A do tego przyjemna fabuła, świetna bohaterka i całe mnóstwo szalonych przygód. Czy czwarty tom utrzymał poziom? Jak najbardziej, wciąż jest niesamowicie dynamiczny, ale też bardzo kobiecy. Powieść przepełniona jest najróżniejszymi emocjami, od miłości po nienawiść. Od porażki po zwycięstwo. (...) Miłośniczki Czekolady i ślub to świetna kontynuacja rewelacyjnej serii. Zabawna, poruszająca i niesamowicie wciągająca powieść obyczajowa o tym, że wszystko jest możliwe, a nawet największe przeciwności da się pokonać z tabliczką czekolady. Polecam!

„Miłośniczki Czekolady i ślub” jest kontynuacją cyklu „Klub Miłośniczek Czekolady”, jednak śmiało mogłaby stanowić odrębną powieść, gdyż nieprzeczytanie poprzednich tomów nie przeszkadza w najmniejszym stopniu podczas czytania. To lekka i przezabawna opowieść, która potrafi wzruszyć niczym „Pretty Woman". Jeżeli masz ochotę na komedię romantyczną, przy której umilisz sobie przedświąteczną gorączkę, ta powieść będzie idealna. Ja zdecydowanie polecam!

„Miłośniczki Czekolady i ślub” to książka, o której nie da się powiedzieć nic złego. Nawet jeśli znalazłam tutaj podczas lektury jakieś mankamenty, to jednak nie uważam, że są one istotne dla samej powieści czy sposobu w jaki ją odbieram. Dla mnie jest to powieść ciepła, wzbudzająca we mnie pozytywne emocje. I to właśnie jest największą zaletą tej książki. Może i nie jest idealna, ale nie ma to większego znaczenia. A nawet ta nieidealność w pewnym sensie dodaje tej książce uroku. Dzięki temu jest na pewno bardziej autentyczna, co z kolei sprawia, że tym przyjemniej się ją czyta. Przynajmniej takie są moje odczucia. I na prawdę zachęcam do poznania bliżej dziewczyn zakochanych w czekoladzie. Z pewnością są tego warte.

Miłośniczki Czekolady i ślub to powieść pełna ciepła i zapachu czekolady, otula nas jak polarowy kocyk i chociaż na chwilę pozwala zapomnieć o szarej prozie życia. Podczas lektury można się i zaśmiać i uronić łezkę wzruszenia. Wszystko w zdrowych proporcjach. Naprawdę polecam!

Książka mi się podobała, była lekka i dobrze zajęła mój czas w pociągu. Jestem z niej zadowolona, cieszę się, że mogłam przeczytać tę pozycję. Jeśli jesteście fanami romansów, to sięgnijcie po nią i sami się przekonajcie. Polecam!

(...) Książka Carole Matthews raczej nie jest typem literatury, który wywołuje skrajne emocje czy też  porusza czytelnika do głębi. Zamiast tego stanowi przyjemną i pełną humoru oraz optymistycznej energii opowieść, która umili wasz wolny czas. Polecam!

Fabuła jest bardzo realna, przedstawione życie mogłoby się toczyć gdzieś obok każdego z nas, dlatego w żaden sposób nie wydaje się być naciągana. Można zaobserwować, że pisarka nieco faworyzuje męskie postacie. Czytając, zastanawiałam się gdzie można znaleźć takich cudownych, niemal bez wad mężczyzn i to w takiej ilości na metr kwadratowy. Rozmarzyłam się nieco, ciężko mi teraz zejść na ziemię. Jeśli lubicie „Gotowe na wszystko”, „Seks w wielkim mieście” lub inne filmy czy też książki o tematyce kobiecej przyjaźni, to ta na pewno również przypadnie Wam do gustu. Polecam.

Carole Matthews naprawdę zachwyciła mnie swoją lekkością wypowiedzi i świetnym stylem pisania. Była tylko jedna rzecz, która troszkę mi przeszkadzała... Autorka powinna zdecydować czy będzie posługiwała się pierwszą osobą czy wprowadzi narratora. Najlepiej nie łączyć jednego z drugim, ponieważ wpływa to negatywnie na ocenę całości. Poza tym szczegółem nie dostrzegłam żadnych minusów tej powieści. Jest to książka idealna dla każdej kobiety.

Mam nadzieję, że powstaną kolejne części opisujące przygody dziewczyn z Klubu Miłośniczek Czekolady! Książka warta przeczytania w te zbliżające się długie zimowe wieczory. Polecam każdemu z Was, z pewnością odnajdziesz w tej powieści coś dla siebie. 

Carole Matthews kolejny raz udowadnia, że w przyjaźni siła. Serwuje nam ciepłą (choć może niezbyt ambitną) opowiastkę, która swoją zwykłością urzeka i dzięki której czujemy się jak w domu. Jeśli tylko lubicie obyczajówki, bardziej cenicie humor i czas spędzony z przyjaciółką (choćby tylko książkową) niż wartką akcję - nie wahajcie się i wstąpcie do Klubu.
Nie zapomnijcie jednak zaopatrzyć się wcześniej w tabliczkę czekoladowej rozpusty, bo ani się bez niej nie obejdzie, ani na jednej się nie skończy.

Z seriami książek jest tak, że przy każdej kolejnej części bardziej zaprzyjaźniamy się z bohaterami. Razem z nimi płaczemy, zajadamy się pyszną czekoladą, spacerujemy po górskich łąkach czy też szalejemy w wesołym miasteczku. Historie zamknięte w jednej części są fajne, ale te w wielu tomach są fajniejsze. Bo mamy więcej czasu by lepiej poznać bohaterów. Książki Carole Matthews są lekiem na kiepską pogodę za oknem – pachną czekoladą. Polecam.

Miłośniczki Czekolady i ślub jest jak szkatułka ze zdjęciami,które wywołują u nas różne uczucia,ale do której chętnie będziemy zaglądać w gorsze dni, aby poprawić sobie humor. Przewracając strony tej powieści ma się niekiedy wrażenie, iż są przesiąknięte zapachem czekolady zmieszanej z optymizmem. Perypetie bohaterek śledzi się niczym dobry serial, dlatego po co komu pilot, kiedy można mieć kartę członkowską klubu miłośniczek czekolady.

Wspaniale nakreślone postacie, emocjonująca akcja i dylematy, które dzielimy z bohaterkami sprawiają, że mimowolnie i my stajemy się częścią ich codzienności. Co więcej, zostajemy gorącymi zwolenniczkami czekolady i biada nam, jeśli przed rozpoczęciem lektury nie zastosowałyśmy się do wskazówek autorki i nie zgromadziłyśmy potężnego zapasu czekoladek. Będą nam szczególnie potrzebne po zakończeniu powieści i osłodzą nam chwilę oczekiwania na kolejny tom przygód dziewczyn z Klubu.

Autorka pokazała nam bardzo ciekawie świat kobiet, nieco zbyt pobieżnie, ale mimo wszystko ciekawie. Jej styl literacki jest wyjątkowo poprawny i wciągający. Fabuła nie jest emocjonalną karuzelą, ale to nie znaczy, że emocji tu nie ma. One są, ale dawkowane z umiarem, tak, żeby czytelnik nie dostał zawału serca. Podoba mi się też to, że powieść nie jest trudna w odbiorze, czyta się przyjemnie, nie robiąc nam zamieszania w głowie i nie trudząc nas zbyt skomplikowanymi i rozbudowanymi wątkami. Historia jest wyjątkowo ciepła i serdeczna, chwilami wręcz sielankowa. Poruszono tu też sporo ważnych tematów, jak rak piersi, młodociane ciąże, konflikty dzieci ( już dorosłych) z rodzicami, czy samotne macierzyństwo. Nie ma tu jednak psychologicznych roztrząsań. 
Książka idealna na leniwe popołudnie lub wieczór, z lampką wina i tabliczką czekolady.

Finalnie polecam tę książkę głównie kobietom, które lubują się w historiach miłosnych, mówiących o przyjaciółkach, które są ze sobą na dobre i złe. Ale też uważam, że jest to świetna propozycja na świąteczny prezent dla waszych mam czy cioć jeśli te lubią tego typu historie.

Kiedyś bardzo lubiłam oglądać "Seks w wielkim mieście" dlatego powieść bardzo szybko przypomniała mi o tym zapomnianym przeze mnie serialu. Zarówno serial jak i książka mają podobny klimat, w obu z nich mamy do czynienia z przyjaźnią czterech kobiet. Być może dlatego powieść przypadła mi do gustu.

Książka wciągnęła mnie od razu i pochłonęłam ją w jeden wieczór. Autorka pisze prosto i ciekawie, a bohaterowie są ciekawie wykreowani. Nie są to szare i płaskie postacie, każda z nich ma charakterek i ciężko ich nie rozróżnić. Nie jest to może książka, o której przez długi czas będę myśleć, ale czas spędzony z nią był naprawdę udany.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ

Martyna Myszke
2016-11-28

Przyjaźń jest istotnym elementem w życiu każdego człowieka. Nikt w głębi serca nie chce być samotny. Dobrze jest mieć na kogo liczyć, przekonały się o tym: Lucy, Chantal, Nadia i Autumn – czwórka członkiń i założycielek Klubu Miłośniczek Czekolady. Każda z nich boryka się z problemami. W tej części odnajdzie się adoptowana przed laty córka, da o sobie znać groźna choroba, pod znakiem zap...