Powieść obyczajowa
On i ja
KUP TERAZ

On i ja

brak opinii
Liczba stron: 320
ISBN: 9788327621405
Premiera: 2016-09-14

Gotowa na wszystko

Danetta świetnie sobie radzi w roli sekretarki Cabe’a Richtera. Udaje jej się unikać sporów z szefem, chociaż jest on niezwykle porywczym człowiekiem. Wszystko zmienia się podczas firmowego spotkania. Gdy Cabe żarliwie całuje Danettę, oboje zaczynają się postrzegać w zupełnie innym świetle. Są sobą coraz bardziej zafascynowani, jednak żadne z nich nie myśli o wspólnej przyszłości. Danetta wyznaje tradycyjne wartości, a Cabe od dawna nie wierzy w miłość...

 

Słodko-gorzkie pocałunki

Kate ma dwadzieścia dwa lata, dyplom szkoły dla sekretarek i duże pokłady optymizmu. Z radością przyjmuje pracę u Gilberta Callistera, zamożnego ranczera. Gilbert często powtarza, że nie szuka ani żony, ani matki dla swoich córeczek. Po co? Przecież Kate nigdy nie ośmieliłaby się myśleć o nim jako o ewentualnym partnerze życiowym. Nieoczekiwanie Gilbert prosi, by towarzyszyła jemu i córkom w wakacyjnym wyjeździe na Bahamy. 

Diana Palmer
Diana Palmer, a właściwie Susan Spaeth Kyle napisała pierwszą powieść w 1979 roku. Wcześniej przez szesnaście lat pracowała jako dziennikarka w dziennikach i tygodnikach. Wydała ponad dziewięćdziesiąt książek, które przetłumaczono na wiele języków. Zdobyła siedmiokrotnie nagrodę Waldenbooks National Sales, czterokrotnie B. Dalton National Sales Award, dwukrotnie BookRack National Sales Award i wiele innych (Lifetime Achievement Award, Affaire de Coeur, RWA). Jest członkinią wielu towarzystw i zrzeszeń – Native American Rights Fund, American Museum of Natural History, National Cattlemen’s Association, Archeological Institute of America, Planetary Society, Georgia Conservancy, Georgia Sheriff’s Association i wielu organizacji dobroczynnych. Od 1972 roku jest żoną Jamesa Kyle’a, z którym ma jednego syna. W wieku czterdziestu pięciu lat wróciła na uczelnię, by uzupełnić wykształcenie. Ukończyła historię, archeologię i filologię hiszpańską. Namówił ją do tego mąż, który porzucił karierę urzędnika, ukończył studia informatyczne i założył firmę komputerową. W 1998 roku porzucił ten zawód i poświecił się karierze sportowej. Zdobył liczne nagrody i medale na lokalnych, krajowych i międzynarodowych zawodach w strzelaniu do rzutków. W wolnym czasie Susan uprawia ogródek, czyta książki z dziedziny archeologii i antropologii, słucha muzyki. Uwielbia iguany.

 Otworzyła drzwi gabinetu i weszła.

Siedział w fotelu i nerwowo stukał palcami o blat biurka. Nie lubił czekać. Był typem zdobywcy i zawsze miała wrażenie, że nieustannie dziwiło go, jeśli świat nie chciał się dostosować do jego reguł. Patrzył w stronę drzwi tymi swoimi niebieskimi oczami, które mogłyby przecinać stal, i mimo woli poczuła niepokój. Uniosła notes jak tarczę i podeszła bliżej, uparcie ignorując to dziwne uczucie, które zawsze budziło się w jego obecności. Cóż, mógł ją irytować, ale nie mogła pozostać obojętna na jego fizyczny urok. Nie miała pojęcia, co takiego jest w tym facecie - miał kilka blizn, nos złamany co najmniej raz, był obcesowy i nie silił się na grzeczność, ale mimo wszystko trudno było oprzeć się jego urokowi.

Odchylił się w fotelu i przez krótką chwilę mogła podziwiać harmonijną grę mięśni. Wiedziała, że zanim założył firmę, pracował przy odwiertach. Szczerze mówiąc, nadal wyglądał jak szef ekipy. Teraz już nie pracował fizycznie, ale kiedy miał zły humor, wyjeżdżał na ranczo ojca pod Tulsą i tam oddawał się ciężkiej pracy fizycznej.

Stary Ritter był niegdyś dość cenionym graczem w baseball i dobrze zainwestował zarobione pieniądze. Kupił małe ranczo i sieć stacji benzynowych, a potem zainteresował się przemysłem wydobywczym. Cabe pracował z ojcem do momentu, kiedy jakieś dziesięć lat temu postanowił założyć własną firmę, która wytwarzała i sprzedawała wyposażenie platform wiertniczych.

Niestety, Eugene zdawał się nie doceniać sukcesów syna. Lubił decydować o życiu najbliższych i wcale mu się nie podobało, kiedy ktoś wyrywał się spod jego kurateli. Dlatego zawsze, kiedy odwiedzał ich biuro, miał dla Danetty mnóstwo rad. Ostatnie dotyczyły jej sposobu ubierania.

- Włóż wreszcie coś fikuśniejszego, dziewczyno - mruczał, z wyraźną dezaprobatą spoglądając na jej skromną sukienkę. - Jak będziesz chodziła w tym habicie, nigdy nie zwróci na ciebie uwagi.

- Nie chcę, żeby zwracał na mnie uwagę - tłumaczyła cierpliwie. - Pana syn nie jest w moim typie.

- Ty mogłabyś go ustatkować - ciągnął, jakby nie słyszał jej słów. - Ale musisz trzymać go z daleka od tych wyfiokowanych laleczek, które się koło niego kręcą. Jeszcze złapie jakąś brzydką chorobę... Kto wie, gdzie one się obracały...?

Starszy pan dopiero zaczął się rozpędzać w swoich radach, ale udała, że musi wyjść do toalety, i dopiero kiedy zamknęły się za nią drzwi, wybuchnęła długim, histerycznym śmiechem. Miałaby ogromną ochotę przekazać Cabe'owi rady ojca i pouczyć go, jak powinien się prowadzić, ale obawiała się, że i tak by jej nie posłuchał.

- Nie stój tak, Dan - usłyszała niezadowolone chrząknięcie. - Nie wiem, co się ostatnio z tobą dzieje, ale zachowujesz się, jakbyś przestała myśleć.

- Co proszę? - wyjąkała zaskoczona i natychmiast zobaczyła skrzywione spojrzenie.

- Właśnie o tym mówię. Siadaj - uciął krótko.

- Nic dziwnego, że ciągle ścierasz się z ojcem - mruknęła, opadając na krzesło. - Jesteś taki sam jak on.

- Obrażanie to moja specjalność, dziecino - przypomniał z kpiącym uśmiechem. Spojrzał na nią uważniej i spytał: - Wyglądasz jakoś wesoło... Stało się coś złego?

- Wściekasz się na mnie, od kiedy przeszłam przez próg... - odparła wymijająco.

- No i co z tego? - Wzruszył ramionami. - Ciągle się ciebie czepiam - zauważył uprzejmie. - Pamiętasz pierwsze dni swojej pracy?

- Byłam przerażona - przyznała.

- Tak, a potem rzuciłaś we mnie kalendarzem - westchnął ciężko. - Zawsze marzyłem o tak walecznej sekretarce. I tak długo wytrzymałaś.

Może za długo, chciała powiedzieć, ale ugryzła się w język.

- Jak to? Bez komentarza? - zdziwił się. Przez chwilę patrzył na nią w milczeniu, a potem dodał nieoczekiwanie: - Słuchaj, musimy coś zrobić z moim ojcem.

Jak zwykle zaskoczył ją nagłą zmianą tematu.

- My?

- Tak, my - potwierdził twardo. - On znowu coś knuje. Ostatnio rozsiewa plotki, że szukam żony. Wczoraj w nocy zadzwoniła do mnie jakaś zdesperowana romantyczka z Tulsy, a dziś odebrałem już dwa podobne telefony.

Nawet nie starała się ukryć uśmiechu. Widziała na jego twarzy niesmak przemieszany z przerażeniem i wyobraziła sobie te hordy kobiet, próbujące zaciągnąć go do ołtarza.

- Sam chyba rozumiesz, że to jego słodka zemsta - powiedziała. - Skarży się, że odkąd wymieniłeś zamki, nie może cię swobodnie odwiedzać.

- Swobodnie odwiedzać?! - wybuchnął Cabe. - Raczej nachodzić w najbardziej niepożądanych momentach! W zeszłym tygodniu, po kolacji, zaprosiłem Carol do siebie i co zastaliśmy? W kuchni stał ojciec i ostrzył moje noże, rozumiesz? Oświadczył, że są tępe, i nie skończył, dopóki wszystkie nie były jak brzytwa. A potem wprosił się na kawę i został z nami do północy. Cały czas zabawiał Carol opowieściami o kastracji cieląt i technikach wyrzucania gnoju, aż w końcu nie wytrzymała tego i wyszła.

- Cóż... wyobrażam sobie, jak musiałeś być wściekły... - Ze współczuciem pokiwała głową, udając, że wcale nie zabolała jej wizja randki z Carol. - Słyszałam kiedyś, jak mówił jednej z twoich przyjaciółek, że musisz się leczyć na pewną zakaźną chorobę...

Zacisnął zęby ze złości.

- To była Vera, prawda? - Walnął pięścią w stół. - To dlatego rzuciła mnie bez pożegnania. Podstępny, stary drań!

- Może jednak jest jakiś sposób, żeby się z nim dogadać... - zasugerowała łagodnie.

- Mówisz, jakbyś go nie znała... - westchnął. - Zresztą, sama się przekonasz, do czego jest zdolny - kiedy był tu w zeszłym tygodniu, powiedział, że ubierasz się, jakbyś dostawała nadwyżki z Armii Zbawienia.

- Podstępny, stary drań! - zgodziła się.

Uniósł brew.

- Przypuszczałem, że to powiesz. To co z tym robimy?

- Nie mam pojęcia - wzruszyła ramionami. - A właściwie dlaczego ostatnio tak się wtrąca? Wcześniej był chyba trochę spokojniejszy.

Westchnął ciężko i przeczesał włosy palcami.

- Uważa, że potrzebuję żony. I stara się mi ją znaleźć.

- Może się nudzi... - rzuciła z namysłem. - Mógłbyś poprosić swoją macochę, żeby zabrała go w jakąś daleką podróż.

W jednej chwili wzrok mu stwardniał.

- Staram się ograniczyć moje kontakty z nią do minimum - uciął.

- Przepraszam.

Wiedziała, że to drażliwy temat, ale nie miała pojęcia dlaczego.

- Twoi rodzice nadal są razem? - spytał.

- Tak, w listopadzie minęło trzydzieści lat, od kiedy się pobrali.

Uśmiechnął się lekko, uniósł z fotela i podszedł do okna. Podciągnął rolety i przez dłuższą chwilę wpatrywał się w panoramę miasta.

- Ja nie chcę się żenić! - usłyszała mocne, stłumione słowa. - Nie chcę nikogo kochać!

Milczała, niepewna, co odpowiedzieć. Ale chyba nie oczekiwał odpowiedzi. Po chwili odwrócił się i spojrzał na nią z namysłem.

- Wypytywał cię o Carol?

- Tylko trochę... Jak zwykle - rzuciła wymijająco. - Raczej dzielił się ze mną swoimi spostrzeżeniami...

- Jakimi spostrzeżeniami?

- Cóż... - mruknęła niechętnie. - Powiedział, że jeśli będziesz się zadawał z takimi kobietami, to w końcu coś złapiesz... Nie wiadomo przecież, gdzie się obracały...

Patrzył na nią z niedowierzaniem, a w końcu wybuchnął głębokim, donośnym śmiechem.

- Ach, więc o to mu chodzi? Chyba powinienem z nim porozmawiać i wytłumaczyć mu, jak wygląda teraz życie. Trochę się zmieniło od jego czasów.

- Najpierw musiałbyś go związać i zakneblować. Nie ma najlepszego zdania o współczesnych kobietach i chętnie daje temu wyraz.

- To prawda... Ale ostatnio skupił się chyba na tobie... - zamilkł i przez dłuższą chwilę przypatrywał jej się badawczym wzrokiem. - Ile masz lat, Dan?

- Dwadzieścia trzy.

- A zatem, kiedy tu przyszłaś, miałaś dwadzieścia jeden... - przypominał sobie powoli. - Chuda, nerwowa i chorobliwie nieśmiała...

- Dzięki za komplementy - rzuciła kwaśno. - Może przejdziemy już do omówienia korespondencji?

- Z nikim się nie umawiasz? - drążył.

Chrząknęła lekko i odwróciła wzrok.

- No, nieee... Nieczęsto - przyznała z wyraźną niechęcią.

Błękitne oczy znowu patrzyły na nią badawczo.

- A to dlaczego?

Starała się ostrożnie dobierać słowa.

- Powiedzmy, że nie jestem wystarczająco nowoczesna, by odpowiadać większości dzisiejszych mężczyzn.

Oparł się o blat biurka i spojrzał na nią spokojnie.

- Masz na myśli seks? - domyślił się.

Poczuła, że się rumieni. Nigdy wcześniej nie rozmawiali o tak osobistych sprawach i nie miała pojęcia, do czego zmierza ta rozmowa.

- Moi rodzice są ludźmi wyznającymi bardzo tradycyjne wartości. Urodziłam się, kiedy byli już w średnim wieku, i przez całe życie uczyli mnie, że miłość powinna oznaczać coś więcej niż przypadkowy seks. Szybko zauważyłam, że dla większości mężczyzn miłość to sympatyczna wspólna kolacja zakończona w łóżku. Nikt nie zamierza poświęcać czasu na budowanie związku, gdy wokół jest tyle innych kobiet, które nie wymagają wysiłków i komplikacji. Dałam więc sobie spokój z randkami, które kończyły się obopólnym rozczarowaniem. Teraz mieszkam z Normanem i to mi wystarcza.

- Normanem? - powtórzył zaciekawiony.

- To moja iguana - wyjaśniła.

Zamarł i spojrzał na nią szczerze przerażony.

- Twoje co?

- Iguana - powtórzyła. - Miłe zwierzątko, wyhodowałam ją od małego.

- Iguana... - Nerwowo rozejrzał się wokół, jakby spodziewał się, że przyniosła Normana w torebce. - Litości, nikt normalny nie trzyma przecież iguany w domu. Przecież to jest wąż z nogami!

Rzuciła mu ostre spojrzenie.

- Nieprawda! Jest piękny i przypomina raczej małego chińskiego smoka. Należy do legwanów i jest potomkiem dinozaurów. To bardzo miłe zwierzątko. Jest czysty, spokojny i powinieneś widzieć, jak działa na akwizytorów! - zachichotała.

Nie wyglądał na przekonanego. Dziwne, że nigdy dotąd nie miała okazji wspomnieć o Normanie, ale rzadko rozmawiali na osobiste tematy. Pewnie nawet nie wiedział, że mieszka z kuzynką Jenny. Ciekawe, czy wie, że Jenny pracuje dla jego ojca i to właśnie ona powiedziała jej dwa lata temu, że Cabe szuka sekretarki?

- Po co trzymasz takiego gada? - dopytywał zniesmaczony. - Chcesz sobie wyhodować księcia?

- To działa tylko z żabami - prychnęła gniewnie. - Zresztą, trzymam go dla towarzystwa i raczej nie całuję. To znaczy... już teraz, bo kiedy był malutki...

- Och, nie! - jęknął. - Nawet tego nie mów! Nic dziwnego, że z nikim się nie spotykasz. Rozsądny facet nie pocałuje kobiety, która całowała iguanę.

- Nie ma takiego ryzyka - westchnęła do siebie.

Potrząsnął głową z niedowierzaniem, okrążył biurko i opadł ciężko na fotel.

Sięgnął po zapalniczkę i zapalił papierosa. Zauważył jej spojrzenie, mruknął więc:

- Staram się rzucić.

- Nie nazwałabym dnia bez papierosa rzucaniem. - Pokręciła głową i popchnęła w jego stronę stos korespondencji.

- Wiem, wiem, znów jestem opóźniony - uśmiechnął się pobłażliwie. - Wspominałem ci kiedyś, jak bardzo nie znoszę odpowiadać na te wszystkie pisma? A w ogóle, to czemu zapinasz tę bluzkę aż pod samą szyję? - rzucił nagle. - Myślisz, że zwariuję, jeśli zobaczę kawałek twojej nagiej skóry? I ciągle ostatnio spinasz włosy...

Zamarła, a oczy rozszerzyły jej się ze zdumienia.

- Ta bluzka... To taki fason - tłumaczyła się nieporadnie.

- Nie podoba mi się. Nie możesz wkładać czegoś z dekoltem? Albo sukienki?

- O co ci chodzi? - spytała zszokowana. - Skąd te nagłe uwagi co do mojego wyglądu? Mam złą fryzurę, ciuchy ci się nie podobają i jeszcze źle zapinam guziki!

- Nie wiem - wzruszył ramionami i zaciągnął się papierosem. Przejechał wzrokiem po jej długich nogach, przysłoniętych szarą spódnicą i dodał zamyślony: - A może ojciec ma rację? Może rzeczywiście powinienem mieć sekretarkę ubierającą się jak zakonnica?

Patrzyła na niego coraz bardziej zdumiona.

- Panie Ritter - zaczęła oficjalnie - czy pan się dobrze czuje?

Westchnął gniewnie, nie spuszczając z niej wzroku.

- Jestem sfrustrowany - wymruczał, strząsając popiół z papierosa. - Spróbuj wytrzymać cztery miesiące bez kobiety, a zobaczymy, jak się będziesz czuła.

- Wytrzymałam dwadzieścia trzy lata i jakoś to przeżyłam.

- Och, wiesz, o co mi chodzi - zrzędził.

Niestety wiedziała. Był najbardziej obcesowym facetem, jakiego znała. Mówił dokładnie to, co chciał, i nie przejmował się, jakie wrażenie robi to na otoczeniu.

- Dużo o tym myślałem... - ciągnął dziwnym tonem. - Samotność źle wpływa na kobietę. Nawet na taką jak ty.

- Co właściwie chcesz mi powiedzieć? - spytała ostrożnie.

- Martwię się o ciebie - stwierdził niespodziewanie. - Ben Meadows wspomniał ostatnio, że przez dwa tygodnie próbował się z tobą umówić, ale go odstawiałaś. - Spojrzał na nią uważnie i dodał: - On uważa, że nie chcesz z nim wyjść, bo polujesz na mnie. Mój ojciec też rzucił coś takiego.

Zamarła zszokowana, nie była w stanie wydobyć z siebie głosu.

- Nie zachowuj się tak, jakby to była jakaś perwersja - mruknął. - Kobiety czasami uważają mnie za atrakcyjnego.

- Kobiety pewnego typu może i tak - odezwała się, kiedy już odzyskała głos. - Ale nie ja.

- A to dlaczego? - spytał chłodno.

- To sprawa osobista - broniła się.

- Ale i tak chcę usłyszeć odpowiedź - drążył.

Nie umiała kłamać, choć w tej sytuacji bardzo by się to przydało. Wzięła głęboki oddech i przyznała:

- Bo jesteś kobieciarzem. Przykro mi, ale taki typ w ogóle mnie nie interesuje.

Zaciągnął się mocno i po chwili wypuścił kłęby dymu. Jego oczy stały się jeszcze zimniejsze i rzucały groźne błyski.

- Chyba sam się o to prosiłem... Dobrze, Dan, wiem już, co o mnie myślisz, możemy więc wracać do korespondencji.

Czuła się winna, że zepsuła mu humor, ale nie mogła postąpić inaczej. Już na początku swojej pracy u niego zrozumiała, że musi być szczera, silna i twarda, bo tylko takich ludzi szanował.

Mimo wszystko miała dziwne poczucie, że go zraniła. To śmieszne, że w ogóle się tym przejmowała. On ranił ją nieustannie, był dla niej obcesowy, nazywał ją męskim imieniem i traktował tak, jakby była jego kumplem od wędkowania. Czasami to wręcz bolało.

Nieraz zastanawiała się nad sposobem życia, jakie wiódł. Przez dwa lata dowiedziała się o nim niewiele ponad to, jaki typ kobiet lubi. Nie wiedziała nic o jego uczuciach, potrzebach, pragnieniach. Miał opinię playboya i dlatego tak zdumiewające były te słowa o czterech miesiącach bez kobiety. Nie miała pojęcia, jak je rozumieć, spotykał się przecież z Carol...

Jeśli chodzi o jego życie rodzinne, wiedziała tylko, że jego matka zmarła dziesięć lat temu, a ojciec ożenił się z niejaką Cynthią. Wiedziała, że spotyka się z nimi, ale nigdy o tym nie mówił. Eugene czasami rzucał jakieś uwagi, ale było to za mało, by zaspokoić jej ciekawość.

Cabe chłodnym tonem zaczął dyktować odpowiedzi na listy, musiała więc porzucić rozmyślania, żeby wszystko zanotować.

Przez resztę dnia był niepokojąco milczący. Wyszedł przed piątą bez pożegnania, jeśli nie liczyć jakiegoś mruknięcia od drzwi.

Obserwowała go z mieszanymi uczuciami. Może nie powinna była rzucać tych uwag? Najwyraźniej bardzo go to zabolało i stosunki między nimi będą jeszcze bardziej skomplikowane.

Wyłączyła komputer, sięgnęła po żakiet i wyszła z biura. Stojąc na przystanku, wciąż rozmyślała o swoim szefie.

Pewnego dnia, myślała mściwie, pocałuję moją iguanę, a ona zamieni się w oszałamiającego przystojniaka jak Robert Redford. I wtedy zobaczysz, mądralo! A on mi kupi futro z norek i diamenty i będziemy żyć w dekadenckim luksusie... rozpędzała się.

Dostrzegła zwrócone na siebie zdumione spojrzenia i dopiero wtedy uświadomiła sobie, że zaczęła mówić na głos.

- Jestem pisarką - wyjaśniła lekko starszej pani, która nie spuszczała z niej podejrzliwego wzroku. - Właśnie tworzę swoją nową powieść, w której iguana zostaje zamieniona w księcia...

- Naprawdę? Ten kawałek o Redfordzie był niezły - przyznała kobieta. - Ale przecież nikt nie pocałowałby iguany!

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ