Powieść obyczajowa
Foodie w wielkim mieście
KUP TERAZ

Foodie w wielkim mieście

brak opinii
Liczba stron: 382
ISBN: 9788327621146
Premiera: 2016-09-14

Foodie (rzeczownik) – osoba, która zrobiłaby wszystko dla jedzenia. 

                                                      

Przepis na szybki sukces:

- jedna osoba o znanym nazwisku

- kilogram sprytu

- garść manipulacji

- szczypta fałszu

Wymieszać i natychmiast konsumować.

 

Tia Monroe chciała za wszelką cenę dostać się na wymarzony staż u sławnej autorki książek kulinarnych. Plan się nie powiódł, ale Tia niespodziewanie otrzymuje oszałamiającą propozycję. Legendarny nowojorski krytyk restauracyjny, Michael Saltz, chce, by była jego „podniebieniem” i pisała za niego recenzje. W zamian proponuje najlepsze jedzenie, stosy ubrań od słynnych projektantów i życiową szansę.

W przeciągu kilku tygodni jej świat wywraca się do góry nogami: kolacje w czterogwiazdkowych restauracjach, przystojni i znani szefowie kuchni, zakupy na Piątej Alei. Tia celebruje każdą chwilę i nawet udaje jej się przeboleć to, że pod jej recenzjami podpisuje się Michael Saltz.

Choć umiera z chęci opowiedzenia bliskim i znajomym o nowym wspaniałym życiu, jej umowa z Saltzem nie może wyjść na jaw. Wszystko ma swoją cenę. Jedno kłamstwo goni drugie i coraz mniej przyjemnie jest prowadzić podwójne życie. 

Czy wymarzona kariera jest tego warta? Czy Tia popełniła błąd? Czy jej życie zmierza w dobrą stronę?

 

Prawa do filmu zakupiło Dreamwork Studios.

Jessica Tom

Jessica Tom to nowojorska blogerka kulinarna. Początkowo pracowała w restauracji, pisała także recenzje kulinarne. Studiowała na uniwersytecie w Yale, gdzie pod okiem znanych autorów uczyła się pisać powieści. „Foodie w wielkim mieście” to jej pierwsza książka. Prawa do jej ekranizacji zakupiło Dreamwork Studios.

Bankiet miał być bez pompy, luzacki, zamiast tego jednak w powietrzu aż wibrowało od napięcia, niczym w czajniku na granicy zagotowania się wody. Zauważyłam kilka osób w idealnie wyprasowanych fartuchach (naukowcy zajmujący się żywieniem), innych w tweedowych marynarkach (antropolodzy kultury) i wyróżniającą się grupkę w szortach i bluzach z kapturami, jakby naszych rówieśników (zaczynający działalność w Internecie). Sala stała się miejscem spotkania ludzi zajmujących się zawodowo przemysłem spożywczym, od restauratorów, przez producentów opakowań do żywności, po producentów internetowych filmów o jedzeniu. Słuchacze studiów podyplomowych, jak ja, zaciekle walczyli o zbliżenie się do tych potencjalnych mistrzów i niczym księżyce krążyli wokół dowolnej planety, byle tylko miała puste miejsce na orbicie.

            – Widzisz Helen? – zapytałam Elliotta.

On miał już pracę w nowojorskim ogrodzie botanicznym na Bronksie, ale przyszedł na tę imprezę, żeby wesprzeć mnie na duchu.

            Mimo że był świadkiem moich trzech rozmów z Helen i znał jej twarz, spojrzał na jej zdjęcie, zanim zaczął lustrować tłum wzrokiem.

            – Helen... Helen... gdzie jesteś, Helen? – powtarzał ze zmrużonymi oczami, rozglądając się dookoła. – Chcesz, żebym się przeszedł po sali? Wyślę ci esemesa, jeśli ją zauważę.

            Zanim zdążyłam się zgodzić, Elliott wyruszył na łowy. Takiego go lubiłam. Bo Elliott to Elliott – typ faceta, który sprawia, że kręci mi się w głowie, nawet jeśli tylko stanie trochę za blisko. Jest w porządku.

            Tyle że Elliott nigdy nie będzie kochał jeść. Nie odmawia co prawda dobrego posiłku, nie jest też denerwująco wybredny ani nic z tych rzeczy. Chodzi o to, że jedzenie nie ma dla niego  z n a c z e n i a.  Gdyby jakieś danie próbowało przemówić do Elliotta, pewnie wymówiłby się czymś od tej rozmowy. Nie znaczy to jednak, że nie zapłaciłby za mnie kaucji, żeby mnie wyciągnąć z aresztu.

            Teraz, gdy oficjalnie zostałam słuchaczką studium podyplomowego nauk o żywności na Uniwersytecie Nowojorskim, nie chciałam zostawiać Helen przypadkowi. Złożyłam podanie o praktyki studenckie i za pięć dni miałam dostać przydział, ale może – po prostu może – udałoby mi się załatwić sprawę po swojej myśli, gdybym tylko zdołała omotać Helen na tej imprezie.

            Helen jest świetna. Jej praca w „Timesie” obrosła legendą, bo pisała cięte, krytyczne recenzje, ale ja najbardziej lubię jej wspomnienia i książki kucharskie. Głos Helen, uwolniony od dziennikarskich ograniczeń, staje się ciepły i bezwiednie wciąga człowieka w sam środek każdego przepisu czy historii. Siedzi się wtedy w jej błękitnej kuchni z lat dziecięcych w Massachusetts, boleje nad króciutkim romansem z szefem kuchni we Francji, zagryza zęby przy gorączkowych opowieściach młodej matki.

            Częścią mojego planu jest oczarowanie Helen specjalnymi bezami z migdałami,  orzechami włoskimi, pekanami i orzechami nerkowca – dacquoise drops – bo to coś, co powinno zwrócić jej uwagę na mój esej, który dołączyłam do podania. To nie są zwykłe ciasteczka. One przyciągnęły mnie do Helen, choć nie mogę powiedzieć, że tak to sobie wymyśliłam.

            Mój dziadek był kiedyś w szpitalu z powodu chorób serca i płuc. Przez miesiąc mama pracowała nocami, żeby spędzać z nim dnie w szpitalu. Ojciec przychodził tam po pracy i uspokajał mamę.

            W każdy czwartek jechałam z New Haven do Grand Central i do Yonkers, a potem wracałam na kampus w poniedziałki rano, coraz bardziej przygnębiona. Nie z powodu samej podróży – drażniła mnie jedna opryskliwa, roztargniona pielęgniarka i to, że na skutek jej zaniedbań pościel na łóżku była za krótka dla dziadka, a do tego go uwierała . Ale najbardziej szokowało mnie jedzenie - niedobre dla zdrowych ludzi, a wręcz sadystyczne w szpitalu: smażone kurczaki, kotlety mielone, frytki, sałatki naszpikowane bekonem i polane śmietaną. Dziadek zawsze był łasuchem, dlatego cierpiałam, widząc, jak jadł ciastka ze sztucznym „kremem” i ciasta o wieloletnim terminie przydatności do spożycia.

            Z tego właśnie powodu na kampusie ulepszyłam dacquoise drops: lekkie, orzechowe bezy, bo byłam pewna, że dziadkowi będą bardzo smakowały. Gotowałam z dziadkiem od czasu, kiedy zaczęłam sięgać do blatu kuchni, ale najnowsze moje dokonanie stało się czymś wyjątkowym. To była ostatnia rzecz, jaką jadł.

            Elliott pomógł mi je też upiec na stypę, a potem przekonał, żebym się podzieliła przepisem i moją historią w „Yale Daily News”.

            Napisałam o naszym ostatnim wspólnym gotowaniu, tuż przed moim wyjazdem na studia. Dziadek nauczył mnie przyrządzania poulet aux noix de cajou, kurczaka z orzechami nerkowca - dania z Senegalu, skąd pochodził. Pojechaliśmy do Małego Senegalu, niewielkiej społeczności upchniętej w Harlemie, i kupiliśmy niełuskane nerkowce, których nie ma nigdzie indziej, bo łupiny podrażniają skórę podobnie jak trujący bluszcz. Razem upiekliśmy orzechy, żeby pozbyć się toksyn, obraliśmy je ręcznie, obgotowaliśmy i podpiekli.

            Ze dwadzieścia razy mogliśmy pójść na skróty, ale zrobiliśmy wszystko po bożemu, krok po kroku.

            Artykuł zakończyłam przepisem na dacquoise drops. Kupiłam niełuskane orzechy i ponownie odwiedziłam Mały Senegal, żeby zdobyć nerkowce. Z Elliottem pozbyliśmy się trucizny z orzechów, a potem zblanszowaliśmy je, namoczyliśmy i upiekli. A to było tylko przygotowanie orzechów. Bezy wymagają osobnego mozolnego procesu. Potrzebuję ośmiu godzin, żeby je zrobić, a do tego każdy etap pracy nad nimi łączy mnie z dziadkiem. Esej w „Yale Daily News” był najbardziej osobistą rzeczą, jaką kiedykolwiek napisałam.

            Został opublikowany wiosną, kiedy byłam na drugim roku studiów i przyciągnął uwagę wielu czytelników. Redakcja powierzyła mi regularne prowadzenie rubryki kulinarnej, dla której tworzyłam oryginalne przepisy i łączyłam je z moim prawdziwym życiem. Miesiąc przed wakacjami skontaktował się ze mną ktoś z „New York Timesa”. Dziennikarz powiedział, że Helen Lansky natrafiła w Internecie na moją rubrykę, która skojarzyła się jej z własnym pisaniem. Przeżyłam szok. Helen była mistrzynią i zyskanie jej aprobaty kompletnie zmieniło moje życie.

            Zamierzano przedstawić mnie razem z innymi „studenckimi szefami kuchni”, ale skończyło się na tym, że zostałam bohaterką artykułu. Opublikowano nawet przepis na moje dacquoise drops, a Helen napisała tekst od redakcji: „To są dokonania płynące z serca. Niektórzy ludzie piszą. Inni lubią gotować. A jeszcze inni, jak pani Monroe, mają potrzebę jednego i drugiego: opowiadają historie poprzez jedzenie”.

            Na studiach nie wiedziałam, w czym się specjalizować, ku czemu zmierzać. Ale po przeczytaniu tych słów wszystko ułożyło się na swoim miejscu: jedzenie, pisanie i Helen Lansky. Zwiększyłam częstotliwość tekstów w swojej rubryce do dwóch tygodniowo, a całe lato spędziłam na pisaniu do „New Haven Register”. Prawie nie bywałam w domu, choć rodzice mieszkali w sąsiednim stanie.

            Dzień przed bankietem dla studentów studium podyplomowego upiekliśmy z Elliottem trochę ciastek, które osiągnęły szczyt doskonałości: były jednocześnie kruche i ciągnące się, pokryte najdelikatniejszą skorupką, taką, która wytrzymuje maksymalnie około osiemnastu godzin, zanim wilgoć skradnie jej urok.

Trzymałam kurczowo pudełko z ciastkami, moją dumą i biletem do sławy.

            – Hej – zaczepił mnie jakiś wielki facet, gdy rozglądałam się po sali, usiłując zlokalizować Helen. – Szukasz kogoś? – Miał flanelową koszulę w kratę i był zaczerwieniony na twarzy, pomyślałam, że choć na zewnątrz jest ponad dwadzieścia pięć stopni, on wygląda, jakby przyszedł z zimnego miejsca.

            – Tak – odpowiedziałam. – Szukam Helen Lansky. Pisała o jedzeniu w „New York Timesie” i przez jakiś czas była krytykiem kulinarnym. Teraz jest autorką książek kucharskich...

            – Helen! Oczywiście znam Helen! – Wyglądał na urażonego i jednocześnie ubawionego faktem, że na pewno go o to nie podejrzewałam. Na studiach podyplomowych z nauk o żywności wszyscy studenci poważnie podchodzili do tematu. – Aż dziwne, że do tej pory jej nie ma, prawda? – mówił dalej. – Wszystko, co pisze, jest tak precyzyjne i bezbłędne, więc można by pomyśleć, że jest też wyjątkowo punktualna.

            Skinęłam głową.

            – Zgadzam się. Mam nadzieję, że zaraz przyjdzie. Wiesz może, na jakiej zasadzie przydziela się praktyki studenckie? - spytałam.

            Facet uniósł ramiona do góry.

            – Kto to może wiedzieć. Cały ten proces to czarna magia. Słyszałem, jak jeden gość mówił, że selekcja jest loterią na chybił trafił. Chcą „zapoznać cię z różnymi dyscyplinami”. Siostra mojego kumpla świetnie trafiła i teraz jest profesorką na uniwersytecie w Los Angeles. – Wzruszył ramionami i oboje westchnęliśmy.

            Nie zaskoczyło mnie to. Kto oczekuje, że w Nowym Jorku coś łatwo przyjdzie?

            – Jestem Kyle Lorimer – przedstawił się.

Wyciągnął rękę, ciepłą i jędrną niczym świeżo upieczony bajgiel. Kołysał się na piętach, jakby miał zamiar za wszelką cenę zatrzymać Helen Lensky i teraz powinien jedynie na nią czekać.

            – Tia Monroe – przedstawiłam się, jednak szybko czymś się wymówiłam i odeszłam.

Wyglądał na miłego faceta, ale nie chciałam się dekoncentrować. Myślałam wyłącznie o Helen.

            Napisałam do Elliotta: Cokolwiek?

            Czekałam, aż wiadomość opuści telefon, ale sygnał był za słaby, więc wyszłam na zewnątrz. Kiedy tekst został wysłany, zobaczyłam Helen po drugiej stronie ulicy: drobną kobietę w zielonym jedwabnym żakiecie i aksamitnych spodniach. Miała gęste i puszyste czarne włosy.

            Ruszyłam w kierunku Helen. Miałam szansę zrobić na niej wrażenie, zanim zobaczy ją tłum studentów. Zorientowałam się jednak, że nie jest sama. Naprzeciwko niej zauważyłam chorobliwie chudego mężczyznę w źle dopasowanym garniturze. Helen stała na palcach i go pouczała.

            Zdenerwowałam się. Co robić? Ten mężczyzna – dosłownie – stał mi na drodze.

            Kiedy się do nich zbliżyłam, stali bardzo blisko siebie i mówili na tyle głośno, że mogłam ich słyszeć. Pomyślałam, że mężczyzna dostrzeże mnie, gdy zacznę się czaić za Helen albo Helen wyczuje mój wzrok na sobie i się obróci. Ale nic takiego się nie wydarzyło. Czekałam więc z uśmiechem, który zamarł mi na ustach i szybko zgasł. Nie miałam zamiaru ich podsłuchiwać, ale musiałam trzymać się blisko, żeby dopaść Helen, gdy przestanie zwracać się do tego faceta.

            – To, co opowiadasz, kompletnie nie ma sensu! – mówiła Helen. – Usiłuję ci pomóc, zanim zrobisz coś, czego nie da się odkręcić. Martwię się o twoją przyszłość, nawet jeśli ci na niej nie zależy.

            Zrobiłam krok do przodu i nastawiłam uszu. O czym oni rozmawiają?

            – Pomóc mi, Helen? Nie wiedziałem, że potrzebuję pomocy – nabzdyczał się chudzielec.

            – No cóż, to dla mnie coraz bardziej oczywiste. Słyszę to w twoich słowach. Widzę w tobie. Chcesz iść na bankiet dla studium bez żadnego uzasadnionego powodu? Jest tam szef Madison Park Tavern. I mnóstwo ludzi z branży. Każdy z nich może cię rozpoznać.

            Ostatnie słowa powiedziała głośno, ale szybko ściszyła głos i zaczerpnęła powietrza. Kiedy znowu się odezwała, jej głos był szorstki i pełen napięcia, jakby znalazła się na granicy płaczu.

            – Michael – zaczęła, ledwo słyszana przez uliczny gwar. – Jesteś krytykiem kulinarnym w „New York Timesie”. Nie traktuj tego jak zabawy.

            Zachłysnęłam się powietrzem i aż mnie zatkało.     

Michael. Michael Saltz, obecny krytyk w „Timesie”. Następca Helen . Dla niektórych był najbardziej przerażającą osobą w Nowym Jorku: człowiekiem, który mógł wylansować albo zniszczyć dowolną restaurację w mieście. 

            Poczułam grozę pomieszaną z podziwem. Helen była jego szefową, kiedy pracowała w „Timesie”, a on recenzentem, który pozostawał anonimowy.

            S a l t z  chciał wziąć udział w studenckim bankiecie na nowojorskiej uczelni?

            Nic dziwnego, że Helen była wytrącona z równowagi. Bankiet dla słuchaczy studium podyplomowego nauk o żywności nie był miejscem dla wysoko cenionego krytyka. Przypominałoby to imprezowanie człowieka objętego programem ochrony świadków z byłymi więźniami. Dlaczego miałby podejmować takie ryzyko?

            Weszłam im niemal na plecy, ale byli tak zajęci rozmową, że mnie nie zauważyli. Dotąd nie zwracali na mnie uwagi.

            Nagle stało się.

            Michael Saltz oderwał wzrok od Helen i przeniósł go na mnie. Właściwie to musnął mnie spojrzeniem niczym najlżejszym piórkiem. Mimo wszystko jednak dałam mu do myślenia.

            W chwilę później nadjechał autobus, a podekscytowani pasażerowie oddzielili mnie od nich dwojga. Usiłowałam nie stracić Helen z oczu aż do momentu, kiedy poczułam, że ktoś wziął mnie za łokieć. Podniosłam wzrok i zobaczyłam Michaela Saltza. Helen zdążyła odejść.

            – Ach, witam – powiedział. Lekko seplenił i wcale tego nie ukrywał. – Zdaje się, że uciekł ci autobus.

            – A, tak! – Roześmiałam się i starałam zachować zimną krew na tyle, na ile było to możliwe, bo przecież zostałam przyłapana na podsłuchiwaniu rozmowy, o której dobrze wiedziałam, że była prywatna. – Ee, to znaczy, nie. Czekałam na autobus, ale właśnie przypomniałam sobie, że muszę tu zostać z powodu... pewnej rzeczy. – Nie chciałam mu powiedzieć, że biorę udział w bankiecie, przed którym Helen go ostrzegała. Jego wzrok powędrował na mój uniwersytecki identyfikator , na którym było napisane: „Tia Monroe. Yonkers, Nowy Jork. Uniwersytet Yale. Pisarstwo kulinarne i antropologia kultury”. TO mi nie pomagało.

            – A zatem, Tio, idziesz na bankiet, tak? To twój pierwszy rok... w renomowanej uczelni... i piszesz o jedzeniu.

            – Tak, proszę pana – przyznałam.

            – A wiesz, kim jestem? – zapytał.

Wyglądał dziwnie. Jego kości policzkowe były ostro zarysowane i wypukłe jak kolana. Miał na sobie nieskazitelny garnitur ze wszystkimi bajerami – ciemną jedwabną podszewką, skórzanymi guzikami i kratką idealnie dopasowaną na szwach. Mimo to źle na nim leżał. Zastanawiałam się, po co komu garnitur szyty na miarę, jeśli wygląda w nim jak postać z kreskówki w za dużym ubraniu?

            – Pan jest... – Rozejrzałam się dookoła w poszukiwaniu Helen, ale na chodniku nikogo więcej nie było.

            – No śmiało, mów.

            – Pan Michael Saltz, krytyk kulinarny „New York Timesa” – powiedziałam głośno.

Chciał prawdy, to mu ją dałam. Co innego mogłam zrobić?

            Pokiwał poważnie głową.

            – Zgadza się. Dobra robota.

            Ale ja sobie nie gratulowałam. Sarkazm w jego głosie zdradzał, że nie chciał być zidentyfikowany. Z drugiej jednak strony nie zachowywał się dyskretnie.

            – Niesiesz te... ciastka... na bankiet? – zapytał, mrugając oczami, które skierował na mój plastikowy pojemnik.

            – Tak. Nazywają się dacquoise drops. Są tak jakby moją specjalnością...

            – Och! – jęknął Michael Saltz. –  T e  dacquoise drops? O ile dobrze pamiętam, przepis na nie zajmował przez całe trzy miesiące pierwsze miejsce na liście najczęściej klikanych przepisów. Nie został opracowany na uczelni, ale przez jakąś młodziutką erudytkę, która się nazywała... – Oczy mu pojaśniały, gdy ponownie spojrzał na mój identyfikator. – Tia Monroe. Szukam kogoś takiego jak ty. A zatem masz talent do gotowania i pisania?

            Szukał kogoś takiego jak ja? Pod jakim względem?

            – Och, nie mówiłabym o talencie. Poza tym tamten artykuł napisałam bardzo dawno temu.

             Powiedziałam tak, bo wydało mi się, że sytuacja wymaga skromności, ale prawdę mówiąc, nigdy nie miałam dość słów uznania. Tyle się zmieniło w jednej cudownej chwili po opublikowaniu tamtego artykułu. Dostałam mnóstwo mejli od czytelników, który domagali się więcej przepisów. Miałam nawet pokaz gotowania w lokalnej telewizji.

            W końcu jednak mejle przestały przychodzić. Po występie w telewizji nic się nie wydarzyło i ludzie o wszystkim zapomnieli. W każdy napisany artykuł wkładałam całe serce, wiele elementów swojego życia, mając nadzieję, że opowieść właśnie z  t e g o  dnia stanie się klejnotem, który ponownie zwróci na mnie światła reflektorów. Raz na jakiś czas dostawałam przypadkowego mejla albo wiadomość na Twitterze, a wtedy czułam się wniebowzięta. Poza tym panowała cisza. Mimo to wytrwale trzymałam się wytyczonej ścieżki. Móc zostać w New Haven, chodzić na zajęcia, pisać dla gazety, być optymistką. Kiedy więc usłyszałam, że Michael Saltz mnie pamiętał – zaniemówiłam. Znowu poczułam się dumna, uznanie padło z ust znanego człowieka i dotyczyło tak dawnych wydarzeń.

            – Niech zgadnę. Chciałabyś pisać blog w trakcie praktyk? Na Gobblerze? W Diner Nation?

            – Nie – odpowiedziałam. – Blogi mnie nie interesują. Chcę pisać książki kucharskie i uczyć się od...

            – Helen! Teraz rozumiem. Oczywiście talent potrzebuje praktyki u Helen. Pamiętam, że twoje pisanie bardzo się Helen spodobało, przepis  t e ż. Ona była redaktorką, kiedy ty znalazłaś się... na pierwszej stronie, prawda? – Zamknął oczy i zamachał ramionami, jak wróżbita wieszczący koniec świata, którego niedawno widziałam dwie przecznice dalej na Sullivan Street. – Na zdjęciu siedziałaś w stołówce z misą pełną wiśni.

            Bingo. Jego słowa grzały mnie niczym żarówka, rozkoszowałam się każdą sekundą. Może nie był szalenie sympatyczny, ale mówił w sposób zdecydowany i przekonujący, od czego dostałam gęsiej skórki. Zdawałam sobie jednak sprawę, że tracę czas przeznaczony dla Helen. Miałam tylko jedną szansę, żeby z nią porozmawiać, zanim przydziały zostaną ogłoszone, więc nie mogłam marnować cennych minut. Liczyła się tylko ona.

            Niestety, on ciągle mówił, a ja słuchałam.

            – Ha! – kontynuował. – Pewnie myślisz, że stało się to za sprawą Helen, prawda? Niech zgadnę... Pojawiłaś się prosto ze studiów. Z samego Yale. Potem ukazał się artykuł... który wyszedł spod ręki Helen, naszej wybitnej redaktorki w tamtym czasie. Nigdy nie próbowałaś sprawdzić, jak naprawdę wygląda świat. – Śmiał się, ale nie ze mnie, tylko do mnie.

            Dla mnie nie było w tym nic śmiesznego. Mówił trochę jak moi rodzice. Kochali jedzenie i gotowanie było ich świadomym sposobem okazywania miłości, ale studia uważali za niepraktyczne. Mimo to chciałam iść na uniwersytet.

            Michael Saltz sprawiał, że czułam się jak zaślepiona dziewczynka, która podąża za swoim dziecięcym idolem, nie mając żadnego doświadczenia w świecie. Jeśli nawet taka byłam, to się tym nie przejmowałam. Są takie rzeczy w życiu, które poruszają człowieka do szpiku kości. Helen była moją idolką. To ona namaściła mnie w „New York Timesie”. Ona pomogła mi znaleźć właściwą drogę.

            – Ale ciastka? – usłyszałam, choć w żaden sposób nie zareagowałam na jego słowa. – Myślisz, że cokolwiek w tym mieście da się załatwić dzięki ciastkom? Nie, musisz się bardziej postarać. – Wziął ode mnie pudełko i uniósł pokrywkę. Ale w chwili, gdy pudełko zostało otworzone, wyśliznęło się z rąk Michaela Saltza i ciastka spadły na ziemię. Cały ranek na gromadzeniu najlepszych składników, popołudnie na blanszowaniu czterech gatunków orzechów, noc spędzona na zrobieniu pięćdziesięciu ciastek i zachowanie tylko dwunastu, które były idealne – wszystko przepadło. Przekreślił mój najlepszy plan zyskania uwagi Helen.

            – Dlaczego pan to zrobił?! – wrzasnęłam i przykucnęłam, żeby je pozbierać, choć upaćkały się ziemią.

            Zaczęłam myśleć o planie B. Czy da się oczyścić te ciastka? Zrobić kolejną porcję i wysłać Helen? Tak czy inaczej, powinnam trzymać się jak najdalej od Michaela Saltza.

            – Och, przepraszam – powiedział, ale nie wyglądał na kogoś, komu jest przykro. – To było okropne z mojej strony.

            Stanęłam do niego plecami i obiecałam sobie, że już nigdy nie odezwę się do tego psychola, ale on mnie obrócił.

            – Powiedz mi – zaczął – o ile dobrze pamiętam, te cudowne dacquoise drops wymagają sporo pracy. Ilu rodzajów orzechów użyłaś? Trzech? Czterech?

            Posłałam mu gniewne spojrzenie. Najpierw zniszczył moje ciastka, a teraz chciał usłyszeć, jak je zrobiłam?

            – Czterech – odpowiedziałam. – I każdy z nich własnoręcznie obrałam ze skorupki.

            – Nerkowce w skorupach? Jakim cudem ci się to udało? Są spokrewnione z...

            – …trującym bluszczem, wiem. Mój chłopak pomógł mi je upiec, żeby się pozbyć olejków – odpowiedziałam. – A teraz będziemy musieli zrobić to znowu, bo zmarnował pan tę pracę. Najpierw jednak muszę porozmawiać z Helen – dzięki panu bez ciastek.

            Byłam gotowa natychmiast zostawić Michaela Saltza w tym miejscu, ale zabiegł mi drogę i stanął na jezdni, gdy ja byłam jeszcze na chodniku. Jakaś taksówka przejechała tak blisko, że niewiele brakowało, żeby go potrąciła.

            – Jeszcze raz przepraszam. To było idiotyczne. Ale mam jasność sytuacji. Wiem, że jesteś przykładną kucharką i pisarką, ale zniosłabyś wiele, byle tylko być z Helen. Mam rację?

            Marzyłam o tym, żeby czerwone światło się zmieniło, i uciekałam wzrokiem. Kątem oka widziałam, że ani drgnął, gdy kolejny samochód przejechał kilka centymetrów obok niego.

            – Tak – odpowiedziałam.

            – Zrobiłabyś dla niej wszystko?

            W końcu zapaliło się zielone światło. Zeszłam z krawężnika i odpowiedziałam:

– Tak, zrobiłabym.

            Po przejściu na drugą stronę ulicy obejrzałam się, żeby sprawdzić, czy Michael Saltz za mną idzie. Został w tym samym miejscu i miał na twarzy szeroki uśmiech.

 

Elliott wpadł na mnie w chwili, gdy weszłam do sali bankietowej.

            – Tu jesteś, Tia! – powiedział, obracając się. – Zjawiła się kilka minut temu. No dalej! Ludzie już zdążyli ją otoczyć! Próbowałem wysłać ci esemesa, ale...

            Nie miałam czasu na opowiadanie Elliottowi o Michaelu Saltzu.. Okrążyliśmy całą salę, ale żadne z nas nigdzie nie dostrzegło Helen.

            – Zgubiliśmy ją? – zapytał Elliott, naprawdę zmartwiony.

            Zauważyłam Kyle’a, więc pognałam do niego, rozpaczliwie szukając informacji. Byłam tak blisko Helen. Po co więc zostałam z Michaelem Saltzem?

            – Widziałeś Helen? – wydyszałam.

            – Och, hej! – odpowiedział Kyle. – Tak, była tutaj przez pięć, dziesięć minut, a potem wyszła. Zamieniłem z nią zaledwie kilka słów.

            – R o z m a w i a ł e ś  z nią?

            – No tak... Chcę się załapać do niej na praktykę, dlatego z nią rozmawiałem. Co najmniej sześć osób zarzuciło ją prezentami. A ty ją widziałaś?

            Jego pytanie dobiło mnie. Tak, widziałam. Ale czy jeszcze kiedykolwiek zobaczę? Czy po prostu straciłam Helen?

            Weszłam na schody, żeby mieć lepszy widok na salę. Nadal kłębił się tam tłum, ale nie było żadnej twarzy, którą chciałabym oglądać.

            I wtedy poczułam, że ktoś puka mnie w stopę. Spojrzałam w dół i zobaczyłam Elliotta. Usta miał zaciśnięte i widać było, że jest podenerwowany.

            – Hej – odezwał się. – Rozpytywałem o Helen, a ten pan powiedział, że wie, gdzie ona jest. – Wskazał za siebie na Michaela Saltza zerkającego na mnie zaciekawionym okiem drapieżcy.

            – Tia! Chciałbym jakoś ci wynagrodzić wcześniejszy incydent. Skontaktuję cię z Helen. Wyślij mi esej, który dołączyłaś do podania o praktykę, a ja dopilnuję, żeby rzuciła na niego okiem i dała znać komisji co do jej preferencji. – Wyjął długopis i nabazgrał adres mejlowy, a potem wyciągnął rękę do Elliotta. – Muszę już iść, ale właśnie do mnie dotarło, że się nie przedstawiłem. Jestem Paul – powiedział Michael Saltz.

            – Elliott – odpowiedział Elliot i uścisnął mu dłoń.

Drugą ręką Elliott dotknął mnie w plecy, jakby chciał powiedzieć: „Jeśli ten dziwak coś załatwi, będziesz miała u mnie dług”.

            Strasznie mi się to podobało. Jednocześnie zdumiał mnie upór Michaela Saltza: ja od niego uciekłam, a Helen odradzała mu przychodzenie na bankiet. Byłam zdumiona, ale też mile połechtana.

            – I, Tia – powiedział jeszcze Michael Saltz, ponownie się do mnie odwracając. – To była ogromna przyjemność. – Wyciągnął przed siebie dłoń i kiedy jej dotknęłam, pochwycił moje palce i pochylił się, żeby pocałować mnie w rękę.

Usta miał suche i spierzchnięte. Dotknął zimnym nosem mojego nadgarstka, a mnie przeszedł dreszcz.

            Elliott chwycił mnie za drugie ramię i odciągnął od niego. Obejrzałam się i zobaczyłam Michaela Saltza uśmiechającego się znacząco na pożegnanie.

            – Fuj, przepraszam, że naraziłem cię na spotkanie z tym facetem. Co to za menda?

            – To był... – Serce waliło mi tak mocno, że z trudem łapałam oddech.

            Co mogłam powiedzieć Elliottowi? Że to krytyk kulinarny z „New York Timesa”. Uparty przyjaciel Helen. Intruz na bankiecie. Chorobliwie chudy mężczyzna, który mnie przerażał, irytował i – musiałam to przyznać – fascynował.

            Ten mężczyzna przekaże mój esej Helen. A co będzie z tego miał? Nie miałam zielonego pojęcia, dlatego jak echo powtórzyłam kłamstwo krytyka, żeby dać sobie czas. Najwyraźniej nie chciał zdradzać Elliottowi swojej tożsamości.

– Nazywa się Paul.

            Elliott westchnął z ulgą, jakby to wszystko wyjaśniało.

            – Cieszę się, że jakoś się z tego wykaraskaliśmy.

            Potwierdziłam westchnieniem. Na dłoni czułam mrowienie po pocałunku Michaela Saltza.

 

Planowaliśmy z Elliottem, że połazimy po naszej nowej okolicy w poszukiwaniu dobrych restauracji, ale po katastrofie na bankiecie nie miałam ochoty na spotykanie się z ludźmi. Zamiast tego wymówiłam się byle czym, żeby zostać w mieszkaniu i rozmyślać.

            Teraz podanie o praktykę było już poza moim zasięgiem.

            Potrzebowałam praktyki u Helen Lansky i chciałam dobrze zacząć ten rok.

            W przeszłości, w liceum i na studiach, wiele zawdzięczałam sama sobie. Po tamtym artykule osiadłam jednak na laurach, czekałam, aż okazje same zapukają do moich drzwi. Poświęciłam się pisaniu artykułów, które czytało niewiele osób.

            I myślałam, że załatwię sobie najlepszą praktykę na studiach podyplomowych dzięki kilku ciastkom.

            Choć nie chciałam przyjąć tego do wiadomości, Michael Saltz sprawił, że nabrałam ochoty do działania. Nie mogłam być bierna w sprawie własnej przyszłości. Dostałam się na studia podyplomowe, myśląc wyłącznie o jednej osobie. Dlaczego miałam zostawiać swoją przyszłość w czyichś rękach, jeśli stać mnie było na to, żeby pokierować biegiem spraw?

            Nie byłam zachwycona przyjęciem pomocy od tajemniczego, nieobliczalnego faceta, dlatego postanowiłam, że moje dni pasywnego czekania dobiegły końca. To Nowy Jork, jeśli się tu nie przepychasz, to cię zepchną na boczny tor. Nie mogłam do tego dopuścić.

            W kieszeni miałam adres e-mailowy Michaela Saltza. Napisał go na rachunku z restauracji o nazwie Sargasso. Suma wynosiła sześćset osiem dolarów. W każdej linijce była napisana nazwa wymyślnego dania zredukowana do dwóch słów: „pasztet podrobowy; żytnie risotto; ciasto papajowe”. To był świat jedzenia zupełnie inny niż u Helen. Miałam na półce piętnaście jej książek i w żadnej z nich nie było przepisu na risotto z żyta. A swoją drogą ciekawe, jak smakuje takie risotto?

            Wpisałam adres e-mailowy – niejasny zbiór przypadkowych liter i cyfr – wklepując znaki powoli, jeden po drugim. Postarałam się, żeby moja wiadomość była krótka i urocza, wiedząc w głębi duszy, że chodziło o transakcję pod stołem, złą w jakiś nieuchwytny sposób, który było poza moim zasięgiem.

            Witam załączam esej.

            Proszędaćmi znać, gdyby Helen chciała czegośjeszcze.

            Ale to on robił mi przysługę. Dlatego skasowałam ostatnią linijkę i zaczęłam od nowa.

            Proszędaćmi znać, jeśli cośjeszcze mogędla Pana zrobić.

            Wysłałam.

            Nadal nie wiem, dlaczego zwrócił na mnie uwagę. Może moje ciastka powiedziały mu coś o poziomie moich pragnień. A może domyśli się z tych słów: cośjeszcze mogędla Pana zrobić – że będę grała według jego zasad, jeśli to zbliży mnie do Helen.

            Nigdy nie odpisał na mojego e-maila. Kiedy następnym razem się do mnie odezwał, użył prawdziwego nazwiska.

Bardzo podobała mi się książka, poza małymi niedociągnięciami - bo jednak lekko przypomina mi się np. "Diabeł ubiera się u Prady". Lecz ogólnie całość jest na mocny plus i sądzę, że zainteresowani nie tylko pichceniem smacznych dań - mogą sięgnąć po ten tytuł. Polecam ją do filiżanki kawy i ciastka - długie, nudne czasem wieczory.

Możecie mi wierzyć lub nie, ale od samego początku wiedziałam, że ta książka przypadnie mi do gustu. Co ja mówię- wiedziałam, że będę zachwycona. Oczywiście  to się sprawdziło i z szczerze mogę polecić Wam tę powieść. (...) Książka jest świetna! Lekka, szybko się czyta a mimo to można z niej wyciągać ważne nauki. Na pewno będę ją polecać.

Całość oczywiście była bardzo spójna i pomimo wielu opisów i zamieszczonych tu przemyśleń głównej bohaterki, czyta się to bardzo szybko i sprawnie. Dzięki temu całe poznawanie historii było dla mnie bardzo przyjemne. (...) Cóż więcej? Jak widać książka mi się podobała. Miło wspominam czas jaki przy niej spędziłam i z pewnością polecę ją wielu znajomym, jak i polecam wszystkim to czytającym. Poznaje się ją szybko i sprawnie, a także łatwo się w nią wciągnąć i zainteresować tym co w sobie kryje.

Ogólnie książka jest dobra. Może nie wyróżnia się jakoś szczególnie stopniem skomplikowania fabuły czy kunsztownie zbudowanymi postaciami. Niemniej jednak jest to literatura na poziomie dość wysokim, który z pewnością spełni oczekiwania większości czytelników. Tak, jak już wspominałam wyżej, to książka która jest z jednej strony schematyczna z tą chodzącą naiwnością w postaci głównej bohaterki, a z drugiej jest zaskakująca z powodu tych rozważań na temat życiowych wyborów. Powieść ta jest idealna, by oderwać się od codziennych swoich problemów i na chwilę wejść w świat nowojorskiego blichtru i skrywania się za parawanem mody, bycia w najpopularniejszych miejscach i pozowania na okładki topowych magazynów. Jest tutaj po trochu wszystkiego, co sprawia, że lektura jest interesująca i przyciągająca uwagę czytelnika.

„Foodie w wielkim mieście” naprawdę mnie wciągnęła. Przeczytałam ją przez weekend. Pełno tu ciekawych wątków, a historia Tii jest prawdziwie pochłaniająca, za wszelką cenę chcemy się dowiedzieć, czy uda jej się osiągnąć zamierzony cel. Nie jest to żadna wymagająca lektura, to jedna z tych książek, które czyta się szybko, lekko ale i bardzo przyjemnie. Na tylniej okładce można znaleźć notatkę o tym, że prawo do książki wykupiło studio filmowe, a więc pewnie niebawem Foodie będziemy mogli zobaczyć na wielkim ekranie. Wiem jedno, przy odpowiednim doborze aktorów to będzie naprawdę dobry film! Swoją drogą ciekawe kto zagra Tię i Michaela Saltza… Osobiście gorąco polecam Wam tą książkę, szczególnie jeśli lubicie kulinarne klimaty i jesteście fanami wypadów do restauracji, programów kulinarnych i odważnych połączeń smakowych!

Książka trafiła w mój gust. Znów czułam się, jak podczas oglądania moich ulubionych filmów ‘kulinarnych’, weszłam w ten specyficzny klimat i o to chyba właśnie chodziło. Z niecierpliwością czekam na ekranizację, niestety nie znalazłam w Internecie informacji o planowanej dacie premiery. Tymczasem na soczystą porcję czytania zapraszam Wszystkich, którzy kochają dobre jedzenie i jeszcze lepsze powieści!

Nie oglądam programów kulinarnych, blogów takowych też nie czytam, jak potrzebuję przepisu to szukam i gotuję (a gotować lubię). Natomiast powieść o jedzeniu hmm… zabrzmiało ciekawie! A w Fooodie… czego tu nie ma – jest mnóstwo pysznego/świetnego jedzenia, a te nazwy dań… poezja kulinarna. I choć pojawia się w powieści dobrze znany motyw nagłej odmiany losu, niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, to czy na pewno jest wszystko ok? Gdy z dnia na dzień trzeba wymyślać siebie dla innych, tworzyć kolejne kłamstwa, uniki itp. W pewnym momencie staje się po prostu przed ścianą i nie wiadomo co dalej, bo bilans zysków i strat przechyla się na stronę tych ostatnich! Czy do naszej bohaterki dotrze to wszystko w porę? Cóż musicie sięgnąć po tę niezwykle smakowitą książkę i przekonać się po prostu sami.

Książka jest bardzo podobna do „Diabeł ubiera się u Prady”. Markowe ubrania, wyższa sfera i biedna dziewczyna. Bohaterka za wszelką cenę próbuje coś osiągnąć w życiu, przy czym skupiona jest tylko na sobie. Liczy się tylko ja i moje marzenia. No może jeszcze telefon od szefa. Książkę pochłonęłam w kilka godzin i bardzo miło spędziłam przy niej czas. Jeśli macie ochotę na typowo babską powieść połączoną z markowymi ubraniami i przepysznym jedzeniem – to jest to idealny egzemplarz dla Was. Szczególnie na jesienny wieczór. Polecam!

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ