Powieść obyczajowa
Biuro Podróży Samotnych Serc. Kierunek: Tajlandia
KUP TERAZ

Biuro Podróży Samotnych Serc. Kierunek: Tajlandia

brak opinii
Liczba stron: 304
ISBN: 9788327623881
Premiera: 2016-08-17

A GDYBYŚ MIAŁA DRUGĄ SZANSĘ… BY ODNALEŹĆ SIEBIE?

 

Zamiast upinać welon i iść do ołtarza, Georgia spędza swój wielki dzień, zastanawiając się, dlaczego jej ślub diabli wzięli.

Za radą przyjaciółki sporządza listę rzeczy, które chciałaby zrobić, zanim umrze. Następnie pakuje plecak i rusza w podróż po Tajlandii.

Los jednak bywa złośliwy. Georgia oczekuje oszałamiającej przygody, a natrafia na niekoniecznie miłe widoki, dziwne zapachy i liczne pułapki, jakie czekają na niedoświadczonych obieżyświatów.

 

 

Bridget Jones z plecakiem.

Katy Colins

Katy Colins to dziennikarka i blogerka, której książki odzwierciedlają bezpośrednio jej własne doświadczenia. Seria „Biuro podróży samotnych serc” to powieści, które powstały po tym, jak Katy rozstała się z narzeczonym, rzuciła wszystko i zaczęła podróżować. Jej blog podróżniczy notwedordead.com zdobył dużą popularność.

 

Dzień mojego ślubu. Fantazjowałam o nim od dzieciństwa, a przez ostatnich dwanaście miesięcy zaplanowałam go w najdrobniejszych szczegółach. To miało być typowe angielskie wesele, zgodne z tradycją w najdrobniejszych szczegółach, od ręcznie robionych sznurów z chorągiewkami, rozciągniętych z czubka masztu stojącego przed wynajętą za jakieś absurdalnie wielkie pieniądze wiejską rezydencją, do płóciennych białych namiotów rozstawionych na nienagannie utrzymanych trawnikach. Harfistka plumkałaby jakąś prostą liryczną melodię, podczas gdy my, świeżo poślubieni pan i pani Doherty, wstępowalibyśmy na salony owacyjnie oklaskiwani przez naszych najbliższych krewnych i przyjaciół. Właśnie to przyprawiało mnie o paniczny lęk: wszyscy ci ludzie gapiący się na mnie, oczekujący promiennej i lekko zawstydzonej panny młodej, podczas gdy pod welonem kryłaby się osoba gotowa posikać się ze strachu w tym szczególnym dla niej dniu. Nienawidzę być w centrum uwagi, robi mi się niedobrze i oblewam się zimnym potem, dlatego obcięłam listę gości, na ile się dało, i pocieszałam się, że połowę powszechnej uwagi i tak przyciągnie pan młody.

Powinnam być teraz w mojej kremowobiałej koronkowej sukni z trenem. Patrzę na zegarek. No tak, już dziesięć minut temu posłaniec z kwiaciarni powinien mi dostarczyć bukiecik niebieskich niezapominajek i słodko pachnących frezji. A ja powinnam właśnie zapadać się w fotel u fryzjera, który ułożyłby moje mizerne loki w misterną fryzurę.

Tymczasem siedzę na niewygodnym plastikowym leżaku, ukrywając przed czujnym wzrokiem mojej najlepszej przyjaciółki Marie wielkie łzy toczące się po lekko opalonych policzkach, a ona podsuwa mi kolejny drink o rozpaczliwie niestosownej nazwie „Seks na plaży”, przyniesiony z baru przy basenie. Zaleta wczasów all inclusive.

Za godzinę zostałabym żoną Alexa, mojego narzeczonego, gdyby nie to, co stało się przed dwoma tygodniami, gdy zastanawiałam się nad rozmieszczeniem gości przy stole, korzystając z trójwymiarowej wizualizacji podesłanej mi przed szwagierkę Alexa, Francescę, i zerkałam jednym okiem na powtórkę programu telewizyjnego Nie mów pannie młodej. Francesca chodziła do szkoły z Kate Middleton i (ma się rozumieć) robiła aluzje na ten temat przy każdej możliwej okazji. Alex znowu był spóźniony – kolejne niespodziewane nadgodziny w pracy – więc gapiłam się na odcinek, w którym nieszczęsny narzeczony dość niefortunnie wybrał suknię w rozmiarze osiem dla swojej pulchnej ukochanej, na którą jak nic pasowałaby szesnastka. Wtedy nagle zorientowałam się, że Alex stoi w drzwiach, obgryzając paznokcie i poluzowując krawat.

– Musimy pogadać – powiedział zdławionym, obcym głosem.

Na krawacie miał atramentową plamę – jego matka znowu będzie mi wierciła dziurę w brzuchu, że jej nie wywabiłam. Wiele razy dawała mi poznać, co myśli o moich wątpliwych walorach pani domu. Alex w młodości ostro się przeciw niej buntował, był ostatnim kawalerem wśród braci, szczęśliwych żonkosiów. Stanowiłam dla niego haust świeżego powietrza, zwłaszcza na tle bratowych, przypominających klony matki. Pięć lat później to świeże powietrze zaczęło mu zalatywać wiochą.

Poznaliśmy się w obskurnym klubie nocnym w Manchesterze, zaciągnięci tam pewnej deszczowej nocy przez przyjaciół. Zaczęliśmy gadać nad plastikowym kufelkiem taniego piwa, jakbyśmy odkryli w sobie bratnie dusze, podczas gdy moja przyjaciółka i jego kumpel obmacywali się przy przebojach zespołów Smiths i Kaiser Chiefs. A gdy jadąc taksówką do domu, przekonaliśmy się organoleptycznie, że oboje uwielbiamy serowe chipsy (źródło złego cholesterolu) i majonez czosnkowy, zrozumiałam, że w moje ręce wpadł prawdziwy skarb.

Minęło kilka lat. Przestaliśmy się włóczyć po klubach, priorytetem stała się kariera zawodowa. Mieliśmy dość wynajmowania zagrzybionych nor od gburowatych właścicieli, więc zaciągnęliśmy kredyt, żeby kupić własny dom. Alex dumnie odrzucił wsparcie finansowe ze strony rodziców; cóż, nie stać nas było na posiadłość za miliony funtów, jak wszystkich krewnych i znajomych Królika z jego strony. Ostentacyjnie wychwalał uroki stylu życia bohemy, chociaż to oznaczało, że naszymi sąsiadami nie będą burżuje, ale kontrowersyjni bohaterowie telewizyjnych programów Jeremy’ego Kyle’a. Kochałam w nim tę wierność własnym zasadom moralnym, chociaż czasami brakowało nam zastrzyku finansowego od rodziców.

Pewnej czerwcowej nocy Alex poprosił mnie o rękę. Można powiedzieć, że się tego spodziewałam. Co prawda nie były to szczególnie romantyczne oświadczyny. Nie przyklęknął na kolano, podał mi po prostu pudełeczko z pierścionkiem, gdy wpatrzeni w nasze iPhony dzieliliśmy się daniem indyjskiej kuchni, a w telewizji leciało Coronation Street. Trzeba przyznać, że zostawił mi ostatni placuszek z ciecierzycy, a to już coś. Zupełnie inną historię zaręczyn opowiedzieliśmy znajomym. Niespodziewanie wyciągnął mnie z domu na przechadzkę, zasypał wyznaniami wiecznej miłości i poprosił przechodzącą parę emerytów o uwiecznienie tej sceny – ja roniąca łzy wzruszenia, on pękający z dumy – szkoda tylko, że starsi państwo nie umieli się posługiwać aparatem fotograficznym i nic się nie zapisało w pamięci. Cóż, życie rzadko przypomina filmy Disneya.

Mieliśmy teraz na głowie spłatę kredytu hipotecznego i wiszące nad nami wydatki weselne. Już zupełnie przestaliśmy chodzić po klubach. Życie stało się nudne i przewidywalne, rządziła nim rutyna, mogłam z pamięci recytować program telewizyjny, ale za to budowaliśmy wspólną przyszłość, a przecież na tym nam zależało, prawda?

Patrząc teraz na zmęczoną twarz Alexa, prawie nie rozpoznałam chłopaka, który kilka lat temu wparował do klubu w suterenie i porwał mnie do tańca. Prawdę powiedziawszy, nie rozpoznałam również tamtej promiennej dziewczyny, gnijącej dziś na kanapie w starej flanelowej piżamie.

– To bez sensu – wyjąkał, opierając się o futrynę. – Nie mogę się z tobą ożenić. – Jego palce zacisnęły się na poplamionym krawacie.

Spotkał inną kobietę, koleżankę z pracy, i „stracił dla niej głowę”. Nie miał tego w planie, ale się zmienił, a przede wszystkim my się zmieniliśmy. Nie musiał mi tego powiedzieć wyraźnie litera po literze, ale tak, jego matka miała rację, nie nadaję się na żonę dla niego. Poczułam się jak tamta ponętna grubaska w kilka numerów za ciasnej sukience – nagle zabrakło mi tchu. Tego samego wieczoru spakował walizkę i wyniósł się, a ja ryczałam jak głupia i wypiłam pół butelki likieru brzoskwiniowego, rozlewając go na pracowicie sporządzone plany usadzenia gości, po czym zwinęłam się w kłębek i próbowałam zapomnieć, że mój świat właśnie się zawalił.

 

– Płacz, mała, płacz. Wyrzuć to z siebie. – Marie pogładziła mnie po rozgrzanych od słońca plecach, a mnie łzy kapały do drinka. Wyjazd był jej pomysłem – uznała, że w dniu ślubu powinnam być jak najdalej od Anglii – więc zarezerwowała nam tygodniowe wakacje last minute na wybrzeżu Morza Egejskiego, w miejscowości określanej mianem tureckiego Saint- Tropez. Mógł to wymyślić tylko ktoś, kto w życiu nie widział południowej Francji, ale zapyziała niegdyś turecka wioska rybacka zamieniła się w ruchliwą miejscowość turystyczną z mnóstwem barów, stoisk z kebabami i salonów tatuażu. Prawdę mówiąc, nie wychodziłyśmy z hotelu – kilka wieczorów spędziłyśmy, grając w karty na balkonie i pijąc tanie białe wino. Marie wyklinała Alexa, a ja miotałam się między nienawistnymi tyradami pod adresem mego byłego a napadami użalania się nad własnym nieszczęściem.

– Jesteś naprawdę kochana. Tylko cóż, już pozamiatane… – Odgarnęłam z twarzy mokre od potu kosmyki i utkwiłam zaczerwienione oczy w Marie. Skrzywiła się lekko, nie tylko z powodu mego żałosnego stanu, ale dlatego, że spodziewała się dobroczynnego wpływu słońca, darmowych drinków i atrakcyjnych facetów do przelecenia. Nie wzięła jednak pod uwagę mojej depresji.

Kręciła się przez chwilę, usiłując wygodniej usadowić krągły tyłeczek na twardym krześle.

– Mówisz prawdę, Georgio. Już pozamiatane. Co było, to było, teraz czas pomyśleć o przyszłości. Jesteśmy wolne, a tobie dobrze zrobi, jeśli pokażesz Alexowi środkowy palec i trochę się zabawisz. Dzisiaj biorę sprawy w swoje ręce: idziemy na plażę. – Podskoczyła, zebrała nasze rzeczy do wielkiej torby plażowej i wsadziła na głowę słomkowy kapelusz.

– No, dobrze – ustąpiłam i dopiłam resztkę drinka.

– Weź się w garść. Popracujemy nad opalenizną, a wieczorem znajdziemy fajne miejsce i przetańczymy całą noc, jak dawniej.

Potulnie przytaknęłam i upięłam śmierdzące chlorem włosy w niechlujny węzeł, po czym podreptałam za przyjaciółką, klapiąc głośno japonkami. Gdy znalazłyśmy się na kamienistej ścieżce prowadzącej z hotelu nad morze, stwierdziłyśmy, że na plaży stoi leżak przy leżaku, a na każdym smażą się w słońcu turyści.

– Niezły tłok. – Marie przygryzła wargę i rozejrzała się, przysłaniając oczy ręką, choć miała na nosie wielkie okulary przeciwsłoneczne.

– Okropny. Jak sardynki – westchnęłam i pomyślałam tęsknie o popołudniowej drzemce w czystej pościeli. Głośne śmiechy, klaksony aut i muzyka dochodząca z barów przy promenadzie – cały ten gwar przyprawiał mnie o zawrót głowy. Czemu Marie nie dała mi dzisiaj spać do oporu, żebym nie miała czasu myśleć o kościele, krojeniu tortu i pierwszym tańcu młodej pary?

– Nie załamuj się. Pójdziemy trochę dalej, gdzieś tam podobno jest przyjemna zatoczka – oznajmiła Marie energicznie, jakby była druhną zastępową, chociaż wyleciała z drużyny skautów po tym, jak wszystkie dziewczynki z zastępu Puszczyków dostały biegunki, kiedy próbowała zdobyć sprawność kucharki.

Poszłyśmy więc piaszczystym nabrzeżem, wymijając pachnące krzewy, zręcznie skacząc po kamiennych schodkach, aż trafiłyśmy do malowniczej zatoczki w kształcie podkowy z mnóstwem leżaków na plaży. Odprężyłam się nieco i rozprostowałam ramiona. Wreszcie oaza spokoju w tym hałaśliwym tureckim miasteczku. Przed nami rozciągała się krystalicznie czysta błękitna woda zatoki. Wciągnęłam w płuca orzeźwiające powietrze, w którym unosiła się woń kokosowego balsamu do opalania i frytek.

Zajęłyśmy dwa leżaki i wystawiłyśmy się na słońce. Gdyby Marie nie była moją najlepszą przyjaciółką, chyba bym ją znienawidziła. Zachowała świetną figurę, choć przecież miała dziecko. Urodziła synka Cole’a − nieplanowany owoc ognistego jednonocnego romansu z Mikiem, facetem, którego poznała w lokalnym pubie. Miała bujne rude loki, które nie potrzebowały fryzjera, bo zawsze wyglądały świetnie, i była najmilszą dziewczyną, jaką spotkałam, z ciętym dowcipem i dość swobodnymi obyczajami. W każdym towarzystwie natychmiast przyciągała uwagę całego otoczenia. Żałuję, że nie jestem do niej podobna; w głębi duszy miałam nadzieję, że spłynie na mnie trochę jej seksapilu.

– Cześć, dziewczyny. Jestem Ali. Dwa leżaki? – Nachylał się nad nami miejscowy facet koło trzydziestki, z uśmiechniętą, opaloną twarzą. Był do pasa nagi, tylko naszyjnik z kłem jakiegoś zwierzęcia zwisał mu z szyi jak strzałka wskazująca kaloryfer na jego brzuchu. Dobrze umięśnioną klatkę piersiową zdobił tatuaż, który ginął gdzieś w wystrzępionych dżinsowych szortach.

– Tak, proszę. – Marie uśmiechnęła się do niego.

– Jakoś gorąco się zrobiło. – Mrugnął do nas, biorąc opłatę.

Marie gapiła się na jego całkiem niezły tyłek, gdy wracał do swojej budki.

– Ale ciacho. – Puściła do mnie oko.

Wydałam z siebie coś między westchnieniem a prychnięciem. Nie w głowie mi teraz faceci, wcale ich nie dostrzegałam.

– Daj spokój, Georgio. Nie udawaj, że nie zaczęłaś się ślinić na widok apetycznego męskiego torsu. – Zachichotała, widząc moją minę. – Wiesz co, chce mi się pić. Przynieść ci piwo?

– Ty spryciulo. Jakbym nie widziała, że bar jest tuż obok jego budki.

– Może, może. – Niespeszona Marie sięgnęła do torby, wyciągnęła długopis i ulotkę, którą dostałyśmy wczoraj, z zaproszeniem na wieczór z darmowymi drinkami dla pań. – Idę, a dla ciebie mam zadanie. Czas zrobić listę. Wiem, jak lubisz planować, a poza tym moja mama mawiała: „Masz wątpliwości, spisz wszystkie za i przeciw”. – Marie ssała końcówkę długopisu. – Sporządź listę wszystkiego, co chcesz zrobić i zobaczyć w swoim życiu. Coś w rodzaju dziesięciu rzeczy do zrobienia przed śmiercią, ale bez śmiertelnej choroby wiszącej ci nad głową. – Podała mi długopis i ulotkę odwróconą czystą stroną.

– Sama nie wiem, czego chcę – jęknęłam. – Wydawało mi się, że mam wszystko ułożone, jasno określoną przyszłość, a teraz tkwię w czarnej dziurze. – Wzięłam jednak kartkę i długopis, bo prawdą jest, że lubię robić plany. Mam wtedy poczucie, że spisując pomysły, odzyskuję kontrolę nad rzeczywistością, i potem z satysfakcją odhaczam kolejne załatwione sprawy.

– Dosyć użalania się nad sobą. Czas zabrać się za zmiany. – Powiedziała to surowo, jakby rozważała posunięcie się do kar cielesnych, gdybym nie posłuchała. – Masz za sobą koszmarne przeżycie. Gówniane. Ale spójrz na to z dobrej strony: już nigdy nie zobaczysz jego upiornej mamuśki, nie będziesz się musiała wpasowywać w tę całą pretensjonalną rodzinkę. Żadnego „ą” i „ę”. – Złożyła usta w ciup i majestatycznie uniosła dłoń, jakby była brytyjską królową (i mówiąc szczerze, przypominała w tym Ruth, mamę Alexa). – Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby przez cały czas korzystał z kapitału, który mu wciskali, i tylko przed nami odgrywał demokratę. Dupek.

Chlipnęłam głośno.

– Wiem, że jest ci ciężko, ale myśl pozytywnie, skarbie. Jeśli nie wiesz, czego chcesz, zastanów się, czego na pewno nie chcesz. – Kokieteryjnie poprawiła okulary, bo Ali zamachał do niej ze swojej budki. – Nie chcesz być z facetem, którego imienia nie wspomnę. Nie chcesz do końca życia tkwić w moim pokoju gościnnym. Nie chcesz skończyć jako samotna staruszka ze stadem kotów…

– Mam straszną alergię – wtrąciłam.

– Nie chcesz dać się zredukować do roli czyjejś połówki. Musisz na powrót nauczyć się być samorządna i niezależna i dlatego właśnie potrzebny nam dobry plan. Przynajmniej spróbuj. – Cmoknęła mnie w czubek głowy, przewiązała się pareo i kręcąc pupą, ruszyła do baru po drinki.

Spojrzałam na czystą kartkę papieru, wystraszona, że cokolwiek na niej napiszę, stanie się zobowiązaniem, z którego już się nie wymigam. Problem w tym, że zawsze dotąd miałam gotowy plan, a dzisiaj mam tylko kompletną pustkę w głowie, białą plamę jak ten papier w moich spoconych dłoniach.

Tuż obok na leżakach rozłożyła się hałaśliwa rodzina, Hiszpanie, sądząc po rozmowie. Mówili strasznie szybko w porównaniu z moją rozwlekłą północną angielszczyzną. Poza francuskim w szkole średniej przed trzynastu laty nie uczyłam się żadnego innego języka, a i ta francuszczyzna była mocno zardzewiała. Może powinnam coś z tym zrobić?

Cóż, poza obecnym wyjazdem z Marie właściwie od lat nie byłam za granicą. Oszczędzaliśmy na ślub i kupno domu i wszystkie urlopy spędzałam na drobnych remontach lub odwiedzinach u rodziny Alexa, w ich drugim domu w Edynburgu. Kiedy byłam młodsza, marzyłam o egzotycznych podróżach, ale z moją pensją nie mogłam sobie na nie pozwolić. Nawet gdy znalazłam supertanią ofertę wakacji w Benidorm, na południu Hiszpanii, Alex odrzucił ją, mówiąc pogardliwie, że to jak wyjazd w towarzystwie sąsiadów, bo tylko „tacy ludzie” korzystają z wyprzedaży ostatniej chwili, a potem siedzą w irlandzkich barach przy plaży i piją angielskie piwo. Zaprotestowałam, że „tacy ludzie” mogłoby się równie dobrze odnosić do mojej rodziny, wtedy on przyciągnął mnie do siebie i pocałował w kark. „Och, Gigi, wiesz, o co mi chodzi. Kocham twoją rodzinę, ale pomyśl o finansach. Mama mówi, że Ed i Francesca szukają kogoś, kto przez tydzień popilnuje im domu w hrabstwie Devon”.

Alex sporo podróżował jako nastolatek, nic dziwnego, że teraz go takie wyjazdy nie ciągnęły. Poświęciłam więc swoje marzenia dla niego i jego szczęścia, obiecując sobie, że co się odwlecze, to nie uciecze. Kiedyś i w moim paszporcie pojawią się egzotyczne pieczątki. Po prostu w tamtej chwili zabrakło mi jaj.

Rodzinka obok rozłożyła koc na piknik i zaczęła wyciągać z przenośnej lodówki rzeczy, o których nie miałam pojęcia, że w ogóle istnieją. Nie wiedziałam, jak się nazywają te potrawy, ale wyglądały apetycznie i pachniały bosko. Tak, właśnie to chcę zrobić. Chcę się stać dziewczyną, która swobodnie konwersuje w różnych językach, która potrafi przyrządzić egzotyczne potrawy, używając nieznanych mi obecnie przypraw, która na spędach towarzyskich zaczyna swoje anegdoty od: „Och, zupełnie jak wtedy, gdy medytowałam w hinduskim aśramie”, i która przerzuca się z innymi nazwami miejscowości na drugim końcu świata, zamiast smętnie narzekać, że ceny nieruchomości wciąż rosną, podobnie jak podatki.

W porządku, uda mi się. Zaczynam pisać…

Chcę pochłaniać świat. Eksplorować, wędrować, uczyć się i poszerzać horyzonty. Chcę odnaleźć sama siebie. Góry i oceany staną się moimi najlepszymi przyjaciółmi, gwiazdy będą mnie prowadzić do domu, język będzie mnie świerzbił, by się hojnie dzielić wszystkim, co widziałam. Chcę podróżować.

Jejku. Długopis pisze sam. Spoglądam na kartkę i podwijam nogi. Chyba chcę zostać drugim Michaelem Palinem. No dobrze, ale jak to osiągnę? I znowu długopis ożywa.

Rzuć pracę i ruszaj w drogę.

Takie to proste?

Co cię tu trzyma? Ani facet, ani dzieci, a wkrótce już nawet nie dom. Praca do dupy,  wciąż na nią narzekasz, a jednak się jej trzymasz, bo mają dobry pakiet macierzyński. Nie potrzebujesz świadczeń dla przyszłych matek. Sprzedaj wszystko, kup plecak i ruszaj w drogę.

No, dobrze. Długopis ma sporo racji. Od pięciu lat pracuję w agencji PR-owej Fresh Air, niewielkiej, ale szybko rosnącej firmie przy głównej ulicy. Startowałam od gońca i stopniowo awansowałam na asystentkę dyrektora marketingu; to samo biuro, te same twarze, te same problemy z drukarką. Miło będzie przestać się martwić, czy zaparzyłam kawę w dobrym kubku, nie wstawiać się na nudnych bankietach świątecznych, żeby uniknąć wysłuchiwania odwiecznych pretensji, kto komu zajął miejsce parkingowe, i sporów, który supermarket ma lepsze promocje. Rozleniwiłam się, zaczęłam kłaść po sobie uszy i dla świętego spokoju godzić się na układ, który mi się nie podobał. Ze strachu przed niepowodzeniem lub śmiesznością zrezygnowałam z marzeń. Rutyna królowała też w moim związku z Alexem, czasem tylko patrzyłam na listę zadań, listę zakupów, pusty kalendarz odzwierciedlający nieistniejące życie towarzyskie, i czułam szczerą odrazę do roli kury domowej.

Ale co mam ze sobą począć? Nie zawiedź mnie, długopisie. Zmrużyłam oczy, wdychając słone morskie powietrze z nutą olejków do opalania. Pisałam dalej.

Kąpać się nago w oceanie przy świetle księżyca.

Tańczyć całą noc pod gwiazdami.

Próbować niesamowitych egzotycznych potraw.

Przejechać się na słoniu.

Zwiedzać historyczne świątynie.

Zdobyć najwyższy górski szczyt.

Znaleźć przyjaciół wśród ludzi różnych narodowości.

Poradzić się mędrca.

Zrobić coś szalonego.

Ręka mnie rozbolała, ale głowa pracowała gorączkowo. Wtedy pojawiły się wątpliwości i do głosu doszedł rozsądek.

Jak sobie z tym poradzisz? Takie przedsięwzięcie trzeba planować i organizować przez kilka miesięcy, nie mówiąc już o oszczędzaniu na nie. Od czego zacząć? Nigdy w życiu nie będziesz miała odwagi zbliżyć się do słonia, a co dopiero dosiadać takie potężne zwierzę. Ostatnio omal nie zemdlałaś po niewielkiej przebieżce, więc wspinaczka na Mount Everest nie wchodzi w rachubę. Płakałaś przy pobieraniu krwi, więc prędzej umrzesz, niż zrobisz coś tak szalonego jak zafundowanie sobie tatuażu.

Ostatnią ekstrawagancją, na jaką sobie pozwoliłam, było spanie w makijażu.

Powieść urocza, taka z pogranicza zwykłego życia, przenosząca nas jednak w świat i kulturę na co dzień nie znaną. (...) To powieść pełna wzruszeń, smutku i radości. To historia o ewolucji osobowości kobiety zranionej, która stara się ułożyć życie na nowo. Książkę czytało się fantastycznie, szkoda, że ma tylko 302 strony. Żałowałam, że już koniec. Ucieszyła mnie jednak informacja, że niebawem pojawi się kolejna część, w której Georgia odwiedzi Indie. (...) Z czystym sumieniem polecam, lekkie pióro Katy Colins zachwyci Was z pewnością!

W książce mamy miłosne wątki jak i rozczarowania i powiem szczerze, że podziwiam ją za taką odwagę. Ja bym napewno nigdzie tyłka nie ruszyła sama, a już napewno nie za granicę. Książka jest naprawdę bardzo lekka i przyjemna. Nie jest wymagająca i jak zwykle ją przeczytałam w dwa dni. Zakończenie? Niewiarygodne... Jeśli szukacie jakiejś powieści, która jest naprawdę przyjemna, to polecam Biuro podróży samotnych serc.

Autorka przedstawiła ciekawą koncepcję poszukiwań swojego miejsca na świecie. Każdy z nas szuka bezpiecznego lądu, na którym chce osiąść, ale zanim go znajdzie, musi przejść przez multów niepowodzeń i połknięć. Nie jest to ckliwa historia, wywołująca smutek i współczucie. To ciekawa, odważna, zabawna przygoda, pełna wyzwań i przeciwności losu. Akcja nie staje w miejscu. Zabiera człowieka do ciepłych krajów, gdzie nieustannie świeci słońce, a ludzi ogarnia słodkie lenistwo. Gwarantuję Wam, że przez nią zatęsknicie za latem, które właśnie dobiega końca. Jak na debiut, jest to niesłychanie udana pozycja. Dochodząc do ostatniej strony dowiedziałam się, że Katy Colins szykuje dla nas kolejną część eskapad przebojowej, zakręconej Georgii, na którą czekam z niecierpliwością. Jeśli macie ochotę na niezobowiązującą, relaksującą, ale pełną wyzwań przygodę w Tajlandii, to jest to pozycja dla Was.

Biuro podróży samotnych serc. Kierunek: Tajlandia to typowa letnia opowieść o przygodach, podróżach, miłości i poszukiwaniu własnej tożsamości. Narracja jest lekka, fabuła przyjemna, a bohaterowie przyjmują klasyczne role. Mamy więc złośliwe koleżanki, podłą teściową, nadopiekuńczą mamuśkę, podejrzanego kochasia i oczywiście... tego jedynego. Finał tej powieści dobrze domyka rozpoczęte wątki, jest ciekawy, ale nie zaskakujący. Również zwroty akcji nie stanowią większego zaskoczenia. Większości wydarzeń się spodziewałam. Z kolei plusem jest konsekwencja w tytułowaniu rozdziałów. Każdy zawiera słowo „czy”, co jest ciekawym zabiegiem. Lubię takie „ozdobniki”.

Tym, za co książkę Katie Collins uważam za dobrą jest to, że skłania do refleksji nad własnym życiem. Naiwność i uległość Georgii uświadamia, że możemy żyć, nakładając każdego dnia maskę szczęścia. Pokazuje jednak, w jaki sposób możemy się jej pozbyć. Mnie skłoniła do stworzenia listy rzeczy, które chcę zrobić, a na które nie mam czasu/odwagi. To ogromny plus tej powieści - wpływanie na czytelnika. Biuro Podróży Samotnych Serc to powieść o przeżywaniu przygody swojego życia i zmienianiu się podczas niej. Georgia Green na swoim przykładzie pokazuje, że nie warto trwać w przeszłości, ale wziąć życie we własne ręce i przede wszystkim być sobą. To świetna, motywująca do zmiany i pełna humoru książka!

Kiedy zaczynałam czytać tę książkę bałam się, iż trzymam w dłoniach kolejną książkę pełną miłosnych problemów, użalania się nad sobą przez kolejnych dwadzieścia stron książkę i tak dalej. Na szczęście, mimo kilku minusów, pani Katy Collins sprawiła, że cały ten miłosny wątek nie był  odczuwalny cały czas i dało się go przeżyć. (...) opowieść ta jest ogólnie dobra, lecz mało zaskakująca. Można się przy niej pośmiać, ale czasem trochę irytuje. Główna bohaterka nie jest tak płytka, jak można by się tego spodziewać, a styl pisarki jest przystępny i prosty. Jeśli na pewne mankamenty przymruży się oczy, powieść jest przyjemną odskocznią na jeden wieczór.

"Biuro Podróży Samotnych Serc..." to cudowna, niezwykle wciągająca powieść o tym, co dla każdego z nas powinno być ważne o ile nie najważniejsze: poznawaniu siebie i odnajdywaniu własnej drogi do szczęścia. Tej książki się nie czyta, ją się pochłania i przy okazji marzy o tym, by choć na chwilę zamienić się miejscami z główną bohaterką. Polecam tę powieść z całego serducha, bo oprócz poznania historii spisanej przez autorkę, pozwala nam na chwilę refleksji i zajrzenie w głąb siebie, wsłuchanie się we własne pragnienia. Nie wiem jak wy, ale ja już nie mogę się doczekać kolejnej części, kiedy to niesamowita Georgia uda się do Indii.

Biuro Podróży Samotnych Serc. Kierunek: Tajlandia to niezwykle pozytywna książka, będąca doskonałym połączeniem powieści obyczajowej, przygodowej i romansu. O jej wartości decyduje zapewne to, że jej autorka, dziennikarka i blogerka, Katy Colins, na własnej skórze przekonała się, co znaczy odciąć się od przeszłości, zapomnieć o bolesnych upokorzeniach, zawalczyć o siebie i swoje marzenia. (...) Z niecierpliwością czekam na kolejne przygody nieustraszonej Georgii. Jestem pewna, że będą one równie wciągające co jej podróż po Tajlandii. Polecam!

Główna bohaterka, Georgia, jest kobietą zbliżającą się do trzydziestki, uczuciową i roztargnioną, porównywaną z tyłu okładki do Briget Jones. Nie wydaje się szczególnie inteligentna, lecz ma w sobie pewien urok, który przy umiejętności przyciągania kłopotów tworzy z niej postać zwariowaną i wzbudzającą sympatię. Przygody dziewczyny intrygują i nie pozwalają się od siebie oderwać. Czytelnik z przyjemnością towarzyszy bohaterce w kolejnych perypetiach i przygodach. Jeśli szukacie lekkiej, pogodnej książki o prostej i optymistycznej fabule, ten tytuł z pewnością podbije Wasze serce.

Książka nie jest zła, przeciwnie, z przyjemnością poświęciłam się lekturze i śledziłam losy bohaterki. (...) To idealna powieść na wakacje- szata graficzna nie kłamie, a treść upewnia nas w tym jeszcze bardziej.

Zachęcona historią, która mogłaby przydarzyć się każdej z nas, a w dodatku ulokowana w zjawiskowej scenerii wiedziałam, że jest to książka dla mnie. Jednakże szczerze się przyznam, że bardzo szybko „Biuro Podróży Samotnych Serc” stało się dla mnie prawdziwą męką. Nudnawy początek, który zarysował strasznie naiwną postać potrafiłby zniechęcić nawet największego sympatyka egzotycznych krajów. Szczęśliwie, szybko nastąpiła zmiana klimatu- dosłownie i w przenośni, a cała masa sympatycznych postaci i cudowności, których dostarczyła nam wszystkim tajska wycieczka zaczęły się wylewać z kartek, sprawiając, że z zaciekawieniem sczytywaliśmy kolejne słowa. Najwspanialsze jest to, że nie tylko pozazdrościliśmy Katy Colins, zapragnęliśmy spakować się w plecak i wyjechać do nieznanego kraju, ale i zechcieliśmy szybko złapać w ręce kolejny tom. Na szczęście... „Kierunek Indie” już wkrótce!

Myślę, że w tej powieści każdy z Was może, chociaż w małej części, odnaleźć coś ze swojego życia i z własnego charakteru. Być może dlatego historia ta skradła moje serce a na samą myśl, że "Biuro Podroży Samotnych Serc", będzie miało kontynuację, tym razem w Indiach również z cudowną Georgią w roli głównej, już się cieszę! I czekam z niecierpliwością!
Książkę polecam w stu procentach. Nikt z Was nie będzie zawiedziony po jej lekturze. Mnie sprawiła wiele radości. Nie brakowało smutnych momentów, wielu wzruszeń ale i żartów, które przyprawiały o uśmiech. To emocjonująca historia opisująca losy młodej, zagubionej Brytyjki, która po stracie wszystkiego idzie przez życie i chce czerpać z niego jak najwięcej.

To bardzo pozytywna książka, to połączenie powieści obyczajowej, przygodowej i romansu. Ta książka to  taki trochę pamiętnik samej autorki Katy Colins która znalazła się w podobnej sytuacji co bohaterka książki, porzucona przez narzeczonego, rzuciła pracę, sprzedała dom i samochód i wyruszyła w podróż po odnalezienie siebie, zamiast wylewać łzy w poduszkę, to czego doświadczyła i co zobaczyła było właśnie inspiracją do napisania książki.

Książka jest połączeniem powieści obyczajowej, przygodowej i romansu. Przygód w niej nie brakowało. Romansów, które były dla mnie absurdalne również. Ciekawa jestem, czy autorka pisała o własnych doświadczeniach. Jeśli tak, muszę przyznać, że ma ciekawe życie. Powieść doskonale ukazuje przemianę głównej bohaterki, na którą wpływa każde kolejne niekoniecznie pożądane przez nią wydarzenie. Katy Colins posługuje się prostym językiem, nie brakuje też humoru. Akcja nabiera tempa już na samym początku, jednakże tak jak pisałam wcześniej, fabuła jest bardzo przewidywalna, a zakończenie osiągnęło szczyt banału. Powieść idealna na koniec lata. Myślę, że każda kobieta chciałaby wybrać się choć raz w życiu w taką podróż. Jeśli nie fizycznie, to przynajmniej razem z bohaterką, której przygody zostały opisane w książce.

Katy Colins stworzyła bardzo ciekawą historię, której czytanie nie tylko sprawia radość, ale również niesie ze sobą przesłanie o tym, aby się nie poddawać. To książka, w której pomimo wielu przykrości, jakie dotknęły główną bohaterkę, jest sporo humoru. Nie bez powodu na okładce znajdziecie porównanie do słynnej Bridget Jones. "Biuro Podróżny Samotnych Serc. Kierunek: Tajlandia" polecam wszystkim czytelnikom, którzy mają ochotę na coś lekkiego w wakacyjnym klimacie, a także tym, którzy ostatnio utracili wiarę w siebie. Ta książka z pewnością da Wam nadzieję na lepsze jutro.

Poznajemy Georgię, która swoim roztrzepaniem, relacjami z płcią przeciwną oraz zagubieniem życiowym przypomina trochę pannę Jones. (...) Jest silną, dobrą i pełną sympatii osobą, która jest otwarta na ludzi. Szkoda było mi czytać o jej niepowodzeniach... Było mi trochę przykro, że jej życie tak się zamotało. Niemniej nie myślcie sobie, że jest to powieść smutna. Nie! Jest pełna humoru, zabawnych wydarzeń i na pewno nie będziecie się przy niej nudzić. Bardzo spodobała mi się książka Katy Colins i już wyczekuję drugiej części. A Wam drogie panie, gorąco polecam "Biuro podróży samotnych serc. Kierunek Tajlandia". Skorzystajcie z tej wycieczki, będzie ona niezapomnianym i ekscytującym przeżyciem!

Książka autorstwa Katy Colins generalnie jest o tym, że nawet negatywne wydarzenia i sytuacje można przekuć na coś dobrego i że mogą być one impulsem do pozytywnych zmian w naszym życiu. Warto spełniać marzenia i szukać swojego miejsca na świecie. I nie poddawać się, choćby los rzucał nam pod nogi nie wiadomo ile kłód. (...) Jeżeli przypadną Wam do gustu przygody Georgii w Tajlandii, na pewno chętnie przeczytacie kolejną część losów dziewczyny. Książka ukaże się niedługo na rynku i tym razem Georgia poleci do Indii – kraju nieprzewidywalnego i kryjącego wiele niespodzianek.

Powieść czytało mi się naprawdę miło, miałam okazje poczuć klimat Tajlandii. Gorące słońce, zapach oceanu, potraw. Jednak często bywa tak, że te nieplanowe przygody uczą nas najwięcej. Czasami warto poddać się spontaniczności znać się na los. Autorka ukazuję swoją postawę wobec życia, mimo iż ślub nie był dobrą decyzją to nie warto się zamykać w czterech ścianach, lecz otwierać się na nowe. Nie powinno się gonić życia, a wręcz przeciwnie to życie powinno nas gonić i tą puentą zakończę recenzje tej książki, którą serdecznie Wam czytelnikom polecam.

Biuro podróży samotnych serc. Kierunek: Tajlandia to książka, która jest jedną z pozycji, która umili nam ostatnie chwile lata. Sięgając po tę książkę trzeba się liczyć z tym, że nie będzie ona bazowała na oryginalnym scenariuszu i raczej będzie skupiała się na zwariowanych przygodach głównej bohaterki niż na opisach przyrody (co z jednej strony jest plusem, a z drugiej aż by się chciało poczytać nieco więcej o Tajlandii). Jest to książka, której zadaniem jest zapewnienie czytelnikowi dobrej rozrywki w czasie relaksu na plaży czy w hamaku w ogrodzie. I swoje zadanie spełnia dobrze. Pozycja należy do tych z gatunku lekkich i przyjemnych. Dzięki przystępnemu stylowi autorki czyta się ją szybko.

„Biuro podróży samotnych serc. Kierunek Tajlandia” to książka o szukaniu własnego miejsca na ziemi. To zmiana swojego życia, po trochu spojrzenie na pewne sprawy z dystansu. Lekkie pióro pozwala na to by książkę przeczytać w jeden wieczór. Jeśli ktoś szuka prostych i zabawnych historii myślę, że książka was nie zawiedzie.

Książka ta jest zdecydowanie kierowana do kobiet w każdym wieku, które szukają literatury dla rozrywki. Niejednokrotnie sprawi, że na Waszych twarzach pojawi się uśmiech. Czytelnik (albo raczej czytelniczka) będzie przeżywała wszystkie wydarzenia razem z główną bohaterką, która swoją serdecznością kupi Wasze serca. Jestem pewna, że "Biuro Podróży Samotnych Serc" jest świetnym przykładem typowo wakacyjnej książki. I chociaż wakacje już powoli dobiegają końca - i tak warto zapoznać się z tą historią.

Książka podobała mi się już od samego początku. Pierwsze strony zazwyczaj są nudne, ale w tej tak nie było. Naprawdę zaciekawiła mnie ta powieść. (...) Podsumowując Biuro Podróży Samotnych Serc, to lekka powieść o szukaniu siebie, przygodach i miłości. Ma przyjemny klimat i cudowne opisy przyrody. Katy Colins zabiera nas w miejsca, o których nie mieliśmy pojęcia, kiedy czytałam tę książkę, czułam się jakbym uczestniczyła w zwiedzaniu Tajlandii. Z ręką na sercu mogę ją Wam polecić i jeśli będziecie mieli możliwość jej kupienia, to zróbcie to bez zastanowienia

Katy Colins stworzyła pozornie tylko banalną historię, opowieść o nieszczęśliwe miłości, jakich wiele jest na rynku. Zagłębiając się bowiem w fabułę, odkrywamy niezmierzone pokłady motywacji i inspiracji, autorka nie tylko pokazuje, że podróżowanie jest możliwe, ale przede wszystkim, że spełnienie marzeń leży w zasięgu naszych możliwości – wystarczy tylko zrobić pierwszy krok. Dzięki tej solidnej dawce energii do działania, dzięki porywającej akcji i jej zaskakującym zwrotom, dzięki cennym informacjom dotyczącym kilku miejsc w Tajlandii, powieść czyta się jednym tchem. Co więcej, przekonujemy się, że nie jesteśmy ze swoim smutkiem, bólem czy wątpliwościami same, wśród nas jest wiele samotnych serc, które dawno już pogrzebały swoje marzenia. Pora rozejrzeć się dookoła – być może pomożemy nie tylko sobie…

Katy Colins napisała dobrą powieść obyczajową, której fabuła była świetnie poprowadzona. Wszystkie opisy — otoczenia, uczuć, bohaterów — były bardzo dobrze ze sobą skomponowane, nie było nadmiaru informacji, ale odpowiednia ich ilość. Podsumowując Biuro Podróży Samotnych Serc było bardzo fajną przygodą, która rozpoczęła nie tylko życie naszej bohaterki, ale stanowiła też świetne rozpoczęcie serii, którą jest Biuro Podróży Samotnych Serc.

Nie doszukamy się w tej pozycji jakiś szczególnych opisów Tajlandii czy tajskich zwyczajów, co szczerze mówiąc nieco mnie rozczarowało. Przede wszystkim jest to obyczajówka o leczeniu złamanego serca i budowaniu poczucia własnej wartości, podróż jest w niej trochę na drugim miejscu. (...) Pierwszoosobowa narracja pozwoliła nie tylko lepiej poznać dwudziestoośmiolatkę, mogłam również wyraźniej dostrzec jak zmieniała się jej życiowa postawa wraz ze zdobywaniem nowych doświadczeń. Fabuła nie jest oryginalna, jednak przyjemny w odbiorze styl autorki sprawia, że książkę czyta się bardzo szybko.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ