Powieść obyczajowa
Hiszpańskie opowieści
KUP TERAZ

Hiszpańskie opowieści

Lynne Graham, Rebecca Winters, Kim Lawrence
brak opinii
Liczba stron: 448
ISBN: 9788327621634
Premiera: 2016-07-06

Hiszpania to nie tylko gaje pomarańczowe i plantacje oliwek, ale też wspaniałe zabytki i tętniące życiem miasta. Zwiedzając urokliwe zakątki, zyskujesz piękne wspomnienia i poznajesz nowych ludzi. Nigdy nie wiadomo, kto z nich odmieni twoje życie na zawsze.

W hiszpańskim zamku

Alejandro nigdy nie wybaczył żonie, która pewnego dnia od niego uciekła. Jest pewien, że go zdradzała. Kiedy prywatny detektyw odnajduje Jemimę, Alejandro proponuje jej kilkumiesięczny pobyt w swoim zamku w górach Andaluzji. Nie ufa żonie, ale chce się przekonać, czy zasłużyła na jeszcze  jedną szansę.

W słońcu Hiszpanii

Remi kontynuuje rodzinną tradycję. Wraz z tytułem odziedziczył gaje oliwne i piękną zabytkową posiadłość w pobliżu Toledo. Jillian, zauroczona tym magicznym miejscem, proponuje Remiemu, by udostępnił je turystom. Jednak trudno oczekiwać, by ceniącemu tradycję arystokracie spodobał się pomysł młodej Amerykanki. 

Przystanek w Madrycie

Nieoczekiwanie Emilio spotyka na madryckim lotnisku Meg, swoją dawną miłość. Kiedyś spodobała mu się od pierwszego wejrzenia, jednak zawarte z rozsądku małżeństwo z „odpowiednią” kobietą wiązało mu ręce. Teraz znów jest wolny i zrobi wszystko, by Meg zechciała dzielić z nim życie.

Hiszpańskie opowieści

 

 

 

Lynne Graham

W hiszpańskim zamku 

  

 

 

Alejandro Navarro Vasquez, hrabia Olivares, siedział w piękny wiosenny poranek na wspaniałym czarnym ogierze w cieniu gaju pomarańczowego i spoglądał na dolinę, będącą w posiadaniu jego hiszpańskiego rodu od przeszło pięciuset lat. Obecnie ta żyzna ziemia jak okiem sięgnąć należała do niego. Jednak pociągła przystojna twarz mężczyzny miała posępny wyraz - jak często się zdarzało od czasu rozpadu jego małżeństwa niemal dwa i pół roku temu.

Był bogatym właścicielem ziemskim, lecz podążył za głosem serca, a nie rozumu, i poślubił niewłaściwą kobietę, wskutek czego jego rodzina się rozpadła. Ta świadomość napawała goryczą tego silnego, dumnego mężczyznę. Wciąż jeszcze płacił cenę za ów kosztowny błąd. Jego młodszy przyrodni brat Marco, którym Alejandro opiekował się w przeszłości po przedwczesnej śmierci ich ojca, przyjął pracę w Nowym Jorku i zerwał wszelkie kontakty z matką i rodzeństwem.

Żona i brat zdradzili zaufanie i miłość Alejandra. Odkąd Jemima od niego odeszła, depcząc jego uczucia, żywił pragnienie sprawiedliwej zemsty, chociaż jako człowiek obdarzony bystrą inteligencją dobrze wiedział, że w sprawach sercowych nie istnieje nic takiego jak sprawiedliwość.

Zawibrowała komórka Alejandra. Wyjął ją i ze zdziwieniem odczytał wiadomość. Okazało się, że prywatny detektyw, którego wynajął do odnalezienia Jemimy, przybył się z nim zobaczyć. Alejandro zawrócił konia i szybko ruszył z powrotem. Zastanawiał się niecierpliwie, czy Alonsowi Ortedze udało się w końcu wytropić jego żonę, z którą pozostawał w separacji.

- Proszę wybaczyć, panie hrabio, że zjawiam się bez wcześniejszej zapowiedzi - rzekł starszy mężczyzna - ale chciałem jak najszybciej zawiadomić, że odnalazłem hrabinę.

- W Anglii? - zapytał Alejandro.

Usłyszawszy potwierdzenie swych podejrzeń, wysłuchał szczegółowych wyjaśnień Ortegi. W tym momencie do pokoju weszła hrabina wdowa donąa Hortencia. Gdy dowiedziała się o sukcesie poszukiwań, jej oblicze rozjaśnił rzadki uśmiech aprobaty.

- Powinienem wspomnieć jeszcze o jednym fakcie - powiedział z ociąganiem Ortega, unikając przenikliwego wzroku arystokratycznej pani domu. - Hrabina Jemima ma obecnie synka w wieku około dwóch lat.

Alejandro znieruchomiał i zapadła martwa cisza. Nagle drzwi się otworzyły i weszła jego starsza siostra Beatriz. Wymamrotała przeprosiny, lecz donąa Hortencia uciszyła ją władczo i oznajmiła lodowatym tonem:

- Ta rozpustna angielska wiedźma, która poślubiła twojego nieszczęsnego brata, urodziła teraz bękarta.

Alejandro miał ochotę złapać detektywa za klapy marynarki i wydusić z niego wszystkie szczegóły. Wyczuwając jego gwałtowne zniecierpliwienie, Ortega wręczył mu cienką kartonową teczkę, po czym pożegnał się pospiesznie i wyszedł.

- Dziecko? - wyjąkała wstrząśnięta i skonsternowana Beatriz, rzucając przerażone spojrzenie na brata. - Ale czyje dziecko?

Alejandro z kamienną twarzą odpowiedział jej lekceważącym wzruszeniem ramion. To z pewnością nie był jego syn. Mimo to poczuł się ogromnie upokorzony. "Kolejny gwóźdź do trumny Jemimy - pomyślał ponuro. - Dio mio, dziecko innego mężczyzny!''.

- Powinieneś był mnie posłuchać - zrzędziła doña Hortencia. - Gdy tylko ujrzałam tę niegodziwą kobietę, wiedziałam, że przysporzy ci zmartwień. Byłeś jednym z najbardziej wziętych kawalerów w Hiszpanii i mogłeś poślubić każdą...

- Ale ożeniłem się z Jemimą - Alejandro szorstko przerwał jej biadolenia.

- Ponieważ ta wszetecznica cię opętała! Jeden mężczyzna jej nie wystarczy. Przez nią mój biedny Marco mieszka na drugim końcu świata. To obrzydliwe, że urodziła nieślubne dziecko, które nosi nasze nazwisko...

- Dość! - warknął ostro Alejandro. - Te lamenty nie mają sensu. Co się stało, to się nie odstanie.

Na pomarszczonej twarzy starej hrabiny odmalował się gniew. Rzuciła synowi oskarżycielskie spojrzenie.

- Ale przecież jeszcze nawet nie wszcząłeś procesu rozwodowego.

- Wkrótce pojadę do Anglii i zobaczę się z Jemimą - oświadczył stanowczo.

- Wyślij naszego adwokata - poradziła żywo.

- Muszę spotkać się z nią osobiście. Jemima nadal jest moją żoną - zaoponował spokojnym, kulturalnym tonem świetnie wykształconego arystokraty. Jednak gdy donąa Hortencia zaczęła głośno protestować, stracił cierpliwość. - Informuję cię o moich zamiarach jedynie przez uprzejmość. Nie potrzebuję ani twojego pozwolenia, ani aprobaty.

Wrócił do gabinetu i nalał sobie spory kieliszek brandy. Wciąż jeszcze był zszokowany wiadomością, że niedługo po rozstaniu z nim Jemima urodziła dziecko. A więc to jest syn Marca? Czy może jakiegoś innego mężczyzny? Ze wstrętem porzucił te rozważania i przebiegł w myśli nieliczne znane sobie fakty. Jemima mieszka obecnie w miasteczku w hrabstwie Dorset, gdzie prowadzi kwiaciarnię. Przez moment znów zapragnął swojej niewiernej żony, lecz zapanował nad tym odruchem pożądania dzięki samodyscyplinie i bystrej inteligencji. Tylko gdzie się podziały te cechy, gdy lekkomyślnie wiązał się z Jemimą Grey?

Nie miał nic na swoją obronę, ponieważ jeszcze przed ślubem zdawał sobie sprawę z dzielącej ich przepaści społecznej. Oczywiście, matka miała rację, że urzekł go zmysłowy urok Jemimy. Pomimo licznych podbojów miłosnych, tym razem nie zdołał zaspokoić swego pożądania tej kobiety inaczej, niż poślubiając ją. Na szczęście gorzkie rozczarowanie, jakie przeżył w trakcie krótkiego małżeństwa, całkowicie wyleczyło go z erotycznego uzależnienia od niewiernej żony.

To nieroztropne małżeństwo w istocie zniszczyło rodzinę Alejandra. Lecz na razie Jemima pozostawała w świetle prawa jego żoną i czy mu się to podobało, czy nie, ponosił odpowiedzialność za nią oraz jej synka, który do czasu sfinalizowania rozwodu był jego legalnym potomkiem. Dlatego musiał pojechać do Anglii.

Od pięciu stuleci żaden hrabia Olivares nie uchylił się tchórzliwie od obowiązku, choćby najbardziej nieprzyjemnego. Alejandro nie zamierzał postąpić inaczej. Jemima miała szczęście, że żyła w dwudziestym pierwszym wieku. Jego średniowieczni antenaci zamknęliby wiarołomną żonę w klasztorze albo zamordowali ją za splamienie honoru rodu. Oni przynajmniej mogli się zemścić, pomyślał posępnie.

Gdy Jemima owijała bukiet w dekoracyjny celofan, Alfie wyjrzał zza kontuaru z figlarnym błyskiem w wielkich brązowych oczach.

- Dzień dobry! - zawołał śmiało do czekającej klientki.

- Dzień dobry. Jakie piękne dziecko - zauważyła kobieta i uśmiechnęła się do niego.

Alfie często słyszy takie komplementy, pomyślała Jemima, chowając należność do kasy sklepowej. Zastanawiała się, czy kiedykolwiek zaczną wprawiać go zakłopotanie. Jaki ojciec, taki syn, skonstatowała ze smutkiem. Chłopczyk odziedziczył bardzo wiele po swym hiszpańskim ojcu, przynajmniej jeśli chodzi o wygląd: ciemnobrązowe oczy, śniadą cerę i gęste, jedwabiste czarne włosy. Na szczęście po niej miał łagodny charakter i optymistyczne usposobienie. Jedynie z rzadka objawiał gwałtowny temperament ojca.

Porzuciła te rozmyślania i zajęła się układaniem kolejnego bukietu dla klientki, której wcześniej spodobała się jej kwiatowa aranżacja na wystawie ogrodniczej. Czysty przypadek sprowadził Jemimę w krytycznym punkcie jej życia do tego miasteczka Charlbury St Helens, lecz nigdy nie żałowała, że się tu osiedliła i stworzyła fundamenty swej nowej przyszłości.

Jedynym zajęciem, jakie mogła tutaj znaleźć, będąc w ciąży, była posada asystentki w kwiaciarni. Potrzebowała pracy, by odzyskać szacunek dla samej siebie. Odkryła w sobie jednak autentyczne zainteresowanie tą dziedziną, toteż ukończyła zaocznie kurs i uzyskała kwalifikacje florystki. Kiedy jej chlebodawczyni odeszła na emeryturę, Jemima zdecydowała się na śmiały krok: przejęła sklep i rozszerzyła działalność o przygotowywanie kwiatowych dekoracji na skromne śluby i inne niewielkie imprezy.

Była ogromnie dumna, że aż tyle osiągnęła. Posiadanie własnego sklepu to bardzo wiele jak na córkę notorycznego kryminalisty i poniewieranej przez niego alkoholiczki, która zginęła w wypadku spowodowanym przez męża podczas jazdy ukradzionym samochodem. Jako nastolatka Jemima nigdy nie ośmielała się żywić jakichkolwiek ambicji i nadziei. Nikt w jej rodzinie nigdy nawet nie próbował wspiąć się na wyższy szczebel drabiny społecznej.

- Takie pomysły to nie dla nas - odpowiedziała jej matka szkolnemu nauczycielowi, który usiłował ją przekonać, że córka powinna kontynuować edukację.

- Jesteś taka sama jak twoja matka: głupia jak but i niezdatna do niczego - mawiał przez lata jej ojciec.

Po lunchu odprowadziła synka do miejscowego przedszkola. Alfie był bardzo towarzyski i rozpierała go energia po poranku spędzonym w kwiaciarni. Wcześniej Jemima musiała korzystać z pomocy Flory - opiekunki do dziecka, a zarazem jej bliskiej przyjaciółki - lecz obecnie chłopczyk osiągnął już wiek przedszkolny.

Zresztą Flora była teraz zajęta prowadzeniem pensjonatu. Dlatego Jemimę przyjemnie zaskoczyło, gdy godzinę później rudowłosa przyjaciółka wpadła do kwiaciarni na kawę. Siedząc z nią w małej kuchni, Jemima przyjrzała się uważnie jej zakłopotanej minie.

- Co się stało? - spytała.

- Prawdopodobnie nic takiego. Zamierzałam powiedzieć ci o tym już w weekend, ale w sobotę w pensjonacie zamieszkała cała rodzina i miałam pełne ręce roboty - odpowiedziała Flora. - Chodzi o to, że w ubiegły czwartek jakiś facet krążył wynajętym samochodem po miasteczku i ktoś widział, jak fotografował twoją kwiaciarnię. Poza tym ten nieznajomy wypytywał o ciebie na poczcie.

Jemima znieruchomiała i zbladła. Była drobną blondynką o jasnej cerze, niezaprzeczalnie piękną, o eterycznym typie urody. Mężczyźni masowo ulegali jej urokowi. Mieszkańcy miasteczka żartowali, że uratowała miejscowy chór kościelny, który niemal się już rozpadał, ale kiedy do niego wstąpiła, w jej ślady natychmiast poszła spora grupa młodych ludzi. To nie znaczy, że którykolwiek z nich zdołał się do niej zbliżyć. Jemima, ciężko doświadczona przez swe nieudane małżeństwo, traktowała mężczyzn wyłącznie jak przyjaciół i poświęcała całą energię na wychowanie syna i pracę.

- O co pytał? - rzuciła słabym głosem i przebiegł ją dreszcz lęku.

- O to gdzie mieszkasz i o wiek Alfiego. Maurice z poczty mówi, że ten facet jest młody i bardzo przystojny.

- Czy to Hiszpan?

Flora potrząsnęła głową.

- Nie. Według Maurice wygląda na londyńczyka. Prawdopodobnie spodobałaś mu się i próbuje cię poderwać.

- Żaden młody przystojny mężczyzna nie odwiedził w zeszłym tygodniu kwiaciarni - oświadczyła wyraźnie zaniepokojona Jemima.

- Być może stracił zainteresowanie tobą, gdy się dowiedział, że masz dziecko - stwierdziła Flora, wzruszając ramionami. - Nie wspomniałabym ci o nim, gdybym wiedziała, że tak cię to zdenerwuje. Może po prostu zadzwoń do... ee... jak się nazywa twój mąż?

- Alejandro - podpowiedziała Jemima napiętym tonem.

- Więc zadzwoń do niego i powiedz, że chcesz rozwodu.

- Alejandro nie znosi, by cokolwiek mu narzucano. Zawsze sam decyduje o wszystkim. Poza tym to nie będzie takie proste, kiedy dowie się o Alfiem.

- Wobec tego idź do adwokata i opowiedz, jakim złym mężem był dla ciebie Alejandro.

- Nie pił ani mnie nie bił.

Flora skrzywiła się.

- Istnieje wiele innych, mniej drastycznych podstaw do uzyskania rozwodu, na przykład zaniedbywanie albo psychiczne znęcanie się. A on przecież zostawił cię na łasce swojej okropnej rodziny.

- Jego brat i siostra nie byli dla mnie źli, tylko matka - wyjaśniła Jemima. - I nie sądzę, by można to uznać za psychiczne znęcanie się nade mną.

Porywcza Flora zmierzyła przyjaciółkę niewzruszonym spojrzeniem.

- Alejandro ciągle cię krytykował, stale był nieobecny w domu i sprawił, że zaszłaś w ciążę, zanim jeszcze byłaś naprawdę gotowa na urodzenie dziecka.

Jemima oblała się gorącym rumieńcem. Przez moment pożałowała, że była wobec Flory aż tak szczera w pierwszych tygodniach ich przyjaźni. Oczywiście, wówczas kipiały w niej emocje i musiała się nimi z kimś podzielić. Na szczęście nie wyjawiła Florze swego najmroczniejszego sekretu.

- Ja go po prostu rozczarowałam - wyznała otwarcie, siląc się na beztroski ton.

W młodości nieustannie była rozczarowaniem dla obojga rodziców, toteż skłonność do wynajdywania w sobie wad i koncentrowania się na nich stała się jej drugą naturą. W swoim czasie matka zgłosiła ją do młodzieżowego konkursu piękności, jednak nieśmiałość i powściągliwe usposobienie nie pozwoliły dziewczynce na nim zabłysnąć. Jako bujająca w obłokach nastolatka nie poradziła sobie również na kursie dla przyszłych urzędniczek. Przez to rozwiała drugie sekretne marzenie matki o tym, że jej córka zostanie dynamiczną i efektywną asystentką jakiegoś milionera, który pewnego dnia szaleńczo się w niej zakocha. Matka żyła w świecie złudzeń, które oprócz alkoholu stanowiły jej jedyną ucieczkę przed okropną rzeczywistością nieudanego małżeństwa.

Ojciec Jemimy, marzący jedynie o zdobyciu fury pieniędzy bez konieczności choćby zwleczenia się z kanapy, pragnął, aby córka została modelką. Jednak ona nie dość urosła, a nie miała też bujnych kształtów, niezbędnych dla innego typu modelek. Po śmierci żony Stephen Grey chciał zmusić córkę do przyjęcia posady tancerki w nocnym klubie jego kumpla, a gdy odmówiła, pobił ją i wyrzucił z domu. Dopiero po kilku latach ponownie spotkała ojca w okolicznościach, o których wolałaby zapomnieć.

Tak, Jemima wcześnie nauczyła się, że ludzie oczekują od niej więcej, niż jest w stanie im dać - i niestety, tak stało się również w jej małżeństwie. Dopiero gdy po rozstaniu z mężem rozpoczęła samodzielne życie i zaczęła prowadzić własną kwiaciarnię, zyskała pewność siebie.

Jednak kiedy wcześniej poznała Alejandra i z miejsca się w nim zakochała, wydawało się, że spełniły się wszystkie jej marzenia. Poślubiła bogatego i wykształconego cudzoziemca ze starej, szacownej rodziny, toteż naprawdę uwierzyła, że skoro ziściło się niemożliwe, poradzi sobie z wszelkimi przeciwnościami. Niestety, szybko przeżyła gorzkie rozczarowanie, gdy okazało się, że nie potrafi sprostać wygórowanym standardom tego małżeństwa. Dręczyła się swym niskim pochodzeniem społecznym, jednak największy błąd popełniła, zaprzyjaźniając się zbyt blisko ze swoim szwagrem Markiem. Usprawiedliwiało ją to, że gdyby Alejandro jej nie zaniedbywał i pomógłby odnaleźć się w nowej sytuacji w obcym kraju, nie czułaby się tak samotna i nie szukałaby tak chętnie towarzystwa Marca. Darzyła szwagra szczerym podziwem, toteż zabolało ją, że po rozpadzie jej małżeństwa nawet nie próbował się z nią skontaktować.

- Ten twój mąż nie był ciebie wart - stwierdziła teraz stanowczo Flora. - Jednak powinnaś powiadomić go o urodzeniu Alfiego, zamiast ukrywać ten fakt jak coś wstydliwego.

Jemima znów się zaczerwieniła. Uświadomiła sobie z bólem, że gdyby wyjawiła całą prawdę, przyjaciółka zapewne odwróciłaby się od niej.

- Obawiam się, że jeśli Alejandro dowie się o Alfiem, zrobi wszystko, aby zyskać prawo do wyłącznej opieki nad nim i zabrać go z powrotem do Hiszpanii - odrzekła z ciężkim westchnieniem. - On bardzo poważnie traktuje swoje obowiązki wobec rodziny.

- Skoro tak, to istotnie postępujesz słusznie - przyznała z wahaniem Flora. - Jednak nie możesz wiecznie zatajać przed nim istnienia syna.

- Chwilowo to najlepsze rozwiązanie - oświadczyła Jemima i odstawiła filiżankę z kawą, ponieważ zadźwięczał dzwonek nad drzwiami kwiaciarni i musiała obsłużyć klienta.

Niedługo potem pojechała dostarczyć kwiatowe ozdoby na wieczorne przyjęcie w jednej z wielkich podmiejskich rezydencji. W drodze powrotnej odebrała Alfiego z przedszkola. Wynajmowała mały domek z ogródkiem, w którym chłopczyk miał piaskownicę i huśtawkę.

Czasami wydawało jej się jedynie fantastyczną bajką to, że jeszcze nie tak dawno była żoną hiszpańskiego hrabiego Alejandra Navarry Vasqueza i mieszkała w zamku Castillo de Halcoun - zabytkowej budowli pełnej bezcennych dzieł sztuki. Stara hrabina nie pozwalała jej niczego zmienić w wystroju wnętrza zamku, który uważała nadal za swoją własność. Jemima często czuła się tam jak nielubiana sublokatorka. Nie odpowiadały jej również ceremonialne formy, przebieranie się do kolacji w wieczorowe stroje, sztywny stosunek do służby, a także konieczność zabawiania ważnych gości Alejandra.

Szukając zalet tego małżeństwa, pomyślała natychmiast o swym przystojnym mężu. Kochała go i podziwiała, lecz stale miała nieodparte wrażenie, że nie dorasta do jego poziomu i pozycji społecznej. Uświadomiła sobie, że najlepsze rzeczy w jej życiu wydarzyły się za sprawą przypadku. Tak było z nieplanowanym poczęciem Alfiego, z awarią jej samochodu akurat w Charlbury St Helens, gdy opuściła Hiszpanię, z poślubieniem Alejandra, a nawet, o ironio, z okolicznościami, w jakich go poznała.

Szofer Alejandra potrącił ją na parkingu, gdy jechała na rowerze. Miała wtedy dzień wolny od pracy recepcjonistki w pobliskim hotelu, a używanie roweru było dla niej koniecznością w tej wiejskiej okolicy niemal pozbawionej komunikacji autobusowej. Imponujący mercedes zahamował z piskiem opon. Alejandro i szofer wysiedli sprawdzić, czy nie odniosła obrażeń. Istotnie, miała zdarte kolano i posiniaczone biodro. Zanim się obejrzała, jej uszkodzony rower oddano do naprawy w miejscowym serwisie, a ją samą ulokował wygodnie w luksusowej limuzynie i zawiózł do najbliższego szpitala najprzystojniejszy mężczyzna, jakiego kiedykolwiek spotkała. Żałowała, że już wówczas nie zorientowała się, jak bardzo ten człowiek potrafi być apodyktyczny i głuchy na wszelkie argumenty - pomimo protestów Jemimy, że nic poważnego jej się nie stało, na polecenie Alejandra prześwietlono jej kolano, a potem zdezynfekowano i zabandażowano otarcie skóry.

Przeżyła wtedy miłość od pierwszego wejrzenia. Dotąd nie wierzyła, że coś takiego w ogóle istnieje, a ponadto dorastając, poprzysięgła sobie, że nigdy nie pozwoli, by jakikolwiek mężczyzna zyskał nad nią taką władzę, jaką jej ojciec zawsze sprawował nad matką. Lecz mimo to zakochała się w Alejandrze Navarro Vasquezie, gdy tylko go ujrzała.

Zanim się jej oświadczył, przeżyła kilka miesięcy udręki. Spotykali się ze sobą, lecz Alejandro często nie dzwonił pomimo obietnic, w ostatniej chwili odwoływał randki i dawał się fotografować reporterom prasowym z innymi kobietami. Duma Jemimy głęboko ucierpiała, lecz pojmowała, że ten wyniosły hrabia przeżywa wahania i rozterki spowodowane dzielącą ich przepastną różnicą pochodzenia i pozycji społecznej. W końcu jednak poprosił ją o rękę i oznajmił, że są sobie przeznaczeni.

Okazało się, że w rzeczywistości pasują do siebie jak ogień i woda, pomyślała teraz Jemima z bolesną rezygnacją, przewracając się w nocy bezsennie w łóżku i rozpamiętując utraconą przeszłość.

Nazajutrz od rana krzątała się w pracy. Był zimny wczesnowiosenny dzień, a poza tym w kwiaciarni zawsze panował chłód, gdyż zbyt wysoka temperatura szkodziła roślinom. Jemima przemarzła, poszła więc na zaplecze i włożyła czarną kurtkę z polarem. Alfie jeździł na trójkołowym rowerku po małym podwórzu za domem i wydawał donośne dźwięki naśladujące warkot silnika.

Gdy wróciła do sklepu, usłyszała, jak ktoś powiedział:

- Jemimo...

Miała nadzieję już nigdy nie usłyszeć tego głębokiego, zmysłowego męskiego głosu. Zacisnęła powieki i nie odwróciła się, wmawiając sobie, że to tylko złudzenie.

Nagle napłynęło wspomnienie tego, jak budziła się w łóżku z Alejandrem po upojnej nocy. Natychmiast przypomniała sobie również z bólem, że gdy zaszła w ciążę, przestała go pociągać.

I oto teraz zjawił się tutaj ten jej mąż, którego niegdyś pokochała i pożądała, a on nieustannie dręczył ją, gardząc jej słabością. Zszokowana otworzyła fiołkowe oczy i przyjrzała się z niedowierzaniem aroganckiej twarzy o patrycjuszowskich wysokich kościach policzkowych, prostym nosie i zmysłowych ustach. Był nadzwyczaj przystojnym mężczyzną i prezentował się olśniewająco w nieskazitelnie skrojonym czarnym garniturze i drogich błyszczących butach. Zawsze wyglądał nienagannie, pomyślała tępo. Tylko w łóżku bywało inaczej, gdy namiętnie wbijała mu paznokcie w plecy. Nagle zapragnęła go gwałtownie i to wprawiło ją w panikę.

- Co ty tu robisz? - spytała bez tchu.

 

 

 

 

 

 

Rebecca Winters

 

W słońcu Hiszpanii

 

- Czy uczcimy to kroplą koniaku, don Remi?

Remigio Alfonso de Vargas y Goyo usiadł w obitym skórą fotelu i założył nogę na nogę. Nie lubił, kiedy się do niego zwracano w taki sposób, jakby był reliktem z okresu monarchii absolutnej. Wydawało mu się to staroświeckie. Jako człowiek pragmatyczny, uważał, że w nowych czasach tytuły są absurdalne. I dlatego spojrzał na swojego księgowego z wyrzutem.

- Co mamy uczcić?

Jego rozmówca, elegancki, niemal siedemdziesięcioletni mężczyzna, napełnił kieliszki.

- Twoja firma wygląda znacznie lepiej niż przed... - Urwał, odwrócił wzrok i przełknął łyk koniaku. - Chcę powiedzieć, że Soleado Goyo może teraz napędzić twoim konkurentom sporo strachu.

- Nie bądź nadmiernym optymistą, Luis. Trwa susza i nic nie zapowiada jej końca. A brak wody zawsze najsilniej uderza w gaje oliwne. Sam dobrze o tym wiesz.

W drugiej połowie dziewiętnastego wieku, po utracie kolonii, Hiszpania zubożała i nawet rodzina Goyo musiała pracować na chleb. Fortuna dawnych książąt Toledo, rodu, z którego wywodzili się przodkowie Remiego, dawno stopniała.

- Czy zamierzasz wobec tego zróżnicować uprawy? Remi zaśmiał się z goryczą.

- Nie, nie zamierzam iść w ślady mojego ojca. Błędy, które popełnił, doprowadziły do katastrofy i jego przedwczesnej śmierci. Jestem bardziej konserwatywny i nie będę eksperymentować.

- Ja tylko pytałem, Remi - mruknął Luis, wzruszając ramionami. - To ty jesteś ekspertem. Jakże śmiałbym cię do czegokolwiek namawiać?

- Daje ci do tego prawo wieloletnia współpraca z moim ojcem.

- Ale ja znam się tylko na liczbach.

- Za to bardzo dobrze.

- Gracias.

Remi podniósł się z fotela. Po dwóch latach ciężkiej pracy spłacił właśnie ostatnią ratę kredytu zaciągniętego w banku przez jego ojca. Uratował honor rodzinny i swoją opinię. Mimo to niechętnie jechał na to spotkanie z Luisem. Każdy wyjazd do Toledo groził odświeżaniem wspomnień, które on chciał ze swojej pamięci wykorzenić.

Gdy przypominał sobie okoliczności, w jakich został oszukany i zdradzony, opadały go czarne myśli. Wiedział, że w takich chwilach staje się niezbyt miłym kompanem. Nie chciał więc narażać na swoje towarzystwo Luisa, który zawsze był dla niego źródłem optymizmu i zasługiwał na lepszy los.

Zrobił kilka kroków w stronę drzwi, chcąc jak najprędzej znaleźć się z powrotem w domu.

- Remi?

Odwrócił głowę i spojrzał na Luisa badawczo.

- Tak?

- Jestem bardzo dumny z tego, czego dokonałeś. Twój ojciec też byłby z ciebie zadowolony.

Mój ojciec przewróciłby się w grobie, gdyby wiedział, że jego trzydziestotrzyletni syn omal nie stracił wszystkiego, co udało się zdobyć pięciu pokoleniom naszej rodziny, pomyślał Remi. I że nadal płacę za błędy w życiu osobistym.

Ukłonił się lekko Luisowi i wyszedł z jego gabinetu. Potem zbiegł po schodach i wyszedł na wąską uliczkę, na której zaparkował swój czarny samochód.

Jako chłopiec często spacerował ulicami Toledo, rozkoszując się ciszą i spokojem. Ale od tej pory wiele się zmieniło. Turyści z całego świata odkryli uroki tego miasta i tłoczyli się w nim przez okrągły rok. Byli bardziej dokuczliwi niż upał, który nękał całą centralną część Hiszpanii.

Lipiec przynosił spiekotę, burze i pożary. Uderzenie pioruna mogło zamienić rozrośnięte drzewo oliwne w płonącą pochodnię. Być może pewnego dnia trafi we mnie? - pomyślał z goryczą.

Życie właścicieli wielkich majątków stawało się coraz cięższe, ale to było jego życie. Choć wszystkie jego marzenia dawno się rozwiały, pozostał mu odziedziczony po przodkach majątek. To z tego jedynie powodu zmuszał się co rano do wstania z łóżka.

Zdjął letnią marynarkę i rozwiązał krawat. Rzucił je na tylne siedzenie i uruchomił silnik. Wkrótce minął mauretańskie mury obronne i znalazł się na obrzeżu miasta. Przez chwilę posuwał się wzdłuż rzeki Tag, a potem wyjechał na rozległą równinę i stwierdził z zadowoleniem, że teraz, o trzeciej po południu, ruch jest tu o wiele mniejszy.

W miarę upływu czasu opuszczało go napięcie. Wiedział, że za piętnaście minut znajdzie się na terenie swojej posiadłości, na której czeka go mnóstwo pracy. Praca, ciężka fizyczna praca pozwalała mu zapomnieć o przeszłości. Jej demony nękały go tylko podczas bezsennych nocy. Kiedy budził się rano, był często całkowicie wyczerpany.

Pogrążony w niewesołych myślach nie zwrócił uwagi na jadący z naprzeciwka samochód, który wynurzył się zza zakrętu. Jego kierowca musiał zauważyć przebiegającego przez drogę byka w tym samym momencie co on, bo gwałtownie zmienił pas, zjeżdżając na lewą stronę szosy. Remi jechał zbyt szybko, by natychmiast zahamować.

Przez chwilę groziło im zderzenie czołowe. Potem drugi kierowca nagle przekręcił kierownicę i przemknął o kilka centymetrów od niego, cudem unikając katastrofy, ale samochód wpadł w poślizg, wypadł z szosy na pobocze i przewrócił się na bok.

Remi zatrzymał się i podbiegł do niebieskiego auta, którego dwa koła nadal kręciły się w powietrzu. Przednia i tylna szyba były rozbite. Wszędzie leżały drobiny szkła. Zajrzał do wnętrza i stwierdził, że jest tam tylko jedna osoba. Młoda kobieta. Wydała cichy jęk, a on pomyślał, że dzięki Bogu żyje. Pas bezpieczeństwa uchronił ją od wypadnięcia przez przednią szybę.

- Nic się pani nie stało, señora - przemówił do niej w swoim ojczystym języku.

- Ratunku - jęknęła z rozpaczą. - Moje oko... nic nie widzę... - Mówiła po hiszpańsku z wyraźnym amerykańskim akcentem.

- Niech pani się nie rusza - polecił jej po angielsku. - Proszę nie dotykać tego oka, bo to może pani zaszkodzić. Zaraz wyciągnę panią z samochodu.

Pochylił się, chcąc rozpiąć pas bezpieczeństwa, i zauważył, że po policzku kobiety spływa krew, którą spryskane są też jej jasne włosy. Domyślił się, że musiał uderzyć ją w twarz oderwany kawałek szkła lub metalu.

Bez trudu wyniósł ją z samochodu i ostrożnie położył na trawie.

- Proszę się nie ruszać - powiedział. - Zaraz panią zawiozę do szpitala.

- Dziękuję... - szepnęła słabym głosem. Była bardzo blada i kurczowo zaciskała dłonie. Wiedział, że musi odczuwać silny ból i podziwiał hart ducha, z jakim go znosiła.

Wyjął telefon i zadzwonił na policję. Wyjaśnił okoliczności zajścia dyżurnemu oficerowi, który obiecał, że zaraz przyśle śmigłowiec sanitarny.

Potem zatelefonował do zarządcy majątku, poinformował go o wypadku i poprosił, by przyjechał po jego samochód, zabierając ze sobą jednego z pracowników. Kazał mu poczekać na miejscu zdarzenia i odbyć wstępną rozmowę z policją, gdyż doszedł do wniosku, że w tych okolicznościach powinien towarzyszyć młodej kobiecie w drodze do szpitala. Czuł się po części odpowiedzialny za ten wypadek. Przypuszczał, że nie doszłoby do niego, gdyby był bardziej skupiony na prowadzeniu samochodu.

Usłyszał pisk opon i dostrzegł kilka samochodów, których kierowcy zatrzymali się, by oferować pomoc. Ranna kobieta chwyciła go za rękę.

- Proszę! - jęknęła cicho. - Nie chcę obcych ludzi... Oznajmił właścicielom aut, że pomoc jest już w drodze, toteż wsiedli do swoich pojazdów i odjechali. Po chwili na drodze znów zapanowała cisza.

- Jak się pani nazywa?

- Jillian Gray - odparła słabym głosem, w którym nie było jednak ani cienia histerii.

- Czy ma pani męża albo przyjaciela, do którego mógłbym zadzwonić?

- Nie.

- Czy jest pani tu ze znajomymi albo z rodziną?

- Nie. - Każde słowo sprawiało jej wielką trudność.

- Wytrzymaj jeszcze chwilę, Jillian. Słyszę już helikopter. Za chwilę ból ustanie.

- Czy oko nadal jest na miejscu?

Madre de Dios, pomyślał, słysząc w jej głosie przerażenie.

- Oczywiście. Wszystko będzie dobrze - odparł, mając nadzieję, że się nie myli. - Krwawienie ustało. Nie płacz, bo sól zawarta we łzach podrażni twoją ranę.

Miał ochotę zadać jej wiele pytań, ale wiedział, że zrobi to personel szpitala.

- Helikopter już ląduje.

- Moja torebka...

- O nic się teraz nie martw. - Wiedział, że torebkę odnajdzie policja, chcąc obejrzeć paszport, i że zwróci ją po zakończeniu wstępnego rozeznania. - Ważne jest to, żebyś jak najszybciej trafiła do szpitala. Obiecuję, że zadbam o to, aby oddano ci wszystkie twoje rzeczy.

- Dziękuję... - wyszeptała Jillian.

Trzej członkowie załogi śmigłowca zeskoczyli na ziemię. W ciągu kilku minut przeprowadzili badanie wstępne i ułożyli ranną na noszach. Remi poszedł za nimi i wspiął się na pokład śmigłowca.

Kiedy wzbili się w powietrze, usłyszał wycie syren. Wyjrzał przez okno i zobaczył radiowóz oraz nadjeżdżającą z przeciwnej strony furgonetkę. Odetchnął z ulgą, wiedząc, że Paco odpowie na wszystkie pytania policjantów.

Zauważył z radością, że ratownicy podają dziewczynie kroplówkę z antybiotykami i środkami przeciwbólowymi. Już po chwili zaczęła spokojniej oddychać. Założyli jej też na szyję kołnierz usztywniający, by nie poruszała głową. Ale na szczęście nie próbowali jej przesłuchiwać. Siedzący najbliżej niego członek załogi helikoptera wyjął notes i zaczął zbierać dane.

- Jak pan się nazywa? - spytał Remiego.

- Remigio Goyo.

Ratownik szeroko otworzył oczy.

- Don Remigio Goyo?

- Tak.

- W takim razie nie muszę pytać o pański adres. Soleado Goyo, Castile-La Mancha. Czy zna pan tę kobietę?

- Nie.

- Czy był pan świadkiem wypadku?

- Tak - mruknął Remi przez zęby. - Oboje próbowaliśmy ominąć byka, który nagle przebiegł przez drogę. Muszę przyznać, że gdyby ta pani była gorszym kierowcą, doszłoby do czołowego zderzenia.

- Czy wie pan, jak ona się nazywa?

- Jillian Gray. Nie mam pojęcia, jak się to pisze.

- Kto jest jej najbliższym krewnym?

- Nie wiem. Ustali to policja.

- Jest bardzo piękna. Niech pan spojrzy na jej włosy. Wydają się złote.

Remi starał się nie zwracać uwagi na urodę dziewczyny. Dawno już postanowił, że nigdy więcej nie da się zwieść pięknej kobiecie.

- Jest Amerykanką - mruknął. - Pewnie turystką. Ale to wszystko, co o niej wiem. Czy znaleźliście jakieś inne obrażenia, poza uszkodzeniem oka?

- Nie - odparł ratownik, potrząsając głową. - Ale będzie trzeba przeprowadzić operację, żeby wyjąć to, co ją zraniło.

Remi skupił na chwilę myśli.

- Kto jest najlepszym specjalistą w tej części kraju?

- Doktor Ernesto Filartigua. Operuje w madryckim szpitalu Świętego Krzyża.

- W takim razie proszę powiedzieć pilotowi, że lecimy do Madrytu. Porozumiem się z doktorem telefonicznie. Chcę, żeby zajął się nią najlepszy lekarz w tej dziedzinie medycyny.

- Nasze pogotowie nie lata z reguły do miejscowości położonych na północ od Toledo, ale dla pana zrobimy wyjątek. To zresztą nie jest aż tak daleko, jak się wydaje. Remi wziął głęboki oddech. Był zadowolony, że jego tytuł na coś się przydał. Nie chciał, by czyjeś życie znalazło się przez niego w niebezpieczeństwie. Bał się, że wyrzuty sumienia mogą dołączyć do nękających go demonów.

- Proszę tutaj podpisać, a ja zawiadomię dyspozytora, że lecimy do Madrytu.

Remi złożył autograf na wykropkowanej linii, a potem raz jeszcze sięgnął po swój telefon. Chciał porozmawiać z doktorem Filartiguą, zanim wylądują.

Recepcjonistka szpitala Świętego Krzyża oznajmiła, że lekarz jest w sali operacyjnej. Obiecała powiadomić go o pacjentce, która wkrótce pojawi się na jego oddziale.

Pół godziny później helikopter wylądował przed szpitalem. Ratownicy pospiesznie dowieźli chorą do izby przyjęć, gdzie Remi podał jej personalia i obiecał, że uzupełni dane osobowe w późniejszym terminie.

Wkrótce potem w izbie przyjęć pojawił się jakiś wąsaty mężczyzna w lekarskim kitlu. Wszedł do pokoju, do którego zawieziono pacjentkę, a Remi usiadł na korytarzu, by poczekać na wynik badania.

Nie trwało to zbyt długo. Kiedy kilka minut później lekarz stanął w drzwiach, podszedł do niego szybkim krokiem.

- Doktor Filartigua?

- Tak, słucham.

- Jestem Remigio Goyo. To ja prosiłem pana o zajęcie się señorą Gray.

- Miała szczęście, że nie tracił pan czasu, don Remigio.

- Jak poważne są jej obrażenia? Rozmawiałem z nią zaraz po wypadku. Mówiła, że nie widzi na to oko.

- To zupełnie normalne przy tego rodzaju uszkodzeniu naczyń krwionośnych. Gałka prawego oka została przebita przez kawałek szkła. Będę wiedział więcej, kiedy go stamtąd usunę. Czy ona ma tu jakąś rodzinę?

- Nie. Policja usiłuje się czegoś o niej dowiedzieć.

- Gdzie mogę zaczekać na koniec operacji?

- We wschodnim skrzydle budynku jest kawiarenka.

- To świetnie. - Remi głęboko odetchnął. - Mówiono mi, że jest pan najlepszy. Mam nadzieję, że zrobi pan wszystko, co będzie możliwe.

Doktor Filartigua przyglądał mu się przez chwilę w milczeniu, a potem kiwnął głową.

- Oczywiście.

- Czy mogę do niej na chwilę wejść?

- Jeśli pan nalega, ale to nie jest konieczne. Ona śpi. Radzę panu wypić filiżankę kawy. Wygląda pan na człowieka, któremu to dobrze zrobi.

Odwrócił się i odszedł, a Remi przypomniał sobie nagle, że nie jadł tego dnia śniadania, a potem odrzucił propozycję Luisa, który chciał go zaprosić na lunch. Poczuł się nagle bardzo głodny, więc ruszył w kierunku kawiarni, ale zatrzymał go sygnał telefonu. Dzwonił Paco, zarządca majątku.

- Jesteśmy już w domu. Policja wezwała lawetę, która odholuje samochód tej kobiety. Kapitan Perez z komendy w Toledo prosił, żebyś się z nim porozumiał, Remi.

- Bueno. - Zapisał numer i podziękował zarządcy, a potem połączył się z prowadzącym śledztwo policjantem, by mu powiedzieć, że właścicielka samochodu przechodzi właśnie operację. Kapitan Perez zadał mu kilka pytań, po czym oznajmił, że właścicielka auta może odebrać swoją walizkę i torebkę na posterunku w Toledo.

Powiedział mu też, że Jillian Gray jest Amerykanką, ma dwadzieścia siedem lat i prowadziła samochód wynajęty w Lizbonie przez firmę Europa Ultimate Tours. Policja zakłada, że poszkodowana była zatrudniona przez to biuro podróży. Zwróciła się z prośbą o potwierdzenie tego faktu do działu personalnego firmy, ale nie dostała jeszcze odpowiedzi.

Remi podziękował za informacje i obiecał, że będzie w kontakcie. Potem bez wahania zadzwonił do nowojorskiego biznesmena, z którym rodzina Goyo współpracowała od wielu lat. Poprosił go o wysłanie jednego ze swoich podwładnych do nowojorskiego biura firmy Europa Ultimate Tours.

- Niech pański człowiek nakłoni szefa ich działu personalnego, żeby zadzwonił do mnie na komórkę - rzekł stanowczym tonem. - Niech mu wytłumaczy, że sprawa jest bardzo ważna i pilna.

Czekając na telefon, zjadł w kawiarni posiłek. Jego komórka odezwała się, kiedy pił drugą filiżankę kawy. W ciągu dwóch minut przedstawił swoją sprawę działowi personalnemu firmy Europa Ultimate Tours i otrzymał numer telefonu brata Jillian Gray, Davida Bowena, który mieszkał w Albany, na terenie stanu Nowy Jork.

Uzbrojony w tę informację poszedł szybkim krokiem do windy i wjechał na szóste piętro, gdzie mu powiedziano, że señora Gray jest nadal na stole operacyjnym. Znalazł więc ustronne miejsce, w którym mógł swobodnie rozmawiać, i wystukał numer jej brata. Po czterech sygnałach usłyszał w słuchawce męski głos.

- Pan Bowen? - spytał po angielsku. - Nazywam się Remi Goyo. Dzwonię ze szpitala Świętego Krzyża w Madrycie. Chcę pana na początek zapewnić, że pańskiej siostrze nie grozi żadne niebezpieczeństwo, ale kilka godzin temu miała wypadek samochodowy niedaleko Toledo.

Usłyszał w słuchawce stłumiony jęk.

- Byłem jedynym świadkiem, dlatego do pana telefonuję. Wpadł jej do oka kawałek szkła.

- Boże święty...

- Znany madrycki chirurg, doktor Filartigua, przeprowadza teraz operację. Pomyślałem, że chciałby pan o tym zostać poinformowany.

- Bardzo dziękuję. Nie mogę uwierzyć, że ją to spotkało... po tym wszystkim, co przeszła - wymamrotał mężczyzna smutnym głosem.

Remi mocniej ścisnął palcami aparat komórkowy.

- Czy jest coś, co ten lekarz powinien wiedzieć?

- Jej mąż zginął przed rokiem w Nowym Jorku na skutek zderzenia samochodu z ciężarówką. Błagałem ją, żeby została u nas przez jakiś czas, ale ona wróciła do Europy, wiedziona poczuciem obowiązku. Jest przewodnikiem wycieczek. To ciężka praca. Skoro była wczoraj sama, to znaczy, że musiała wziąć sobie wolny dzień. Pewnie chciała w ten sposób zagłuszyć ból.

Remi dobrze rozumiał jej motywy. Sam często odczuwał potrzebę oderwania się od obowiązków.

- Przez cały czas usiłowała funkcjonować normalnie, ale... - Głos mężczyzny się załamał. - To straszne, że ten wypadek wydarzył się właśnie teraz, kiedy odzyskiwała formę.

- Jak szybko może pan tu przejechać? - spytał Remi, czując, że jego rozmówca nie chciałby zostawić siostry bez opieki bliskiej osoby. - Mogę wyjechać na lotnisko i przywieźć pana do szpitala.

- Niestety, nie jest to takie proste. Moja żona oczekuje trzeciego dziecka, które ma się urodzić za miesiąc, ale wystąpiły pewne komplikacje. Ona cierpi na toksemię. Jeśli jej stan się pogorszy, lekarz będzie musiał przyspieszyć poród. Nie mogę jej teraz opuścić, ale nie chcę, żeby Jilly wiedziała o naszych problemach. Ona myśli, że wszystko jest w porządku.

- Rozumiem... - mruknął Remi, zagryzając wargi.

- Ukrywaliśmy przed nią stan mojej żony, żeby nie przysparzać jej zmartwień. Miała nadzieję, że sama zajdzie w ciążę, ale Kyle zginął tak szybko, że do tego nie doszło. Gdyby podejrzewała, że mojej żonie coś zagraża... Sam nie wiem, co robić. Czy ona o mnie pytała?

- Jeszcze nie.

- Wiem, że Jilly mnie potrzebuje, ale ona nigdy się do tego nie przyzna. Taka już jest.

Remi przypomniał sobie jej męstwo w obliczu cierpienia. Kiedy ją spytał, czy ma tu jakąś rodzinę, zaprzeczyła, ale nie rozwinęła tego tematu. Najwyraźniej chciała oszczędzić swojemu bratu wstrząsu.

A teraz on, z tego samego powodu, pragnął ukryć przed nią stan swojej żony. Co za sytuacja! - pomyślał Remi, nerwowo przesuwając palcami po włosach.

- Wobec tego ja zostanę przy pańskiej siostrze, dopóki nie wyzdrowieje - oznajmił.

- Nie mam prawa pana o to prosić...

- Czuję się częściowo odpowiedzialny za ten wypadek.

- Zwięźle wyjaśnił swojemu rozmówcy okoliczności tego zajścia.

- To nie była pańska wina. Ja też nie hamowałbym przy takiej szybkości na widok tego byka. To byłoby zbyt niebezpieczne. Dziękuję Bogu, że przynajmniej pan wyszedł z tego bez szwanku. Co by się z nią stało, gdyby nie pańska pomoc?

- Pewnie zaopiekowałby się nią ktoś inny.

- Ale nie tak dobrze jak pan. Dziękuję, mister Goyo. Czy może pan wyświadczyć mi jeszcze jedną przysługę i zawiadomić mnie o jej stanie, gdy operacja dobiegnie końca? Bez względu na porę. Kiedy Jillian się wybudzi z narkozy, chciałbym zamienić z nią kilka słów. A tymczasem porozmawiam z moją żoną i jej lekarzem. Jeśli wyrażą zgodę, być może uda mi się przylecieć do Hiszpanii na dzień lub dwa.

- Proszę się teraz tym nie martwić. Niech pan się opiekuje swoją żoną, a ja zajmę się pańską siostrą.

- Sam nie wiem, jak mógłbym się panu odwdzięczyć, ale pewnie coś wymyślę. Proszę mi podać swój numer telefonu.

Remi spełnił jego życzenie. Potem wymienili jeszcze kilka uwag i się rozłączyli. Remi schował aparat do kieszeni i ruszył w kierunku sali operacyjnej. Był zbyt zdenerwowany, by usiedzieć w poczekalni. Ale zanim dotarł na miejsce, doktor Filartigua wyszedł na korytarz.

- Na ile poważny jest jej uraz? - spytał Remi.

- Bardzo poważny - odparł lekarz, zdejmując z twarzy maskę.

- Czy może stracić wzrok w tym oku?

- To się wyjaśni dopiero za jakiś czas. Odłamek szkła przeniknął do wnętrza gałki ocznej. Usunąłem go, ale nastąpiło krwawienie wewnętrzne. Z punktu widzenia chirurgii wszystko poszło dobrze. Reszta jest w rękach natury. Na szczęście stan jej zdrowia jest poza tym bardzo dobry.

- Kiedy będzie mogła opuścić szpital?

- Leży teraz w sali pooperacyjnej. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, w ciągu godziny przeniesiemy ją do separatki. Mógłbym ją zwolnić już jutro po południu, ale wolałbym, żeby tu została jeszcze jeden dzień ze względu na psychiczną traumę powypadkową. Czy udało się panu skontaktować z jej rodziną?

- Tak, ale jej brat, który mieszka w Nowym Jorku, ma swoje problemy.

Doktor Fiartigua wysłuchał jego relacji, a potem kiwnął głową.

- W tych warunkach dobrze się składa, że jest pan na miejscu i może ją wesprzeć psychicznie. Proszę przywieźć ją do mnie za tydzień. Wtedy będziemy mogli powiedzieć coś więcej na temat stanu jej oka. Moi asystenci udzielą jej szczegółowych instrukcji dotyczących terapii. Zapisałem jej krople, które będzie musiała wpuszczać do tego oka trzy razy dziennie przez co najmniej trzy dni.

- Czy będzie odczuwać ból?

- Nie, ale w ciągu pierwszych dwudziestu czterech godzin będzie się skarżyć na swędzenie. Założyliśmy jej specjalny sztywny opatrunek, żeby nie mogła dotykać tego oka. Przed zakraplaniem trzeba będzie go zdejmować. Poza tym może prowadzić normalny tryb życia, nawet czytać i oglądać telewizję.

- Kiedy będzie mogła wrócić do pracy?

- Za miesiąc. Mam jeszcze jedno zalecenie. Nie wolno jej się pochylać w taki sposób, żeby głowa znalazła się niżej niż serce. Kiedy odzyska świadomość, proszę jej powiedzieć, że operacja się udała.

Spojrzeli sobie wymownie w oczy. Remi czuł, że lekarz nie chce mu przedstawić pesymistycznego wariantu przebiegu wydarzeń.

- Dziękuję, panie doktorze - powiedział i wrócił w pobliże recepcji, by zadzwonić do Davida Bowena. Wiedział, że brat dziewczyny nie będzie zachwycony wiadomościami.

 

Jillian usłyszała głosy, zanim jeszcze odzyskała pełnię świadomości. Wiedziała, że jest w szpitalu. W nocy pielęgniarka powiedziała jej, że operacja się skończyła i że przewożą ją do separatki. Nie miała pojęcia, o jakiej to było porze. Kiedy w końcu otworzyła oczy, zobaczyła, że do pokoju sączy się przez zasłony dzienne światło. Nie widziała nic na prawe oko. Uniosła rękę i wymacała palcami twardy plastikowy opatrunek.

Poczuła na swoim przedramieniu delikatny uścisk męskiej dłoni.

- Nie dotykaj tego miejsca, Jillian - powiedział ktoś do niej po angielsku.

Poznała ten głos oraz cudzoziemski akcent i przypomniała sobie mężczyznę, który był obecny na miejscu wypadku. Powoli odwróciła głowę i ujrzała wysokiego Hiszpana stojącego obok jej łóżka. Miał ciemną oliwkową cerę, czarne włosy i ostre rysy, a jego twarz była ogorzała od słońca. Przypominał jej jakąś postać z obrazu El Greca. Prawdziwy Kastylijczyk, pomyślała z zachwytem.

Miał na sobie białą koszulę z podwiniętymi rękawami, a ciemny popołudniowy zarost nadawał jego twarzy wyraz dziwnej zmysłowości.

- Czy jest pan moim aniołem stróżem?

- Gdyby tak było, nie doszłoby do tego wypadku. - Uścisnął lekko jej przegub, a potem cofnął rękę.

- To pan prowadził ten drugi samochód, prawda?

- Tak. Mam na imię Remi.

Przypomniała sobie przebieg wydarzeń i poczuła dreszcz przerażenia.

- O mało pana nie zabiłam - jęknęła słabym głosem.

- Może nie byłoby aż tak źle. Tak czy owak uniknęliśmy zderzenia. Dzięki temu, że jesteś doskonałym kierowcą.

Jillian zagryzła wargi.

- Pamiętam, że wpadłam w poślizg i przypominam sobie warkot helikoptera, ale niewiele więcej.

- Jesteś w madryckim szpitalu Świętego Krzyża.

- W Madrycie? Przecież jechałam do Toledo.

- Poprosiłem, żeby przywieziono cię tutaj, bo lekarz, który cię operował, jest wybitnym specjalistą.

Próbowała przełknąć ślinę, ale miała zbyt sucho w ustach.

- Dziękuję. Wiem od pielęgniarki, że operacja się udała.

- To samo usłyszałem od tego lekarza. Czy masz ochotę napić się soku? Potem zadzwonimy do twojego brata. Bardzo chce z tobą porozmawiać.

- Skąd David wie o moim wypadku? - spytała ze zdumieniem.

- Zatelefonowałem do firmy, w której pracujesz, a oni podali mi jego nazwisko i numer telefonu, żebym mógł się z nim porozumieć. Kazali ci przekazać, żebyś się o nic nie martwiła i myślała tylko o swoim zdrowiu. Życzyli ci szybkiego powrotu do formy.

Podał jej kartonowy kubek. Schłodzony sok jabłkowy wydał jej się znakomity. Wypiła go łapczywie i oddała swojemu opiekunowi pusty kubek.

- Gracias, señor.

- De nada, señora.

Odniosła wrażenie, że wyczuwa w jego głosie ironię.

- Wiem, że muszę jeszcze sporo popracować nad swoim hiszpańskim - mruknęła z niechęcią.

- Na miejscu wypadku radziłaś sobie z nim tak dobrze, że byłem pełen podziwu. Jeśli wydałem ci się teraz rozbawiony, to tylko dlatego, że zachwyca mnie szybkość, z jaką wracasz do siebie po tej operacji. Nie spodziewałem się tak rychłej poprawy.

Nawet jeśli zbyt pochlebnie wyrażał się o jej znajomości hiszpańskiego, była zadowolona, że jest przy niej. Uniosła wezgłowie łóżka za pomocą pilota, chcąc usiąść, i ujrzała stojący na stole wspaniały bukiet złożony z żółtych i białych róż i stokrotek.

- Czy to ty mi przyniosłeś te piękne kwiaty?

- Owszem.

- Są cudowne! Czy możesz przysunąć stolik bliżej łóżka, żebym mogła poczuć ich zapach?

- Mogę zrobić coś więcej. - Uniósł wazon i podsunął go jej pod nos, a ona rozkoszowała się przez chwilę aromatem kwiatów.

- Pięknie pachną.

- Cieszę się, że jesteś z nich zadowolona.

- A któż by nie był? Bardzo ci dziękuję!

Kiedy odstawiał wazon na miejsce, dostrzegła stojące pod ścianą polowe łóżko i spojrzała mu badawczo w oczy.

- Czy spałeś w moim pokoju?

- Przyznaję się do winy - odparł z uśmiechem, który wydał się jej zniewalający. Poczuła, że czerwieni się z zażenowania, więc pospiesznie zmieniła temat.

- Czy w domu nie czeka na ciebie rodzina?

Spochmurniał nagle i zmarszczył lekko czoło.

- Nie mam rodziny, a moi pracownicy z pewnością są zadowoleni, że spuściłem ich na chwilę z oka - odparł nonszalanckim tonem.

- Ale właściwie dlaczego zostałeś w szpitalu?

- Obiecałem twojemu bratu, że się tobą zaopiekuję. Czy chcesz do niego zatelefonować teraz, czy wolisz najpierw zjeść śniadanie?

- Zadzwonię od razu. On mnie wychowywał po śmierci naszych rodziców. A kiedy wyszłam za mąż, nie przestał grać roli starszego brata.

- Powiedział mi, że straciłaś przed rokiem męża. Jest oczywiście bardzo przejęty twoim wypadkiem.

Jillian zagryzła wargi. Nie była zadowolona z tego, że David rozmawiał o jej prywatnych sprawach z człowiekiem, którego żadne z nich dobrze nie znało.

- On się za bardzo o mnie troszczy.

- Jako starszy brat ma do tego prawo.

- Czy masz jakieś siostry?

- Nie. - Jego oczy pociemniały na chwilę, a ona zdała sobie sprawę, że pytanie sprawiło mu ból. - Zadzwoń z mojego aparatu. Wbiłem jego numer. Naciśnij ósemkę. Gdy podawał jej telefon, ich palce zetknęły się na moment, a ona poczuła lekki dreszcz podniecenia. Była pod urokiem mężczyzny, z którego emanowała wewnętrzna siła. I któremu tak wiele zawdzięczała. Nie tylko zapewnił jej najlepszą opiekę lekarską, lecz w dodatku dyżurował przy niej przez całą noc.

Kiedy brat odebrał telefon, poczuła wzruszenie.

- Dave?

- Jilly, cieszę się, że cię słyszę! Jak się czujesz?

- Nic mi nie jest. Jak się miewa Angela i dzieci?

- Doskonale. Jak na kogoś, kto niedawno przeżył wypadek i operację, masz bardzo dziarski głos.

- Ocalił mnie pas bezpieczeństwa, a obecny tu señor, który był na szczęście na miejscu, zaraz przewiózł mnie do szpitala. Mam uszkodzone oko, ale powiedziano mi, że operacja przebiegła bezproblemowo.

- Czy bardzo cię boli? - zapytał brat.

- Ani trochę.

- Nie okłamuj mnie.

- Mówię prawdę. - Dokuczliwy ból, który odczuwała poprzedniego dnia, istotnie minął. - Słowo honoru.

- Pozwól mi porozmawiać z señorem Goyo.

- Goyo?

- Ty się chyba jeszcze nie do końca obudziłaś, Jilly. Twój szlachetny opiekun nazywa się Remi Goyo.

Omal nie wypuściła z rąk aparatu. Zerknęła w stronę swojego dobroczyńcy, który stał przy oknie, wyglądając na dwór. Wyraz jego twarzy był nieprzenikniony.

Tuż przed wypadkiem zatrzymała się pod bramą posiadłości Soleado Goyo. Chciała porozmawiać z właścicielem, ale jeden z pracowników powiedział jej, że don Remigio wyjechał w interesach do Toledo. I poradził, żeby umówiła się z nim telefonicznie.

Wiedziała, że tytuł "don'' przysługuje w Hiszpanii tylko przedstawicielom najwyższej arystokracji. A teraz przypomniała sobie herb zdobiący bramę posiadłości.

Pożegnała się z bratem i wyłączyła telefon, a potem zerknęła w kierunku okna.

- Señor Goyo? Czy to pana nazywają don Remigio? - spytała niepewnym tonem.

- Mam na imię Remi - przypomniał jej, sięgając po aparat.

Wiedziała o tym, ale jego pochodzenie kazało jej spojrzeć na niego pod nieco innym kątem. Od śmierci Kyle'a nie zainteresowała się żadnym mężczyzną. Nie potrafiła się do tego zmusić. Ale teraz zdała sobie sprawę, że człowiek, któremu być może zawdzięcza życie, który tak doskonale poradził sobie z trudną sytuacją i potrafił skutecznie podnieść ją na duchu, wydaje jej się bardzo atrakcyjny...

 

 

 

 

 

Kim Lawrence

 

Przystanek w Madrycie

 

 

Emilio krzywiąc się, przełknął wystygłą kawę. Poprawił węzeł jedwabnego krawata i skierował się do drzwi. Przy odrobinie szczęścia zdąży dojechać na lotnisko, by spotkać się z Rosanną, a potem wróci i najpóźniej o dziesiątej zasiądzie przy biurku.

Bycie szefem miało swoje zalety. Przede wszystkim można było nie uwzględniać życzeń innych ludzi. Dawniej Emilio kierował się wyłącznie poczuciem obowiązku i starał się każdego zadowolić, zwłaszcza ojca. W efekcie wstąpił w nieudany związek małżeński, kiedy był jeszcze młody, głupi i zbyt arogancki, by uwierzyć, że może ponieść porażkę. W teorii jego ojciec miał rację. On i Rosanna stanowili idealną parę, mieli wiele wspólnych zainteresowań, pochodzili ze starych, arystokratycznych rodów.

Zapinając pasy w aucie, Emilio mimo woli skrzywił się. Luis Rios nie posiadał się z gniewu na wieść, że małżeństwo, do którego niestrudzenie namawiał, okazało się fiaskiem. Użył wszelkich środków, by oddalić klęskę, lecz nie zdołał przekonać dumnego syna. Furia zamieniła się w pogardliwą drwinę, gdy Emilio wspomniał o uczuciu, którego brak przyczynił się, być może, do krótkotrwałości związku.

Ojciec nie wyczuł ironii w głosie syna.

- Miłość? - wycedził. - Od kiedy to zrobiłeś się romantyczny?

Emilio nie wierzył w miłość do czasu, aż przekonał się boleśnie, że nie jest to bynajmniej wymysł rozigranej wyobraźni. Można bowiem patrzeć na kobietę i każdą komórką ciała czuć, że jest ona ci przeznaczona.

Ta chwila wyryła się już na zawsze w jego pamięci. Pamiętał każdy szczegół pojawienia się pachnącej letnim wieczorem czarodziejki, która wkroczyła spóźniona na nudną kolację. Jego serce stanęło, co było idiotyczne, bo przecież widział ją już przedtem wiele razy, ale ten moment był absolutnie wyjątkowy.

Zaciskając szczęki, napomniał się teraz, że wcale jej nie utracił, bo nigdy nie należała do niego. Ujrzał ją w nieodpowiednim momencie.

Wrzucił bieg. Ojciec poradził mu, że jeśli pragnie miłości, powinien wziąć sobie kochankę, a nawet kilka. Był zdziwiony, że tak proste rozwiązanie nie przyszło synowi do głowy.

Emilio nadal pamiętał piekące obrzydzenie, jakie wówczas poczuł do mężczyzny, który go spłodził. Nie zamierzał sprawiać nikomu takich cierpień i upokorzenia, jakie były udziałem jego nieszczęsnej matki. Godził się na małżeństwo z rozsądku, ale pragnął dochować żonie wierności.

Po tej rozmowie w stosunkach ojca z synem zaszła zmiana. Luis Rios nie spełnił wprawdzie groźby wydziedziczenia Emilia, choć syn wcale by się tym nie przejął, ale wkrótce wycofał się z aktywnego kierowania rodzinnym imperium. Zajął się ukochaną hodowlą koni i pozwolił Emiliowi poczynić niezbędne kroki w celu uchronienia majątku przed skutkami kryzysu finansowego. Niebawem zaczęto mówić o niezwykłym szczęściu rodu Rios do interesów.

Owo szczęście zadziałało i teraz, kiedy Emilio zajął ostatnie wolne miejsce na lotniskowym parkingu.

Wszedł do budynku terminalu, gdzie trwał strajk kontrolerów ruchu lotniczego. Patrząc na zdezorientowanych pasażerów, pogratulował sobie w duchu, że nigdzie się nie wybiera. Po chwili wrócił myślami do powodu, dla którego się tu znalazł. Nie podzielał wiary Philipa, że jedno słowo Emilia wystarczy, by przyjacielowi ułożyły się wszystkie sprawy sercowe. Emilio nie widział Philipa Armstronga od ponad roku, więc jego wczorajsza wizyta była kompletnym zaskoczeniem. W trakcie pogawędki jego zdumienie wzrosło.

Ustawił się w miejscu, z którego mógł swobodnie obserwować wychodzących pasażerów, i czekając na byłą żonę, wspominał przebieg rozmowy.

- Nigdy nie byłem bardziej szczęśliwy - wypalił Philip bez zbędnych wstępów. - Zakochałem się bez pamięci.

Ponura mina Anglika zaprzeczała jego wyznaniu. Emilio czekał na dalszy ciąg wynurzeń.

- Zastanawiałem się czasem, dlaczego się w ogóle ożeniłeś? Nie byłeś przecież...

- Zakochany? - dopowiedział Emilio. - Zgadza się. Ale nie przyszedłeś do mnie, żeby omawiać moje nieudane małżeństwo.

- Do pewnego stopnia... - Philip urwał lekko speszony. Emilio z trudem hamował zniecierpliwienie. - Zamierzam się ożenić - wypalił wreszcie.

- To chyba dobra wiadomość. Z kim?

- Z twoją żoną. - Na widok oszołomionej miny Emilia dodał: - Wiedziałem, że będziesz zaskoczony.

- Nie jesteśmy małżeństwem już od jakiegoś czasu, więc niepotrzebna ci moja zgoda ani błogosławieństwo.

- Rzecz w tym, że ona czuje się winna, że pragnie być szczęśliwa.

- Może ci się tylko wydaje? - Emilio wiedział, że powinien być chociaż trochę zazdrosny, ale był całkowicie obojętny.

Lubił wprawdzie Rosannę, ale nic poza tym. Oboje uznali, że wzajemny szacunek i wspólne zainteresowania stanowią silniejszą podstawę dobrego małżeństwa niż ulotne romantyczne uczucia.

Boże, jakiż był głupi!

Ich związek był skazany na porażkę, jednak zostało mu oszczędzone tłumaczenie Rosannie, że ma "kogoś innego''. Wyczuła to bezbłędnie kobiecą intuicją. Dręczyło go irracjonalne poczucie winy, zupełnie niepotrzebnie, bo żona już wcześniej nie była mu wierna. Czuł też gorzki smak porażki.

Od kołyski wpajano mu zasadę, że żaden Rios nie rozczula się nad sobą, a choć rozwód był dla niego trudny, zniósł go lepiej, niż się spodziewał. Zawczasu uprzedzili obie rodziny, żeby przygotować je na rozwój wydarzeń. Emilio przewidział gniewną reakcję ojca, wiedząc, że w jego oczach zasłużył na ostateczne potępienie. Wrogość i oburzenie krewnych Rosanny były dla niego zaskoczeniem.

Podczas kłótni z nią dowiedział się, że jego ojciec zgodził się zapłacić arystokratycznym, choć zubożałym Carrerasom dużą sumę pieniędzy po przyjściu na świat pierwszego potomka Emilia. Zapewne dlatego Rosanna nie chciała się początkowo zgodzić na rozwód. Bardziej obawiała się wydziedziczenia niż życia w kłamstwie. Pragnąc dopomóc jej w podjęciu decyzji, na jakiej mu zależało, przystał na warunki, by nie prostować plotek o swojej niewierności będącej przyczyną rozstania i zapłacić jej rodzinie z własnych funduszy.

Brukowce daremnie czekały na ujawnienie nazwiska osoby, dla której Emilio Rios porzucił żonę, ponieważ takowej nie było. Każda kobieta, z którą by go zobaczono tuż po orzeczeniu rozwodu, mogła zyskać miano jego tajemniczej kochanki, która rozbiła małżeństwo. Emilio wiedział, że cierpliwość jest wymogiem koniecznym, by ochronić reputację tej, do której zapałał miłością.

Odczekał zatem rok od rozwodu, pewien, że do tej pory plotki przycichną. Jedynym problemem była jego nieumiejętność zalecania się do kobiet. Potrafił skutecznie uwodzić, ale subtelność nie była jego mocną stroną. Uśmiechnął się cierpko na myśl, że poniósł wówczas porażkę. Jego serce zostało złamane, a duma bezlitośnie podeptana. Na szczęście zdołał okiełznać owe oznaki słabości - był w końcu prawdziwym mężczyzną - i dalej wiódł beztroskie życie milionera.

Emilio przyjął ze śmiechem uwagę Philipa, że gdyby znów się zakochał, jego była żona wyzbyłaby się w końcu poczucia winy. Przyjaciel był tego jednak całkiem pewien.

- Przez ostatnie dwa lata raczej nie żyłem jak mnich... - stwierdził Emilio.

- Wiem. Większość mężczyzn szczerze ci zazdrości. Ale Rosanna uważa, że w głębi serca nie jesteś aż tak pusty, by zadowalać się przelotnymi miłostkami, i szukasz prawdziwej miłości...

- Zatem prosisz, żebym się zakochał, bo to ułatwi ci sprawę - rzekł już poważnie Emilio. - Przykro mi, jestem w stanie wiele dla ciebie zrobić, ale...

- No tak. Sam nie wiem, czego się spodziewałem. Ale tak bardzo zależy mi na Rosannie, że zrobiłbym dla niej wszystko. Chcę się ustatkować. Jeśli zechce, to założę garnitur i będę pracował w firmie mojego ojca, o czym on zawsze marzył.

- Doprawdy?

- Ojciec byłby szczęśliwy, gdybym przybiegł do niego z podkulonym ogonem. Marzy o przekazaniu mi swojego imperium.

- Nie jesteś jego jedynym dzieckiem - zauważył przytomnie Emilio.

- Gdyby Janie była zainteresowana współpracą, to pewnie nie miałbym szans, ale odkąd została twarzą tych słynnych perfum, zależy jej wyłącznie na karierze w reklamie. Choć to trochę dziwne, kiedy twoja młodsza siostra gapi się na ciebie z billboardów i okładek czasopism - odparł Philip.

- Miałem na myśli Megan - powiedział Emilio.

Widok znajomej sylwetki przywołał go do rzeczywistości. Przeszukiwał wzrokiem halę przylotów, spodziewając się ujrzeć byłą żonę, a rozmyślał o Megan, i proszę, oto miał ją przed sobą! Rozpoznał ją od razu, mimo że znacznie wyszczuplała i nosiła się ekscentrycznie jak modelka.&

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ