Powieść obyczajowa
Cena szczęścia
KUP TERAZ

Cena szczęścia

brak opinii
Liczba stron: 464
ISBN: 9788327620699
Premiera: 2016-04-13
Tłumaczenie: Klaryssa Słowiczanka

Claudia i Garth tworzyli idealną parę. Młodzi, szczęśliwi, bardzo zakochani, ze śmiałymi planami na przyszłość. Jednak osobista tragedia niemal zniszczyła ich związek. Stracili dziecko. Wkrótce szereg przypadków sprawił, że adoptowali dziewczynkę, ale obecność Tary nie uratowała ich małżeństwa. Po latach Claudia i Garth muszą wreszcie powiedzieć dorosłej córce prawdę o jej pochodzeniu. Trzeba będzie wrócić do przeszłości, na nowo przeżyć dramatyczne wydarzenia i wyjawić długo skrywane sekrety.

Penny Jordan

Zanim Penny Jordan zaczęła pisać, uwielbiała opowiadać swojej młodszej siostrze bajki na dobranoc. Każdego dnia inną, każdego dnia z siostrą w roli głównej. Miłość do romansów i pisanie przyszła później.

Jordan chce, by jej czytelnicy odczuwali przyjemność z lektury. Wierzy w potęgę miłości i szczęście, jakie ze sobą niesie. Pisze w domu, w kuchni, otoczona swoimi czterema psami i dwoma kotami. Lubi też słuchać uwag swojej rodziny i bardzo często je uwzględnia.

Claudia umościła się wygodnie w ramionach męża. Rzeczywiście, nie potrafiła sobie wyobrazić większego szczęścia niż to, które ją teraz przepełniało, chociaż wiedziała instynktownie, że po przyjściu dziecka na świat czeka ją uczucie jeszcze bardziej porywające.

Poruszyła się lekko i spojrzała na Gartha oczami rozświetlonymi radością i oczekiwaniem.

- A to co? - zapytał, widząc jej uszczęśliwioną twarz. Ułożył ją wygodniej przy sobie i przysunął się bliżej, napięty, gotowy i twardy. - O to chodzi? - mruknął z nieukrywaną nadzieją w głosie.

- Nie, nie o to - odparła Claudia zgodnie z prawdą. - Myślałam o dziecku. Och, Garth, jest tak cudownie... taka jestem szczęśliwa...

- Uhm... - przytaknął i zanurzył się w niej z rozkoszą.

 

- Tak, rozumiem.

Garth poinformował właśnie pułkownika o planach na przyszłość i teraz obserwował w milczeniu swojego dowódcę, który wstał zza biurka, podszedł do okna i z rękoma założonymi do tyłu spoglądał na dziedziniec koszar.

Wysoki, postawny pięćdziesięciolatek pochodził z rodziny o długiej wojskowej tradycji, ale nawet on nie był całkowicie obojętny na zmiany kulturowe zachodzące w ostatnich latach. Jego własny syn po ukończeniu Eton, zamiast sposobić się do podjęcia kariery wojskowej, wolał wyjechać do Indii, gdzie jakiś miejscowy guru wprowadzał go w subtelności buddyzmu. Oczywiście przed wyjazdem nie obyło się bez rodzinnych kłótni, ale chłopak nie dał sobie wyperswadować pomysłu. Ojciec spoglądał krzywym okiem na zniewieściałego jego zdaniem młodzieńca, na jego długie włosy i kolorowe hipisowskie stroje. Cóż, takie to były czasy. Ostatnio spotkał się z dawno niewidzianym kolegą z Eton i okazało się, że z kolei syn tamtego założył grupę rockową.

- Przykro nam będzie, kiedy odejdziesz. To wielka strata dla pułku - powiedział, przerywając milczenie. - Mnie w każdym razie będzie brakowało takiego żołnierza, jak ty.

Garth odprężył się na te słowa, odetchnął z ulgą. Nie było tajemnicą, że pułkownik chodził ostatnio skwaszony. Powiadano, że to nieporozumienia z synem sprawiły, że ten człowiek o i tak cholerycznym charakterze stał się jeszcze bardziej popędliwy w stosunku do podkomendnych. Pomimo tej wady dowódca był człowiekiem uczciwym oraz sprawiedliwym i Garth darzył go prawdziwym szacunkiem.

- Chciałbym odejść jeszcze przed urodzeniem dziecka - dodał.

Przez najbliższe pół roku pułk miał stacjonować w domu. W ten sposób Garth zyskiwał konieczny czas, by ułożyć sprawy, zająć się przeprowadzką i podjąć nową pracę, zanim na świecie pojawi się córka lub syn. Zważywszy to wszystko, oznajmił pułkownikowi, że chciałby odejść definitywnie za trzy miesiące.

- Nie widzę żadnych przeszkód. Kończy ci się kontrakt, nie możemy cię zmusić, żebyś go przedłużał wbrew własnej woli.

Dla Gartha, jako żołnierza świadomego swych powinności, było kwestią honoru, by nie wycofywać się ze służby, gdy pułk ma konkretne zadania do spełnienia. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności kończyli jednak stacjonować w Irlandii Północnej i nie zanosiło się na razie na żaden nowy wyjazd. Oczywiście nie bał się o siebie, tylko o Claudię. Przyjęła bez słowa jego wyjazd do Belfastu, lecz chociaż nic nie mówiła i nie wyrażała głośno swoich obaw, Garth czuł, że żona bardzo się niepokoi. Wiedział też, że niepokój ten musiał wzrosnąć niewspółmiernie po zajściu w ciążę.

Claudia była taka delikatna, taka krucha, taka kochana. Musiał ją chronić.

Była też niezwykle podekscytowana rolą przyszłej matki. Kiedy patrzył, z jaką radością i podnieceniem przygotowuje się do macierzyństwa, odnosił wrażenie, że nie tylko jej ciało rozkwitło i dojrzało wraz z poczęciem dziecka. Claudia dojrzała też wewnętrznie. Słyszał, że niektóre kobiety mają w sobie więcej czułości, instynktu opiekuńczego i matczynego ciepła niż inne, teraz zaś przekonywał się z radością, iż Claudia na pewno jest jedną z nich.

Przekonanie to oprócz radości przepełniało go dumą. I spokojem, wiedział bowiem, że dziecko, kiedy się pojawi, zostanie obdarzone bezwarunkową miłością. Nie bał się, że żona będzie go przez to mniej kochała. Czego miał się obawiać, skoro z taką samą radością jak Claudia oczekiwał pojawienia się potomka?

 

Claudia nigdy nie czuła się szczęśliwsza. Nie powiedziała jeszcze w pracy, że zamierza złożyć wypowiedzenie, ale przypuszczała, że wszyscy się tego spodziewają. Nawet kwaśne przycinki Katriony nie były w stanie wytrącić jej z równowagi i popsuć radosnego nastroju. Zaproponowała dziewczynie, że skoro jest niezadowolona z jej pomocy i opieki, może zażądać zmiany kuratora, ale Katriona, która odnosiła się do niej z mieszaniną wzgardy i sympatii, stanowczo odmówiła. Ba, oskarżyła ją nawet, że Claudia chce się jej pozbyć i myśli tylko o swoim dziecku. Obrażona Katriona, zazdrosna Katriona - to była dla niej nowość.

Zdawała sobie oczywiście sprawę, że wcześniej czy później będzie musiała przekazać jej przypadek komuś innemu, i to właśnie napełniało ją obawą. Zrozumiała już, że pod wyzywającym zachowaniem i złośliwościami kryje się rozpaczliwa bezradność zagubionej i samotnej dziewczyny. Claudia naprawdę źle się czuła, kiedy myślała o tym, że może powiększyć grono osób, które odwróciły się od Katriony plecami. Zwłaszcza że Katriona pogrążała się w narkotycznym nałogu i jej życie było coraz bardziej zagrożone.

- Za rok będzie już po niej - powiedziała Janice z charakterystyczną dla siebie brutalnością, kiedy po raz ostatni towarzyszyła Claudii podczas wizyty w zrujnowanym blokowisku. - Zapamiętaj sobie moje słowa, kochanie. Boże, ile ja już widziałam takich dziewczyn. Wytrzymują bardzo długo, zdają się funkcjonować w miarę normalnie, jeśli można tu w ogóle mówić o normalnym funkcjonowaniu, po czym organizm załamuje się nagle i nikną w oczach.

 

Claudia przyspieszyła kroku. Miała umówione spotkanie w agencji nieruchomości, która działała co prawda w Londynie, ale dysponowała też ofertami domów na wsi.

Cieszyła się na tę wizytę. Garth uprzedzał ją, że nie będą sobie mogli pozwolić na żadne luksusy, ale Claudia wcale nie chciała luksusów. Wystarczyłby jej niewielki domek z obszerną, wygodną kuchnią i dużym ogrodem, gdzie mogłyby się bawić ich dzieci.

Ich dzieci. Ich dom. Uszczęśliwiona zamknęła oczy. Było jej tak... tak bezgranicznie dobrze, świat zdawał się taki wspaniały. Nawet poranne nudności sprawiały jej swoistą radość, były bowiem realnym potwierdzeniem ciąży, oczekiwania na dziecko, rychłego macierzyństwa.

Nie umiała opisać ani wytłumaczyć tego, co odczuwała. Miała wrażenie absolutnej, doskonałej pełni, harmonii i pogodzenia ze światem. Wyczekiwane macierzyństwo sprawiało, iż nagle znalazła prawdziwy cel w życiu. Kochała Gartha, to oczywiste, ale podświadomie wiedziała, że miłość do dzieci będzie najsilniejszym, najpotężniejszym uczuciem, jakiego przyjdzie jej doświadczyć.

W tym samym czasie, kiedy Claudia spieszyła na spotkanie z agentem nieruchomości, Garth spoglądał nieobecnym wzrokiem na dziedziniec koszar. Minęła dobra godzina od chwili, kiedy do pułku dotarła najnowsza wiadomość z Irlandii Północnej, była jednak tak wstrząsająca, że jeszcze jej w pełni nie przyswoił.

Oto trwający od lat irlandzki konflikt przynosił kolejne śmiertelne ofiary - samochód ciężarowy z wracającymi do jednostki brytyjskimi żołnierzami wpadł w zasadzkę na jednej z bocznych dróg Ulsteru. Z pięćdziesięciu pasażerów przeżyło tylko ośmiu, byli wszakże tak straszliwie pokiereszowani, że nawet jeśli wyszliby ze szpitala, do końca życia mieli pozostać kalekami.

Garth czuł zimne dreszcze na plecach na myśl o tej tragedii. Jednocześnie ogarniały go wyrzuty sumienia, że jako żołnierz, jako oficer pozwala sobie na westchnienie ulgi. Ale przecież czuł ulgę, kiedy myślał o tym, że to nie jego trup leży na wiejskiej drodze, że to nie jego ciężko okaleczone, poszarpane przez bombę ciało trafi do szpitala, że to nie jego żona będzie opłakiwać nieszczęście.

Nie znał osobiście nikogo z jednostki, której żołnierze wpadli w zasadzkę IRA, ale to nie miało żadnego znaczenia. Pułki oczywiście rywalizowały ze sobą, były różne powody do współzawodnictwa, lecz przecież tak naprawdę armia brytyjska w obliczu zagrożenia stała zwartym murem. Wszyscy byli wystawieni na ataki IRA, każdy w każdej chwili mógł paść ofiarą irlandzkich partyzantów. To jednoczyło i tworzyło żołnierską solidarność.

- Będą teraz musieli przenieść cały pułk, nie mogą ich tam zostawić. To wpłynęłoby fatalnie na morale - przekonywał Gartha jeden z oficerów, kiedy dotarła do nich wiadomość z Ulsteru. - Niech Bóg ma w swojej opiece tych, którzy przyjadą na ich miejsce. Mam tylko nadzieję, że nie padnie na nas. Takie wypadki wyprowadzają ludzi z równowagi, przestają panować nad sobą, a wtedy...

Nie dokończył zdania. Nie musiał. Jak każdy odpowiedzialny i rozumny oficer, Garth zdawał sobie sprawę, jak ważna jest psychologia i morale armii.

- Nie sądzisz chyba, że właśnie nas wyślą na ich miejsce? - zapytał, chmurząc się na tę myśl.

- Trudno powiedzieć. Mamy odpowiednie przeszkolenie, doświadczenie. Ale dopiero niedawno wycofali nas z pierwszej linii.

Teraz Garth zmarszczył czoło na wspomnienie tej rozmowy. Za kilka tygodni miał na zawsze opuścić pułk. Zamierzał obejrzeć kilka domów, które Claudia zapewne wybrała już spośród ofert agencji nieruchomości, chciał przygotować się do podjęcia nowej i na razie zupełnie obcej mu pracy u Nicka Forbesa. Pragnął być z Claudią, kiedy urodzi się dziecko...

Claudia była teraz w czwartym miesiącu ciąży, ale jej brzuch jeszcze się nie zaokrąglił. Zachmurzony Garth uśmiechnął się nagle, przypomniawszy sobie, z jaką dumą pokazywała mu ciążowe sukienki, kiedy był w domu na ostatniej przepustce.

Och, Boże, naprawdę miał nadzieję, że nie wyślą jego pułku do Ulsteru. Bo jeśli jednak wyślą, to...

To żołnierski honor nie pozwoli mu zostawić kolegów.

Pojedzie razem z nimi.

 

- Ale... ale przecież mówiłeś, że nie mogą was wysłać po raz drugi - powiedziała słabym głosem Claudia, kiedy usiedli na małej kanapie w ich mieszkaniu.

Gdy Garth zadzwonił z wiadomością o niespodziewanym przyjeździe, w pierwszej chwili pomyślała, że będą mogli obejrzeć razem wózek, który wybrała kilka dni wcześniej i teraz zamierzała zamówić. Wszystkiego mogła się spodziewać, ale nie wiadomość, którą Garth właśnie jej przekazał.

- Czy coś się stało? - zapytała, podświadomie oczekując potwierdzenia.

- Tak, nastąpiła nagła zmiana planów - odparł zdawkowo Garth. Nie zamierzał wspominać o bombie, zamachu, ofiarach. Podług kryteriów, jakimi rządziły się media, informacja była mocno przedawniona. Może umknęła uwagi Claudii.

Nie umknęła. Claudia była córką żołnierza i nie dała się zwieść.

- To z powodu tej zasadzki w Ulsterze, prawda? - domyśliła się natychmiast. - Wysyłają was, bo muszą wycofać tamten pułk?

- Tak - potwierdził przygnębionym głosem.

- Ale przecież ty nie musisz jechać. Zostało ci kilka tygodni służby.

- Wiesz, Clo, że powinienem - zaoponował. - Nie mogę zostawić ludzi. Jeśli odmówię...

- Tak, wiem - przyznała z ciężkim westchnieniem i zwiesiła głowę.

Irlandia Północna. Dlaczego właśnie tam musi jechać jej Garth? Ogarnęły ją nagle złe przeczucia. Dotychczas udawało jej się tłumić w sobie lęk i obawy, teraz jednak było inaczej. Zadrżała, w wyobraźni ujrzała żołnierską trumnę i siebie w żałobnej czerni. Usiłowała się opanować, nie chciała się załamać, rozszlochać, nie chciała błagać Gartha, żeby nie jechał, przypominać mu, że teraz odpowiedzialny jest nie tylko za nią, ale i za dziecko. Nie chciała, lecz była od tego o krok.

Garth szybko odczytał jej myśli. Przytulił ją i szepnął łagodnie:

- Wiem, co teraz czujesz. Nie myśl, że nie zastanawiałem się nad tym.

- I co?

- I zdecydowałem, że muszę jednak jechać. Nie mogę postąpić inaczej, wierz mi.

Odrętwiała z bólu skinęła powoli głową. Przełknęła z trudem ślinę i zapytała przez zaciśnięte gardło:

- Kiedy więc... kiedy wyjeżdżasz?

- W końcu przyszłego tygodnia.

Claudia zamknęła oczy.

Tej nocy, kiedy skończyli się kochać, zamiast odwrócić się na bok i smacznie zasnąć, objęła go mocno, tak jakby się bała, że mąż lada chwila zniknie i zostawi ją samą.

 

- A może przyjechałabyś do nas na weekend, kochanie? Mogłybyśmy wybrać się razem na zakupy, rozejrzeć się za wyprawką dla dziecka - zaproponowała matka, kiedy Claudia oznajmiła jej, że Garth wyjeżdża służbowo, a ona jeszcze przez jakiś czas musi być sama.

Claudia chętnie przystała na propozycję. Garth też się ucieszył, rad z tego, że żona zajmie czymś myśli, zamiast zamartwiać się o niego i liczyć dni do powrotu.

Jego pułk miał wyruszyć na placówkę do Ulsteru w piątek po południu. Tego samego dnia Claudia miała wyjechać do rodziców, wcześniej zaś odwiedzić raz jeszcze Katrionę.

Tym razem nie było w niej zwykłej uwagi, cierpliwości i troski. Lęk o Gartha nie pozwalał jej skupić się na problemach dziewczyny, co ta natychmiast zauważyła i co wyjątkowo ją zirytowało. Najpierw oskarżyła Claudię, że ma gdzieś jej problemy, a kiedy to nie pomogło, zaczęła szydzić na swój zwykły sposób:

- Co cię ugryzło, aniołeczku? Nie pokłóciłaś się chyba z tym swoim kochasiem, przecież Garth jest zawsze taki tobą zachwycony... A może obrzydł mu już twój brzuch i rozgląda się za płaskim?

- Nic się nie stało. Nie było żadnej kłótni - zaprzeczyła odruchowo Claudia.

- Na pewno nic? No to powiedz, przyjeżdża na ten weekend do domciu?

- Nie, nie przyjeżdża.

- A widzisz!

- Musiał wyjechać.

- Och, będziesz sama, bez swojego ogiera.

- Nie, nie będę sama. Wybieram się do rodziców.

- Ach, do mamuńci i tatuńcia...

Claudia nie słyszała nawet wszystkich tych złośliwości. Odpowiadała obojętnie, automatycznie, jej głowę zaś zamiast Katriony wypełniały myśli o mężu.

Która to godzina? Czy Garth już wyjechał? Może zdąży jeszcze do niego zadzwonić, zanim pułk ruszy w drogę? Gdyby tylko udało się jej pożegnać z Katrioną, wsiąść do samochodu i pojechać...

Zerknęła na zegarek, przypomniała sobie jednak po chwili, że pasek się zerwał i zegarek zamiast na przegubie jest w torebce. Zaczęła go szukać, nie widząc nawet, jak bardzo wściekła jest Katriona, jak piorunuje ją wzrokiem, jak gniewa się na nią za to, że Claudia jej nie słucha.

Katriona tymczasem miała ochotę udusić kuratorkę gołymi rękami. Podła suka, dziwka o gładkich rączkach, myślała o niej ze złością. Co ona sobie myśli, że kim jest? Księżną? Dobrą wróżką?

Akurat!

Z przedpokoju doszedł jakiś hałas. Claudia odwróciła się lękliwie w tamtą stronę, natomiast Katriona wykorzystała moment jej nieuwagi i szybko wyjęła z torebki kuratorki pierwszą z brzegu rzecz - pęk kluczy. Kiedy Claudia ponownie zwróciła ku niej wzrok, zdążyła już bezpiecznie ukryć swoją zdobycz. Znów uśmiechnęła się szyderczo. Ciekawe, jak bardzo ta lilia z dzidziuniem w brzuszku się zdenerwuje, kiedy odkryje, że jej klucze gdzieś przepadły.

Dobrze jej tak! Niech się martwi!

Ona natomiast sprawdzi sobie przy okazji, jak też wygląda to ich małżeńskie gniazdko, w którym Claudii tak ochoczo dogadza ,,zachwycony'' Garth. Znała adres kuratorki, znała adresy ich wszystkich, tak na wszelki wypadek. Przy jakiejś okazji udało jej się zerknąć na prawo jazdy Claudii i zapamiętała bez trudu nazwę ulicy oraz numer domu. Może wybierze się tam, kiedy Claudia pojedzie do rodziców?

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ