Powieść historyczna
Uwodzicielka
KUP TERAZ

Uwodzicielka

brak opinii
Liczba stron: 416
ISBN: 9788327617729
Premiera: 2016-03-09

                                                                       Szkocja, XIX wiek

            Thomas Carrick zamierza wieść życie przedsiębiorcy w portowym Glasgow, z odpowiednią żoną u boku. Jednak niepokojące wydarzenia w posiadłości Carricków zmuszają go do powrotu na szkocką prowincję. Tam ponownie spotyka Lucillę Cynster. Nigdy jej nie zapomniał, lecz małżeństwo z nią wiązałoby się z porzuceniem życia w mieście, co zdecydowanie mu nie odpowiada.

            Lucilla czuje, że Thomas jest jej przeznaczony na kochanka, męża i opiekuna. Jest pewna, że żadne z nich nie znajdzie innej miłości. Dlaczego więc Thomas nie chce się poddać temu co nieuniknione? Lucilla nie może mu niczego nakazać, ma jednak swoje sposoby, by go uwieść.  

Stephanie Laurens

Stephanie Laurens to australijska powieściopisarka urodzona w Cejlonie. Jej książki to głównie romanse historyczne. W Polsce znana jest m.in. z powieści o rodzie Cynsterów. Ma doktorat z biochemii i wraz z mężem prowadziła badania nad rakiem. Na emeryturze poświęciła się jednak pisaniu.

Przez ponad dwa lata celowo unikał Lucilli; żywił nadzieję, że wrażenie, jakie na nim zrobiła, zblednie, jeśli nie zobaczy jej ponownie, nie usłyszy jej głosu – jego zmysłów nie będzie drażnić jej bliskość. Tak się jednak nie stało.

 Nie musiał nawet zamykać oczu, aby ujrzeć ją w wyobraźni: szmaragdowozielone oczy, trochę kocie, w twarzy o subtelnych rysach, otoczonej aureolą ognistorudych włosów; kolor jej tęczówek, jasnoróżowe usta i te płomienne loki podkreślała jeszcze nieskazitelna alabastrowa cera.

Żadna inna młoda dama, którą spotykał na swej drodze, nie mogła jej dorównać. Wszystkie wydawały się pozbawione wyrazu. Bezbarwne.

I nie chodziło tylko o powierzchowność; Lucilla miała także fascynującą duszę i to ją wyróżniało w jego oczach.

Była cudowna. Urzekająca.

Bardzo mu się podobała, działała na zmysły i w niepojęty sposób zawładnęła jego świadomością. Niepojęty przynajmniej dla niego.

Uchodziła za kogoś w rodzaju czarodziejki; nietrudno było zrozumieć dlaczego.

Bo oto stał i myślał o niej, podczas gdy stanowiło to ostatnią rzecz, jakiej by chciał i jakiej potrzebował.

Stanowczo kręcąc głową, by otrząsnąć się z myśli o Lucilli i pozbyć się jej obrazu sprzed oczu, obszedł biurko i zasiadł w stojącym po drugiej stronie wygodnym skórzanym fotelu. Jeśli nie mógł myśleć o młodych kobietach, które nadawałyby się na żonę, to przynajmniej mógł skupić się na interesach – jedynej sferze życia, do której rzadko wkradała się myśl o Lucilli.

Przez następnych kilka godzin przeglądał faktury z minionego miesiąca. Wszystko szło doskonale; ze względu na obecność portu handel towarami kwitł, a firma osiągnęła tak wysoką pozycję, że teraz zbierała plony zasiane dawno przez jego ojca i Quentina. Chociaż Quentin wciąż aktywnie działał w firmie, Thomas i Humphrey uważali, że to do nich należy jej rozwijanie, a on ich do tego otwarcie zachęcał.

Biznes prosperował znakomicie. Ale było to jednocześnie absorbujące zajęcie.

Słysząc pukanie do drzwi, Thomas podniósł głowę.

– Proszę.

W progu stanął Dobson z małym plikiem listów w dłoni.

– Poczta, proszę pana. Właśnie przyszła.

– Dziękuję. – Thomas odłożył pióro, odchylił się na oparcie fotela i założył ręce na karku.

Dobson położył korespondencję na tacy, która stała na brzegu biurka i, skłoniwszy głowę, wycofał się z gabinetu, zamykając za sobą drzwi.

Thomas opuścił ręce, odprężył się na chwilę, a potem usiadł prosto i wziął listy. Było ich pięć. Sortując je, znalazł trzy zawiadomienia z banku, w którym firma miała konto; zawierały wykazy płatności. Gruba koperta pochodziła od znajomego kapitana żeglugi handlowej; od czasu do czasu donosił o nadarzających się w dalekich portach korzystnych transakcjach, jakie mogły według niego zainteresować Carrick Enterprises. Trzymając ją w dłoni, sięgnął po nóż do papieru, kiedy jego wzrok padł na ostatni list z pliku.

Na zwyczajnej kopercie napisano: „Pan Thomas Carrick” – nazwisko było grubo podkreślone. W lewym rogu, po przeciwnej stronie od znaczka: „Bradshaw, Carrick”.

Odłożywszy list od kapitana, Thomas wziął ten od Bradshawa i zerknął na znaczek.

Casphairn.

Ściągając brwi, podniósł nóż do papieru i rozciął kopertę. Zawierała dwie kartki. Wyjął je i wygładził, a następie oparł się wygodnie i zaczął czytać, coraz bardziej zaintrygowany.

List napisał Bradshaw, jeden z farmerów na terenie posiadłości Carricków. Jej właścicielem i głową klanu był Manachan Carrick – „ten” Carrick, stryj Thomasa. Thomas urodził się w Carrick Manor, w rodzinnym majątku, ale był to w pewnym sensie przypadek, zbieg okoliczności. Spędzał tam z rodzicami letnie miesiące, a kiedy zginęli – miał wtedy dziesięć lat – mieszkał we dworze przez rok, otoczony opieką, wspierany i wychowywany przez klan. Był za to wdzięczy Manachanowi i reszcie rodziny, lecz z biegiem czasu, kiedy doszedł do siebie i wrócił do normalnego, chłopięcego życia, Manachan i Quentin, jako jego współopiekunowie, uznali, że będzie dla niego najlepiej, jeśli pójdzie do szkoły w Glasgow i zamieszka z Quentinem, Winifred oraz ich dziećmi. I tak też się stało.

Thomas wciąż każdego lata odwiedzał Carricków, spędzając od kilku tygodni do kilku miesięcy z czworgiem dzieci Manachana i innymi członkami rodu, a najwięcej z nim samym.

Był z Manachanem związany bliżej – wówczas i obecnie – niż z Quentinem, z którym widywał się codziennie. Nawet w młodszym wieku intuicyjnie wyczuwał, że Manachan bardzo kochał Nialla i po śmierci brata przeniósł to uczucie na jego syna, który stał mu się równie drogi.

Quentin, Winifred i Humphrey stanowili w Glasgow rodzinę Thomasa, jednak to Manachan był jego ukochanym stryjem. Doskonale się rozumieli i ta wzajemna więź wynikała z czegoś pierwotnego.

I właśnie ze względu na tę więź tak trudno mu było teraz zrozumieć list Bradshawa.

Nie chodziło o szczegóły – te zdawały się dość oczywiste. Bradshaw – Thomas bez trudu mógł sobie wyobrazić tego krzepkiego mężczyznę, skoro stykał się z nim od lat – donosił, że mimo odpowiedniego czasu, przez co rozumiał okres siewu, żaden z farmerów nie dostał jeszcze przydziału ziarna.

Coraz bardziej marszcząc czoło, Thomas spojrzał niewidzącym wzrokiem na drugą stronę pokoju; odbiegł myślami od handlu morskiego oraz wpływu pory roku na transport i przypomniał sobie znaczenie marcowych zasiewów na wsi. Ziemie Carricków leżały na zachodnich nizinach, w Galloway i Dumfries. Chyba było już za późno na siewy?

Ponownie skupiając się na liście, jeszcze raz przeczytał prośbę Bradshawa o to, aby interweniował u Manachana w sprawie dostawy ziarna.

Dlaczego Bradshaw nie może pomówić z nim sam? Tego Thomas nie mógł zrozumieć. Jeśli w posiadłości wystąpił jakiś problem, to Manachan jako głowa klanu był osobą, do której należało się zwrócić. Dotychczas zawsze tak postępowano i nikt nigdy nie bał się tego zrobić. Gdyż mimo  budzącej lęk reputacji Manachan cieszył się wielkim szacunkiem, a także miłością. Może zachowywał się jak zrzędliwy stary drań, ale był jednym z nich i Thomas dobrze wiedział, że służył klanowi wiernie, nigdy, przenigdy go nie zawodząc.

Manachan walczyłby o klan do ostatniego tchu.

Na tym polegała rola przywódcy, do której się urodził; wokół tego obracało się całe jego życie.

Owszem, ostatnio Manachan trochę niedomagał i w ciągu minionego roku odstąpił część obowiązków związanych z codziennym zarządzaniem posiadłością najstarszemu synowi, Nigelowi. Jednakże Thomas nie wyobrażał sobie, by stryj nie stał u steru i nie wiedział o wszystkim, co się dzieje w klanie.

Thomas dowiadywał się o tym wszystkim z listów, w tym kilku od Manachana – choć, jak teraz sobie uświadomił, w ostatnich miesiącach nie dostał od niego ani jednego. Otrzymał krótkie pismo od radcy prawnego klanu i od samego Nigela. A także korespondencję od Nolana, drugiego syna Manachana, i od Niniver, jego jedynej córki, którzy pytali go, kiedy planuje następną wizytę. W żadnym z tych listów jednak nie pisano wyraźnie o zmianach, raczej je sugerowano.

Thomas nie był w Carrick Manor od dwóch lat – w ciągu których próbował bezskutecznie zrobić następny krok w życiu – a to z tego prostego powodu, że w Casphairn Manor, leżącym w Vale of Casphairn, za południową granicą ziem Carricków, mieszkała Lucilla Cynster.

Od piętnastych urodzin, zawsze kiedy tam przyjeżdżał, w taki czy inny sposób natykał się na nią. Czasami tylko ją widział, a czasami zamieniał z nią kilka słów. Wiedział, że nigdy nie zapomni Wigilii, którą spędzili razem uwięzieni podczas śnieżycy w małej chacie jednego z zagrodników.

Podczas jego ostatniej wizyty w Carrick Manor spotkali się na balu myśliwskim. Rozmawiali i tańczyli walca — i wyglądało na to, że tego doświadczenia również nigdy nie zapomni.

By ruszyć dalej wybraną przez siebie drogą życiową, musiał wymazać wspomnienie Lucilli,  co wiązało się z unikaniem wizyt w posiadłości Carricków.

Bradshaw sugerował w liście, że coś w majątku jest nie tak. Czy jednak była to prawda, czy tylko domysły farmera? A może Thomasa ponosiła wyobraźnia?

Skrzywił się na tę myśl. Ostatni raz przesunął wzrokiem po liście, po czym rzucił go na bibularz. Miał świadomość, że na otwarcie czeka gruba przesyłka od kapitana, być może zawierająca wizje ekscytujących możliwości, jakie Nowy Świat stwarza dla Carrick Enterprises...

Nagle odsunął się od biurka i wstał.

Klan był ważniejszy niż firma.

Narzucił na ramiona płaszcz i zerknął przez okno. Wiatr się nasilił; Thomas zdjął z wieszaka kapelusz i wyszedł z gabinetu. Miejsce za kontuarem w recepcji było puste; pani Manning pewnie pisała pod dyktando Quentina albo Humphreya. Dobson jednak znajdował się na stanowisku. Kiedy uniósł głowę, Thomas spojrzał mu w oczy.

– Idę się przejść. – Piękny zegar na ścianie nad wnękami wskazywał kilka minut przed dwunastą. – Pewnie zjem obiad poza firmą. Proszę powiedzieć pani Manning, że wrócę na spotkanie z zarządem Colliers.

Dobson skinął głową.

– Dobrze, proszę pana.

Thomas pchnął drzwi, szybko zszedł po schodach i znalazł się na tłocznej Trongate. Ruszył przed siebie, gdzie oczy poniosą – znał tak dobrze miasto, że nie musiał nawet się zastawiać, dokąd chce iść, tylko czego mu potrzeba.

W tej chwili potrzebował przestrzeni, powietrza i jako takiej ciszy, by rozważyć ewentualności i możliwe sposoby postępowania. Low Green nad brzegiem Clyde wydało się odpowiednie tej części jego umysłu, która zawiadywała nogami. Ruszył więc w głąb Trongate, skręcił w Saltmarket i podążył chodnikiem na południe, w stronę stalowej wstęgi, jaką stanowiła rzeka.

Gdy tak szedł ulicą, myśląc o implikacjach domysłów Bradshawa – które nie zostały wyraźnie przedstawione – był tylko na wpół świadomy, kogo mija.

Jednak dotarł do niego głos, który przywołał go do rzeczywistości.

– Nie wiem. Jest brązowy. Dlaczego wszystkie są tego roku brązowe?

Zatrzymał się tak gwałtownie, że wpadł na niego idący za nim posłaniec.

Chłopak odskoczył do tyłu i wymamrotał przeprosiny, po czym wyminął Thomasa i ruszył dalej. Ten ledwie to zauważył, ponieważ jego uwagę zajmowało dwóch mężczyzn stojących przed szeroką witryną sklepu z odzieżą dla mężczyzn; dyskutowali o leżących za szybą kapeluszach.

Thomas zamrugał, a potem się uśmiechnął.

– Nigel. Nolan.

Panowie się odwrócili, wyraźnie zdziwieni.

Thomas zbliżył się do nich i wyciągnął rękę.

– Ależ spotkanie. Co was sprowadza do Glasgow?

Właściwie to go nie interesowało; cokolwiek ich tu sprowadziło, byli odpowiedzią na jego ciche modlitwy. Mógł się od nich dowiedzieć, co kryje się za listem Bradshawa, nie jadąc do Carrick Manor.

Nigel – starszy, nieco wyższy od Nolana, choć z dziesięć centymetrów niższy od Thomasa – przez chwilę patrzył na niego bez zrozumienia, a potem się rozpromienił.

– Thomas! – Uścisnął mu dłoń. – Dobrze cię widzieć!

– Wzajemnie. – Nolan, blondyn o niebieskimi oczach, w przeciwieństwie do Nigela, który miał ciemne włosy i orzechowe oczy, ujął jego rękę, gdy tylko puścił ją Nigel. – Nie chcieliśmy przeszkadzać ci w pracy, a tyle się tutaj dzieje! – Wskazał otoczenie. – Jest co robić.

– Jak długo tu jesteście? – zapytał Thomas.

– Jeden dzień – odpowiedział Nolan.

Thomas chciał porozmawiać o liście Bradshawa, ale ulica nie była odpowiednim do tego miejscem. Zapytał więc, wsadzając dłonie do kieszeni płaszcza:

– Jedliście już obiad?

Nigel pokręcił głową.

– Jeszcze nie.

Nolan wyjął zegarek z dewizką – piękny przedmiot, którego Thomas wcześniej u niego nie widział – i spojrzał na tarczę.

– Już dwunasta... jak ten czas leci!

– Jeśli nie macie innych planów – zaczął Thomas – pozwólcie, że zaproszę was na obiad do mojego klubu. – Wskazał kierunek, z którego przyszedł. – Prescott przy Princes Street... to niedaleko stąd.

Bracia spojrzeli po sobie, a potem odwrócili się uśmiechnięci do Thomasa.

– Wspaniały pomysł – odrzekł Nigel.

Nolan kiwnął głową.

– Przy okazji opowiesz, co u ciebie... papa zawsze jest tego ciekaw i chętnie się dowie.

 

„Przy okazji opowiesz, co u ciebie... papa zawsze jest tego ciekaw i chętnie się dowie”.

Prescott Club był najlepszym w Glasgow klubem dla dżentelmenów, wyrafinowanym i powściągliwie eleganckim. W ciągu następnych dwóch godzin spędzonych w tych czcigodnych murach, w okazałej jadalni, a potem w zacisznym kącie palarni, Thomas się przekonał, że uwaga Nolana stanowiła raczej uprzejmą odpowiedź niż wyraz prawdziwych intencji.

Okazało się bowiem, że obu panów interesuje niewiele poza ich własnymi osobami, a jeśli już, głównie były to ewentualne rozrywki, które mogłyby przemówić do ich hedonistycznych dusz.

Thomas zdążył zapomnieć, dlaczego z czworga dzieci Manachana, ci dwaj –  prawie w tym samym wieku co on – tak działali mu na nerwy.

Nigel i Nolan szybko mu o tym przypomnieli.

Chociaż, jeśli chodzi o wiek, między nim a Nigelem było zaledwie trzynaście miesięcy różnicy, między Nigelem a Nolanem zaś drugie trzynaście, Thomas zawsze czuł się przy nich jak jeśli nie ojciec, to co najmniej stryj. Za każdym razem miał wrażenie, że są od niego młodsi o dobrych dziesięć lat; zainteresowanie końmi, wszelkiego rodzaju wyścigami konnymi oraz spódniczkami bardziej przystawało mężczyznom dwudziestoletnim, a nie dobrze wychowanym dżentelmenom zbliżającym się już do trzydziestki.

To zresztą także było względne. Większość znajomych Thomasa lubiła piękne konie, ale temat ten nie dominował w rozmowach, które prowadzili. Większość dżentelmenów w ich wieku przejawiała zainteresowanie sportami królów, niewielu jednak grało na wyścigach, a jeszcze mniej obracało się w podejrzanych kręgach związanych z tą dziedziną, które Nigelowi i Nolanowi najwyraźniej były dobrze znane. Co zaś do kobiet, różnica między towarzyskimi wizytami Thomasa w salonach znudzonych dam a wyczynami Nigela i Nolana w miejscowych domach publicznych nie mogła być większa.

Zadowolony, że to spotkanie w dzień powszedni i klub nie jest zatłoczony, Thomas cierpliwie słuchał dość chełpliwej paplaniny kuzynów, aż wreszcie znalazł odpowiedni moment, by zauważyć:

– Z listów wnoszę, że w pewnym stopniu przejąłeś zarządzanie posiadłością. – Tu spojrzał na Nigela.

Ten odpowiedział, kiwając głową:

– Starszy pan traci siły... jest już zbyt słaby, by jeździć konno po okolicy.

– To nie żadna choroba – włączył się Nolan. Wkładając do ust kolejnego kandyzowanego orzecha, wzruszył ramionami. – Tylko wiek.

– W rzeczy samej. – Nigel opuścił wzrok na stół między nimi. – Nie dawał już sobie rady, więc poprosił mnie o pomoc... bym przejął organizacyjną stronę prowadzenia majątku. Nadzorowanie farmerów i tak dalej. Więc się tym zająłem.

Wyglądało na to, że robił to pomiędzy jedną eskapadą a drugą. Thomas przełknął tę informację i podjął łagodnie:

– Słyszałem, że w tym roku były jakieś kłopoty z dostawą ziarna... i jeszcze nie przystąpiono do zasiewów.

Nigel mruknął lekceważąco i machnął ręką.

– Wszystko jest pod kontrolą. Przechodzimy na nowy system, który będzie dla klanu korzystniejszy. Tyle że na razie nie wszyscy to rozumieją.

Thomas zaczął się zastanawiać, jak niezasianie ziarna może przynieść lepsze plony.

Zanim jednak zdążył pociągnąć ten temat, Nolan poruszył się niespokojnie.

– Dlaczego o to pytasz? – Kiedy Thomas spojrzał w jego niebieskie oczy, uniósł jasne brwi. – Nie wiedziałem, kuzynie, że utrzymujesz tak bliskie kontakty z klanem.

Thomas szybko rozważył możliwe odpowiedzi, nie dostrzegł jednak powodu, by robić uniki; poza tym uznał, że będzie lepiej, jeśli Nigel się dowie, iż farmerzy, wszyscy należący do klanu, wyraźnie się niepokoją. W odpowiedzi na uwagę Nolana, skłonił więc głowę.

– Napisał do mnie jeden z farmerów i wspomniał o tym problemie. – Nie widział potrzeby, by wymieniać nazwisko Bradshawa ani wspominać, że ten go prosił, by porozmawiał z Manachanem.

Teraz, kiedy już wiedział, czym kuzyni się zajmują i jak bardzo nie interesuje ich to, co dzieje się w majątku, zaczął mieć wątpliwości, czy Nigel wypełnia swoje obowiązki tak dobrze, jak mu się zdaje. A zakres odpowiedzialności Manachana był duży, bardzo duży.

Nigel umilkł, jakby trawił tę wiadomość, lecz w końcu pokiwał głową.

– Nie wiedziałem, że tak bardzo się tym zaniepokoili. Ale możesz być spokojny... zajmę się tą sprawą.

Thomas się zawahał, po czym odparł:

– Może wystarczy, jeśli wyjaśnisz swoją nową strategię. – Na czymkolwiek polega.

– Właśnie. – Nigel skinął głową bardziej zdecydowanie. – Zrobię to.

– Dziś wieczorem wracamy. – Nolan opróżnił kieliszek, odstawił go i rozparł się w fotelu. Pochwycił spojrzenie brata nad niskim stolikiem. – Chyba już pójdziemy. – Spojrzał na Thomasa i uśmiechnął się do niego. – I pozwolimy ci, kuzynie, wrócić do pracy.

Nigel chrząknął i dopił drinka. Thomas zrobił to samo i wstał, gdy kuzyni się podnieśli.

We trzech wyszli z klubu. Zatrzymali się na schodkach, by uścisnąć sobie dłonie i pożegnać się serdecznie, choć z pewnym skrępowaniem.

Potem Nigel i Nolan udali się do stajni, gdzie zostawili powóz, a Thomas ruszył w drogę powrotną na hałaśliwą Trongate.

 

„Uwodzicielka” nie jest jedynie romansem i spokojnie mogą sięgnąć po nią osoby, które od kobiecych zalotów wolą trzymać się z daleka. Muszę przyznać, że nie potrafiłam odgadnąć kto stoi za tajemniczą śmiercią zielarki i rozwiązanie zagadki może nie wbiło mnie w fotel, ale sprawiło, że podniosłam brwi w grymasie zdziwienia i niedowierzania. Książkę polecam przede wszystkim paniom, które lubią przenieść się w dawne czasy i które lubią, gdy to płeć piękna dominuje w związku. Oraz tym, którzy cenią sobie kryminały osadzone w dawnych czasach.

Książka jest ciekawa i trzymająca w napięciu. Nie przynudza, pragnęłam wiedzieć, jak potoczą się losy bohaterów. Nie domyśliłam się na czym polega intryga, tym samym z zapartym tchem oczekiwałam na rozwiązanie zagadki. Romans w historycznym anturażu zawsze czytam z przyjemnością. Połączenie tego z tajemniczą zagadką jest całkiem udane. (...) Okładka estetyczna, typowo romansowa, ale podobają mi się nasycone kolory. Dobry font ułatwiał czytanie, a papier jest miły w dotyku.

"Uwodzicielka" to porywająca kontynuacja, dająca zapowiedź na prawdę udanej części trzeciej. Perypetie Lucilli i Thomasa wciągają czytelnika, nie dając ani chwili wytchnienia podczas lektury. Stephanie Laurens oddaje w ręce czytelników książkę zawierającą liczne tajemnice, romanse i intrygi, emocjonując do ostatniej strony. Losy kolejnego pokolenia Cynsterów nie zawiodły mnie, dając jeszcze więcej powodów aby sięgnąć po kolejny tom. Klimat książki jest różnorodny, a całość czyta się szybko, dając czytelnikowi sporo do myślenia, podczas lektury. Jak najbardziej polecam.

Powieść Stephanie Lauvens to lekki romans historyczny, w którym miłość, namiętność i zazdrość przeplatają się z wątkami kryminalnymi rozgrywanymi na tle pięknej szkockiej przyrody. Po trudnych ostatnio lekturach potrzebowałam lżejszej powieści, przy której mogłabym całkowicie się odprężyć i ,,Uwodzicielka,, dostarczyła mi takich wrażeń. Porwała mnie na kilka godzin w świat intryg, uwodzenia, erotyki i miłości, przed którą nie sposób uciec. Jeśli szukacie lekkiej sagi rodzinnej i lekcji uwodzenia, to ta książka jest dla Was.

"Uwodzicielka" to książka dla kobiet uwielbiających romanse historyczne, którym nie przeszkadza jednak pewna swoboda literacka odbiegająca od faktów. To gorące połączenie powieści miłosnej i kryminału z nadprzyrodzonymi elementami. Dobra historia, by odpocząć od codziennych, przyziemnych stresów.

Muszę przyznać, że Stephanie Laurens zrobiła na mnie duże wrażenie swoimi książkami. Jej rodzina Cynsterów, której losy przedstawia nam najpierw w serii „Cynsterowie”, jest po prostu niesamowita. I cieszę się, że zapoczątkowała już kolejną sagę, w której przedstawia dzieje następnego pokolenia. „Uwodzicielka” jest książką drugą z serii. I o ile zasadniczo przeczytanie pierwszego tomu, ani całej poprzedniej sagi, nie jest niezbędnie konieczne do zrozumienia tej książki, to moim zdaniem warto to zrobić. (...) „Uwodzicielka” to jedna z tych książek, które czyta się z wielką przyjemnością. Jest wprost idealna do tego, by przez jeden lub dwa dni porozkoszować się chwilą tylko dla siebie, w jakimś ustronnym miejscu z kubkiem wyśmienitej kawy w ręku.

„Uwodzicielkę” polecam przede wszystkim osobom, które lubią romanse z domieszką intryg. Czytelnikom potrzebującym odsapnięcia od wymagających książek. I fanom cykli, naturalnie. Przygody Lucilli i Thomasa potrafią wciągnąć. Zwłaszcza po męczącym dniu.

W "Uwodzicielce" mamy oczywiście zapowiedź części trzeciej, opowiadającej o Marcusie i Niniver. Zapewne dopiero wówczas czytelnik odnajdzie rozwiązania wszystkich tajemnic jakie poznał podczas pobytu Lucilli i Thomasa w Carrick Manor. Stephanie Laurens splata ze sobą miłość, romans, tajemnice, niebezpieczeństwo, smutek i nadzieję. Po przeczytaniu drugiej części dotyczącej młodej generacji Cynsterów, pozostaję w pewnego rodzaju zawieszeniu, toteż jak najbardziej nastawiona jestem na przeczytanie części trzeciej.

"Uwodzicielka" jest dobrą powieścią. Nie jest pozbawiona drobnych wad, ale znikają one dzieki rodzinnej atmosferze, która emanuje z każdej strony. Jest to książka do czytania na świeżym powietrzu, w słoneczne dni, gdyż dzięki temu możemy lepiej wczuć się w klimat powieści. Dlatego, jeśli chcesz się cofnąć w czasie na kilka minut, koniecznie po nią sięgnij.

Stephanie Laurens stworzyła troszkę dziwny romans w tej części. (...) Większą rolę niż uczucia odgrywa tutaj przekonanie, że przed przeznaczeniem nie da się uciec. Jest to niewątpliwie trochę odmienne podejście do historii głównych bohaterów niż spotykamy w większości romansów, więc zasługuje na podkreślenie. Nie lubię, gdy w każdej czytanej przeze mnie książce rozgrywają się prawie takie same wydarzenia, z takimi samymi motywami i wszytko jest tylko kalką wcześniej stworzonych powieści. Więc romans bez miłości (przynajmniej początkowo) to coś innego, coś co mnie zaskoczyło. (...) Jeszcze tylko słówko o okładce, która mnie zachwyciła. Wspaniała, piękna kobieta, w cudownej sukni. Gdybym była mężczyzną, to bym chciała być przez nią uwodzona.

"Uwodzicielka" Stephanie Laurens to kolejna pozycja z cyklu o rodzie Cynstersów. Jestem przekonana, że znajdzie swoich zwolenników, bowiem nic nie jest takie, jak wydaje się na pierwszy rzut oka. Będzie dużo miłości, romansu, ale nie zabraknie także momentów grozy i przygód bohaterów, których pisarka doskonale wykreowała. Lucilli z pewnością nie można zarzucić uległości, to kobieta, która dokładnie wie, czego chce i nie boi się do tego dążyć. Jeżeli lubicie romanse historyczne i rodzinne sagi, ta powieść zapewne przypadnie Wam do gustu.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ