Thriller Psychologiczny
Smak tulipanów
KUP TERAZ

Smak tulipanów

brak opinii
ISBN: 9788327612588
Premiera: 2015-03-18

Nowa powieść autorki bestsellera „Dotknąć prawdy”

Tego dnia na progu powitała ją jedynie martwa cisza. W kuchni Nora widzi zwłoki matki, w sypialni leży martwy nieznajomy mężczyzna, a po jej malutkiej córeczce nie ma śladu.
Policyjne śledztwo zostaje umorzone, ale Nora odkrywa, że rozwiązania sprawy trzeba szukać w przeszłości.
Jedzie do Amsterdamu, skąd pochodzili jej rodzice, by zgłębić mroczne tajemnice sprzed kilkudziesięciu lat.

Antoinette van Heugten

Antoinette van Heugten zanim zajęła się pisaniem książek, pracowała jako prawnik i ukończyła University of Texas School of Law. Jej pierwsza książka „Saving Max” opowiada o autystycznym chłopcu, który staje się głównym podejrzanym w sprawie o morderstwo.

Antoinette van Heugten mieszka wraz z mężem w Texas Hill Country. Tematyką autyzmu interesuje się już od kilku lat i wspiera ośrodki zajmujące się dziećmi chorym na autyzm.

Nora oparła o biodro torbę ze sprawunkami ze sklepu spożywczego i włożyła klucz w zamek drzwi prowadzących z garażu do wnętrza domu. Najwspanialsza chwila każdego dnia. Rose! Jej piękna córeczka mająca już prawie sześć miesięcy. Każda najdrobniejsza rzecz, jaką robiła, była rewelacją. To, jak unosiła rączkę do twarzy Nory, która brała ją w ramiona. To, jak jej szeroko otwarte oczy w kolorze najgłębszego błękitu reagowały na najmniejszą zmianę w tonie głosu matki. To, jak się w nią wtulała. Kiedy Nora trzymała Rose w objęciach, zacierała się dla niej granica między jej własnym ciałem, a ciepłym ciałkiem córeczki.
– Mamo?! – zawołała.
Nie usłyszała odpowiedzi, ale tak się zwykle działo, gdy jej matka ubierała Rose w maleńki marszczony kostium kąpielowy i pławiła ją w basenie. Nora bardzo się cieszyła, że wyprowadziła się z Amsterdamu i zamieszkała u matki. Kiedy szła do pracy, Anneke zajmowała się dzieckiem, a Norę przepełniała ogromna wdzięczność – także dzisiaj. Ogarnęła ją ciepła fala zadowolenia na myśl o miłości, z jaką ona i Anneke opiekują się Rose. Życie wydało się jej doskonałe.
Oparła torbę wyżej o biodro i popatrzyła na stertę listów na stoliku w przedpokoju. Nic ciekawego. Gazeta leżała rozłożona. Nora przebiegła wzrokiem nagłówki. Irańskie samoloty Fantom i F-5 Tiger II przeprowadziły atak w irackiej przestrzeni powietrznej w pobliżu Basry. Potrząsnęła głową. Jest już rok tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty. Czy na Bliskim Wschodzie kiedyś wreszcie zapanuje pokój? Zerknęła na dół strony. Los Angeles. Komik Richard Pryor doznał ciężkich poparzeń w trakcie podgrzewania kokainy.
Też mi niespodzianka, pomyślała.
    Popatrzyła przez okno salonu na wodę lśniącą w basenie. Ogarnęła ją radość. Zaniesie sprawunki do kuchni, a potem włoży kostium kąpielowy. Nie mogła się doczekać, kiedy weźmie Rose w objęcia. Każdego wieczoru czuła taką samą tęsknotę – jakby nie widziała córeczki od kilku dni. Pierwsze dotknięcie delikatnej skóry dziewczynki zawsze ją ożywiało, poprawiało jej nastrój, koiło duszę.
    Weszła do salonu, wciąż trzymając torbę ze sklepu spożywczego. Usłyszała, jak torba upadła na podłogę, a potem swój krzyk:
    – Mamo!
    Anneke leżała bezwładnie na grubym białym dywanie. Puste spojrzenie pięknych orzechowych oczu miała utkwione w sufit, a na czole widniała dziura od kuli.
    – Nie! – krzyknęła Nora.
    Wbiegła do salonu, upadła na kolana i gorączkowo poszukała pulsu Anneke. Wciąż na nowo przyciskała palce do szyi matki, ale nie wyczuła nic, nic! Gdy wpatrywała się w martwe oczy Anneke, eksplodowała w niej ciemność. Serce podskoczyło Norze w piersi, kiedy usłyszała urywany oddech, lecz po chwili zdała sobie sprawę, że to jej własny.
    – O Boże, mamo! – jęknęła.
    Nachyliła się i drżącymi dłońmi objęła twarz matki. Przytuliła policzek do zimnego policzka Anneke i usłyszała łomot własnego serca. Oddychała chrapliwie, urywanie. Jęcząc, przymknęła powieki w szaleńczej nadziei, że kiedy je otworzy, wszystko to okaże się jedynie koszmarnym snem. Ale spojrzawszy ponownie, zobaczyła tylko okropny strumyk krwi, który wypływał z dziury ziejącej w czole Anneke i ściekał zygzakiem po bladym policzku. Puściła twarz matki i ujrzała tę samą śliską krew na swoich dłoniach. Naszły ją torsje, jednak je powstrzymała. Wpatrzyła się w ukochaną twarz matki.
    – Mamo – wyszeptała – proszę, proszę, nie opuszczaj mnie!
    Na wpół dławiąc się od odruchów wymiotnych, spojrzała na krew na swoich trzęsących się rękach. Potem poczuła jej woń – metaliczny zapach miedzi i rdzy, który znała aż za dobrze z sali operacyjnej. Miała na dłoniach krew matki! Żółć znowu podeszła jej do gardła.
    Przyjrzała się dziurze po pocisku. Szkarłatna krew splamiła srebrzyste włosy matki, nadając im makabrycznie purpurową barwę. Skóra wokół rany była zwęglona, czarna. Odór przyprawił Norę o odruch wymiotny, gdy sobie uświadomiła, że przypomina woń przypalonej wieprzowiny.
    Wciąż jęcząc, usiadła, objęła Anneke i kołysała ją w przód i w tył. Bezwładne drobne ciało matki chwiało się w jej ramionach. Nagle spostrzegła, że brutalnie oderżnięto kępki wspaniałych siwych włosów Anneke, pozostawiając na głowie łyse placki białej skóry. Rozejrzała się gorączkowo. Wszędzie na dywanie leżały kłaki srebrzystych włosów, niczym pierze ptaka zestrzelonego z nieba.
    – Dlaczego?! – wykrzyknęła. – Dlaczego ktoś miałby ci to zrobić?
    Cofnęła się i położyła ciało matki z powrotem na dywanie. Przetoczyło się na bok. Nora wrzasnęła na widok wielkiej dziury z tyłu głowy od kuli, która przeszła na wylot. Zrobiło się jej słabo, gdy zobaczyła zwisającą z czaszki Anneke szarą tkankę mózgową zmieszaną z zakrzepłą krwią. Spróbowała wepchnąć te szarawe grudy z powrotem. Przypominały w dotyku śliskie robaki i śmierdziały jak zgniłe jajka.
    – Mamo! Och, mamo! – wykrztusiła.
    Dyszała ciężko. Nie widziała nic oprócz tych ohydnych resztek, które wypłynęły z głowy matki, oraz śliskiej krwi i tkanki mózgowej na swoich dłoniach. Nie mogła oderwać wzroku od tego potwornego widoku. Dźwignęła się z wysiłkiem na czworaki i zwymiotowała żółcią na biały dywan. Potem uklękła i oddychała głęboko, starając się nie zemdleć. W martwej ciszy słyszała tylko tykanie zegara dziadka po drugiej stronie pokoju, niewzruszenie odmierzające czas tej makabrycznej sceny, którą miała przed oczami.
    Podniosła się z trudem na nogi. Następna myśl była jak żelazny szpikulec przebijający mózg.
    – Rose! – zawołała. – Gdzie jesteś?
    Zalała ją fala adrenaliny, gdy podbiegła do koszyka niemowlęcia. Rose w nim nie było! Wpadła do pokoju dziecinnego. Był ciemny, a łóżeczko puste.
    – Nie! – krzyknęła, czując narastającą panikę.
    Popędziła z powrotem do salonu, minęła ciało matki i zaczęła rozpaczliwie przeszukiwać inne pokoje. Kiedy biegła do swojej sypialni, zaczepiła obcasem o chodnik i upadła. Palący ból przeszył kostkę prawej nogi.
    Łkając, przeturlała się na bok i ujrzała tuż przy sobie kompletnie nieznajomego mężczyznę. Leżał na brzuchu, z wyciągniętą prawą ręką. Głowę miał zwróconą w kierunku Nory, prawy policzek wciśnięty w dywan. Wrzasnęła i spróbowała się wycofać, lecz kostkę smagnął ogień bólu. Twarz mężczyzny była tak blisko, że mogłaby poczuć tchnienie jego oddechu – gdyby żył. Ale oczy miał równie martwe i zimne jak Anneke. Potem spostrzegła złowrogo czarny pistolet kilkanaście centymetrów od jego wyciągniętej ręki i dłoni w rękawiczce. Jęknęła cicho, serce podeszło jej do gardła. Co to za jeden? I gdzie, na Boga, jest Rose?
    Wstała, krzywiąc się z bólu w kostce, i wbiegła kolejno do wszystkich pozostałych pokoi.
    – Rose! – wołała. – Rose!
    W końcu, szlochając, osunęła się na kolana obok ciała matki.
    – Gdzie jest Rose, mamo? Gdzie moja córeczka?
    Zwracała się do Anneke, jakby nadal mogła udzielić odpowiedzi. Jednak puste, martwe spojrzenie matki pozostało utkwione w sufit.
    Na litość boską, co tu się wydarzyło? Wstała chwiejnie, oszczędzając kontuzjowaną kostkę. Nadal dygotała. Kim był ten martwy mężczyzna? Dlaczego zabił matkę? A Rose? Czemu ktoś miałby porwać dziecko?
    Nie zważając na ból w kostce, pobiegła do frontowych drzwi i otworzyła je gwałtownie. Nie zobaczyła nikogo na ulicy ani na starannie utrzymanym frontowym podwórzu.
    – Rose! – zawołała, jakby ukochana córeczka mogła ją usłyszeć.
    Weszła z powrotem do domu i zatrzasnęła drzwi. Jej wzrok przykuło coś na dywanie. Przyklękła, podniosła to i jęknęła. To była wąska żółta opaska Rose na włosy. Oderwano z niej barwny kwiatek, który leżał w odległości około metra. I dopiero wtedy Nora pojęła, że Rose naprawdę zniknęła. Przycisnęła kwiatek do piersi i zaniosła się szlochem. Umysł przeszyła jedna myśl: „Czy Rose jeszcze żyje?”.
***
    Nora, kulejąc, weszła do kuchni. Gdy wybierała numer operatora, zdławiły ją łkania. W słuchawce rozległy się kolejno trzy sygnały.
    – No, dalej! – krzyknęła. – Odbierz ten cholerny telefon!
    – Tu operatorka, czy mogę w czymś pomóc?
    – Tak... proszę! Doszło do morderstwa, a moje dziecko...
    – Łączę panią z policją – oznajmił nosowy kobiecy głos. – Proszę nie odkładać słuchawki.
    Norze wydawało się, że minęły wieki, zanim w końcu usłyszała przeciągły głos z teksańskim akcentem:
    – Wydział policji w Houston, mówi funkcjonariusz Brody.
    – Moja matka, moje dziecko...! – wykrzyknęła.
    – Chwileczkę – rzekł uspokajającym tonem. – Co się stało?
    – Moja matka... zamordowano ją! – Zgroza splątała Norze słowa. – Martwy mężczyzna... na podłodze... moje dziecko... porwane!
    – Powoli – rzekł łagodnie policjant. – Czy sprawca nadal jest w domu?     Nora żałowała, że nie może sięgnąć przez linię telefoniczną i udusić tego tępego gliniarza.
    – Nie!
    – Pani nazwisko?
    – Nora... Nora de Jong.
    – Adres?
    – Tangley czterysta jedenaście. Przyślijcie tu kogoś... zaraz! Rose może być gdziekolwiek... ktoś mógł ją zabić...
    – Tak jest, proszę pani – powiedział szybko. – Natychmiast wyślę funkcjonariuszy. Proszę się stamtąd nie ruszać. Niczego nie dotykać, nic nie robić. Rozumie pani?
    Nora zaszlochała.
    – Tak, tak! Tylko się pośpieszcie!
    Rzuciła słuchawkę. Boże, co powinna zrobić? Zadzwonić do Marijke! Holenderska przyjaciółka przyjechała z wizytą z Amsterdamu, aby wygłosić na Uniwersytecie Rice odczyt na temat europejskiej gospodarki. Marijke jej pomoże! Nora przekartkowała notes leżący na kuchennej ladzie i w końcu znalazła numer przyjaciółki zapisany dziś rano. Ręce tak jej się trzęsły, że ledwie zdołała wystukać cyfry. Z każdym kolejnym sygnałem narastało w niej gorączkowe napięcie.
    – Gabinet profesora Sanforda – odezwał się beznamiętny głos. – Mówi panna Mitchell.
    Nora wzięła głęboki wdech.
    – Muszę natychmiast mówić z Marijke van den Maas.
    Zapadła cisza, a potem usłyszała szelest papierów.
    – Doktor van den Maas wygłasza teraz wykład. Nie mogę jej przerwać. Czy jest pani studentką?
    – Nie, nie jestem studentką! – Nora usłyszała w swoim głosie nutę histerii. – Jestem przyjaciółką doktor van den Maas. To nagły wypadek!
    – Pani nazwisko? – spytała kobieta niewzruszonym tonem, jakby bez przerwy dzwoniono w tego rodzaju nagłych sprawach.
    – Nora de Jong! – Wyrwał się jej kolejny szloch. – Musi pani ją odszukać i powiedzieć, żeby natychmiast do mnie zadzwoniła. Moją... moją matkę zamordowano...
    – O mój Boże! – Drewniany głos kobiety ożył. – Proszę mi podać swój numer.
    – Ona go ma – załkała Nora. – Proszę, niech się pani pośpieszy!
    – Niech się pani nie martwi, wykład odbywa się tuż po drugiej stronie dziedzińca. Zaraz tam pobiegnę.
    Nora usłyszała sygnał przerwania połączenia. Oszołomiona, usiadła na kuchennym stołku. Nie potrafiła się zdobyć na to, by wrócić do salonu. Panująca w domu cisza wydawała się złowróżbna, upiorna. Miała wrażenie, jakby znalazła się w czyśćcu i oczekiwała w męce na to, co się zdarzy. Potrafiła myśleć tylko o Rose. Rose!
    Załamała dłonie i oddychała z wysiłkiem, starając się skupić. Jeżeli ten martwy mężczyzna wcześniej zabił Anneke, to kto porwał Rose? Musiał z nim być ktoś jeszcze. Jaką policja ma szansę odnalezienia go? Wyobraźnia podsuwała straszliwe scenariusze. Rose w rękach mordercy lub szaleńca pędzącego samochodem autostradą I-10 – poza Houston, poza Stany Zjednoczone – i Nora już nigdy nie zobaczy córeczki; Rose przetrzymywana dla okupu i torturowana, żeby krzyczała przez telefon; Rose wrzucona do wielkiego kontenera na śmieci, gdzie zjedzą ją szczury; Rose dygocze i wrzeszczy, a jej drobna twarzyczka sinieje, gdy duszą ją czyjeś wielkie łapska.
    – Nie! – powiedziała sobie stanowczo. – Przestań! Nic nie wiesz! Rose nic się nie stało, nie mogło się stać. Porywacze chcą tylko pieniędzy. Tak, z pewnością o to chodzi!
    Ale te słowa zabrzmiały głucho, nieprzekonująco. Mocno zacisnęła powieki, by pozbyć się tych przerażających obrazów.
    Po czasie, który wydawał się jej godzinami, zadzwonił telefon. Podniosła słuchawkę po pierwszym sygnale.
    – Marijke?
    – Co się stało? – Nora usłyszała w głosie Marijke zdumienie. – Twoja matka... nie żyje?
    – Marijke! – wykrzyknęła. – Proszę, przyjedź do mnie... natychmiast! To takie potworne. Moją matkę zamordowano... – urwała, bo zdusił ją szloch.
    Głos Marijke zabrzmiał wyraźnie i stanowczo – ten głos, któremu Nora zawsze ufała:
    – Posłuchaj mnie. Musisz się uspokoić. Czy wezwałaś policję?
    – Tak, ale jeszcze ich tu nie ma – odpowiedziała Nora i wybuchnęła płaczem.
– Dobrze, porozmawiam z tobą, dopóki się nie zjawią, a potem natychmiast przyjadę.
    Nora zaczęła szlochać i był to jedyny dźwięk, jaki słyszała.
    – Nora?
    – Tak? – odrzekła, czując, że zaraz zemdleje.
    – Jestem z tobą – powiedziała Marijke. – Po porostu zaczekaj do przyjazdu policji.
    Nora wzięła głęboki wdech.
    – Masz rację. Muszę się trzymać... dla Rose.
    Zadźwięczał dzwonek przy frontowych drzwiach.
    – Już są! – Nora upuściła słuchawkę i zerwała się na nogi, zapominając o kostce.
    Krzyknęła z bólu i pobiegła do drzwi. Stali za nimi trzej funkcjonariusze o ponurych twarzach. Jeden wystąpił naprzód. Miał czterdzieści kilka lat, był wysoki, z kwadratową szczęką, brązowymi oczami spoglądającymi  przenikliwie i krótko ostrzyżonymi włosami. Nie nosił ślubnej obrączki, jednak pasek bladej skóry na palcu lewej dłoni świadczył, że niedawno się jej pozbył. W granatowym garniturze, białej koszuli i błyszczących czarnych butach wydał się Norze raczej politykiem niż policjantem.
    – Panna de Jong? – zapytał. – Jestem porucznik Richards.
    Szeroko otworzyła drzwi.
    – Proszę... proszę, pomóżcie mi!
    Richards skinął głową na pozostałych dwóch mężczyzn i wszedł do środka, a oni podążyli za nim.
    – Tam! – Wskazała salon. – Moja matka... ten... człowiek na podłodze... pistolet...
    Chciała wejść razem z nimi, ale Richards powstrzymał ją gestem dużej dłoni.
    – Prosiłbym, żeby trzymała się pani na uboczu – powiedział. – Musimy pozostawić nietknięte miejsce zbrodni. – Kiwnął głową w stronę dwóch funkcjonariuszy. – Rękawiczki i ochraniacze na buty. Niczego nie ruszajcie i nie dotykajcie zwłok.
    Nora załamała ręce i zaszlochała.
    – Moja córeczka! Ktoś ją zabrał. Ona ma tylko sześć miesięcy!
    Richards ujął ją za ramiona i utkwił w niej spojrzenie czarnych oczu.
    – Panno de Jong, proszę się uspokoić. Muszę uzyskać możliwie jak najwięcej informacji, zwłaszcza że, jak się zdaje, pani córkę porwano.
    Nora odetchnęła głęboko i opanowała się z wysiłkiem.
    – Tak lepiej – rzekł łagodnie.
    Spostrzegła tik w jego prawym oku i to odwróciło jej uwagę. Zaczęła się zastanawiać, czy jest właśnie zdenerwowany, czy ma to stale.
    Podszedł do nich jeden z funkcjonariuszy.
    – Zawiadomiłem przez radio posterunek – oznajmił. – Zespół śledczy i koroner są już w drodze.
    Richards kiwnął głową i odwrócił się z powrotem do Nory.
    – Przede wszystkim, czy jest ktoś, kogo mogę do pani wezwać? Mąż? Przyjaciel albo krewny?
    Potrząsnęła głową, z oczu znów popłynęły łzy.
    – Nie – wyszeptała. – Zadzwoniłam do przyjaciółki, która przyjechała z Holandii. Wkrótce się tu zjawi.
    – A pani ojciec?
    – Nie żyje. Zmarł przed trzema laty na raka.
    – I nie ma nikogo innego, kogo chciałaby pani mieć teraz przy sobie?
    – Nie.
    Nie było nikogo innego. Od powrotu do Houston pochłaniała ją praca, a potem narodziny Rose. Przyjaciele, jakich tu miała, rozproszyli się podczas jej dwuletniego pobytu w Amsterdamie. Matka była jedyną przyjaciółką – najlepszą przyjaciółką.
    Richards wciągnął lateksowe rękawiczki i włożył na buty ochraniacze. Gdy wchodził do salonu, Nora zobaczyła w holu Marijke. Przyjaciółka zatrzymała się i przycisnęła dłonie do ust na widok leżących na podłodze okaleczonych zwłok Anneke i trupa mężczyzny. Nora podbiegła do niej, a Marijke ją objęła. Nora zaszlochała niepowstrzymanie w pocieszającym uścisku przyjaciółki.
    – Nee, nee – wyszeptała Marijke – het komt goed... echt waar.
    Nie – pomyślała Nora – nic już nigdy nie będzie dobrze. Intonacja i akcent przyjaciółki tak bardzo przypominały głos Anneke, że jeszcze rozpaczliwiej się rozpłakała.
    Zobaczyła, że Richards przeszedł przez pokój i przywitał Marijke milczącym skinieniem głowy. Jego tik ustał.
    – Proszę pań, niestety nie możecie tu wejść. Musimy pozwolić, aby zespół śledczych kryminalnych wykonał swoją pracę, poszukał dowodów, póki miejsce zbrodni jest jeszcze świeże.
    Marijke skinęła głową Richardsowi i ujęła Norę za łokieć.
    – Chodź ze mną.
    – Nie, muszę wiedzieć, jeśli oni coś znajdą!
    Richards potrząsnął głową, spoglądając na Marijke, a ona łagodnie pociągnęła przyjaciółkę za ramię i poprowadziła ją przez kuchnię do pokoju dziecinnego. Norę boleśnie uderzyły słodka woń córeczki, jedwabisty zapach pudru dla niemowląt i świeżo upranych ubranek oraz widok fotografii Rose zapełniających jedną z pomalowanych na żółto ścian.
    Uchwyciła się kurczowo pustego łóżeczka i drżąc, osunęła się na stojący obok bujany fotel.
    – Co za potwór to zrobił? – zapytała. – I dlaczego? – Popatrzyła na przyjaciółkę oczami, z których nadal płynęły łzy. – Och, Marijke, to wszystko nie ma sensu! Kto zabrał Rose? Co z nią zrobił?
    Marijke uklękła przed nią i położyła silne dłonie na drżących rękach przyjaciółki. Spokojnie spojrzała Norze w oczy.
    – Zacznij od początku.
    Gdy Nora w końcu zdołała wydobyć głos, usłyszała w nim rozpacz.
    – Wróciłam z pracy i zawołałam mamę... O Boże! – jęknęła. Marijke ścisnęła jej dłonie. – Weszłam do salonu i zobaczyłam ją.
Nora urwała. Opowiadanie tej historii czyniło ją zbyt realną. Ale nie miała wyboru. Zmusiła się, by mówić dalej, spoglądając w łagodne oczy przyjaciółki:
– Wszędzie była krew. Tył głowy... jej mózg. Ja... ja próbowałam włożyć go z powrotem.
    – Wystarczy – rzekła miękko Marijke.
    Wstała, podniosła ją z fotela, objęła serdecznie i pozwoliła jej się wypłakać.

"Powieść polecam szczególnie ze względu na łatwość z jaką pisarka szarga uczuciami czytelnika. Coś dla siebie znajdą tutaj zarówno fani romansu, thrillera i oczywiście mrocznych historii rodzinnych, które przez dziesiątki lat nie zostały wyciągnięte na światło dzienne."

"Mnie osobiście książka przypadła do gustu – mam nadzieję przeczytać również „Dotyk prawdy” tej samej autorki, gdyż styl pisania, jakim się posługuje sprawia, że książkę „pochłania” się w całości jednym haustem."

"Nie ukrywam, że najbardziej intrygująca była główna historia i jej odniesienia do przeszłości. (...) Z pełną odpowiedzialnością chciałabym Wam polecić tę lekturę."

""Smak tulipanów" to powieść, którą z pewnością warto polecić. Po pierwsze opisuje najbardziej tragiczny moment w historii współczesnego świata. Po drugie portretuje rodzinę, która z pokolenia na pokolenia spala nienawiść i chęć zemsty za doznane krzywdy."

"Książkę polecam, szczególnie tym z Was, którzy lubią odkrywać rodzinne tajemnice, nie boją się czytać o bestwialstwach wojny i wierzą w prawdziwą miłość."

"Powieść cechuje dynamizm i szybkie tempo. Napięcie czuć, aż do ostatniej strony. Wątkiem pobocznym jest powracający romans sprzed lat. Nie przytłacza on jednak i nie przejmuje tematu głównego."

"Kiedy przeczytałam kilka pierwszych stron lektury, pomyślałam sobie: "mocny strzał". Tak jakoś nasunęła mi się ta myśl w momencie, kiedy okazało się, że wiadome jest, kim są porywacze małej Rose, kto stoi za morderstwem matki Nory (...) Wydawało mi się, że książka niczym nie zaskoczy, jednak było zupełnie inaczej."

"Muszę przyznać, że pochłonęłam tę książkę naprawdę dosyć szybko zważając na ilość jej stron i mój ograniczony czas ;) I choć zazwyczaj wolę lektury bardziej lekkie, romantyczne, szczęśliwe, to raz na jakiś czas naprawdę warto chwycić po coś mocniejszego, takiego naprawdę życiowego, skłaniającego nas do wytężenia umysłu w poszukiwaniu odpowiedzi i rozwiązania."

"Całość napisana jest bardzo sprawnie, dzięki czemu powieść czyta się błyskawicznie. (...) Drugą powieść Antoinette van Heugten dostarcza wrażeń, a dzięki dynamicznej akcji trzyma czytelnika w napięciu."

"„Smak tulipanów” to naprawdę świetna książka, która wciąga już od pierwszej strony, a akacja z każdą stroną co raz bardziej przyspiesza. Napisana prostym i przystępnym językiem, dzięki czemu czyta się ją płynnie. A sama historia po prostu niewiarygodna."

"Książka okazała się dla mnie niesamowitym zaskoczeniem. Śmiało mogę powiedzieć że, jest to świetnie napisany thriller psychologiczny z historią w tle. Nie obejdzie się również bez sekretów rodzinnych i tajemnic z przeszłości. Jeśli lubicie takie książki, to „Smak tulipanów” na pewno was nie zawiedzie. Z czystym sercem polecam."

"Płynnie i wartko tocząca się akcja powieści, bardzo przystępny język, ogrom emocji i zdarzeń powodują, że można nie zauważyć "uciekających" stron. Przyznaję, że chwilami musiałam przymknąć książkę i odetchnąć, ponieważ adrenalina osiągała wysoki poziom."

"Bohaterka powieści „Smak tulipanów”, Nora de Jong, gorzki, cierpki i nie przełknięcia smak holenderskich tulipanów posmakowała razem z przeszłością. (...) Świetne dialogi, szybko rozgrywające się sceny, ta elektryzująca akcja, dzięki której czyta się tę powieść w miarę szybko."

"Smak tulipanów okaże się idealną lekturą dla osób, które lubią dynamiczne i emocjonujące thrillery. w których zawarto także ociupinkę historii i romansu. Książka z pewnością spodoba się także czytelnikom, którzy lubują się w tajemnicach z przeszłości, sekretach rodzinnych i emocjonujących finałach."

"Powieść wciąga i to bardzo. Przed czytaniem proponuje zaopatrzyć się w odrobinę wolego czasu, bo praktycznie nie można się od tej książki oderwać. Tytuł lektury okazuję się być bardzo trafiony. Smak tulipanów pozostanie na długo w mej pamięci. Gorąco polecam ten tytuł."

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ